Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

W ramionach mroku

wujdans ·

„I wtedy dzielny Landis smoka pokonał,
a martwe truchło jego wrzucił między
wymiary, aby tam gniło po wieki”

Nerro Horgim – „Baśnie i legendy”
Słońce stało już wysoko na horyzoncie, kiedy zbliżył się do bram miasta. Pierwsi zauważyli go strażnicy miejscy czuwający na murach. Co tu dużo gadać, Korsand było miastem iście warownym. Z drugiej strony, takie zabezpieczenia były wręcz niezbędne w miejscach przeżywających rozkwit pod względami handlowymi, kulturalnymi czy wreszcie politycznymi. A Korsand do takich miejsc się niewątpliwe zaliczało. To tu co roku na dzień targowy gromadziły się hordy sprzedawców, przybywających tu praktycznie z całej Almirii, więc można było nabyć tu praktycznie wszystko. Od wspaniałych specyfików leczniczych i łuków, wytwarzanych przez dumne Elfy z wschodnich krain, aż po niezwykłe bronie i zbroje, wykuwane przez mistrzów nad mistrzami Krasnoludzkich kowali, pochodzących z niedalekich zachodnich państw. Miasto było wprost pełne przedstawicieli innych ras: Elfów, Krasnoludów czy Półelfów, krzątających się to tu to tam i załatwiających swoje sprawunki. Mimo że w mieście i tak większość stanowili ludzie i sam Burmistrz, także był człowiekiem, Elfy i inni Nie – ludzie nie narzekali na rasizm czy dyskryminację, tak często przejawianą w innych miastach wielorasowych. Z resztą porządek w razie jakichkolwiek zamieszek i tak zostałby utrzymany, burmistrz miał układ z rezydującą na terenie miasta Gildią najemniczą Morixa Gorhida, która w zamian za udzielenie jej od władz miasta budynku na koszary dla najemników i codzienne wyżywienie zobowiązana była do darmowego bronienia miasta w razie wszelkich zamieszek. Poza tym miasto posiadało także straż miejską, która w razie czego z powodzeniem mogła służyć do jego obrony. W skład straży poza zwykłymi wojakami wchodził zawsze przynajmniej jeden mag znający się na niezwykle przydatnej bojowo magii ognia. Tutaj, jak ocenił przybysz po przekroczeniu bramy, było ich co najmniej dwóch. Ubrani w lekkie bawełniane szaty koloru czerwonego, przypominające z wyglądu stroje kapłanów i uzbrojeni w długie laski odlane ze srebra, {srebro, jak wiadomo, jest najlepszym przekaźnikiem energii magicznej formującej się w czary} wyglądali na znających się na swojej profesji. Co więcej, widać było, że zainteresowali się jego osobą, ponieważ zaraz po jego wjeździe przez główną bramę wraz z czterema żołdakami ruszyli w jego kierunku. Teris podejrzewał, że wywoła niepotrzebne zainteresowanie swoją osobą, lecz nie mógł nic na to poradzić. Był Gepardosem, a ta niezwykle rzadko spotykana rasa zawsze była elementem plotek i domysłów a także obiektem zainteresowania. Tak Gepardosi, posiadający od szyi w dół zwykłe ludzkie ciało, natomiast dość nietypową, bo gepardzią głowę. {Zupełnie taką samą, jak u zwierzaka, od którego ta rasa zaczerpnęła nazwę.} Ogólnie rzecz biorąc, pokryci sierścią i cętkami na pysku Gepardosi, byli zawsze osobnikami o tyle sympatycznymi z wyglądu, co rzadkimi w występowaniu.

Z powodu niezwykle niskiej liczebności i dość nietypowej odmienności
w wyglądzie od innych człekopodobnych ras Gepardosi byli powszechnie dyskryminowani
i nietolerowani. Mało było wiadomo o ich pochodzeniu i zwyczajach poza tym, że mieszkają w niedostępnych puszczach parohońskich daleko na południu i inteligencją dorównują innym rasom. Teris odziany był w płaszcz z kapturem, otulający go miłą czernią materiału i, czego strażnicy zobaczyć nie mogli, z tytułu szczelności płaszcza, czarną kurtkę i spodnie wykonane z bazyliszkowej skóry. Rzeczy wykonane z owego materiału były drogie i rzadko spotykane, ponieważ świetnie chroniły zarówno przed zimnem jak i gorącem. Skóra bazyliszka działa jak izolator, nie nagrzewa się od promieni słonecznych i nie dopuszcza do siebie w dużej mierze chłodu, a poza tym wyglądały ekskluzywnie. Czarna, gładka skóra była niezwykle stylowa i praktyczna, dzięki czemu dość szybko zaczęto wybijać czarne Bazyliszki będące
i tak gatunkiem wymierającym. Końcem końców Bazyliszki wymarły, a posiadaniem jakiejkolwiek części garderoby wykonanej z ich skóry pochwalić się mogli w czasach teraźniejszych wyłącznie najbogatsi lub posiadający najrozleglejsze kontakty i przyjaźnie z garbarzami i to tymi najdroższymi. Lub z przedstawicielami bujnie kwitnącego „czarnego rynku”, na którym to można było dostać takie towary, pochodzące zazwyczaj z kradzieży, ale zawsze po olbrzymich cenach. Poza wspomnianym odzieniem Gepardos nosił na plecach krótki, jednoręczny miecz schowany w pochwie, pod płaszczem. Lecz jego główną bronią były Sakridy. Małe, cienkie nożyki bez rękojeści. Były małe, miały zaledwie kilka centymetrów długości. Lecz wykonane były ze stali najwyższej jakości. Taka broń wykonywana była niezwykle rzadko, umiejętnością wzorowego jej wykonania potrafili pochwalić się wyłącznie najlepsi Krasnoludzcy kowale. Mentor Terisa powiedział kiedyś, że w tej broni widzi jego przyszłość, jego zarobek i jego przetrwanie. To właśnie on podarował mu skórzany pas najeżony dookoła sześcioma długimi, grubymi, żelaznymi ćwiekami. Każdy z noży na przeciwległym końcu ostrza posiadał dziurkę na wylot, dzięki której dało się przewiesić nożyk przez ćwiek. Grubość ćwieku i szerokość otworu była tak precyzyjnie odmierzona, że nóż nie zsuwał się z ćwieku nawet podczas biegu. Poza sześcioma nożami przy pasie Teris posiadał jeszcze kilka wsadzonych po wewnętrznej stronie kurtki, w specjalne kieszenie. Wystarczyło tylko wyciągnąć któryś i rzucić kogoś z odpowiedniej odległości najlepiej w gardło i trup był pewny . Poza tym nie potrzebował więcej broni, był skrytobójcą, nożownikiem. Skrytość i szybkość w jego nielegalnym fachu była najważniejsza, w fachu, w którym był dobry. Był po prostu płatnym mordercą, no cóż,....nie wszyscy rodzą się królewiczami lub księżniczkami. Niektórym los poskąpił szczęścia i muszą utrzymywać się z innych zajęć, niż żyć z przywilejów stanu urodzenia.

– No, dobra, – zaczął wąsaty odziany stalową kolczugę mężczyzna – najpewniej miejscowy kapitan straży miejskiej.
– Zsiadaj z konia, ściągaj juki i pokazuj, co tam masz.
Teris od pierwszego spojrzenia nie spodobał się wojakowi i ten, jak tylko mógł, starał się unieprzyjemnić mu ewentualny pobyt w mieście.
– Widzisz, u nas w mieście – kontynuował wypowiedź – weszło niedawno rozporządzenie dotyczące każdego podróżnego chcącego dostać się do miasta. Na jego mocy mamy prawo przeprowadzić rewizję wśród rzeczy osobistych w poszukiwaniu artefaktów związanych z czarną magią. Chyba nie muszę ci tłumaczyć, co by cię spotkało, gdybyśmy znaleźli przy tobie takowe przedmioty, odmieńcze? – syknął zajadle wąsacz – Więc nie rób problemów i poddaj się dobrowolnie kontroli, bo jeśli nie – tu rzucił spojrzenie trzem strażnikom i stojącym trochę dalej magom – to moi chłopcy dokonają twego przeszukania siłą, a to, mogę cię zapewnić, nie będzie miłe!
Gepardos nie odpowiedział, tylko powolnym ruchem zsiadł z konia, sięgnął po skórzaną torbę i beznamiętnie wysypał jej zawartość na bruk. W torbie nie było wiele, a przynajmniej nic, co mogłoby świadczyć, że jej właściciel jest nekromantą lub para się czarną magią. Chyba że manierka na wodę, słoik z maścią przyśpieszającą gojenie, zwój bandażu i sakiewka, zresztą pusta w środku, zostaną kiedykolwiek uznane za groźne artefakty nekromantyczne, wtedy, kto wie...Póki co, w torbie nie znajdowało się nic innego. Taki obrót sprawy wyraźnie rozczarował wąsacza, gotowego do przyskrzynienia pod byle pretekstem nieznajomego. No cóż...Los nikomu nie szczędzi rozczarowań.

– Ściągaj płaszcz – zażądał wojak, – kto wie, może pod tym płaszczem ukryłeś coś podejrzanego? Co nie, chłopcy!
Tu zwrócił się do strażników w ciszy przyglądających się scenie. Jego wypowiedzi zawtórował stłumiony chichot jego podwładnych. Nie ma co! Od czasu wprowadzenia nakazu o obowiązkowym sprawdzaniu ekwipunku przyjezdnych ich szef ograniczał się jedynie do sprawdzania bagaży, a także wyposażenia, które podróżni mieli bezpośrednio przy sobie – wyłącznie za pomocą magii. Wystarczyło tylko, że mag podchodził na odpowiednią odległość do danej osoby, wymawiał odpowiednie zaklęcie, pozbywając się przy okazji małej ilości mocy magicznej, i już było wiadomo, czy dana osoba ma przy sobie, na sobie czy w ogóle w sobie cokolwiek magicznego. Mag po prostu wyczuwał to podświadomie. Inna sprawa, że dane zaklęcie odnosiło się do wszystkich magicznych rzeczy, niekoniecznie związanych z czarną magią. Tak więc za jego pomocą można było wykryć obecność wszelkich amuletów, tych magicznych oczywiście, różdżek lub wszelkich broni będących chociaż w małym stopniu zaczarowanymi. Jak więc jest jasno powiedziane, komenda dotycząca ściągnięcia płaszcza, wydana była przez zwykłą złośliwość, i miała na celu jak najdłuższe przeciągnięcie przeszukiwania ku dyskomfortowi przybysza. Mimo wszystko, Teris poczuł się niepewnie. Co prawda, z czarną, ani nawet z żadną inną magią nie miał nigdy nic wspólnego, ale gdyby ściągnął płaszcz, wąsaty na pewno zobaczyłby jego pas i przypięte do niego noże, a gdyby kazał mu jeszcze zdjąć kurtkę i zajrzał po jej wewnętrzną stronę, zobaczyłby ich jeszcze więcej, a to nie wróżyłoby dobrze. Po pierwsze, broń taka jak Sakridy nie była tradycyjną bronią noszoną przez najemników, magów lub chociażby wędrownych handlarzy, często będących uzbrojonymi. Wąsaty, widząc tę broń na pewno skojarzyłby z grubsza, czym zajmuje się Teris, a wtedy na pewno miałby świetny pretekst, aby ze względów bezpieczeństwa i przeciwdziałania przestępczości zamknąć go chociaż na krótki czas w lochu. Kto wie? Może nawet by go powiesili. Chociaż tak naprawdę, nie mieliby prawa. Gepardos nie był poszukiwany za zbrodnie, za jego głowę nikt nie wyznaczył nagrody. Wszystko dzięki temu, że zazwyczaj zabijał kanalie. Przestępców na zlecenie przestępców, takich, o których wymiar sprawiedliwości się nie upomni. Tak, mroczny świat nielegalnych gildii złodziei czy płatnych morderców istniał praktycznie w każdym większym miasteczku, a swymi „szponami” korupcji sięgał najwyższych szczebli władzy. Nic zatem dziwnego, że Teris dość szybko zaczął ze swoimi umiejętnościami znajdować pracę. Zazwyczaj polegała ona na szybkim i cichym zabiciu jakiegoś łotra ważnego w jednej gildii, a niewygodnego innej. Po wykonaniu roboty otrzymywał wynagrodzenie. Najczęściej zostawało ono doręczone przez jakąś tajemniczą, zakapturzoną osobę w umówionym wcześniej miejscu. Informacje na temat zleceń można było dostać w najmniej przywidzianych miejscach i momentach. Można było znaleźć kartkę leżącą na łóżku, w pokoju oberży, który się właśnie wynajęło lub w innych z pozoru niewinnych miejscach. Wszystko to było dowodem na to, że świat przestępczy działa i uważnie śledzi krok każdego. Lecz teraz dla Terisa nastały „chude lata”. Na mocy nie pisanej umowy między bandyckimi gildiami zawarty niedawno został pokój, przez co tacy jak on nie mieli nic do roboty. W poszukiwaniu choćby najmniejszego zarobku, udał się tu, do Korsand i dzięki temu był teraz na najlepszej drodze do spędzenia co najmniej kilku „urokliwych” nocy w lochu, z widokiem na księżyc przez kraty.
– No, ściągaj ten płaszcz!, czy może nie posiadasz pod nim już żadnego odzienia i wstydzisz się „świecić” przed nami golizną? – zauważył zgryźliwie wąsacz.

– No, proszę, – stwierdził z mściwą satysfakcją wąsacz – kogo my tu mamy, ubrany w całości na czarno, zwierzęcy pysk, pas z nożami, najpewniej jakiś zbir z ciebie, kto wie, czy nie poszukiwany? Z resztą to da się ustalić. Posiedzisz u nas w loszku, pogłodujesz i zaraz wyśpiewasz coś za jeden! Chłopy, brać go!
Gepardos cofnął się o dwa kroki i rozejrzał się gorączkowo. Brama była co prawda tuż za jego plecami i mógłby ostatecznie próbować konnej lub pieszej ucieczki, lecz zasadniczo nie miał żadnych szans. Z murów celowało w niego z kusz kilku żołdaków, gotowych w razie potrzeby posłać mu bełt w głowę. Nie należało też lekceważyć wąsacza i jego kilku ludzi, stojących zaledwie kilka metrów od niego. Szczególne zagrożenie stanowili stojący nieco dalej magowie. Wystarczyłaby chwila koncentracji i odpowiednie zaklęcie z ich strony i już w Terisa leciałaby piękna, gorąca kula ognista, od której mógł zapłonąć jak pochodnia. Tak więc, sytuacja wyglądała na z góry przegraną i Gepardos już wyobrażał sobie, jak zaszczurzona może być cela, do której go zaprowadzą, gdy ciszę napięcia przerwał wysoki tubalny głos.
– Warin, ty stary rasisto, znów naprzykrzasz się przedstawicielom innych ras, co?! – Głos należał do potężnego, ponad dwumetrowego umięśnionego mężczyzny ubranego w skórzaną nabijaną drobnymi żelaznymi ćwiekami zbroję skórzaną koloru czerwonego. Zaskoczeni pachołkowie wąsacza zatrzymali się w pół kroku, spoglądając to na swego przywódcę to na kolosa, nie wiedząc, czy obezwładniać Terisa, czy czekać na dalszy rozwój wypadków. Mężczyzna, nadchodzący od strony rynku w obstawie dwóch podobnie ubranych, lecz zdecydowanie niższych osobników, wyglądał na osobę po czterdziestce. Włosy miał krótko ścięte, charakterystycznego rudego koloru. U pasa wisiał mu olbrzymi dwuręczny miecz, swym ciężarem śmiało przypominający ciężar topora. Mężczyzna wielkimi krokami zbliżał się do żołdaków i „oblężonego” przez nich Gepardosa, kiedy przystanął i z niedowierzaniem zaczął przyglądać się skrytobójcy.
– A niech mi Troll łeb urwie, Teris, to naprawdę ty!– krzyknął z przejęciem kolos.
– Tak, to niestety ja – pomyślał z rezygnacją Gepardos
Od czasu, kiedy ostatnio spotkał Morixa Gorhida, minęły już dwa lata. Ostatniego spotkania nie wspominał zbyt dobrze, ponieważ tak się jakoś złożyło, że Morix uratował mu wtedy życie i teraz mógł sobie rościć od tego jakieś prawa. No cóż, skrytobójca miał po prostu względem niego dług.
– Znacie tego osobnika panie Gorhid? – Zaczął po chwili ciszy z niedowierzaniem wąsaty.
– Czy znam? Pewnie, że znam! – odparł Morix – Wiesz Teris, z nieba mi chyba spadasz, mamy tu naprawdę wielki problem, zbieraj swoje manatki i udajmy się trochę dalej w głąb miasta, dosyć już nastałeś się w bramie!
– Hola, hola! – po chwili milczenia zaczął wąsaty – Co to za samowola panie Gorhid. Ten tutaj, jak go pan nazwał Teris, zostaje zatrzymany w ramach „ustawy o zapobieganiu przestępczości” i jeżeli chce pan omówić z nim jakieś sprawy, to przez najbliższy czas będzie przebywał w miejskim lochu. Wie pan, jak tam dotrzeć, prawda?
– Po pierwsze – zaczął pozornie nie zrażony wypowiedzią wąsacza Morix – nie przypominam sobie, by kiedykolwiek w tym lub innym mieście weszła w życie ustawa, o, jak to powiedziałeś, Warin, „zapobieganiu przestępczości”. Po drugie, pan Teris nie stanowi jakiegokolwiek zagrożenia dla bezpieczeństwa publicznego i osobiście za niego ręczę. Co więcej, jeśliby ktoś śmiałby wątpić w wartość moich obietnic, to wyzywam takowego na pojedynek tu i teraz. Lecz nie na miecze lub inne tego typu żelastwo, tylko na pięści, jak winni są walczyć prawdziwi mężczyźni. Tu zademonstrował wielkie jak bochny kułaki – No jak, są chętni do podważenia wartości mojej rękojmi?
W tym momencie rozejrzał się po strażnikach. Chętnych jakoś nie było, widać, że przeświadczenie o prawdziwości obietnic Gorhida było powszechne lub też nikt nie chciał stoczyć pojedynku z osławionym pięściarzem, który jednym ciosem był w stanie powalić największych osiłków. Bez względu na powody chętnych jednakowoż nie było.
– Świetnie, że tak mi ufacie – stwierdził. – Z panem Terisem mamy ważne sprawy do omówienia, więc nie obrazicie się, jeśli was opuścimy – prawda, Warin? Teris, idziemy! – zakomenderował Morix.
Gepardos pozbierał rzeczy wysypane uprzednio z sakwy, wdział płaszcz, wziął konia za uzdę i ruszył za kolosem.
– Zapamiętaj – rzucił mu półgłosem wąsacz zwany Warinem, kiedy Gepardos go mijał – jeśli sprawisz jakiekolwiek kłopoty lub złamiesz prawo, to nikt, nawet twój kumpel Morix, cię nie uratuje, a ja z radością załatwię cię i powieszę sobie ten twój zabawny włochaty łeb nad kominkiem, pamiętaj!
Teris nie odpowiedział, nie zaszczycił Warina nawet jednym pogardliwym spojrzeniem. Nie było po co, przywódca straży był po prostu kolejnym pożałowania godnym rasistą, takich jak on skrytobójca napotykał codziennie „setki”.
*****************
– Dzięki za pomoc – zaczął Teris, gdy wraz z Morixem i jego dwoma najemnikami oddalili się wreszcie od wąsatego przywódcy straży i jego „pachołków”.
Znajdowali się teraz na placu rynkowym, w gwarnym tłumie osób załatwiających swoje sprawunki.

– Gdyby nie ty - kontynuował Gepardos- pewnie by mnie zamknęli, dzięki Morix.
– Macie wolne chłopaki, – powiedział Gorhid, odwracając się do dwóch, idących za nimi równym krokiem najemników z jego gildii – możecie iść do karczmy albo gdziekolwiek indziej. Tylko pamiętajcie, nie upijać mi się, ani nie wszczynać bójek, jasne!
Dwaj najemnicy odziani podobnie jak ich przywódca w czerwone, skórzane zbroje pokryte drobnymi żelaznymi ćwiekami i czerwone chusty, zawiązane tak, by zasłaniały dolną część twarzy, {od nosa w dół} zasalutowali gestem uderzenia pięścią o pięść i bez słowa odeszli. Najemnicy z Gildii Gorhida Morixa z tytułu noszenia przez nich czerwonego stroju, a możliwe że i z tytułu rudości ich szefa przezywani byli powszechnie „Rudasami”. Gildia Morixa, w skład której razem z nim wchodziło piętnastu członków, była obecnie jedyną gildią najemniczą w całym Korsand. Należeli do niej głównie młodzi, mężczyźni mający po dwadzieścia parę lat, wyszkoleni i pozostający pod przywództwem Morixa. Gildia zajmowała się głównie ochroną osób i ich mienia, a ze względu na przystępne ceny i dobrą jakość usługi wiodło jej się nie najgorzej.
– No, dobra – odrzekł z zadowoleniem Morix, gdy jego podwładni „wtopili” się w tłum i znikli mu z oczu – Wiesz, Teris - zaczął, nie czekając na pytania Gepardosa.– mam problem nie cierpiący zwłoki, i...pomyślałem, że może mi pomożesz, bo jesteś mi to winien, pamiętasz, uratowałem ci życie?
– Ależ tyś bezpośredni – zaczął Teris – od razu mówisz, o co ci chodzi, nie bawisz się we wstępne powitania i wiesz, za to cię lubię! Mów więc, o co ci chodzi i gdzie idziemy, bo płatnego zabójcy chyba nie potrzebujesz?
– Nie, nie potrzebuję! – stwierdził z rozbawieniem Morix – ale potrzebuję twojej rady, bo widzisz....Zresztą nieważne. Zauważyłeś ten wysoki, marmurowy gmach?
– Tak, a co?
– Jak tam dojdziemy, to ci wszystko wyjaśnię – stwierdził zadowolony z własnej odpowiedzi Morix.
Byli już w połowie trasy do budynku, gdy nieoczekiwanie drogę zastąpił im niski, brzuchaty mężczyzna, w obstawie czterech odzianych w żelazne zbroje rycerzy. Na lśniących napierśnikach wojacy mieli namalowany herb miasta a w dłoniach dzierżyli ciężkie dwuręczne miecze o ząbkowanych ostrzach. Motłoch szybko rozsuwał się w miejscach, gdzie zamierzali przejść, co znaczyło, że brzuchacz odziany w strój haftowany złotą nicią jest kimś ważnym.
– Widzę, że mało robisz sobie z ultimatum, które zostało ci postawione, panie Gorhid, czas mija, a efektów nie widzę żadnych! – rzekł brzuchacz. Motłoch i jak gdyby nigdy nic wrócił do swoich zajęć, nie zwracając uwagi na toczący się dialog.
– Zapewniam pana, panie burmistrzu, że wbrew pozorom ciągle pracuję nad sprawą, tyle że wymaga ona odpowiednio długiego czasu i osób o odpowiednich predyspozycjach – zapewnił gorąco Morix.
– A co, nie wystarczą panu panna Sarina i pan Kilis? – zdziwił się burmistrz – To fachowcy od tych zagadnień. A co do czasu, to sam chciałbym mieć go więcej, ale sprawy – tu ściszył głos – nie da się dłużej tuszować.
Więc myśl, co robić, bo inaczej koniec z naszym układem i dowalę twojej gildii taki podatek „od prowadzenia działalności gospodarczej” w mieście, że się nie pozbieracie. Rozumiemy się?! – Gorhid w odpowiedzi kiwnął głową – Jeśli tak, – odparł już głośno burmistrz to nie przeszkadzam dłużej. Do zobaczenia, panie Morix – rzucił odchodząc wraz z obstawą.
Teris poczekał, aż burmistrz „zniknie” w tłumie i dopiero po chwili zapytał swoim niezmiennym, warkliwym i mrocznym głosem – Morix! wytłumacz mi w końcu, o co tu chodzi?! Im dłużej tu jestem, im więcej słyszę, tym mniej z tego wszystkiego rozumiem.

– O co tu chodzi?! Powiadasz, że nic nie rozumiesz – odparł po chwili milczenia smutnym, nostalgicznym głosem Morix – To nie tylko ty jeden, bo ja, przysięgam ci, też coraz mniej z tego wszystkiego rozumiem.
– Widzisz – odparł powoli ruszając w kierunku wspomnianego wcześniej marmurowego pałacu, odznaczającego się na tle prostych, niskich, murowanych z cegieł domków – Cała heca zaczęła się kilkanaście dni temu, wtedy, kiedy, zaginęła pierwsza dziewczyna. – Gepardos nie zadawał pytań, pozwolił kontynuować przyjacielowi opowieść, podążając za nim w milczeniu - Tak – kontynuował Morix– pierwsza zaginęła dziewczyna pracująca w jednej z tutejszych karczm jako posługaczka. Po prostu jednego dnia nie przyszła rano do roboty. Karczmarz w ten sam dzień, ale już późnym wieczorem, posłał do niej do domu swojego syna, żeby ten zobaczył, co się z nią dzieje. No i kiedy chłopak wrócił, po chwili do karczmy ojca, to był cały zdyszany, słowa nie mógł wymówić, no i był całkiem przestraszony. Wiem, bo byłem wtedy w tej karczmie. Gdy to tylko zobaczyłem, to wziąłem kilku chłopaków z gildii i pędem poszliśmy do domu tej dziewczyny. A musisz wiedzieć, że mieszkała wraz z rodziną w domu na uboczu miasta, tuż pod murami. Wyobraź sobie, że strażnicy na murach stali i pilnowali, jak gdyby nic. To niesamowite, że nie widzieli nikogo podejrzanego wchodzącego do tego domu. To naprawdę było podejrzane, bo w środku tej chałupy, z tego co zobaczyliśmy wchodząc, musiała rozegrać się niezła rzeź. Mówię ci, dosłownie trup, na trupie. Pięć ciał,: ojciec, matka i ich trzech synów. Wszystkie ciała zmasakrowane, lecz udało się jakoś dokonać identyfikacji, głównie dzięki pomocy znajomych ofiar. No i tu zaczyna się szkopuł, bo rodzina była sześcioosobowa, szóstą osobą w rodzinie była najmłodsza dwudziestoletnia dziewczyna, ta która pracowała w karczmie. Jej ciała nie znaleźliśmy,a najciekawsze było to, że, wewnątrz chałupy tych nieszczęśników znaleźliśmy nabazgrany na ścianie krwią napis w jakiś nieznanym piśmie. O sprawie prędko zrobiło się głośno w całym mieście, ale burmistrz śpiesznie, bo jeszcze tej samej nocy spotkał się ze mną i przywódcą straży miejskiej Warinem...
– Poczekaj, poczekaj! – przerwał mu Teris – Z tym Warinem, który czepiał się mnie dzisiaj przy bramie?
– Tak, z tym samym – potwierdził Morix. – Ale daj mi dokończyć... A więc, tak jak mówiłem, burmistrz tej samej nocy spotkał się ze mną i Warinem, który też był na miejscu tego mordu i nakazał nam, żebyśmy razem z naszymi ludźmi trzymali gęby na kłódki na temat tego, co się stało z tą rodziną. A jakby nas ktoś pytał, co się stało, to mieliśmy odpowiadać, że wedle naszych przypuszczeń nastąpił napad rabunkowy, w wyniku którego wyrżnięto tę familię. Co mieliśmy robić? Zgodziliśmy się. Wiesz ,Teris, mam korzystny układ z burmistrzem, dotyczący mojej gildii. Widzisz, on udziela mi budynku na koszary, dostarcza darmowej żywności, nie muszę płacić podatku „od wykonywania na terenie miasta działalności gospodarczej”, a ja z moimi „chłopcami” jestem w zamian zobowiązany za darmo bronić miasta przed wszelkimi zamieszkami, co nie wyklucza pobierania opłat od konkretnych klientów, korzystających z moich usług a będących obywatelami miasta.Mówię ci, lepiej być nie może! A gdybym nie zgodził się na prośbę burmistrza, to kto wie? Mógłby anulować naszą umowę. A jeśli chodzi o Warina, to on nie miał zdania na temat tego zabójstwa i od razu podporządkował się woli burmistrza. Mnie to od razu wyglądało na jakiś mord rytualny, jeszcze ta dziwna sprawa dziewczyny, której nie było pośród trupów i te ciągle nasuwające się pytania: Skoro mord nastąpił w dzień, to jak to możliwe, że mordercom mimo obecności straży na murach udało się dotrzeć do domu, dokonać masakry i uciec niepostrzeżenie? I gdzie jest dziewczyna, lub jej ciało? Oczywiście, o tym, że dziewczyna była członkiem wymordowanej rodziny, dowiedzieliśmy się na następnego dnia po mordzie, kiedy burmistrz wygłosił oficjalne oświadczenie do mieszkańców miasta, głoszące jakoby rodzina została „wyrżnięta” przez bandytów, którzy po kryjomu zabili ich i okradli. Po tym oświadczeniu znaleźli się przyjaciele rodziny, którzy zidentyfikowali trupy i stwierdzili brak jednej dziewczyny. Oczywiście burmistrz nakazał zachować im ten fakt w tajemnicy, płacąc niezłe pieniądze za ich milczenie. Dom, w którym doszło do mordu, jeszcze tej samej nocy wysprzątano, dokładnie wymyto w środku i zamurowano, aby zatrzeć ślady, oczywiście zajmowała się tym straż miejska.
– Czegoś tu nie rozumiem – wyraził pogląd Teris – jeśli syn karczmarza „wyleciał” z miejsca tamtej kaźni cały spanikowany, blady jak ściana, to dlaczego strażnicy nie zwrócili na to uwagi?
– Zauważ – odparł Morix – że poza siedzeniem w wieżyczkach i drzemaniem te lenie nie zajmują się niczym innym. Nawet rzadko kiedy zajmują się patrolowaniem murów i miasta. Ponadto mury są wysokie, wtedy panowała noc, a chłopak był w takim szoku, że nawet nie krzyczał, jak więc mogli zauważyć po jego zachowaniu, że coś jest nie tak? Prawdopodobnie w ogóle nie zwracali nigdy uwagi na to, co dzieje się z tym ubogim domkiem i jego właścicielami.
– Faktycznie, pewnie masz rację – przyznał Teris
– Wracając do tematu – kontynuował Morix – parę dni po tamtym zdarzeniu nastąpiła kolejna zbrodnia, w jednym z zaułków miejskich znaleziono trupa jednego z handlarzy lekami.
– Skąd wiadomo, – przerwał mu Gepardos – że morderstwa dokonały te same osobniki? Przecież wasze miasto nie jest absolutnie bezpieczne. Nawet tu, mimo waszych wysiłków ochroniarskich, na pewno zdarzają się zwykłe, nierytualne kradzieże i mordy.
– Tak – odparł Morix – to miasto nie jest „święte”. Tu też zdarzają się zwykłe napady
i kradzieże, ale zabójstwo tego handlarza było zupełnie inne od wszystkich. Znaleźliśmy go zadźganego w zaułku. Na murze, przy którym znaleźliśmy ciało, ktoś znów nabazgrał krwią trupa jakiś napis w nieznanym języku. Trupa znalazł jeden ze strażników miejskich, któremu Warin od razu nakazał milczenie na temat tej sprawy. Od razu powiadomiliśmy burmistrza o całej sprawie, a on kazał, ponownie uprzątnąć zwłoki, zmyć krwawy napis i trzymać gęby na kłódki. Następnego dnia znów wydał oświadczenie, informujące obywateli, o okrutnym napadzie rabunkowym, w wyniku którego zginął handlarz. Ale to już nie przeszło bez echa, w mieście, od razu „zahuczało” od plotek. I wtedy ktoś doniósł Warinowi i mnie, że ten cały handlarz miał młodą narzeczoną, z którą widziano go jeszcze krótko przed śmiercią. Wtedy wreszcie zrozumieliśmy, o co chodzi. Ta sekta po prostu porywa młode dziewczyny, w jakimś niewiadomym, chyba rytualnym celu, a wśród osób z ich otoczenia dokonuje czegoś w stylu rytualnego mordu. Zgłosiliśmy nasze obiekcje burmistrzowi, a ten odparł tylko, że od razu przeczuwał działalność jakiejś sekty i że skoro z Warinem jesteśmy tacy przemyślni, to mamy jakoś rozwiązać ten problem. Powiedział jeszcze, że nie ma zamiaru informować obywateli o tym co się naprawdę dzieje w mieście, bo taka zła sława mogłaby bardzo zaszkodzić wszelkim interesom. Kupcy ze strachu po prostu mogliby przestać przyjeżdżać do miasta. Wtedy burmistrz wpadł na pomysł, że skoro to jakaś sekta, to na pewno władają czarną magią i wprowadził w życie to prawo o obowiązkowym sprawdzaniu ekwipunku podróżnych. Moim zdaniem, to bzdura, bo wiadomo, że ta sekta działa w mieście, a skoro działa w mieście, to albo ma tu swoją kryjówkę, albo dostaje się tu przez jakieś magiczne portale. Przecież wiadomo, że po każdym porwaniu nie będą wyjeżdżać z miasta, po to by znowu wrócić i to przewożąc ze sobą magiczne artefakty. I wreszcie najważniejsze, po zabójstwie tego handlarza, i zaginięciu jego narzeczonej, przez pewien okres czasu był spokój. Aż tu kilka dni temu ktoś po kryjomu napadł na jednego z najbogatszych kupców w mieście, mieszkającego w tym marmurowym pałacu, do którego się zbliżamy. Wytłukł po cich u ochronę budynku, a muszę ci powiedzieć, że wbrew pozorom, byli to specjaliści lepsi nawet od moich ludzi. Sprowadzeni do ochrony aż z miasteczka Folrin. Z gildii „Wilczych Serc” Andesa Potiga. Słyszałeś o gildii „Wilczych Serc?” Na pewno słyszałeś! To najemnicy najwyższej klasy. Ale, jak już mówiłem, zostali po cichu wyrżnięci i jak za dnia strażnicy miejscy zorientowali się, że dziwnym trafem nigdzie nie widać strażników willi, było już za późno. W środku budynku znaleźliśmy ciała straży, kupca i jego żony, ale nie natrafiliśmy na ciało ich pięknej dziewiętnastoletniej córki. Znaleźliśmy natomiast napis na ścianie wykonany nieznanymi runami. Ten nie był jak poprzednie, napisany krwią, tylko jarzył się jakimś dziwnym blaskiem. Kiedy się burmistrz dowiedział o tym, co zaszło, to najpierw wpadł w szał, potem załamał się, a na końcu postawił mi ultimatum, że jeżeli w ciągu tygodnia nie znajdę winnych, to on zrywa wszelkie układy, które ma z moją gildią, bo: „Po co mi taka gildia, która nie potrafi upilnować miasta”! Jedyne co zrobił, żeby mi pomóc w poszukiwaniach, to sprowadził do miasta dwójkę magów, jak twierdził specjalistów w sprawach tajemnych zrzeszeń i pism runicznych. Sam musiał zresztą się zająć wymyśleniem kolejnej „bajki”, dotyczącej sprawy, którą puści w huczące od domysłów społeczeństwo. W mieście zaczęły się już nawet pojawiać głosy o tym, że należy obalić burmistrza, zawezwać z sąsiedniego królestwa zakon „Paladynów herbu Jednorożca” i za ich pomocą zrobić w mieście „porządek”. Finał jest taki – zakończył swoją opowieść Morix – że nie mam pojęcia, czym jest ta sekta, gdzie jest, ani jak sobie z nią poradzić. Miasto „pęka w szwach z napięcia”, a burmistrz suszy mi głowę groźbami. Jak zobaczyłem dzisiaj ciebie w bramie miejskiej, to pomyślałem, że może ty pomożesz mi rozwikłać tę sprawę. Znasz się przecież na przestępczym „półświatku”, podróżujesz po całym świecie, więc może słyszałeś coś o takowej sekcie.

– Cóż, muszę cię rozczarować – odparł Teris. – nigdy nie słyszałem o żadnej sekcie czy bractwie zajmującym się porywaniem dziewczyn i zabójstwami członków ich rodzin. Wygląda na to, że ci nie pomogę, więc jeśli pozwolisz, to opuszczę cię czym prędzej. W tym mieście nie ma chyba żadnych widoków na zarobek dla kogoś takiego jak ja, dlatego zamierzam natychmiast stąd wyjechać. Dzięki za opowieść, cześć!
W tym momencie Teris zamierzał odwrócić się, wsiąść na konia i czym prędzej wyjechać z miasta, nim wplącze się w jakąś intrygę. Niestety, było już za późno.

– A ty dokąd! – krzyknął Morix gdy tylko zobaczył, co zamierza zrobić jego przyjaciel. – To ja zwierzam ci się z problemu, ratuję od niechybnie grożącego ci więzienia, a ty tak mi się odwdzięczasz – zeźlił się Morix. – Nie ma mowy, nigdzie nie pojedziesz, jeśli chociaż nie spojrzysz na napis, który zostawiła po sobie ta sekta ostatnim razem! Zresztą nie masz wyboru, jesteś mi przysługę .Pamiętasz, uratowałem ci skórę przy naszym poprzednim spotkaniu, a to do czegoś zobowiązuje. Na przykład do tego. żebyś wszedł ze mną do tego budynku, pod którym właśnie stoimy - spojrzał na ślad zostawiony przez tych morderców i orzekł - czy na pewno to ci czegoś nie przypomina, może jednak spotkałeś się kiedyś z czymś takim, a nie pamiętasz?
Teris westchnął z rezygnacją. Nie miał zbytniej ochoty na oglądanie jakiś tajemniczych run, bo praktycznie w ogóle się na tym nie znał i był pewien, że spojrzenie na nie przypomni mu jakichkolwiek informacji na temat sekty, o której usłyszał pierwszy raz w życiu w dniu dzisiejszym. Niemniej jednak nie chciał robić z siebie niehonorowego egoisty, który nic sobie robi, z tego, że ma w stosunku co do kogoś dług wdzięczności. Dlatego po chwili wahania zsiadł z konia, zaprowadził go do małej, wybudowanej specjalnie na potrzeby właścicieli willi stajni i razem z Morixem wkroczył po stopniach do monstrualnego, marmurowego gmachu.
****************
Wewnątrz budynku wszystko zdawało się być w najlepszym porządku. Nic nie wskazywało na to, że niedawno odbyła się tutaj rzeź. Nic, poza drażniącym nos zapachem siarki. Widać było, że w celu odkażenia pomieszczeń od krwi wysypano je siarką. Teris wraz z Morixem, przeszedł długi korytarz, mijając wiele drzwi i podziwiając wiszące na ścianach drogocenne malowidła. Przy końcu korytarza znajdowały się schody prowadzące na górę. Morix podążył schodami, prowadząc za sobą Terisa. Po wejściu na górę przyjaciele weszli w stojące na wprost schodów drzwi i znaleźli się w jednym z wielu pokoi mieszczących się na tym piętrze. W pomieszczeniu przy jednej ze ścian klęczała młoda, ciemnowłosa, odziana w jedwabną suknię dziewczyna trzymająca w prawej ręce srebrną laskę, za pomocą której zapewne badała właściwości umieszczonego na ścianie, połyskującego magicznie napisu. Dziewczyna nie była jedyną osobą znajdującą się w pomieszczeniu. Na środku pokoju stał mały, misternie wykonany, dębowy stół, przy którym na krześle zasiadał długowłosy na oko trzydziestoparoletni mężczyzna w niebieskim, jedwabnym stroju, przypominającym z wyglądu mnisi habit. Lecz mężczyzna nie był mnichem, Teris zauważył to natychmiastowo. Mężczyzna był magiem.

–O, witam, panie Morix–zaczął z niekłamaną radością w głosie mag, wstając od stołu i wyciągając rękę w kierunku wielkiej „łapy” Najemnika.
Dziewczyna, zauważając przybycie gości, też oderwała się od pracy, zerkając w kierunku nowo przybyłych. Dopiero teraz, gdy Teris mógł się rozejrzeć po pomieszczeniu, był w stanie stwierdzić, do czego ono tak naprawdę służyło. Wbrew pozorom nie była to ani jadalnia, ani salon, jak na pierwszy rzut oka mogło się wydawać. Była to po prostu czyjaś komnata mieszkalna. „Czyjaś” czyli najprawdopodobniej, jak wywnioskował Teris z pobieżnych oględzin, jakiejś kobiety. Dębowe szafki, najpewniej na ubrania, liczne lustra oprawione
w złoto, wreszcie stojące na stoliku nocnym przy łóżku szkatułki na biżuterię. Wszystko to świadczyło dobitnie o tym, że właścicielką pokoju była kobieta.

– A kogóż to przyprowadził pan z sobą, panie Gorhid? – zapytał mag w asyście przyjaciółki, gdy skończyli wstępne wymiany uprzejmości z Morixem.
– Pozwólcie przedstawić sobie – zaczął Morix, wskazując na Gepardosa – to pan Teris z....
– Z Varsynii – dokończył za przyjaciela skrytobójca, podając rękę najpierw magowi a potem dziewczynie.
- Varsynia – zaczęła ciemnowłosa – słyszałam o tym mieście, leży w tym królestwie, prawda? Mówią, – kontynuowała wypowiedź w dość żartobliwym tonie, nie czekając na odpowiedź, na zadane wcześniej pytanie –„że w tym mieście każda dziewczyna szanująca dziewictwo, nie wychodzi po zmroku na dwór, bez asysty chłopa uzbrojonego co najmniej w kuszę” .
Teris znał ten żart. O tym mieście z racji panującego tam bezprawia i przestępczości, krążyło wiele żartów, w większości był to jednak „czarny humor”.
– To oczywiście kłamstwo – wysilił się na własny żart skrytobójca. – W tym mieście nie ma dziewic, żadna nie zdołałaby się uchować.
Całe towarzystwo ryknęło zdrowym śmiechem.
– Ale, ale... – zareagował po chwili mag – znamy pańskie imię, a my nawet się nie przedstawiliśmy. Nazywam się Kilis i jeżeli pan Morix wprowadził cię w sprawę, to pewnie wiesz, że wraz z panną Sariną –tu wskazał ciemnowłosą dziewczynę – jesteśmy magami. Zajmujemy się głównie badaniem i poznawaniem starożytnych pism i run. A pan, czym się pan zajmuje, bo mniemam, że Morix sprowadził pana, by pomógł pan w rozwiązaniu sprawy, nie mylę się?
– Nie, nie mylisz się, Kilis. – wtrącił się do rozmowy Morix.
– Pan Teris, z racji wykonywanego fachu podróżuje sporo po świecie i gdy tylko zobaczyłem go w mieście, postanowiłem wtajemniczyć go w problem.
– No i dobrze – odezwała się czarodziejka zwana Sariną, podchodząc demonstracyjnie do ściany pokrytej magicznymi runami– ma pan jakieś obiekcje, panie Teris? Proszę śmiało obejrzeć, wbrew pozorom to nie gryzie. Gepardos z wyraźną rezygnacją podszedł do ściany pokrytej magicznymi znakami i beznamiętnie przyjrzał się pismu.
– Tak, jak mówiłem – zwrócił się po chwili do Morixa– nic mi to nie mówi, nie wiem, kto za tym stoi i po co ta cała rzeź. Nie jestem, jak dobrze wiesz, żadnym badaczem czasów zamierzchłych, żebym miał znać to pismo, ani żadnym paladynem, żebym miał uganiać się za jakąś podstępną sektą!
– Cóż – odparł po chwili wymownego milczenia Morix – skoro nie możesz nam pomóc, a my też nie mamy żadnych pomysłów, to może chociaż napij się z nami. Po chwili do dębowego stołu dostawiono kilka krzeseł, a na stół postawiono kieliszki i antałek z winem prosto ze składu dawnego właściciela willi. Wino, jak ocenił po smaku Teris , było znakomite. Było bez wątpienia winem wytrawnym o niezwykłym, aromatycznym zapachu.
– A tak w ogóle, to czym się pan zajmuje, panie Teris, jeżeli można zapytać? – odezwała się Sarina, gdy całe towarzystwo rozsiadło się przy stole i delektowało się winem.
– Po pierwsze – zaczął Gepardos, to z góry dziękuję tobie i panu, panie Kilis, za to, że nie zareagowaliście tak, jak reaguje duża część społeczeństwa, w tym i magów na mój widok.
– A jakże to reagują na twój widok? – zainteresował się Morix.
– Nie mów, że nie wiesz, wielu spogląda na mnie jak na Jednorożca lub inne mityczne zwierzę, a praktycznie każdy, kto mnie widzi po raz pierwszy, wybałusza oczy i mówi: „Ty jesteś Gepardosem, prawda? Do tego jesteś pierwszym, jakiego widzę, to niezwykłe! Natomiast wy, chociaż widzieliście mnie niewątpliwie pierwszy raz w życiu przed paroma minutami, potraktowaliście mnie normalnie
- Wiesz – zaczął wyraźnie zmieszany wypowiedzią Terisa Kilis– tak po prawdzie, to jesteś naprawdę pierwszym Gepardosem, jakiego dane jest mi zobaczyć. Wcześniej widziałem tylko rysunki takich jak ty w „bestiariuszu ras Almirii”, Rukona i Vaseta. I wiesz, miałem naprawdę wielką ochotę wybałuszyć oczy na twój widok.

Sarina ruchem głowy dała do zrozumienia, że w pełni identyfikuje się z wypowiedzią przyjaciela.

– A co do mojego zawodu – ciągnął Teris – to nie zamierzam robić z niego tajemnicy i powiem wam wprost. Jestem płatnym skrytobójcą.

– Wiedziałam – odezwała się z nutą triumfu w głosie Sarina. – od razu, kiedy tu wszedłeś razem z Morixem, wiedziałam, kim jesteś! Chociaż nie poruszam się w kręgach płatnych morderców i złodziei, sporo o tobie słyszałam i od razu skojarzyłam cię z tym słynnym skrytobójcą, którego często określają mianem „Skorpiona ciemności”. Kilis gwizdnął cicho, będąc pod wrażeniem fachowej wiedzy przyjaciółki, na tematy, o których nie spodziewał się od niej nawet powierzchownej wiedzy. Z drugiej strony, czy ta wiedza była aż tak fachowa? Nawet on słyszał o słynnym „Skorpionie ciemności”, ale nigdy nie wiedział, że jest on Gepardosem. Tym bardziej nie spodziewał się, że będzie dane mu go kiedykolwiek spotkać. Ale jednak było. Naprzeciw niego siedziała „żywa legenda” świata płatnych morderców. „Legenda” całkiem sympatyczna. Średniego wzrostu, szczupłej budowy, warkliwego głosu i dosłownie gepardziego łba. Patrząc na niego Kilisowi od razu stanęły przed oczami zwierzęta Gepardy, które widział kiedyś w pewnym cyrku. Gepardosi– Ciekawe skąd wzięła się ta rasa? – pomyślał.

– Tak, to prawda – wyrwał się z wypowiedzią Morix. – Pan Teris jest płatnym zabójcą. Myślałem, że z uwagi na częste podróże, jakie odbywa, posiadł może jakąkolwiek wiedzę na temat naszego problemu, ale jak widzę, przeliczyłem się – dokończył melancholijnie.
– Może i pan Teris nie ma żadnego pomysłu, ale my poczyniliśmy dziś znaczne postępy w śledztwie, którymi chętnie się podzielimy – zaskoczyła Morixa Sarina – widzisz – zaczęła – przez cały dzień zajmowaliśmy się rozpracowywaniem tych run. I w końcu doszliśmy , co one znaczą – to pismo – kontynuowała wypowiedź – to pradawne smocze runy umieszczone na tej ścianie jako zapowiedź.
– Bzdura – włączył się do dialogu Teris – smoki to tylko głupie gady, będące na krawędzi wymarcia. Nigdy nie znały mowy, a tym bardziej pisma. Zresztą nawet gdyby jakiekolwiek posiadały, to jak miałyby je zapisywać. Pazurami na skałach! Przecież te gady nie posiadają i nie posiadały nawet rąk!
– Od razu widać, że nie słyszałeś o tak zwanych: „Smokach naczelnych” – wyraziła swój pogląd czarodziejka. – Legenda głosi, że dawno temu, kiedy w całej Almirii żyło jeszcze wiele smoków, istniała trójka smoczych książąt zwanych „Smokami naczelnymi”. Smoki te władały wszystkimi innymi. Poza tym, że były inteligentne i potężne, znały także magię, pismo, a także wiele języków. Jednakże Ludzie i inni humanoidzi, zaczęli sobie zdawać sprawę z zagrożenia, jakie niosą ze sobą smoki, i zaczęli je skutecznie wybijać. Oczywiście, smoki nie pozostawały ludziom dłużne i tak oto rozpętała się „mała bitwa”. Koniec końców większość zwykłych smoków razem z trójką „smoczych książąt” została wyrżnięta do nogi. Podobno ostatni, najpotężniejszy z całego trio smok, prawdziwy „król smoków”, został zabity przez legendarnego elfiego herosa Landisa, który wrzucił potem martwe truchło bestii do innego wymiaru–zakończyła z „namaszczeniem” czarodziejka.
Teris parsknął wymownie, dając tym samym do zrozumienia, w jakim stopniu wierzy w inne wymiary i inteligentne smoki.
– Wbrew pozorom – ciągnęła dalej niezrażona reakcją Gepardosa Sarina – jest to legenda prawdziwa. Świadczą o tym liczne znaleziska, potwierdzające jej autentyczność.
– Dobrze, dobrze, niech legenda prawdziwą sobie będzie – zaczął zniecierpliwiony Morix. – Ale co to ma wspólnego z naszą sprawą?
– Otóż – odpowiedział za Sarinę Kilis - jak już mówiliśmy, napis jest w starożytnym języku smoków, a w mowie międzyrasowej brzmi on tak: „Ty, który władałeś światem dawniej, przyjm nasze ofiary i powróć w pełni mocy”. Czyli jednym słowem, ta sekta posiadła sekret rytuału, dzięki któremu będzie mogła ożywić i przyzwać króla smoków do naszego świata.
– A rzeczą niezbędną do odprawienia takiego rytuału są młode dziewice – dokończyła
z podekscytowaniem Sarina.

– Skoro istnieją inne światy, to dlaczego magowie nie podróżują między nimi?. – zapytał z wyraźną kpiną w głosie Teris.
– Jest to zbyt trudne – odpowiedział Kilis. – nie można podróżować do innych wymiarów, lecz ponoć dawni, legendarni magowie potrafili przesłać do nich różne rzeczy, a nawet żywe istoty. Padło smoka też zostało przesłane do innego świata, lecz jeśli ktoś zna odpowiedni rytuał, może być w stanie nawet przywołać, a nawet ożywić smoka – stwierdził z przekonaniem Kilis.
– Ależ wy rozwiązaliście sprawę! – krzyknął euforycznie Morix – to koniec moich kłopotów!
– Raczej początek – stwierdzili zgodnie magowie – ten napis podobnie jak poprzednie, jest wskazówką. Ta sekta poprzez te informacje chce ukazać nam ich wyższość. Co więcej, ma nas w szachu. Nie wiemy, ile dziewczyn i czasu potrzebują ,by odprawić rytuał. Praktycznie wiemy tylko to że ta sekta ma na celu przyzwanie i ożywienie króla smoków.
W tym momencie niebo zasnuły czarne chmury. W środku południa zapanowała natychmiastowa ciemność. Morix dopadł okna, z przerażeniem obserwując zapadający mrok. Po chwili Willą, wraz z chyba całym miastem wstrząsnął potężny ryk. Ryk dzikiej bestii.
– O boże! zaczęło się! - jęknął z przestrachem Kilis.
Kiedy wybiegli z willi, sprawy nie prezentowały się zbyt wesoło. Nad miastem unosiła się wielka, „czarniejsza od ciemności” bestia, będąca ponad wszelką wątpliwość smokiem. To, że bestia była wielkości średniego domu, chyba nie trzeba dodawać. Ponadto na ulicach zaroiło się od jakiś dziwnych, ubranych w czarne habity typków, co rusz zarzynających strwożonych ludzi, którzy w panice biegali po ulicy.
– I co ty na to, Terisie niedowiarku? – zapytała zatrwożona Sarina, spoglądając na smoka, którego wielka sylwetka rysowała się na niebie daleko na drugim końcu miasta.
Teris nie odpowiedział, zresztą pod osłoną właśnie zapadłych ciemności zdążył już oddalić się od grupy.
– Nie zajmuj się jego nieobecnością – odrzekł zaniepokojonej czarodziejce Morix – niech robi, co chce, to fachowiec w swojej branży. A w ciemnościach czuje się jak ryba w wodzie. Gdybym miał obstawiać, kto z nas wszystkich ma większą szansę przeżycia tego ambarasu, postawiłbym na niego.
Wszyscy spojrzeli daleko na drugą stronę miasta, gdzie zaczęły już unosić się smugi ognia i dymu. Smok, zwyczajem wszystkich gadów tego typu, zajął się tradycyjnie podpalaniem i burzeniem wszelkich budynków dookoła.

– Zabili je – zaczął Kilis – zabili te dziewice podczas rytuału przyzwania. To przez ten rytuał niebo zasnuła nieprzenikniona ciemność, jestem tego pewny. A teraz mordują wszystkich w mieście. Nikt nie ujdzie żywy!– wydarł się histerycznie.
– Dobra, dosyć tego gadania, trzeba ratować mieszkańców.–wziął się w garść Morix. – muszę dotrzeć do koszarów mojej gildii we wschodniej części miasta. Moi „chłopcy” potrzebują przywódcy, razem spróbujemy zapanować nad tym rozlewem krwi. Uspokój przyjaciela i chodźcie ze mną.–zwrócił się do Sariny, zapalając łuczywo pochodni
– Dobra, dosyć tego gadania, trzeba ratować mieszkańców.–wziął się w garść Morix. – muszę dotrzeć do koszarów mojej gildii we wschodniej części miasta. Moi „chłopcy” potrzebują przywódcy, razem spróbujemy zapanować nad tym rozlewem krwi. Uspokój przyjaciela i chodźcie ze mną.–zwrócił się do Sariny, zapalając łuczywo pochodni
- Dobrze – odparła.
W końcu eskorta mocarnego najemnika mogła wyjść im tylko na dobre.
***************
Tymczasem Teris, prowadząc konia za uzdę, przedzierał się ku głównej bramie. Nazwa ta była o tyle absurdalna, że dana brama, była jedyną bramą w miasteczku. Z tego, co Teris zdążył zauważyć, sytuacja w mieście przedstawiała się tragicznie. Mieszkańcy wyraźnie zaskoczeni nagłym nadejściem ciemności miotali się z wrzaskiem i lamentem po ulicach, będąc łatwym celem dla jakiś dziwnych, zakapturzonych morderców, którzy pojawili się nie wiadomo skąd.
– Ciemność, jak ja cię kocham! – pomyślał Teris przedzierając się ciemnymi zaułkami ku upragnionej wolności. Podczas gdy inni biegali bezcelowo po ulicach, on był w swoim żywiole. Starannie prowadził konia przez najciemniejsze miejsca, stąpając cicho jak cień. Był tak wyuczony skradania, że jego czarne, skórzane buty przy dotknięciu podłoża nie wydawały najmniejszego szmeru. Był już blisko placu targowego, gdy natknął się na pierwszego zabójcę. Morderca uzbrojony w długą włócznię, gonił właśnie kobietę trzymającą
w ramionach małe dziecko. Teris rozejrzał się dookoła błyszczącymi jak dwa ogniki oczyma. Nie dostrzegł nikogo, a jeżeli nikogo nie dostrzegł, mógł mieć pewność, że nikt nie czai się w najbliższej okolicy. Gepardosi mają doskonały wzrok. Widzą świetnie zarówno za dnia jak i w ciemnościach. Teris stanął z koniem w największym cieniu, w głębi zaułku. Po chwili nie zauważając go przebiegła kobieta. Biegnący za nią zbir nie miał już tyle szczęścia. Kiedy był kilka metrów od skrytego w ciemnościach Terisa, dostał w gardło małym, lecz niezwykle szybkim i ostrym Sakridem. Zbir przewrócił się momentalnie i zaczął krztusić się własną krwią. Teris wyszedł z mroku i machinalnie dobił go mieczem. Nóż oczywiście został wyciągnięty z gardła wroga i po wytarciu o szatę sekciarza, ponownie przewieszony przez ćwiek u pasa Terisa. Po wykonaniu tej czynności Gepardos spojrzał na twarz przeciwnika. I w tym momencie, wszystkie „niewiadome”, związane z tajemniczą sektą stały się tak „jasne”, że „jaśniejsze” już być nie mogły. Przed Terisem leżał trup jednego ze strażników miejskich. Teris pamiętał go. To on razem z Warinem dokonywał tej nieprzyjemnej kontroli przy bramie, podczas której Gepardos o mało nie został aresztowany. Martwy strażnik, jak udało się zauważyć Terisowi, miał dziwne oczy. Oba białka tych oczu były koloru czerwonego, a źrenice były nadmiernie rozszerzone. Teris wiedział dlaczego. Jest taki proszek magiczny, który zażywają zazwyczaj złodzieje. Powoduje on tymczasowe poprawienie się wzroku u osoby działającej w ciemnościach. Czyli tajemniczymi mordercami są członkowie straży miejskiej– pomyślał Teris. Ciekawe, czy burmistrz stoi za tym wszystkim?

Wrzaski mordowanych na placu targowym nasiliły się. Teris spojrzał na konia – beznamiętnie gryzącego wędzidło. Nie mogę tak po prostu uciec – pomyślał znów. Muszę odnaleźć i powiadomić Morixa, o tym co tu się tak naprawdę dzieje.

*****************
Tymczasem Morix zdołał wraz z magami dotrzeć w pobliże placu, na którym stał budynek jego prywatnej gildii. Przed budynkiem dostrzegł jego ludzi, którzy toczyli walkę z napierającą na nich grupką sekciarzy. Widać było, że czciciele smoka walczą pod wpływem jakiś środków odurzających, ponieważ, bez jakiegokolwiek szyku bojowego, z dzikim wrzaskiem nacierali na zgranych najemników Morixa, którzy pod przywództwem jego zastępcy dawali im skuteczny odpór. Na tyle skuteczny, że gdy Morix dobiegł do miejsca, gdzie stał jego oddział, wszyscy obecni tam sekciarze leżeli już martwi.

– Posłusznie melduję że czekamy na rozkazy panie! – zasalutował zastępca Morixa na jego widok.
– Dobra, meldować krótko, co się dzieje i jaką mamy sytuację? – zapytał Morix, twardym, żołnierskim głosem. – No więc – zaczął najemnik...
- Sytuacja jest tragiczna! – zakończył za niego osobnik wyłaniający się z ciemności wraz z koniem.- w południowej części miasta szaleje wielki pałający żądzą mordu smok. Po całym mieście rozpanoszyła się chyba setka jego aktywnych czcicieli zarzynających ku jego chwale kogo się da. Na szczęście duża część uzbrojonych i znających się na walce przyjezdnych i mieszkańców zaczęła już stawiać opór. Największa jatka jest na placu targowym. Dodam, że członkami sekty są członkowie straży miejskiej. Z najprawdopodobniej twoim koleżką Warinem i burmistrzem na czele. – zakończył raport Teris.
Zaskoczone obecnością nieznajomego „Rudasy” skierowały w jego kierunku kusze
– Opuścić broń – zakomenderował Morix. – A co do ciebie, Teris, to jestem mile zaskoczony. Myślałem, że opuścisz ukradkiem miasto.
– Plany się zmieniły – odparł sarkastycznym tonem Gepardos – Wiesz, pomyślałem, że spróbuję uratować to miasto, może dodatkowo udałoby mi się spłacić dług wobec ciebie, kto wie?
– Dobra – odparł z entuzjazmem Morix – co proponujesz?
– W tym cały problem, że nie mam pomysłu – odparł Teris – Ale państwo magowie może jakiś posiadają, nie mylę się? – tu spojrzał na ciągle zaskoczonych jego obecnością magów.
– Po prawdzie to mam jeden, dość ryzykowny pomysł – odezwał się stojący po prawej stronie Morixa Kilis. – do ożywienia smoka na pewno potrzebny jest jakiś artefakt. Najpewniej jest to magiczny, nekromantyczny kryształ, który nekromanta napełnia stale własną energią w ten sposób utrzymując smoka przy życiu.
– Czyli kiedy jego energia się wyczerpie, smok zginie? – zapytał z nadzieją w głosie Morix.
Niezupełnie, jeżeli kryształ zostanie napełniony odpowiednią dawką energii, będzie ją stopniowo rozdzielał smokowi, utrzymując go przy życiu, może to potrwać nawet kilka dni. W tym czasie nekromanta może automatycznie zregenerować utraconą energię i znowu napełnić nią kryształ. Ale jest nadzieja, jeżeli zniszczylibyśmy kryształ, zabilibyśmy również smoka. Co najważniejsze, przesył energii od kryształu do smoka nie może być większy niż kilka kilometrów, co znaczy że nekromanta jest gdzieś w mieście! – A jeśli użylibyśmy odpowiedniego czaru na wykrycie „czarnej magii”, to moglibyśmy trafić do niego jak „po nitce do kłębka”– zakończyła prawie radośnie Sarina.
– Jest tylko jedno „ale”, Morix – odezwał się wiecznie ponurym głosem Teris – skoro Nekromanta zasila smoka energią, to jest osłabiony. I niewątpliwie ma sporą eskortę tych świrów! Wybieraj więc Idziesz wraz z nami i swoimi ludźmi po nekromantę czy idziesz bronić ludzi na targu?
- Targ musi poczekać – odrzekł z bólem Morix. – Jeżeli nie ubijemy smoka miasto i tak zginie. Zresztą, dosyć tego gadania! Sarina, Kilis, prowadźcie! Za mną Rudasy, róbmy, co do nas należy, na pohybel smokowcom – krzyknął w geście uniesienia bojowego.
Teris parsknął i w milczeniu poszedł za grupą, konia zostawił tam, gdzie stał, czuł, że teraz raczej mu się nie przyda.
***************
Idąc za magicznym instynktem magów grupa przedzierała się przez płonące zgliszcza domów, sklepów i warsztatów całkiem niedawno spalonych smoczym ogniem. Dotarli w końcu do ratusza, pod którym znaleźli burmistrza i jego prywatną gwardię. Znaleźli ich martwych pod płonącym ratuszem. Ciała były prawie że nie do zidentyfikowania. Po rycerzach zostały tylko plamy stopionego metalu. Burmistrz zginął w inny sposób. Widać było, że zbiegł z miejsca kaźni swoich podwładnych, ponieważ jego ciało leżało kilkadziesiąt metrów dalej podziurawione ostrzami włóczni.

Idąc za magicznym instynktem magów grupa przedzierała się przez płonące zgliszcza domów, sklepów i warsztatów całkiem niedawno spalonych smoczym ogniem. Dotarli w końcu do ratusza, pod którym znaleźli burmistrza i jego prywatną gwardię. Znaleźli ich martwych pod płonącym ratuszem. Ciała były prawie że nie do zidentyfikowania. Po rycerzach zostały tylko plamy stopionego metalu. Burmistrz zginął w inny sposób. Widać było, że zbiegł z miejsca kaźni swoich podwładnych, ponieważ jego ciało leżało kilkadziesiąt metrów dalej podziurawione ostrzami włóczni.

– Włócznie, to pewnie ich broń rytualna – pomyślał Teris. – ten burmistrz to biedny głupek. – kontynuował swe wewnętrzne rozważania Gepardos – Tuszował mordy ze względów ekonomicznych, nie wiedząc jakie to może mieć konsekwencje. Nie mając pojęcia, że członkowie straży miejskiej są czcicielami smoka szykującymi rzeź.
– Idzie! – krzyknęła nagle Sarina prowadząca pochód – ta energia, ona zbliża się, czuję to!
W tym momencie z uliczki, kierując się wprost na nich, wyszła grupa kilkudziesięciu uzbrojonych sekciarzy.Za nimi, wyraźnie trzymając się tyłu, kroczył nekromanta. Ubrany w czarną rytualną szatę. Na rękach trzymał błyszczący kryształ, wewnątrz którego buzowała czarna energia. Nekromanta wraz ze swoimi ludźmi zatrzymał się w sporej odległości od Terisa i Morixa wraz z jego najemnikami, lecz wyćwiczony wzrok Gepardosa i tak dostrzegł twarz Nekromanty. To był Warin!
– Witam państwa. – zaczął jak gdyby nigdy nic – piękna pogoda, prawda?
– Warin, to ty szczurze za tym stoisz prawda?! – syknął z gniewem Morix, poznając po głosie przywódcę straży.
– Tak, to ja jestem temu winien! – odezwał się chełpliwym głosem Warin – widzicie, wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy odkryłem u siebie talent magiczny. Nawiasem mówiąc, to byłem już wtedy na służbie u tego żałosnego burmistrza. Otóż pewnego pięknego dnia, kiedy jak zawsze ja z moimi ludźmi pobieraliśmy podatek od kupców przybywających do miasta na handel, napatoczył się taki przygarbiony staruszek, który mówił, że handluje książkami i starożytnymi manuskryptami i w zamian za przepuszczenie go, może zaofiarować mi kilka. Wybrałem sobie książkę traktującą o samodzielnej nauce magii i jeszcze jedną taką, przed której oddaniem wzbraniał się najbardziej. Później okazało się, że książka o nauce magii traktuje, wyłącznie o magii czarnej. Druga książka natomiast opisywała dzieje „króla smoków”. To ten rękopis przekonał mnie do tego, jak bardzo niszczące i złe są cywilizacje ras humanoidalnych. A jakże potężne i sprawiedliwe były smocze! Wkrótce do studiowania księgi nakłoniłem wszystkich członków straży. Spotykaliśmy się w miejskich kanałach małymi grupami, aby słuchać o sprawiedliwości smoczych rządów. Aż w końcu postanowiliśmy uczynić rytuał, który opisany był jako niezawodny do przyzwania „smoczego króla”. Jako że studiując książkę o czarnej magii, przekonałem się, że posiadam talent magiczny, postanowiłem zostać duchowym przywódcą naszej grupy. Zdobyliśmy kamień nekromancji używany przez wszystkich magów mojego pokroju. Porywając dziewice i dokonując za ich pomocą rytuału w kanałach, przyzwaliśmy naszego pana! A teraz zniszczymy to miasto wraz z jego obłudą i złem na chwałę „smoczego króla”!
- Jesteś świrem i mordercą – skomentował chłodno Morix. – Podczas bestialskich mordów zabijałeś całe rodziny! Podczas ohydnych rytuałów mordowałeś młode dziewczyny! A teraz chcesz zniszczyć miasto i wymordować jego mieszkańców. Niedoczekanie twoje! Na nich chłopcy! – zakrzyknął Morix, sięgając po swój wielki dwuręczny miecz.
Po chwili w stronę sekciarzy posypały się bełty z kusz. Czciciele smoka, nie pozostając dłużnymi ludziom Morixa, ruszyli na nich z włóczniami. Warin, widząc, co się święci, zaczął wycofywać się uliczką w ciemność, biegnąc w kierunku smoka.
– Z nim będę bezpieczny – pomyślał. W tym momencie drogę zastąpiła mu postać odziana w „czerń” .Postać, której „kocie oczy” świeciły się w ciemności niczym dwa rozżarzone węgle. Warin stanął zaskoczony.
– Jak udało ci się tu przejść, przecież uliczka jest zablokowana przez walczących? – zapytał
– Przeszedłem na około – odpowiedział Gepardos – Tak się składa, że czułem, iż rzucisz się do ucieczki właśnie w tę stronę. To już koniec pogódź się z tym. Twoi fanatyczni pachołkowie przegrywają za chwilę sam zginiesz, zaakceptuj porażkę, Warin!
– Ja i porażka, nie ma mowy! – zakrzyknął trzęsącym się ze zdenerwowania głosem Nekromanta – mój pan lada chwila tu przybędzie i zajmie się wami heretycy!
Teris sięgnął po nóż, był sześć metrów od nekromanty, wystarczył celny rzut i położyłby go trupem. Nie wziął pod uwagę jednego – magii. Nie wiedział, że Nekromanta zdołał zgromadzić w krysztale odpowiednią dawkę energii, by ten sam zaczął utrzymywać smoka przy życiu, podczas gdy on szykował się do desperackiego ataku. Teris rzucił, nóż wbił się w ciało, lecz już nie ludzkie. Podczas lotu noża, trwającego mniej niż ułamek sekundy w ciele Warina doszło do zmiany wywołanej magicznie. Teraz zamiast człowieka dzierżącego kryształ widać było wielką trzymetrową, włochatą bestię trzymającą klejnot w swych łapach. Ubranie Warina, rozdarte na strzępy podczas przemiany, leżało teraz dookoła. Nóż, mający pierwotnie trafić w gardło, spoczywał wbity lekko w tors bestii.
– Jak ci się podoba ciało, które zdołałem sobie tymczasowo wyczarować? – zapytał Terisa.
Gepardos nie odpowiedział, cofnął się o kilka kroków, po raz kolejny dzisiejszego dnia czując się niepewnie. Bestia rzuciła się na niego, biorąc kryształ w prawą łapę. Teris rzucił się do ucieczki w drugą stronę zaułku, nie widząc lepszego rozwiązania dla sprawy. Nie zdążył. Potwór dopadł go w dwóch susach i obalił na ziemię brzuchem do dołu. Teris sięgnął po miecz będący w pochwie i poczuł ból zadawany jego ramieniowi przez ostre jak sztylety zęby potwora. Krzyknął z bólu i w ramach odwetu wbił z całej siły ostrze krótkiego miecza w głowę oprawcy. Podziałało, miecz wbił się w mózg Warina, uśmiercając go natychmiastowo. Półprzytomny z bólu Teris odwalił z siebie trupa, powoli materializującego się w normalne ludzkie ciało i podszedł do kryształu. W tym momencie usłyszał zbliżający się szum skrzydeł, wiedział, że trzeba działać szybko. Chwycił kryształ i z całej siły cisnął nim na odległość kilku metrów. Delikatny, magiczny klejnot w momencie uderzenia o podłoże i pękania na kawałki wydał z siebie huk. Teris zobaczył jeszcze, jak z kryształu wydobywa się czarna energia, pędząc naprzód przez cały zaułek. W tym samym momencie poczuł, jak energia uderza w niego niczym taran, wyrzucając go z zaułku. Zanim stracił przytomność, zdążył jeszcze usłyszeć przeraźliwy wrzask smoka rozpadającego się na kawałki.

*************
Kiedy się obudził, stwierdził, że leży w prowizorycznie urządzonym lazarecie, w jednym z nielicznych ocalałych budynków. Jak stwierdził po chwili, ramię miał fachowo opatrzone i zabandażowane.

Kiedy się obudził, stwierdził, że leży w prowizorycznie urządzonym lazarecie, w jednym z nielicznych ocalałych budynków. Jak stwierdził po chwili, ramię miał fachowo opatrzone i zabandażowane.

– Cóż, będą kolejne blizny na pamiątkę – pomyślał.
Kolejnym miłym zaskoczeniem była obecność słońca wpadającego jasnymi promieniami do wnętrza budynku przez drewniane okiennice. Widać mroczność wywołana efektami rytuału była tylko zjawiskiem przejściowym. Teris rozejrzał się po pomieszczeniu, poza nim w kilkunastu łóżkach ciasno poustawianych koło siebie leżały inne ofiary masakry. Gepardos stwierdził też, że jest chyba najmniej poszkodowaną osobą ze wszystkich obecnych. Rozważania przerwało mu skrzypnięcie drzwi, do budynku gramolił się nikt inny jak sam Morix.
– O, widzę, że się obudziłeś! – stwierdził z niekłamaną radością najemnik – To dobrze. Bo widzisz wszyscy martwiliśmy się o ciebie.
– Morix, – przerwał mu potok wymowy Teris – masz mój miecz, pas z nożami, konia i ubranie?

– Mam, mam – zapewnił skwapliwie Kolos – Jest wszystko. Dzięki, uratowałeś nas wszystkich! Rozwaliłeś ten kamień i dzięki temu moc ciemności rozpłynęła się.
– Nieźle mnie turbując! – wtrącił Teris .
– A smoka rozerwało na kawałki. – kontynuował nie zwracając uwagi na wypowiedź przyjaciela Morix. – A jeżeli chcesz wiedzieć, jak jest teraz, to powiem ci, że w mieście jest już spokojnie. Sekta została wyrżnięta, pożary ugaszone, pierwsza pomoc dla ofiar zorganizowana. Uprzątnęliśmy nawet kanały ze śladów smoczego kultu. Tyle że dla miasta nie ma już nadziei, to jedno wielkie pogorzelisko, a nie, jak do niedawna, stolica handlu całej południowej Almirii. Mieszkańcy będą musieli stąd wyemigrować, miasto jest nie do odbudowania. Ja i moi „chłopcy” też pomożemy ile się da i wynosimy się stąd. Dotarła tu już pomoc z innych miast, karawany z żywnością, medykamentami. Sprawa tego miasta stała się bardzo głośna, ponoć ma przybyć sam Książę Rankin, żeby osobiście odznaczyć bohaterskich obrońców miasta i z surowością ukarać odpowiedzialnych za tę tragedię. „Zagłada” tego miasta to wielka strata dla królestwa Rankina.
– Morix – przerwał mu Teris – ile czasu byłem nieprzytomny?
– Dwa dni, a co?
– Dwa dni, a co?
– Nic, przynieś mi moje ubranie, miecz, pas z nożami. Aha! I przyprowadź konia, wyjeżdżam!
– Jak to wyjeżdżasz? – zdziwił się Morix.– A co z twoją raną, a co wdzięcznością Rankina!
– Rana i tak się wygoi, jest dobrze opatrzona. A co do Księcia Rankina, w razie jakby przyjechał, powiedz mu, że to ty wraz z Kilisem i Sariną uratowałeś miasto. Ja jestem powszechnie uważany za zimnego drania i niech tak zostanie. Tytuł „dzielnego smokobójcy” stanowczo nie współgra z tytułem" Skorpiona ciemności”.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...