Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Wielki Reklamowiec

wocemir ·

I.

- Co zjeść na śniadanie...? – głośno pomyślał Jarek. Dylemat był o tyle duży, że w lodówce jedzenia nie brakowało. W sprawach żołądkowych zawsze zwykł kierować się instynktem, doradcą niedoścignionym; nie zawiódł się jeszcze nigdy. Dziś jednak coś z nim było nie tak. Czuł, że gust i smak wypacza mu niewidzialna siła, mami go i burzy wewnętrzny system wartości.
Teraz, gdy miał na to niezbity dowód, wiedział to prawie na pewno.
W głowie miał mętlik, jak co rano. Proste decyzje stawały się dylematami, na które nie łatwo znaleźć rozwiązanie. Wprowadzało go to w stan rozdrażnienia, czego skutkiem były mierne wyniki w pracy; złość przeradzała się stopniowo w niechęć i wprowadzała w stan przygnębienia, dobrze znany, jakby towarzyszył mu od zawsze.
- Bardziej wyprać się tego nie da! – wrzasnął telewizor w sąsiednim pokoju. Kątem oka dostrzegł kobietę wyciągającą z pralki nieskazitelnie czystą koszulę. Rozkłada ręce przed widownią jakby w geście niewiedzy, czemu tak bardzo nie chcą jej uwierzyć. – Bielsze już nie będzie.
- Koszula prosto z półki sklepowej zazwyczaj jest biała. – skomentował pod nosem Jarek. – Właśnie taką droga pani wsadziła do tej pralki! – Rzucił z oskarżycielskim tonem, jakby ta biedna kobieta zrobiła mu krzywdę swoim zblazowanym uśmiechem. Uderzył pięścią w stół, porządnie już zdezorientowany i zły.
Wiedział, że ten dzień jest stracony.
Plan na przyszłość – nie zaczynać dnia od telewizora.
- Co mówisz, Jarku? – dobiegło zza uchylonych drzwi łazienki. To była Jane. Jego pierwsza prawdziwa miłość. Miewał zauroczenia, błahe związki – do dnia, w którym poznał ją. Teraz liczyła się już tylko ona. Była całkiem inna od tych panienek, które spotykał dotychczas. Jej kojący głos był jak balsam na codzienne frustracje – sądził, a raczej wiedział na pewno, że gdyby nie Jane, jego życie nie miałoby sensu.
- Nic kochanie, po prostu komentuję reklamy. – odparł

- Nie rób tego. Przecież wiesz, co one mi dały... – odpowiedziała z wyrzutem. Wyszła z łazienki, jak zwykle spokojna i zrównoważona – całkowite przeciwieństwo Jarka. Wysoka, szczupła brunetka; ładna, choć odbiegająca od stereotypu urody.
Nigdy nie lubiła, gdy jej chłopak naśmiewał się ze spotów.
-Dla ciebie mogę nawet przyznać, że są majstersztykami filmowymi na skalę światową... – zrobił maślane oczy i pokazał wyciągnięty język. Jane, poprawiając ręcznik na mokrych włosach, posłała mu odpowiedź w postaci zaciśniętych warg, jakby przedrzeźniała się z kolegą w piaskownicy.
-Chyba się nie gniewasz? – podszedł i objął ją wpół, całując w policzek – Nie mówię tego złośliwie, tylko...
-Tylko co? – przerwała mu, przybierając groźną pozę
-Nic, głuptasie...kocham cię. – szepnął jej do ucha – To co zjemy na śniadanie?
W pokoju rozległ się huk reklam nadawanych w przerwie podczas trwania filmu. Rozbrzmiały dużo głośniej, tak, że teraz cała kuchnia wypełniała się krzykiem brodatego mężczyzny:
-Na śniadanie – tylko płatki ze sztucznej kukurydzy. Smakują zupełnie, jak z prawdziwej. Nie poczujesz różnicy!


II.

Droga Jarka do pracy była ciężką przeprawą.
Nie dlatego bynajmniej, że korki ciągnęły się kilometrami – problem ten zneutralizowano przez budowę odpowiedniej sieci dróg, zaprojektowanych przez zdolnych inżynierów. Sygnalizacja świetlna również działała zawsze bez zarzutu; wypadki były rzadkością. Miasto było jednym systemem, gdzie nic nie szwankowało i każdy znał swoje miejsce.
W Mieście doskonale rozwijały się firmy i przedsiębiorstwa. Handel kwitł. Sięgał w najdalsze zakątki ludzkich pragnień.
A to wszystko dzięki Wielkiemu Reklamowcowi. Jego potęga była ugruntowana na celnej i łatwo przyswajalnej reklamie. Była wszechobecna i uwielbiana; stała się częścią życia.
Jadąc wzdłuż pobocza, krzykliwych billboardów i fruwających ,,namawiaczy’’, robotów stworzonych tylko do tego, aby wciskać ludziom towar wprost do samochodu, nie myślał już o nich w ogóle – zajmował go tylko jego własny stres i frustracja, spowodowana nawałem przygnębiających sytuacji, do których dochodziło między nim i Jane. Czuł, że każda kolejna reklama, którą mijał, każdy spot, którego wysłuchiwał drąży go od środka i burzy harmonię, która niedawno zapanowała w jego życiu. Zupełnie, jak dziś rano, gdy nie mógł wybrać jedzenia odpowiedniego dla siebie; to znaczy, że nie wie już, co lubi i na co ochotę ma on, a nie automat z reklamy. Stawał się pusty, jak bańka mydlana; tak, jak ona mógł w każdej chwili pęknąć. Za tym szło przygnębienie i wizja niemożności zmiany sytuacji, co zamykało błędne koło i pozostawiało go w jego środku – nie znał sposobu wyrwania się na zewnątrz.
Pandemonium, po którym nie będzie już w stanie normalnie funkcjonować, dopadło go jak zwykle w tym miejscu.
Skrzyżowanie.
Kwintesencja i ukoronowanie, a za razem wszystko to, co najpospolitsze w reklamie. Nadmiar, zagłuszające krzyki i migające obrazy przemykały mu przed oczami, lecz dotąd pozornie czuł się bezpiecznie w pędzącym samochodzie – jednak nie na długo.
Zatrzymał się na światłach i starał nie denerwować jeszcze bardziej. Nabytym niedawno ruchem szukał papierosów w kieszeni; nie wierzył, że mu to pomoże, jednak sądził, że nie zaszkodzi spróbować.
Gdy tylko światła zmieniły barwę ruszył ostro, aby znów zapaść w zbawienną prędkość. Dźwięki otoczenia zlały się w bezbarwną kakofonię i powoli opuszczały go, pozostawiając dzwoniącą w uszach ciszę.
-A to dopiero początek... – jęknął i zapadł głębiej w fotel, o niczym już nie myśląc, wyssany z energii, jak stara bateria.
Dojeżdżał do centrum; wolał nie myśleć, co go czeka. Był coraz bliżej siedziby Wielkiego Reklamowca, świątyni dźwigni handlu i miejsca narodzin wszystkich spotów. Jego święta wręcz funkcja w społeczeństwie dawała mu bezdyskusyjne pierwszeństwo – piętrzył się dumnie w samym centrum, rzucając wielki cień na pobliskie zabudowania. Opleciony był gigantyczną siecią dróg i połączeń, niczym serce tłoczące życiodajną krew w żyły Miasta; pełnił rolę jądra, wokół którego kręciło się całe szybkie życie milionów mieszkańców.
Mijając ostatni z wielkich billboard’ów od kilometra już bodajże informujących o rychłym dotarciu do oczywistego celu Jarek spiął się w sobie i postanowił, jak co rano, stawić czoła bezlitosnemu molochowi. Za chwilę ujrzy pierwsze budowle będące oddziałami poszczególnych działów reklamy, swoiste przedpola metropolii. Dalej ukażą się niekończące się nitki torów różnych rodzajów transportu i wreszcie sam Wielki Reklamowiec. Jest to zawsze onieśmielający wręcz, porażający rozmachem widok monumentalnej kopuły ponad dwustupiętrowej wieży, oplecionej zewsząd drogami, niczym owad w pajęczej sieci.
Lecz tym razem widok był straszny.
Ruch uliczny tamował pierwszy od dziesięciu lat korek. Nie ciągnął się długo i wkrótce Jarek ruszył dalej – sytuacja jednak wydała mu się co najmniej dziwna.
Będąc jeszcze na ostatnim skrzyżowaniu przed siedzibą reklamy, ujrzał w przelocie smutne, rozgoryczone miny przechodniów; niektórzy coś krzyczeli, inni płakali, jeszcze inni biegali wkoło zdenerwowani, a może raczej przerażeni, wyrywając sobie włosy z głowy.
Jadąc dalej zauważył, iż objawy tej masowej żałoby nasilały się do niewyobrażalnych rozmiarów, jakby nagle wszyscy stracili sens egzystencji i motywów działania; byli i tacy, którzy położyli się na drodze lub na torach, czekając chyba, kiedy dobry Bóg ześle im zbawienną śmierć.
Jarek, niepomiernie zdziwiony, zaczynał się wręcz bać. W najśmielszych domysłach nie mógł wyobrazić sobie, cóż takiego złego mogło się wydarzyć. I istotnie, prawda przewyższyła całkowicie wszystkie dopuszczane przez niego hipotezy.
Wielki Reklamowiec miał już nigdy nie przypominać tego, czym był za czasów swej świetności. Zamiast giganta, w którego szybach przeglądało się słońce, stała tam ruina. Tynk odpadał wielkimi płatami, wzbijając przy tym tumany kurzu, ukazując gołe, ohydne ściany. Miejscami spod jego cienkiej warstwy siwy dym piął się w górę, rozwiewany u wierzchołka porannym wiatrem. Szyby jakaś nieznana potężna siła wyrzuciła na zewnątrz; teraz puste okiennice ziały czernią wnętrza.
Ciała zobaczył pod samym wieżowcem; kilka osób leżało porozrzucanych u jego podnóża. Prawdopodobnie wyskoczyli z okien, być może ratując się przed spłonięciem.
Jarek zatrzymał się na poboczu i siedział tak chwilę wpatrzony w ciemny strzęp przed sobą. Nic nie rozumiał. Był w lekkim szoku, jak chyba każdy, kto zobaczył to na własne oczy. Miał dość wrażeń; poczuł się nagle słabo i wiele by dał za łyk kawy i chwilę spokoju. Od dawna rozważał wyjazd z Miasta i nowe, spokojniejsze życie gdzieś, gdzie ludzie mogą obejść się bez zakupów chociaż pół dnia. Teraz, gdy nowy porządek zaczynał brać w łeb powziął decyzję natychmiastowego wyjazdu.
Wysiadł i po raz drugi tego ranka zapalił. Musiał uspokoić nerwy. Ciekawe, czy Jane już wie?...Pewnie płacze teraz w poduszkę po tak ciężkiej stracie – ilość emisji reklam na pewno gwałtownie spadnie. Może wreszcie przestanie oglądać tyle telewizji i będą mogli poważnie porozmawiać o przyszłości ich związku. Tak, zdecydowanie to jest najlepszy moment na taką rozmowę.
Postanowił dowiedzieć się czegoś więcej. Nagabywał przechodniów, ci jednak nie wiedzieli, co mówią lub po prostu nic nie odpowiadali; popadali w histerię, pluli, wrzeszczeli i przeklinali; inni na pytanie o Wielkiego Reklamowca uderzali w spazmatyczny szloch, wierzgając nogami po chodniku. Społeczeństwo potrzebuje porządnego detoksu reklamowego, pomyślał i odszedł jak najdalej. Spotkał wreszcie człowieka, którego cała zaistniała sytuacja nie zdawała się przyprawiać o szaleństwo; siedział na krawężniku i lekko się uśmiechał.
- Może mi pan wytłumaczyć, co tu się do cholery stało? – Jarek zapytał dość napastliwie i nieprzyjemnie; to wszystko za długo już się w nim tłamsiło i szukało ujścia.
- Oczywiście, że mogę. – Mężczyzna nie zraził się w ogóle tonem rozmówcy. Był to człowiek pod czterdziestkę, kilka lat może starszy od Jarka.
- Hmm…w sumie nie stało się nic takiego, nikt nie podłożył bomby pod nasze miasto, nikt nas nie zaatakował, nie nastąpiło trzęsienie ziemi ani żaden inny kataklizm – myślę, że nie stało się nic szczególnego. – uśmiechnął się szeroko, jakby tłumaczył małemu dziecku, dlaczego komary gryzą.
- A to? – Jarek wskazał na ponury grobowiec reklamy – Ktoś podłożył ogień?
- Nie - ktoś, tylko coś. Komputery. Wielki Reklamowiec, jak pan zapewne wie, od dawna święcił triumfy – ich reklamy reklamowały już prawie wszystko. Dziś rano komputery natrafiły jednak na poważny problem. Stworzyły spoty dla niemal wszystkich produktów, ludzi, zjawisk i uczuć, nawet pojęć abstrakcyjnych – oczywiście takich rzeczy, na których można zarobić. Reklamator ma do tego prawo zgodnie z ustawą prawną, która ma na celu rozwój handlu, pozwalającą reklamować absolutnie wszystko. Oczywiście nie pogwałcając praw człowieka, które już zostały uchwalone. Dziś jednak doszły do…reklamy. Skoro reklamują absolutnie WSZYSTKO, więc również i własny produkt, jakim jest reklama. Żaden jednak ze specjalistów i geniuszy nie doszedł w swoich zamysłach, jak komputery mają sobie z czymś takim poradzić. No i bach! Okazało się to paradoksem, na który rozwiązania nie ma, bo być przecież nie może. Przemyślne komputery zrozumiały wtedy, że ich dzieło nie może być ukończone. Postanowiły więc unicestwić siebie i efekty swojej dotychczasowej pracy, która niepełna wydawała im się bezsensowna. Uruchomiły program autodestrukcji…
- A skąd pan to może wiedzieć?
- Cóż…Byłem jednym z tych naukowców, którzy wprowadzali plan w życie. A, może to i lepiej, że tak się stało – uśmiechnął się bardziej do siebie niż do Jarka – Miałem szczerze dość tych wszędobylskich reklam. A pan chyba też się zbyt tym nie smuci? – zapytał, choć znał odpowiedź. Uśmiechnęli się obydwaj.
Jarek pomyślał, że ten dzień nie będzie jednak stracony.

III.

Prezydent Ziemi, gdy dowiedział się o zagładzie Wielkiego Reklamowca od razu ogłosił żałobę narodową i dał tydzień wolnego obywatelom, aby mogli, jak mówił roztrzęsionym głosem, pozbierać się jakoś i w miarę normalnie żyć po tak ogromnej stracie. Mówił coś również o nowym, trudnym okresie w dziejach ludzkości, o upadku handlu i innych składników gospodarki, jak również, co Jarkowi wydało się całkowicie absurdalne, o upadku moralności i uczuć ludzkich.
Wyłączył radio, wystarczająco długo go denerwowało przemówienie pana prezydenta. Nic go już nie mogło wyprowadzić z równowagi. Postanowił, że wyjadą z Jane na urlop i odpoczną od tego całego obłędu. Nie będą się musieli wyprowadzać, bo wszelkie przykrości, które spotykały Jarka znikły pod gruzami zrujnowanego Reklamowca. Czuł, że jest szczęśliwy.
Po drodze wpadł do jubilera, u którego na odpowiedni moment dawno czekał upatrzony pierścionek. Zapłacił, wyszedł, a raczej wybiegł ze sklepu i pojechał do domu, gdzie, jak się spodziewał, przebywała teraz Jane.
Jak słusznie przewidywał, znalazł ją zapłakaną wśród góry chusteczek, wyrosłej nad podziw szybko. Wiedział, ile znaczyły dla niej reklamy i mógł jedynie wyobrażać sobie jej cierpienie. Ale to nie był jego ból; dla Jarka fakt, że się poznali był zupełnym przypadkiem. Wręcz przeciwnie, upadek reklam ucieszył go bardzo i dodał motywacji do działania.
- Jane…to dla ciebie duży cios; wiem, ile zawdzięczasz tej firmie. Ile my jej zawdzięczamy. Choć mogło być inaczej. Może nawet poznalibyśmy się na ulicy…lub w całkiem innym miejscu, przez opatrzność losu. Więc nie ma sensu zadręczać się tak ich upadkiem. Nie miałaś ich już czasami dość?
- Więc sądzisz, że przez przypadek się poznaliśmy, tak? Że to tylko zrządzenie losu?! – prawie krzyczała przez łzy
- Nie. Oczywiście, że nie! Sądzę, że to dobry duch nas ze sobą połączył, jakaś wielka siła, która nie pozwoliłaby nam chodzić po ziemi osobno... cokolwiek to było, na pewno nie Wielki Reklamowiec był tego głównym sprawcą.
- Wiesz, ile on mi dał? Dał mi szczęście, którego nie zaznałam nigdy wcześniej, był dla mnie częścią życia... on dał mi ciebie, więc cię pokochałam i byłam taka szczęśliwa...
- Więc w czym problem? Nie ma go i już! A, nie ważne...mamy ważniejsze rzeczy na głowie. - wyjął pierścionek i według starego zwyczaju, przyklęknął na jedno kolano.
- Może moment nie jest najlepszy, ale nie mogę już z tym dłużej czekać...Khe, khem...Jane Watson, czy zechciałabyś zostać moją...
- Co?! - krzyknęła z wyrzutem, aż Jarkowi włosy stanęły dęba. - Po tym wszystkim, co się stało, ty uważasz, że mogłabym zostać twoją żoną? Reklamowiec nie istnieje, nie ma go, rozumiesz? Czy sądzisz, że ja wiem coś teraz na pewno? Spota o tobie obejrzałam przez przypadek , to prawda. ON mi ciebie zareklamował. A skoro ON coś wiedział, bo przecież ich komputery są nieomylne, to to musiała być prawda. Pokochałam cię...ale teraz, gdy jego już nie ma, może nie jest to takie oczywiste? Skoro on nie był doskonały i postanowił siebie unicestwić, więc może miał mi zareklamować kogoś innego...może się pomylił...
- Słyszysz, co ty wygadujesz? A wszystkie przeżyte razem chwile , wspólne plany, marzenia? Nasze uczucie to pomyłka?? Wada fabryczna??? Czy jesteśmy tylko towarem na sprzedaż, jak niewolnicy mamy wypełniać to, co każe nam maszyna czy banda naukowców? Przecież podstawą jest miłość... - wypluwał z siebie bliski płaczu.
- To nie moja wina...kocham cię...kochałam...

IV.

Znaleziono go dopiero tydzień później. Nie było to wcale tak drastycznie długo biorąc pod uwagę wielką żałobę po niepowetowanej stracie, wielkim ciosie w społeczeństwo wszechziemskie. Świat, jak słusznie przepowiadali uczeni, nigdy już nie będzie taki, jak był.
Wisiał długo i ciało śmierdziało na kilometr. Może głównie dlatego ktoś go kiedykolwiek odnalazł na małym poddaszu jego opuszczonego domu. U nóg lekko uniesionych nad ziemią, obok stołka odrzuconego kopniakiem znaleziono ręcznie zapisaną kartkę, z której nikt nic nie zrozumiał. Zrzucono więc winę tego czynu na histerię lub nawet na początki choroby psychicznej, wywołanej tak wielkim ciosem, jakim była zagłada Wielkiego Reklamowca. Na dnie szafy z policyjnymi aktami leżała kartka o następującej treści:

Towar wycofany ze sprzedaży.
Przyczyna: wada fabryczna.



Opowiadanie publikowane pierwotnie na stronie Fantazyzone.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...