Wilki
- Powstrzymamy te ludzkie zwierzęta nim całkowicie splugawią naszą krainę – zawsze zastanawiał go u starszego ten ton, mówił „my” zupełnie jakby sam za chwilę miał chwycić miecz i własnoręcznie odeprzeć najeźdźców. Należało przyznać, że starszy był wspaniałym mówcą, zręcznie wzniecał płomienne uczucia w sercach słuchaczy, rozpacz, żal, to znów gniew i chęć odwetu. Mimo, że nie był wojownikiem zyskał sobie wielki mir w tym wojowniczym plemieniu. A jednak, wiedział to dobrze, starszy nie pochwalał wojen, mierził go zapach krwi i widok trupów, nie lubił długiego wyczekiwania w gąszczu aby nareszcie, niby w jednym wybuchu niepohamowanego szału, tak bardzo chaotycznego, a jednocześnie planowanego z zimnym wyrachowaniem, unurzać swą klingę w szkarłacie. On wiedział jaki starszy jest w głębi duszy, nie rozumiał jednak dlaczego, dlatego nie miał doń szacunku.
Oczekiwanie dłużyło się w nieskończoność. Nawet swym bystrym wzrokiem ćwiczonym do życia w głuszy widział jedynie dwóch... może trzech swych kompanów. Maski okrywały twarze, a kaptury głowy, tylko ciemne kędziory wypływały spod kapturów na okryte ciemnymi opończami ramiona. Całkowity bezruch przydawał im grozy czającej się do skoku pantery. Jedynie długie łęczyska chwiały się rytmicznie w dłoniach, niczym łan przyginany do ziemi kolejnymi podmuchami wiatru. Jacy byli naprawdę? Dobrze wiedział, dzielił z nimi swój strach, gniew, poczucie honoru i braterstwa, byli jego rodziną bliższą nawet niż matka. Właściwie, nie pamiętał swojej matki.
Pomiędzy drzewami widział skąpaną w słońcu wstęgę ścieżki, jednak nie ścieżka się liczyła, liczyli się rośli jeźdźcy o kruczych włosach, odziani w karaceny, gęsiego prowadzący swe wierzchowce wyboistym, leśnym duktem. Całkowita cisza spowijała ten pochód, pochód bestii, tak przynajmniej on go widział, wiedział, że i inni tak go widzą, wiedział, że mają rację. Wszyscy nie mogą się mylić. Starszy nie może się mylić, nawet mimo, że się go nie szanuje. Starszy musi mieć rację gdy mówi, że to barbarzyńcy, zwierzęta. W bitwie nie ma miejsca na wątpliwości.
Cięciwy jęczały, a strzały świszczały w gęstwinie. Kilku kruczowłosych wojów wydawało swe ostatnie tchnienie na ścieżce, gdy inni wpadli niczym burza w las pragnąc spotkać się twarzą w twarz z niewidzialnym przeciwnikiem. Karaceny przebłyskiwały pośród krzów, błyskawicowo spadały lśniące koncerze, tnąc jednak tylko leśną gęstwę. Nagle kątem oka dostrzegł lśniący kształt wynurzający się z gęstwiny tuż przed jednym z towarzyszy. Piorunowo opadła lśniąca klinga, strzaskana maska odsłoniła oblicze o oczach całkowicie czarnych, wąskim nosie i wydłużonym podbródku, oblicze szlachetne w swym pięknie. Kaptur opadł na ramiona odsłaniając ostro zakończone uszy, wpółprzysłonięte gęstwą kruczych loków.
- Piekielne elfie nasienie – dobyło się spod karacenowego szyszaka. W tym momencie zalśniła stal, a woj padł z przebitą piersią
- Podłe zwierze – wycedził przez zęby ocierając swą klingę z posoki. Dokonało się, bitwa była skończona.
Niepohamowane wycie rozległo się między drzewami. Nie ryk zwycięstwa potężnej armii, a wycie dzikiej sfory nareszcie nasyconej rozlaną krwią. Wysokie postacie stały wyprostowane pośród drzew, kaptury opadły im na ramiona, a maski spoglądały w niebo. Ale oczy były ślepe, liczyła się tylko ta ofiara krwi, właśnie dokonana. Teraz już wiedział co w głębi duszy myślał starszy. Zwierzętami byli nie ludzie, lecz oni...