Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Wiadomość o zagrożeniu - roździał I

diego ·

Było południe. Słońce bardzo mocno świeciło. Poranne krople rosy znikły, już dawno i wszystko wskazywało na to, że parę następnych dni będzie równie gorących. Był to jeden z najgorętszych dni od ponad dwóch lat. Białe obłoki płynęły w bezkresnym oceanie nieba, niesione przez wiatr. W samym środku państwa Feerhell znajdował się Święty Las. Las ów, był domem wszystkich elfów. Na zachodniej granicy gdzie jest najzimniej mają dom elfy górskie. Przywędrowały z gór Helios, które cały rok pokrywa śnieg. Na granicy północnej nieopodal Gór Rennerar, miały swą siedzibę elfy mroczne i ich sługi Slazz`y. A w samym środku lasu zadomowiły się elfy wysokiego rodu i elfy dzikie.

W środku ów Lasu na pniu ściętego onegdaj drzewa, siedział wysoki jasnowłosy elf. Blask słońca odbijał się w jego jasnych, błękitnych oczach. Był młody, wyglądał na 76 lat, co dla elfa jest młodym wiekiem, tak jak dla ludzi 34 lata, lub mniej. Jego szczupła twarz, wyrażała zacną ciekawość. Miał na sobie jasną koszule a, także dwie pochwy na sztylety osadzone na pasie z skóry kuki. Miał również miękkie spodnie z twardego materiału zwanego undirioome* wyrabianego z szarfy nadrzecznej. Buty ciasne ze skóry niezidentyfikowanego zwierza. Siedział tak rozmyślając i marząc. Nasłuchiwał szumu strumienia, który wesoło płynął o parę hertów dalej. Szumiały łagodnie drzewa. Niektóre z nich były rosłe i miały gruby pień. Inne były malutkie, dopiero, co wyrosły, a cienkie giętkie pieńki kiwały się na wietrze. Powoli mijała godzina 5 w południu. Słońce chyliło się ku zachodowi. Ciche szepty drzew stawały się głośniejsze i tak jakby bardziej wyraziste. Elf znużony czekaniem, ziewnął głośno i przeciągnął się. Był zmęczony. Przestał być czujny, ale wciąż nasłuchiwał czy z oddali nie nadjeżdża koń. Mijała godzina, za godziną a elf był coraz to bardziej zmęczony. Wiatr wiał powtarzając jakby słowa:
„Jestem pod władzą Annoru!’’
Trawa trzęsła się i poddawała się władzy wiatru. Aż po kilku kolejnych godzinach w ciągłym oczekiwaniu, zrobiło się ciemno. Elf nie wiedział, co zrobić. Samotne nocowanie na środku lasu jest bardzo ryzykowne. Większość zwierząt jest przyjaznych, lecz tu i ówdzie, krążył niebezpieczny zwierz. Niebezpieczeństwo płynęło również ze strony gościńca leżącego dokładnie na środku lasu. Wiatr szumiał, a elf rozmyślał, co zrobić. Był głodny. Bardzo wielki głód dał mu się we znaki. Po kilku następnych nużących godzinach, kiedy całkowicie zapadł zmierzch, a na niebie widoczny był księżyc król nocy ciemnej elf myślał, że umrze z głodu. Wtedy przypomniał sobie ostatnią podróż do domu Elizy, królowej elfów. Przypomniał sobie ciepły rozgrzewający trunek i pyszny elficki chleb. Nagle przed oczami błysnął mu koniec kolacji:
Siedział na końcu długiego stołu. Nikt nie siedział na innych krzesłach, oprócz Elizy na drugim końcu długiego stołu. Eliza wstała. Jej długie włosy błyszczały srebrzystym światłem. Cera była taka gładka jak woda. Zrobiła parę kroków w jego stronę, po czym podeszła do niego z słowami:
- Już kolacji koniec- przemówiła melodyjnym głosem- Ostatnim gościem jesteś. Dlatego podaruje ci, co chcesz. Stół jest twój.
Wybrał chleb i trunek. Pokój był pełen różnych rzeczy. A na palcu królowej błyszczał pierścień z diamentem, a legenda głosi, iż ów pierścień ma własną nazwę: Elhir i pozwala właścicielowi kontrolować żywioł powietrza.
„Zaraz!”- Pomyślał nagle. Dostał olśnienia- „Chyba wziąłem i nadal mam trunek i chleb!”. Sięgnął szybkim ruchem do kieszeni i wymacał kromkę chleba. Nie była duża, ale za to nadgryziona i twarda. Ale tak dużego głodu nic nie powstrzyma. Wyjął ją szybkim, wręcz błyskawicznym ruchem i włożył do ust. Smakował troszkę gorzej niż w domu Elizy, lecz i tak był bardzo smaczny. Gdy zaspokoił swój głód, zostawiając mniej niż połowę wypieku wstał i zrobił parę kroków na miękkiej trawie pokrytej mchem i kwieciem, a gdzie nie gdzie sterczał długi liść mleczu. Kroki te były niezwykłe. Miękko postawione zostawiające tylko delikatny ślad. Prawdziwy elficki krok. Pobiegł równie miękkimi krokami wzdłuż gościńca i rozejrzał się: był na gościńcu a wokoło gęste drzewa pięły się ku górze. Las wydawał się szeptać w jego języku podobnym do szumu. Każde drzewo miało odmienny głos. Szeptały o własnych sprawach i o lesie. Podjął decyzje: przenocuje na Złotej Polanie oddalonej o pół godziny drogi z miejsca, w którym się znajdował. Tam jest bezpiecznie. Pobiegł równie miękkim krokiem po gościńcu. Biegł tak pół godziny, aż zszedł z gościńca. Parę metrów dalej natknął się na wielką polanę. Widział ją dokładnie ze szczytu pagórka, na którym stał. Porośnięta różnym zielem odbijała się w blasku Kalwar Nniel, czyli księżyca. Znał to miejsce dobrze, ponieważ widział to miejsce setki razy. Ulubione miejsce Elerduna. Pomyślał, że kiedy Elerdun tu przybędzie musi tu z nim przyjść. Obejrzał jeszcze raz całą polanę i powolnym zmęczonym krokiem zszedł z pagórka powoli i stanął na polanie. Położył się na wygodnej i gładkiej trawie posypanej zielem.
Zasnął.
***

Obudził się o poranku. Zimne powietrze muskało mu policzki delikatniej niż najgładsza elficka skóra Słońce wstawało na horyzoncie, a trawa mokra od porannej rosy. Był świeży wypoczęty, chociaż przespał bardzo mało. Sięgnął do kieszeni i wyjął kawałek elfickiego chleba. Posiłek, co prawda mały, ale wystarczy na cały dzień pełnego biegu, więc głód nie dopadnie wcześniej niż następnego ranka. Lecz nie miał ani kropli elfickiego wina lub wody. Rozejrzał się po Złotej Polanie, i zobaczył dziwną sylwetkę. Była większa od elfa a ręce grube mięsiste. Niósł jakby lisa lub wilka na ramieniu. Zdał sobie sprawę, że stoi przed prawdziwym orkiem ze szczytów Helios. Za nim szedł inny większy i silniejszy od pierwszego. Rozmawiali na pewno kłócili się, bo było ich słychać na całej polanie.
- Ty głupiergch baloronn- Powiedział ten niosący lisa w dziwnym języku, mieszanym z językiem wspólnym. Głos był gruby i nikczemny.
- Moja Gwalul niektremy dowodgrchenie zaelec! Ktrum Ogranczej gudoć im łeb oburgte!- Powiedział silniejszy. Głos był jeszcze grubszy i wstrętny.
- Ty sprobawec obcąc łeb Gwulgor, to Gwulgor tob ucha obugertnie!
- Ty sporobowac!- Powiedział silniejszy poczym wyjął topór z pochwy i jednym szybkim ruchem wbił go w ramię Gwulgora. Ork zawył z bólu i wyjął krzywy miecz i wbił go w nogę napastnika, przebijając udo napastnika. Można powiedzieć, że były to ciosy ostrzegacze, ponieważ walka na śmierć i życie rozpoczęła się później. Gwulgor machał dziko szablą i próbował trafić przeciwnika, a silniejszy Ork ryczał i unikał ciosów napastnika. Nagle szabla Gwulgora pękła, po zderzeniu się z toporem wojownika. Po zażartej walce silniejszy obciął głowę napastnikowi. Miał przebite udo i rozciętą głowę. Nagle spojrzał w stronę elfa, ryknął i odczepił od pasa róg. Przyłożył go do ust i potężnie zadął. Dźwięk ów przypominał wycie wilka. Elf pobiegł z gracją, lecz bardzo szybko na szczyt pagórka, i wbiegł na gościniec. Biegł ok. 15 minut i stanął na rozświetlonym od porannego słońca gościńcu. Obejrzał się a za nim w oddali czarną plamkę, pobiegł do przodu. Gdy dotarł do środka lasu, nie zobaczył ani sędziwego druida w zielonej szacie, ani orka w oddali. Wystraszony o niczym nie myśląc podszedł do pnia, na którym poprzedniego dnia siedział. Minęła godzina, bardzo długa godzina.
- Powinien już tu być!- Krzyknął elf kopiąc w pień z całej siły zupełnie zapominając o orku- Pisał w liście, że mnie odwiedzi!
- No i to zrobił- rozległ się ciepły ochrypły głos druida- Tyle, że widzi się tylko to, co się chce zobaczyć.
Głos ten dochodził jakby z góry. Elf spojrzał na drzewa wokół niego. Nic nie zauważył. Tylko drzewa wątłe i wielkie, i wszelakie ziele. Nic nie rozumiał. Gdzie on jest? Poprzyglądał się dokładniej. Na ziemi nic, ale na górze…Zwróciwszy głowę ku słońcu, zobaczył elfa siedzącego na drzewie w zielonej szacie. Miał długą kasztanową, siwiejącą brodę i długi nos. W prawej ręce dzierżył laskę na czubku zieloną. Szlachetne rysy, podbródek spiczasty, kaptur spod którego ledwie widoczne były siwiejące włosy. Niebieskie oczy wyrażały mądrość i piętno wieku. Po chwili młody elf odezwał się.
- Masz racje.
Druid zeskoczył z drzewa. Upadając podparł się laską, więc wylądował klęcząc lewym kolanem.
- Jak tam czas płynie Eldorze?- Odezwał się wstając powoli i otrzepując zieloną szatę. Podszedł do niego. Mimo lat chodził równie delikatnie jak Eldor.
- Tak sobie. Lecz ja się zapytowywuje, co w wielkich i dalekich krajach słychać?
- Nic wszystko spokojnie. Elh farou elethaniel, Khad hafrun grass*. Świat żyję własnym życiem.
Poszli dalej. Rozmawiali. Mijali drzewa, polanki, małe i duże kamienie, źródła. Rozmawiali na wszelakie tematy. Rozmawiali o dalekich krajach, co dzieje się poza obrębem lasu. Po niedługim czasie doszło to tego, że Eldor zapytał Elerduna, co dzieje się u elfów wysokiego rodu. Nie odpowiedział mu, lecz z cicha zaczął śpiewać:

Ola o Elune!
Ola o Elune!

Słońce świeci nad Lasem Świętym,
Po którym sama bogini stąpała,
Więc elficki chór śpiewa,
O niej piękny rym,

Ola o Elune!
Ola o Elune!

Na złotej polanie,
W blasku słońca skąpanej,
Na tronie ze stokrotek,
Siedzi bogini nasza.

Ola o Elune!
Ola o Elune!

W rzece pięknej,
Gdzie słońca blask odbija się,
Stopy bogini naszej,
Depczą piasek.
A w wodzie siedzi zacne jej ciało,
W blasku słońca skąpane.

Ola o Elune!
Ola o Elune!

Na pagórkach,
Niskich lub wysokich,
Gdzie trawa rośnie górska,
Nawet wiewiórka,
Naszej pani hołd oddaje,
Tak śpiewając.

Ola o Elune!
Ola o Elune!

Nawet drzewa i kwiaty,
Woda i słońce,
Niebo i ziemia,
Tak śpiewają.

Ola o Elune!
Ola o Elune!


Gdy skończył spojrzał bystro na Eldora, mając nadzieje, że elf zrozumie. Eldor wiedział, o co chodzi druidowi, więc pozostawił sprawę taką, jaka jest, mówiąc jedynie:
- Ładnie śpiewasz. A „Ola o Elune” w języku elfów wysokiego rodu znaczy mniej więcej „Chwała o Elune” Tak?
Druid pokiwał głową. Spokojnie szli rozmawiając, o tym, co dzieje się na Oazis.
- Czy prawda to, o czym drzewa szepcą?- Odezwał się Eldor, po tym jak Elerdun skończył opowiadać historię z 1892 roku drugiej ery (126 lat temu) o walce pod Złotą Polaną o Święty Las.
- Nie wiem, Eldorze, ale obawiam się najgorszego.
-, Jakiego „najgorszego”?- Spytał elf, z błyskiem strachu w oczach. Po chwili druid odpowiedział spokojnie.
- Obawiam się, że będziesz musiał opuścić ten las.
- Jak to?!
- Teraz nie miejsce i pora. Powiem ci, jeśli moje obawy się spełnią.- Odpowiedział druid. Nagle Eldor przypomniał sobie o orkach. Już miał powiedzieć, otworzył usta, lecz, z jego ust wdarło się jedynie słowo: „Dzisiaj”. Ale uświadomił sobie w porę, że te orki mogą spełnić obawę Elerduna, o opuszczeniu przez niego lasu. Postanowił nic nie zrobić.
- Słucham?
-Nic- odpowiedział Eldor. Tak najlepiej jak nic nie powie.
***

Po kilku godzinach powolnym krokiem, weszli na Złotą Polane. Blask słońca błyszczał w trawie, lecz już bez rosy. Lekki wietrzyk przechylał trawę w prawą, to w lewą stronę. Powiew świeżości, leciał razem z wiatrem, a było tą świeżość czuć bardzo wyraziście. Usiedli na pagórku, tym samym, na którym wcześniej stał Eldor. Druid wyciągnął z kieszeni zielonej szaty starą drewnianą fajkę. Po czym, z tej samej kieszeni, wyjął woreczek, na którym dużym koślawym pajęczym pismem, było napisane;


Tytoń jabłkowy

Otworzył woreczek, po czym wsypał trochę zielonego proszku. Pstryknął, a na czubku jego palca, pojawił się mały zielony płomień. Dotknął nim czubka fajki. Przyłożył koniec fajki do ust i zaczął ćmić.
- Zaśpiewasz mi coś?- poprosił druida Eldor. Druid dalej ćmiąc fajkę zamyślił się, po czym wyjął fajkę z ust i zaczął śpiewać.

Już wiatr przyleciał,
Niosąc jakąś nowinę,
Dobrą wieść.
Już słychać dźwięk rogu,
I dzwonu gong,
Już wojny koniec.
Żołnierzy powrót zwiastuje wroga zgon,
I teraz radujmy się!

- Zaśpiewaj coś miłego!
- Nie znam żadnych miłych pieśni- powiedział druid, i znów zaczął ćmić fajkę. Zamknął błogo oczy, jakby rad, że może odpocząć.
Las był cichy i spokojny. Zaczynało się już ściemniać. Na Złotej Polanie pojawił się mały królik, i skubiąc trawę, kicał powolnym ruchem w tą i w tamtą.
- Och, jest już ciemno, Elerdunie! Zaoferuje ci noc, w moim domu- Powiedział Eldor. Jego dom znajdował się w norze pod korzeniem drzewa. Nie miał tam żadnych mebli, ani łóżek. Tam czuł się po prostu bezpiecznie. Zrobił nawet drzwi z kory wierzby białej, żeby żaden zwierz się tam nie dostał.
- Dobrze Eldorze- odparł starzec gasząc fajkę. Zapadł już zmrok, lecz polana była nadal skąpana w świetle, tym razem księżyca. Dźwięki lasu były głośne, a dźwięk dnia ucichł. Szybkim ruchem wstali. Poszli do tyłu aż trafili na gościniec. Pobiegli wzdłuż ścieżki milcząc. Widzieli wielkie drzewa, małe i duże skały, nawet Dziki Strumień, małą rzeczkę płynącą przez Święty Las. Biegli pół godziny przez las, aż dotarli do celu. Piętrzył się przed nimi wielki buk. Buk ów wyglądał na 16 hertów i szeroki na 5. Spojrzeli w dół, po czym dostrzegli wielkie korzeniska. Pod jednym znajdowały się drewniane, białe drzwiczki.
- Nic się nie zmieniło- powiedział druid- Zupełnie jak 46 lat temu.
- Wejdź- powiedział elf. Las szumiał jak zwykle a lekki wiaterek wiał, powiewając włosy elfom.
Druid podszedł do drzwi, chwytając klamkę otworzył je. Nie było tam dywanu, ani posadzki. Zwykła ziemia, pokrywała podłogę. Nie było nawet mebli. Ze stropu kapały krople wody. Były tam jedynie strome schody tuż za drzwiami, prowadzące do izby. Druid zszedł po nich ostrożnie i stanął na środku pokoju. Obejrzał izbę, po czym rzekł:
- W środku też wszystko po staremu.
- Czuj się jak u siebie w domu – powiedział elf, schodzący po schodach.
Druid podszedł do ścianki norki. Tymczasem Eldor, który zszedł po schodach ziewnął głośno i powiedział:
-Śpij dobrze. Ja prześpię się z trzy godziny, i zadbam o smaczne śniadanie.
- Dzięki ci za gościnę- powiedział druid, położywszy się i zasypiając.
***
Gdy Eldor wstał, druid smacznie spał. Bardzo cicho przeszedł przez pokój i wszedł na schody. Otworzył drzwi. Na ziemi było pełno różnych, śladów. Eldor dostrzegł ślady kuk, wilków, rogaczy… i bliżej nieznany ślad. Może… ORKA!?
Eldor przykucnął przy śladzie i zbadał go bardzo dokładnie. Trawę zgniecioną około 15 minut temu, zdeptała trój palczasta stopa o około półtora herta. Nagle wsłuchał się w dźwięk. Usłyszał dźwięk mrożący krew w żyłach. Wbiegł do domu nie starając się nawet cicho stąpać ani otwierać drzwi. Zastał Elerduna, który zerwał, się ze ziemi.
- pali się!?- Krzyknął druid zaskoczony i wystraszony nagłym pojawieniem się elfa. Eldor również wystraszony krzyknął do druida:
- gorzej!! Orkowie!!
- Jak to?! Nie widziałem ich tu przez trzy wieki!- Odpowiedział starzec. Po namyśle dodał powoli – Stało się. Musisz opuścić tan las.
Zapadło milczenie.


-, Co!? Ten las to mój dom!- Krzyknął, Eldor.
- Dom jest tam gdzie jest twoje serce. A teraz idź! Będę ci towarzyszył aż do Erthaniel miasta elfów. Tam spotkamy mego przyjaciela i ja cię opuszczę. Podążaj z nim na wschód. Zawsze na wschód.
Eldor chciał coś powiedzieć, lecz zaraz ruchem głowy Elerdun go uciszył. Wyszli.##edit_bydarco 2005-11-20 18:52:38##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...