Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

W poszukiwaniu złotej teorii

edurill ·

W poszukiwaniu złotej teorii

Wiele jest na świecie podróży,
Wielu jest również podróżników,
Na tę trasę, co u podnóży,
Ścieli mi się śpiewem słowików,

Wyruszę jednak sam samiutki
Szukając wielkiej odpowiedzi,
Ciążącej w sercu czas nie krótki,
Niczym potężny kawał miedzi.

Choć rozwiązanie jedno drzemie,
Każdy inaczej je zrozumie,
Zaś pomysłu mojego brzemię,
Dane nosić jedynie mi.

***

Tom I

Rozdział I – Szanowny gość z Fildereju.

-Synu, mój synu, - trącił ojciec małe dziecię,
Podnosząc szary kamień, jeden z wielu w świecie,
-Jesteś już mądrzejszy, niż byłeś lata temu,
Dam ja ci więc nauki, sposobne każdemu.
- Tak tato, proszę, proszę zrób to ojcze miły-
Powiedział chłopiec mądry i w myślach zawiły,
Mar obrócił rzecz w ręku, starannie i wolno,
Robił to z gracją, niczym druid jeżdżąc konno,
I zanim zaczął mowę, ku mądrości syna,
Nakazał się położyć, co zrobił chłopczyna,
Na trawie pulchnej, bujnej, zapachu świeżego,
Sam ojciec zaś legł zaraz, obok syna swego.

Pięknie tego dnia uśmiechała się pogoda,
W podzięce jej za to rodziła leśna jagoda,
Owoce słodkie, wonne i pożywiające,
Skąpane w słońcu, które z góry gorejące,
Lało promienie z dzbana, by podlewać lasy,
Nagrzewać ziemie ludów, różnej sobie rasy,
I królując na niebie, bezchmurnym, przeczystym,
Słało dumnie w tle niebios, po wieczorze dżdżystym,
Za którego lały się krople leciuteńkie,
Z obłoków szarych, nocnych, były maluteńkie.
Opadały wolno na suchą jeszcze ziemię,
By wsiąknąć w nią i dać naturze uwolnienie,
Co odradzając się z lekka po czasie suszy,
Na nowo swe zielone nadstawiła uszy,
Na nowo rozbłysnęła i w sile stanęła,
By każdemu słać radość, która przez las brnęła.
Te rośliny napite, na nowo zwilżone,
Skoro mocniej zostały słońcem ożywione,
Które wnet szybko usłało niebo jasnością,
Śpiesząc się wielce stanęło całą wielkością.
Napełniając liście słodkim sokiem z naczynia,
Z owego zaś lał się nektar, co się przyczynia,
Do wszech radości wszystkich, oprócz jednej rzeczy,
Księżyca, który słońcu zaciekle złorzeczy.
I tak to nieprzerwanie od zarania dziejów,
Od kiedy pamięta, ktokolwiek z dobrodziejów,
Biała twarz i tarcza biała, co za wieczoru,
Rozświetla nieboskłon pełny czerni honoru,
Walczy z dniem, nadstawiając swe sidła szydercze.
Słońce jednak spokojnie wiąże sobie ręce,
Bo mądrzejsze jest i wie, że nie przegra boju,
Choć świadome również, że nie będzie pokoju,
Ani też nie wygra, bo siły takiej nie ma,
Aby świetlisty rogal pozbawić świecenia.
Choć, gdy dzień dłuższy, słońce jednak ma nadzieję,
Na wygranie walki i rychłe zakończenie,
Lecz potem w przekorze mrok dłużej gna niebiosa,
Przez co księżyc z chytrością spogląda z ukosa,
Na słońce, które w oddali już się gotuje,
By znowu wzejść na górę, której oczekuje,
Tak to trwa nieskończenie walka nieprzerwana,
Która raz da noc, gwiazdy i księżyc. Lecz z rana
Dzień wkroczy, a wnet niebios zatrzaśnie się brama.

Wysuwa się wniosek, któremu nie zaprzeczę,
Bowiem ze wszystkich wojen oraz walk na świecie,
Zawsze jakaś niekorzyść wypływa dla kogoś,
Czy to dla roślin czy ras, zawsze psuje błogość.
Jest jedna tylko walka, co nazwę ją „dobrą”,
Walka słońca z księżycem o szatę szykowną,
Którą jest nieboskłon, co w niego się przystraja,
Ten, kto zwycięży bój o miejsce górowania,
Bo choć jest to walka zaciekła oraz wieczna,
Nie ma krwi ani ofiar, nie jest niebezpieczna,
Z zaciekłości obie armie mocno się starają,
Lecz ktokolwiek nie wygrywa, piękno nam zsyłają.
I my zamiast cierpieć, jak to zwykle na wojnie,
Dostajemy radość żyjąc w domach spokojnie,
Podziwiając raz noc raz dzień stojący dumnie,
Zaś, kiedy on stoi, wtedy księżyc w trumnie,
Choć potem na odwrót dzieje się dla niego,
I to on rządzi mając niebo za swojego.

Tego dnia ktoś chciał, że noc szybko przegrała,
A dzień wcześniej wstając, wyznaczył generała,
Którego żółta flaga, w niebie powiewała,
Na niej zaś taka jasność i wielkość widniała,
Że nie sposób dojrzeć się tam hen ni obrazu,
Można tylko domyślać piękności pejzażu,
Który namalował nieznany nam artysta,
Będący tym największym, co z wiedzy korzysta,
Zbyt wielkiej i dalekiej by mógł ją zrozumieć
Żyjący, choćby z innych najwięcej mógł umieć.

Flaga co zawsze powiewa niczym odnowiona,
Celowo i zmyślnie została postrzępiona,
Bowiem strzępy leciutko smagają swym ciałem
Ziemię i to co na niej, co rzekłbyś, widziałem,
Rodząc się ze swojego mądrego przywódcy,
Rydwanu złotego – potężnego dowódcy.

Można by skoro rzecz, że niczym orzeł biały,
Wzleciał on na nieboskłon, pędząc jako strzały,
I machając skrzydłami, swymi ognistymi,
Ptaszysko gorące hen lotami górnymi,
Zawstydziło te inne, co fruwają wszędzie,
Wtedy lampiony w trwodze rzekły:, Co to będzie?
One bowiem ptakami innymi nazwane,
Spotkały przeciwnika – słońce niezrównane.
Pamiętając o tym, iż za nocy padało,
Ono swych obowiązków nie zaniedbywało,
Gdyż skoro lekkie krople, w powietrzu wiszące
Były tam nadal, nagle promienie gorące
Przecięły niebo i je wszerz rozświetliły.
Po drodze jednak sporo światła pogubiły,
Które siedząc na promieniach specjalnie uciekło,
By nabrać nowy kierunek: krople co im się upiekło,
I nie spadły na ziemię, nie zdążyły opaść,
Więc wnet jasność spróbowała szybko je dopaść.
Tak to rozpoczęły się zabawy i sztuczki,
A słońce z chmurami oglądało swe wnuczki,
Które tak się szturchały i tak się ganiały,
Że zaraz wszystkie światełka się porozszczepiały.

Nastąpiło zjawisko, rzadkie, urodziwe,
Tęcza usłała niebo błękitne, godziwe,
Tak to z igraszek wyszło coś wielce pięknego,
Pędzącego przez niebo, kształtem szerokiego
Łuku, co za sklepienie wiecznie mógłby służyć,
Lecz gdyby był zbyt częsty zacząłby się nużyć.

Bowiem zawsze piękne tylko coś, co jest rzadkie,
I nie da się dotknięciem stwierdzić, czy gładkie,
Bowiem zawsze piękne, gdy nie można w pełni mieć,
I da się jedynie marzyć, można tylko chcieć,
Bowiem gdyby piękno wpadło w nasze ręce,
Pogniotłoby się zaraz, ku swojej udręce,
Bowiem piękno jest lotne, a piękno jest pięknem,
A co piękne i lotne nawet nie diamentem,
Bowiem słowem jednym piękna nie określisz,
Piękno czasem jedynie, nienazwanym pieścisz.

Tęcza wisząca nad Marvel – puszczą ogromną
Bujnym lasem usłaną, przez czyjąś swawolną
Siłę. Prędką i mądrą, rządzącą przyrodą,
Która bez owej siły stałaby przeszkodą,
Na drodze podróżnika, co zamiast słowika
Ujrzałby brzydkiego i krwiożerczego dzika.
Na szczęście tak nie jest, gdyż widać równowagę,
Panującą wszędzie, gdziekolwiek konno jadę,
Która tu drzewo, tam kwiat, umieści wnet szybko,
Zrobi to jednak pięknie i myślą nie płytką,
Bo za owych wielkich dni, kiedy świat tworzono,
W pałacach wielkich, co je złotem ozdobiono,
Na tronach, co jak piękno w dziewiczej postaci,
Zasiadali nieznani wśród znanej im braci,
Również olśnionych, genialnych twórców wszechrzeczy,
Z którymi nikt się kłócić, którym nikt nie przeczy,
To również oni stworzyli Marvel - wielki las,
W którym kwitnął łąki, gdzie panuje dobra czas.

Ptak lecący nad nim, widząc w dole czysty cud,
Zanurkował w dół, kędy ogromnych drzew jest w bród.


Marom, istotom całkiem do ludzi podobnych,
Ta kraina za dom, i miejsce wzgórz łagodnych,
Była ostoją spokoju, brakiem zwady,
A marowie dbali o nią, lecz bez przesady,
Zaś, mimo iż las, ich wspólna, jednolita rzecz,
Od jakieś czasu zwykli się od siebie strzec,
Lekka, lub może duża, kłótnia ich złączyła,
Co braterskie stosunki znacznie zawęziła,
W odrębnych krainach mile sobie mówili,
A w obrębie owych, od siebie nie stronili.

W jednej z tych krain, nastawał właśnie nowy dzień,
Wraz z nim wstawali marowie, wstawał również cień,
Choć było i dwóch takich, co wcześniej weszli w sień,
Położywszy się w trawie, nad lustrem jeziora,
Przyglądają się chmurom, których taka dola,
Aby ozdabiać niebo, lub wróżyć pioruny,
Które dają dźwięki, niczym szarpane struny,
Co w nie ostro gra kapryśny i przewrotny los,
By czasem dać pogodę, zaś czasem ulew sos.
Tak to leżeli razem i razem mówili,
Z ich ust zaś takie słowa płynęły od chwili:
- Widzisz synu ten kamień, matowy i smutny?
- Widzę ojcze dokładnie, żywot ma okrutny.
- Racja mój synu drogi, los niesprzyjający,
Czy wiesz czym jest naprawdę, w słońcu się błyszczący?

Cdn. (maybe).

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...