Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Wino, róża, miecz

boleslav ·

Gdzieś daleko żałośnie skowyczał bezdomny kundel, narzekając na swe nędzne życie. Odpowiadał mu, zaciekle ujadając, inny, kompan w niedoli.
Otwarte na oścież niewielkie okno nie stanowiło żadnej ochrony przed atakującym zmysły miastem. Wiatr wpadł do pokoju, firanki zatrzepotały, w nozdrza wdarł się smród stajni. Nagie, rozgrzane ciało kobiety owionął chłód.
Usta wciąż mimowolnie rozciągała w uśmiechu na wspomnienie pragnienia, które wznieciła w oczach stajennego, chłopaka o bystrym, jasnym spojrzeniu, brudnym, podartym ubraniu i poskręcanych w bezładzie włosach nieokreślonego koloru. Tak, jego zainteresowanie i zawiść otoczenia byłyby pieszczotą dla ego każdej kobiety. Muśnięcie policzka stało się nagrodą za tę odrobinę przyjemności. Była pewna, że po tym akcie łaski młodzian nieprędko wzrok z chmur spuści, co także dawało jej satysfakcję.
Tymczasem nie potrafiła się skupić na czymkolwiek, co wymagało choć najmniejszego wysiłku woli. Pokój wirował w jej dużych - aktualnie zasnutych mgłą - oczach, a kiedy na chwilę przystawał, jakby tonął w mętnej wodzie - kolory się zlewały, przedmioty traciły swe kontury i przechodziły jeden w drugi. Myśli, same będąc absurdalnymi, biegały po równie durnych ścieżkach. Zaciskanie powiek, miast pomagać, szkodziło. Gdy nie męczyły komicznie zniekształcone obrazy, prym wiodły inne dolegliwości - kiszki się skręcały, a zawartość żołądka z pasją walczyła o wolność, gdy łóżko na przemian to kołysało się jak okręt, to zaś kręciło jak cyrkowa karuzela. Próby wywołania wymiotów tylko podrażniły gardło.
Czas się jednak ulitował…
Wpierw odpłynął świat zza okna… potem pokój, własne ciało… myśli, dźwięki, zapachy… chłodne powietrze, muskające jej ciemną skórę, iskrzącą bladym blaskiem księżyca… stłumione zaciśniętymi powiekami światło świecy… Wszystko przestało istnieć. Pozostał sen.
Stukot kół wozu, przejeżdżającego po wybrukowanej kocimi łbami ulicy, rozdarł i skruszył nocne wizje, jak okręt, sunący po rzece dalekiej północy, kruszy i rozrywa lodową pokrywę. Sen przepadł.
Księżyc gdzieś się skrył, ale do świtu było jeszcze daleko.
Wciąż leżąc, podniosła powieki, a jej wzrok spoczął na brudnym, pokrytym odpadającą farbą suficie. Kładła się nago, toteż nocna koszula wprowadziła ją w pewne zakłopotanie.
- Obudziłaś się - z kąta pokoju dobiegł głos, dokonując gwałtownej przemiany zakłopotania w panikę.
- Co tu robisz? I kim ty jesteś, na wiecznie martwych bogów? – jednym tchem wyrzuciła i jednocześnie podnosząc się, zerknęła w stronę leżących na kufrze sztyletów.
- To nie będzie konieczne.
- Co ty tu robisz? - powtórzyła, co tym razem, zgodnie z nieugłośnionymi intencjami, miało znaczyć: „Ta koszula to twoja sprawka?”
- Nie obawiaj się. Nie nastaję na twoje życie… ani cnotę.
Gość wstał z fotela i w słabym świetle wpadającym przez okno stał się odrobinę lepiej widoczny. Wysoki - jedyne pewne, jako że sylwetkę rozmazał długi, czarny płaszcz, a twarz pożarł kaptur. W opuszczonej ręce trzymał miecz skryty w zdobionej skórzanej pochwie.
- Będę na dole. Nie każ na siebie czekać.
Wyszedł, cicho zamykając drzwi.
Ona tymczasem ponownie opadła na poduszkę. Moment leżała, próbując opanować bałagan, który w jej głowie uczyniła niecodzienna śródnocna pobudka. A ciekawość narastała. Bo czyż mogła zignorować kogoś, kto nocą zakradł się do jej pokoju nieproszony, gdy spała otumaniona morzem ziołowego wina; kogoś, kto mógł wiedzieć, jak nocna koszula samodzielnie (oby) znalazła drogę na jej ciało; kogoś, kto z rozbrajającym bezczelnością spokojem drwił z jej cnoty? Był potencjalnym zagrożeniem, pod różnymi względami, które trzeba było koniecznie rozpoznać.
Nie przerywając rozmyślań, gotowała się do wyjścia. Wpierw umyła twarz. Woda była letnia i nieświeża w tym stopniu, co blaszana miska brzydka i poobijana. Nie było jednak czasu, by temu zaradzić; pytania czekały na swe wiecznie niezdyscyplinowane siostry-odpowiedzi. W pośpiechu rozczesała długie włosy, które, choć białe, nie świadczyły o starczym wieku, lecz o odmienności. Włożyła obcisłą koszulę i takież spodnie, stopy wsunęła w wiązane rzemieniami wysokie buty, zapięła skórzany pas z przytroczonymi sztyletami, na wszystko narzuciła szarą opończę z kapturem. Była gotowa.
Wtem w oknie zjawił się ptak, załopotał skrzydłami i przycupnął na parapecie. Jego czarne pióra iskrzyły odbitym blaskiem ulicznej latarni.
Po krótkim, nierozstrzygniętym pojedynku wzrokowym mieszkanka czterech ścian, trochę na wyrost nazwanych pokojem, wzruszyła ramionami i wyszła.
Długi korytarz, strome schody, główna sala gospody - w ciszy dotarła do drzwi wyjściowych. Przekroczyła próg i głęboko wciągnęła powietrze - duszne i wilgotne jak dech zziajanego woła zwiastowało burzę.
Zakapturzony bez zwłoki ruszył w wybranym przez siebie kierunku. Ona za nim. Oboje milczeli.
Jego zachowanie ciężko byłoby określić mianem satysfakcjonującego - mówił niewiele i natychmiast słowa w czyn wprowadzał, oczekując współdziałania, by nie powiedzieć: posłuchu. Tyle w kwestii satysfakcji, a czy można było o niej mówić na innym poziomie? Wysiłki pamięci, raz po raz przerywane nakazem odsunięcia szkodliwych dociekań, nie mogły przynieść odpowiedzi, skoro walka ciekawości z lękliwym rozsądkiem, podpowiadającym, że czasami lepiej nic nie wiedzieć, nie znajdowała rozstrzygnięcia.
Skład chemiczny organizmu oraz niedobór snu przyniosły spowolnienie procesów myślowych białowłosej, przeto zdążyli ujść sporo drogi, nim sobie uświadomiła, na jakie ryzyko się wystawiła.
Stanęła w pół kroku.
- Czekaj! Dalej nie pójdę, zanim nie odpowiesz na kilka pytań! - rzuciła wyzywająco, bacząc reakcji.
Nie ruszył w jej stronę. Nie sięgnął miecza przewieszonego przez prawe ramie. Obrócił się.
- Skąd mogę wiedzieć, że nie prowadzisz mnie w pułapkę?! - zagrzmiała zdecydowanie. - Powiedz… albo zrób coś, co mnie przekona.
Zsunął kaptur. Ukazała się… ciemnoczerwona maska.
Po chwili napięcia białowłosa nie wytrzymała i… dziewczęco zachichotała.
- No, teraz udowodniłeś, żeś godzien zaufania.
On stał niewzruszony, a wiejący coraz silniej wiatr szarpał jego szatą i długimi włosami.
Wokół nie było żywej duszy i tylko stojący na środku placu na niewielkim cokole posąg dziewczyny w kusej spódniczce z pieskiem przy nogach, cierpliwie spoglądał gdzieś w przestrzeń tęsknym wzrokiem. Raptem, na jego ramieniu przysiadł czarny ptak, poszerzając grono świadków nocnej schadzki.
- Kruk… twój? - spytała kobieta.
Zamiast odpowiedzieć, już nie zakapturzony, lecz zamaskowany, ruszył w jej stronę.
Nie drgnęła. Nie okazała strachu, choć spięty, twardy jak granit żołądek bardzo jej ciążył.
Mężczyzna zdjął miecz z ramienia.
Ona zacisnęła i rozluźniła pięści, pobudzając mięśnie.
Chwycił mocniej miecz i… skierował rękojeścią w jej stronę, mówiąc swym denerwująco opanowanym głosem:
- Może poczujesz się pewniej, jeśli go weźmiesz.
Wiatr nieustannie się wzmagając, wznosił tumany kurzu, zrywał liście.
- Dobrze, skoro tego sobie życzysz - rzekła po chwili zastanowienia, podejrzewając, że celowo wywołał napięcie, choć swój gest mógł zaaranżować inaczej. - Zresztą, to nie było konieczne. Zdjęcie kaptura to wystarczający gwarant szlachetności twych zamiarów. - Błysnęła ślicznymi, dorównującymi bielą włosom, zębami. - Prowadź, mój ty rycerzu.
Krocząc dalej jego śladem, podsumowała swoje spostrzeżenia. Był mężczyzną. Wzrost, a nawet głos bywają mylące, ale nęcący zapach nie pozostawiał wątpliwości. Podobnie dłonie - smukłe, o długich palcach, czyste i zadbane, męskie i silne - wystarczająca zachęta do poznania reszty.
O ile to jeszcze nie nastąpiło…
Zaś włosy oraz głos i dłonie sugerowały, że nieznajomy wciąż był młody. To, jak mówił (słowa, ton, opanowanie), znamionowało inteligencję i mądrość. Z czego z kolei płynął wniosek, że odebrał wykształcenie nieograniczające się do młócenia żelazem. Mógł być zatem przedstawicielem wyższych - a zatem światlejszych i zamożniejszych - sfer, co potwierdzałaby jego wyniosłość.
Piękne dłonie, powiewające na wietrze włosy, ciepły, męski głos…
Był pewny siebie, skoro oddał broń… albo też białowłosej nie uważał za zagrożenie. Wreszcie, dlaczego schował się za kilkuwarstwowym kamuflażem? Czy w przeciwnym razie mogłaby go rozpoznać? A może był po prostu koszmarnie brzydki?
Dotarli na miejsce.
Mężczyzna pchnął poczerniałe od starości, potężne, drewniane drzwi. Usunął się na bok i uprzejmym gestem dał znak, że odstępuje pierwszeństwo.
- Ależ szarmancki. - Uśmiechnęła się i bez zwłoki, by nie mógł po raz kolejny zignorować jej słów, przekroczyła próg.
Drzwi zamknęły się z trzaskiem, a nieznajomy podążył wzdłuż ściany do jakby rozmyślnie zacienionego kąta.
Nim ruszyła, rozejrzała się. W pomieszczeniu dominował mrok, pod sufitem unosił się dym, a liczne stoły i ławy stały bez porządku. Imponująca ilość świec pełniła rolę wątpliwej dekoracji, gdyż płonęło ledwie kilka. Nie było okien. Na drugim końcu sali, za szynkwasem, siedział karczmarz, który nijak nie zareagował na nowych i jedynych gości. Z przejęciem dłubał w nosie, a co wydobył, bacznie oglądał, jakby spodziewając się czegoś cennego. I za każdym razem w końcu wycierał do spodni.
„Obrzydliwość!”
Podeszła. Nieznajomy otwartą dłonią wskazał jej miejsce. Wyczekał, aż je zajęła i dopiero sam usiadł.
Kilka spokojnych oddechów oboje poświęcili na wzajemną obserwację.
- Przyprowadziłeś mnie tu, żeby sobie popatrzeć? - Białowłosa nie dała zadomowić się ciszy. - Poczekam jeszcze chwilę, a później… - zawiesiła głos, wpatrując się w ciemną sylwetkę - … wstanę i wyjdę. Mów, po co mnie tutaj sprowadziłeś.
- Nie rób tego, to byłoby nierozsądne.
- To… chyba nie jest groźba? - spytała ostrzegawczym tonem.
- Oczywiście, że nie. Mam ci coś… WAŻNEGO… - podkreślił - … do powiedzenia, a gdybyś wyszła, nie mogłabyś tego usłyszeć. - Przerwał i westchnął. - Wiem coś, co ty też chciałabyś wiedzieć. - Kolejna chwila ciszy. - Zostaniesz i poświęcisz mi odrobinę swego czasu?
Milczeniem i bezruchem udzieliła odpowiedzi.
Zsunął kaptur. Ponownie szkarłatem łypnęła maska.
- Chcesz o coś zapytać - właściwie stwierdził. - Pytaj, noc się kiedyś skończy. - Z tonu nie znać było śladu złośliwości, choć słowa na to wskazywały.
- Zdejmij maskę! - rozkazała białowłosa. - Ty znasz moją twarz.
- Nie zrobię tego - odparł spokojnie, a przy tym tak, że zrazu jasnym było, iż nie ustąpi. - Nasza rozmowa i tak głównie tobie się przysłuży - uargumentował. - Moją nagrodą będzie możliwość spędzenia z tobą tych kilku chwil.
Rozczarowana położyła na stole długi miecz.
- Nie chcesz zdjąć maski, pewnie nie zechcesz się też przedstawić - westchnęła, z trudem przełykając, na razie jego przewagę. Odczekała chwilę, a że nie nastąpiła reakcja, dodała. - To… niedobrze. Jak w takim razie mam się do ciebie zwracać?
- Mój Rycerzu może być.
Parsknęła drwiąco i wpiła się wzrokiem w otwory maski, z których spoglądały, odbijające świat na zielono, oczy.
Gospodarz na moment przerwał swój ohydny proceder, gdy przez niebo przewalił się grzmot, ogłuszając ciszę. Potem drugi… trzeci… Burza masą deszczu uderzyła w dachówki.
- Mawiają, że gdy szaleją żywioły, natura szczytuje - rzekł nieznajomy jakby mimochodem.
Białowłosa, okazując nic niekosztującą za grubymi murami pogardę wobec gniewu żywiołu, zdjęła opończę i wygodnie się rozsiadła. Obcisły strój doskonale podkreślał kobiece kształty. Dotychczas rzeczowe, chłodne i opanowane spojrzenie zza maski nieznacznie się zmieniło. Intuicja i wyćwiczone oko natychmiast o tym poinformowały.
- Do rzeczy. - Jej głos stał się zimny i ostry jak sopel. Z doświadczenia wiedziała, że na silnych i zdecydowanych mężczyzn najskuteczniej działa silna i zdecydowana kobieta. - Mów, co masz do powiedzenia. Najlepiej szybko, bo mam już dość… - zawahała się - …tego - na jednym wydechu dokończyła łagodniej. - Mów, co będę już mogła sobie pójść - trochę sobie pofolgować musiała; kończąc, odgarnęła włosy, założyła nogę na nogę, spojrzała w wielokrotnie sprawdzony sposób… i czekała.
Sama nie mogła uwierzyć jak krótko.
- Raz już mówiłem, ale powtórzę. Nie mam złych zamiarów wobec ciebie. Jakie są w szczególe, zachowam dla siebie. Ja o pobudki nie pytam, więc mogę się tego samego domagać. Nie ufasz mi, to oczywiste. Słuchanie nic nie kosztuje. Do tej pory potrafiłaś temu podołać. Zechcesz wyjść? Trudno. Nic na tym nie stracę, prócz twego towarzystwa, oczywiście. - Zerwał na chwilę kontakt wzrokowy. - Wiedz jednak, że są dwie rzeczy, których odmówię. Nie ujawnię twarzy ani imienia. Zresztą, nie znasz mnie, zapewniam. Przyznaję, zależy mi, byś nie była mi wroga. To uniemożliwiłoby ci… odpowiednie potraktowanie mej osoby i wiedzy, którą chcę się podzielić - zakończył przemowę, w trakcie której nie zmienił tonu ni pozycji. I tylko oczy, znudzone posłuszeństwem, niczym banda kondotierów, co i rusz po wypoczynku na twarzy kobiety, urządzały rejzy po okolicy, szczególnym upodobaniem darząc jej ciało.
- Tylko dlatego? - Nie dostrzegła zrozumienia. - To jedyny powód, dla którego nie chcesz, bym była ci niechętna? Byłabym zawiedziona. Tyle starań i nic? - dodała, filuternie przygryzając wargę i udając smutek.
Niespodziewanie serdecznie się zaśmiał.
- Nie jedyny, naturalnie - szczerze wyznał. - Po prostu sądziłem, że tylko tak mogę skłonić cię do pozostania - skłamał dla odmiany.
Na ścianach oberży tańczyły ożywione płomieniami świec cienie.
- Nehalennia Kwiat Nocy się nazywam, co bez wątpienia już wiesz… Mój Rycerzu. - Spojrzała słodko zza girlandy opuszczonych rzęs. - Tak, intrygujący twój… tytuł. Powinności, mam nadzieję, nie kładzie żadnych na mych brakach. Za to przywileje…
Zlekceważył ją, nie sposób zliczyć który raz, nawet na subtelność się nie siląc.
- Wydajesz mi się znajomą. Jak z dawna zapomniany przyjaciel z dzieciństwa. Nijak sobie jednak ciebie przypomnieć nie mogę. Dlategom właściwie nawiedził cię nocą dzisiejszą, szczerze wyznam - szczerze wyznał. - Przyjrzeć się i przekonać chciałem.
- No i…?
- No i… nic. Patrzę i słucham, to doznanie nie mija, ale… nic poza tym.
- Gdybyś zdjął tę przeklętą maskę, może ja rozpoznałabym ciebie.
- Mówiłem już o tym i zdania nie zmienię - uprzejmie, spokojnie i niewzruszalnie przypomniał. - Ale nie zżymaj się, pani, to i tak na nic by było. My nie mogliśmy się spotkać. Gdyby było inaczej, pamiętałbym ciebie.
„A ja ciebie.”
Mężczyzna opuścił wzrok, kobieta nie.
Powietrze wypełnił aromat palonego fajkowego ziela. To gospodarz, zawiedziony brakiem spodziewanych rezultatów eksploracji głębin swego nosa, zajął ręce czym innym. Co chwila też wiercił się, kasłał i chrząkał. Mierziła go konieczność wysiadywania tu w środku nocy dla dwójki nic nie zamawiających gości. No, ale w końcu to była jego robota - czekać aż wszyscy wyjdą i wkurwiać się na parszywy los, który zmusza do męczenia zbolałych pleców na niewygodnym, twardym i uwierającym w tyłek krześle. Tymczasem reumatyzm i siwizna nie pozostawiały wątpliwości - najlepsze lata miał za sobą. Te umiarkowanie dobre także. I znośne mógł tylko wspominać… Tak bardzo chciał się znaleźć w gorącym łóżku obok równie gorącej żony, nadal cieszącej się młodym wiekiem, która swą masą jednakże wystarczająco rekompensowała ten… niedostatek. Naturalnie zrzędzenie nie mogło w niczym pomóc, ale cóż z tego, skoro ostatnio było jego ulubioną rozrywką. Prócz spółkowania, oczywista. Wszelako w tym ostatnim przypadku sił i chęci starczało na kilka minut nie częściej niż raz w tygodniu, a psioczyć mógł cały dzień bez obawy, że jedyną nagrodą za wysiłek będzie: „Za szybko”, „Za krótko”, „Boli mnie głowa”, „Zejdź ze mnie”. Może ten stary stołek nie był taki zły.
Zainteresowana prostą złotą obrączką, którą na serdecznym palcu nosił Rycerz, Nehalennia chwyciła jego prawą dłoń.
Dwa ziarna czasu opuściły górną komorę klepsydry i upadły cicho na kopczyk pośrodku dolnej.
Rycerz gwałtownie się szarpnął. Wyrwał dłoń i uderzył plecami o ścianę. Oddychał ciężko i niespokojnie. Przygarbiony wpatrywał się w drżące ręce oparte na rozdygotanych kolanach. Niepewnie podniósł wzrok. Dostrzegł rozszerzone troską oczy i wyciągniętą współczuciem dłoń. Powstrzymał je gestem.
„Bogini, co się stało?”
- Wszystko w porządku?
- A dlaczegóż miałoby nie być?! - warknął.
Kwiat Nocy nie zareagowała, nie było sensu.
- Czas na mnie - rzekł oschle, po czym nieznacznie przechylił się w kierunku drzwi i zastygł.
Nehalennia, wciąż zdezorientowana, przymknęła oczy, wytężyła słuch, lecz nic prócz deszczu, wiatru i chrobotania w ścianie nie usłyszała.
- Poczekaj - szepnęła bardziej do siebie.
- Nie mogę! Ty też nie! - Siła jego głosu nie wyrażała się już w łagodnej perswazji, lecz w szorstkim rozkazie. - Musimy się pożegnać, inaczej… cena przeniesie wartość… Powiem ci teraz, jaką drogą będziesz podróżować.
- Cena przeniesie wartość? Co to znaczy?
- Z miasta, jak…
Resztę zagłuszyła rozeźlona ciągłym lekceważeniem Nehalennia.
- Co znaczą te rebusy?! I dlaczego sądzisz, że sama nie wiem, gdzie iść?! - Była zła. Nie! Była wściekła i musiała to okazać.
Rycerz przerwał w połowie zdanie, którego nikt włącznie z nim i tak nie mógł usłyszeć.
Pozornie obojętny na wszystko karczmarz potarł twarz. Jego twardy, kilkudniowy zarost zaiskrzył, wydając charakterystyczny dźwięk.
Kwiat Nocy opanowała się. Gniew nie dał żadnego efektu, nie licząc uciszenia rozmówcy, a nie o to przecież chodziło. Pozostało pogodzić się z nikłym wpływem na bieg wypadków i przyjąć to, co będzie jej dane.
- Nie będę cię więc trzymać siłą. Mów, co masz powiedzieć i kończmy… na razie – zakończyła, chytrze się uśmiechając.
Ale uśmiech był tylko fasadą. Zaś w głębi czaił się niepokój. Niepokój, który wzrasta z upływem czasu, który towarzyszy oczekującemu na nieznane. Nieznane, które w umyśle liczącego niepokojem drżące oddechy, bojaźnią dudniące skurcze serca, przybiera postać najgorszych koszmarów. Koszmarów, które Nehalennia poznała osobiście, namacalnie. Które miały nazwy i kształty. Z którymi nauczyła się żyć. Które jednak wciąż i niezmiennie powodowały dreszcze. Na które czekanie ścinało krew i zgniatało żołądek.
Rycerz bez zbędnych grzeczności przedstawił konkrety:
- Z miasta jak zapewne wiesz, prowadzą dwie drogi.
„Uparty jest. Musi mi oczywiście powtórzyć dokładnie to samo, czego nie raczyłam posłuchać i to dokładnie tymi samymi słowami.”
- Wybór niewielki, ale zasadniczy. Przybyłaś z południa, pozostaje więc północ i szlak przez góry. Są zdradliwe i nie do końca zbadane, a na luksus błądzenia nikt z nas… - zawahał się - … nie może sobie pozwolić. Tedy lepiej trzymać się szlaku. - Las jest gęsty i mroczny, to ostrożność nie zawadzi.
Las… Mnogość barw i zapachów, z których nawet połowa nie miała nazwy. Nitki, ściany i kolumny światła, przenikającego przez korony drzew, tworzącego rozedrganą jak woda w strumieniu i tak samo niestałą mozaikę cienia i blasku. Nieustający ruch na granicy pola widzenia - liść, krzaczek, jakiś owad. Szelesty, stuki, pohukiwania. Świergot niezmordowanych ptaków, których dojrzeć nie sposób. Jednej chwili na spokojny oddech. A nocą…
- Ale nie ma obaw… raczej - kontynuował, nie zważając na zamyślenie Nehalennii. - Droga jest oznaczona kamiennymi słupami i rozwidleń nie ma. Niegdyś służyła kupcom i pielgrzymom. Stąd te oznaczenia. Toteż wystarczy trzymać się szlaku, a cel sam się zjawi. - Zamilknął na moment. - Zaraz cię opuszczę, zatem po szczegóły dotyczące drogi… gór… lasu… zwróć się do Bernarda, naszego gospodarza, nie odmówi pomocy.
„Skąd on zna imię tego wieprza?”
- Nie daj się zwieść jego nieciekawej powierzchowności. Wie i potrafi wiele… Chyba zboczyłem z tematu. Widzisz, jak na mnie działasz? - znów spokojnie i znów ironicznie. Widocznie odzyskał pełnię kontroli nad sobą… albo chciał sprawiać takie wrażenie. - Najważniejszy jest kierunek: na północ.
Burza zelżała i po kilku odległych grzmotach swój głos ograniczyła do rytmu deszczu, stukającego we wszystko co odsłonięte.
- Pozostało mi się tylko pożegnać i podziękować za poświęcony czas - skończył, wstając.
- Zaraz! - Kwiat Nocy prawie krzyknęła. - To wszystko?! A co znajduje się na końcu drogi?! - atakowała podniesionym głosem. - Nie powiedziałeś, gdzie dokładnie mam iść.
Twarz rozgorączkowanej Nehalennii wyglądała jak bryłka węgla w śmietanie śnieżnobiałych włosów.
- Na północ. Celu nie można przegapić, bo tam nie ma nic więcej godnego uwagi. No, chyba że dla uczonych przyrodników. - I znów ten uciążliwy rozdźwięk między ironiczną treścią a beznamiętnym tonem.
- A skąd to wiesz? - białowłosa wyszeptała do siebie raczej.
Rycerz spojrzał na nią, zawahał się… ale na krótko.
- Odczekaj kilka chwil po moim wyjściu, proszę. - Przerwał, a że nie nastąpiła żadna reakcja, przemówił ponownie - Zatem żegnam i szczerze dziękuję, że okazałaś zaufanie nieznajomemu, poświęciłaś mu czas i wysłuchałaś. Ta rozmowa, mimo wszystko, była dla mnie prawdziwą przyjemnością.
Skłonił lekko głowę i wziął ze stołu miecz, zostawiając na jego miejscu maleńką różę, która w panującym mroku zdawała się czarna.
Czarny kwiat dla Kwiatu Nocy.
Pomimo wątpliwej przyjemności doświadczenia ich fizycznego kontaktu, Nehalennia zapragnęła cieplejszego pożegnania. Jednak nim zdążyła się podnieść, Rycerz ruszył do wyjścia.
Skrzypnęły zawiasy.
Do środka wpadł podmuch chłodnego, przesiąkniętego wilgocią deszczu powietrza.
Drzwi zamknęły się z trzaskiem.
Wydawało się jakby od słów: „Obudziłaś się” minął miesiąc. A koniec potoczył się tak szybko. Ot, zakapturzony wstał, odwrócił się i odszedł.
Zerwała się i szybkim krokiem dopadła drzwi, by… No właśnie, sama nie bardzo wiedziała, po co, ale chciała złapać Rycerza nim skryje go mrok, z którego się wyłonił. Nie wzięła różyczki, nawet opończy zapomniała.
Gospodarz tymczasem tak się cieszył z coraz bliższego wypoczynku, że gotów był na własnych steranych rękach wynieść Nehalennię, byle mieć pewność, że czym prędzej trafi ona do wyjścia. A wtedy on… Przejdzie salę. Zamknie drzwi na ciężką, żelazną, rdzewiejącą zasuwę. Przemierzy salę ponownie. Nie będzie sprzątał, w końcu od czego żona. Trochę ruchu dobrze jej zrobi. Wespnie się na strome schody prowadzące do prywatnych pokoi. Zrzuci przepocone ubranie. Nie będzie się mył, zrobi to rano - jak zawsze. A tymczasem wsunie się pod pościel, zdmuchnie świecę, obróci na lewy bok. Ulubiona pozycja. Wolno przekroczy granicę między jawą a snem. Ulubiona czynność ulubioną porą. Noc. Spokój. Ukochana śpi. Słodki sen.
Kwiat Nocy dotarła do drzwi. Szarpnięte, zawczasu nie opanowane, uderzyły z impetem w stojący pod ścianą stół. Powietrze rozdarł nieznośny, zwłaszcza nocą, huk. Kufle i szklanice wzięły się do tańca, rozbryzgując wokół resztki napitków. Swawolące z talerzami misy, półmiski wirujące i podskakujące w ton wygrywany przez rozochocone sztućce, nie mogły dłużej trzymać w swych bezpiecznych objęciach potraw, nawet w pół strawionych, które ci bardziej świadomi goście kulturalnie wyrzygali na stół, miast zapaskudzić wszystko wokół. Świńskie, kurze i indycze kości wciąż gdzieniegdzie obfite w mięso i oblepione wyschniętym tłuszczem, ponadgryzane kiełbasy, rozmoczony chleb, ułamki potłuczonego szkła. Sam widok przyprawiał o mdłości.
Bernard przyjął to bez zmrużenia. Była noc, on zaś stary i zmęczony, a ten bałagan nie poruszał go wcale. No, i, jako się rzekło, nie zamierzał sprzątać. Choć przemknęła mu myśl, że najprościej byłoby to wszystko spalić i zbudować na nowo - ładne i czyste. I druga myśl. Współczucie dla biednej istoty, która się z tym zmierzy. Ale jakże nikłe one były wobec radosnego oczekiwania zbliżającego się snu.
Nieświadoma dokonanych spustoszeń Nehalennia wypadła w pośpiechu na zewnątrz. I niemal nabiła twarz na zwrócone w jej stronę ostrze. Wyobraźnią już czuła i widziała - wnikającą w delikatną skórę pod lewym okiem, gruchoczącą kość policzkową, docierającą do mózgu i pozbawiającą życia - stal. Podziękowała szeptem martwej bogini za ocalenie od głupiej śmierci i szybkim, wyćwiczonym ruchem wyrwała z pochew sztylety.
Niepotrzebnie.
Kilka kroków przed progiem stał on. Odwrócony plecami oparł na ramieniu obnażony miecz nieświadom, że i w ten sposób można zabić. Zsunięty z głowy kaptur, spoczywał bezładnie na plecach.
Nehalennia powiodła wzrokiem po ostrzu. Długą, obosieczną klingę z wydłużonym sztychem i ciągnącym się na całej długości pokrytym pięknym grawerunkiem wgłębieniem wykuto z czarnej stali. Uchwyt rękojeści w kształcie krzyża - wydłużony na tyle, by wojownik mógł go dwoma dłońmi dzierżyć - pokryto porowatą skórą. Na gardzie uwieczniono w tańcu kilkanaście groteskowych szkieletów. Głowicę zaś stanowił diament wielkości dojrzałej śliwki, wprawiony, jakby w zastępstwie głowy, w pięciozębą koronę.
Rycerz nie zareagował. Stał bez ruchu, spoglądając w górę.
Po drugiej stronie wąskiej ulicy posadowiła się trzykondygnacyjna kamienica kondycji gorzej niż mizernej. Spod odpadającego tynku szczerzyły się cegły, nieliczne okiennice zwisały na pojedynczych zawiasach, rynien nie było wcale, a przez całą wysokość biegło groźne pęknięcie. Na skraju dachu stały trzy posągi. Łudząco do siebie podobne. Okropnie chude maszkary o żylastych kończynach zakończonych długimi pazurami, nietoperzowych skrzydłach i zagiętych w przód rogach, sterczących nad małą, wyposażoną w wyłupiaste oczy, ostry nos i duże zęby twarzą. Oddane z mistrzowskim realizmem, budziły grozę.
Noc jeszcze nie ustąpiła, ale dzień niczym fala przypływu począł zalewać świat - gwiazdy bledły, a niebo z czerni przebrało się w granat.
Nehalennia otworzyła usta… nie powiedziała nic.
Z prawej strony, z nieodległej bocznej uliczki, wypadł jeździec na białym koniu. W prawej dłoni trzymał szablę.
Rycerz pchnął kobietę na drzwi gospody, a sam wystąpił na środek ulicy.
Jeździec wzniósł uzbrojone ramię. Zgrzytnęły zaciśnięte zęby.
Zamaskowany chwycił miecz obiema dłońmi, przyciągnął do piersi, wykonał zwód przed końskimi chrapami, obracając się wokół własnej osi. Kończąc piruet, wykorzystał siłę obrotu i uderzył po skosie.
Zdumiony napastnik rozwarł usta, krzyknąć nie zdążył, gdy długie ostrze Rycerza skróciło mu ramię i rozpruło bok. Rzygnął krwią wprost w końską grzywę, wydał ostatnie tchnienie i wypadł z siodła. Szabla zadzwoniła o bruk.
Spłoszony koń galopował dalej, wprost na dwóch innych obdartusów, wstrząśniętych śmiercią towarzysza.
Obaj, podobni do zabitego jak rodzeni bracia, byli niewysocy, barczyści, mieli czarne, kręcone włosy i dorodne wąsy. Ich odzienie - brudne i podarte - prezentowało się doprawdy żałośnie. W dłoniach dzierżyli szable. Słowem: budzili respekt, zwłaszcza nocą na pustej uliczce w części miasta o zasłużenie złej opinii.
Po chwili natarli, wrzeszcząc niezrozumiale.
Zamaskowany wojownik ruszył na spotkanie ich zagiętym ostrzom.
Kwiat Nocy, nie wiedząc, kto z kim i dlaczego walczy, z trudem ograniczała się do obserwacji.
Napastnicy, coraz bliżsi, zwolnili. Szable wzniosły się do ciosów…
Wtem ogłuszający pisk wypełnił wszystkie uszy.
Rycerz uskoczył w tył, a przyczajona dotychczas na dachu rudery bestia prawie wbiła się w bruk, rozpryskując deszczówkę i wprawiając w osłupienie dwóch wąsatych zbójów. Obróciła głowę i wykrzywiła twarz w szyderczym grymasie.
Pisk kolejny raz przeciął powietrze.
Rycerz wygiął się w lewo, na tę stronę przeniósł miecz. Druga uzbrojona w zęby, szpony i rogi bestia wyłoniła się zza jego pleców i wpadła na jednego z bandytów. Sczepieni potoczyli się, robiąc mnóstwo hałasu, wzbijając fontanny brudnej wody.
Wykorzystując siłę ramion, obrót biodra i dezorientację przeciwników, wojownik w masce ciął po przekątnej.
Skrzydlaty stwór nie był dość szybki. Rozdarty na dwoje wrzasnął żałośnie i zamarł, znów stając się kamieniem.
Drugi wygrzebał się spod bezwładnego ciała wojownika, wzniósł w powietrze i uciekł.
Ostatni dzierżyciel szabli stał w bezruchu z głupią miną. Dyszał ciężko, mięśnie mu drżały, mocz po nodze spływał do buta.
Jego towarzysz pozbawiony oczu, z rozerwanym policzkiem, rozciętą aż po bielejące żebra piersią i krwią pulsującą raną szyi żył jeszcze, gdy stanął nad nim Rycerz.
Czarne ostrze stało się narzędziem miłosierdzia.
Gdy kolejna dusza zasiadła po drugiej stronie lustra, ten który zabijał, wolnym krokiem podszedł do tego, który wciąż żył. Ofiara i oprawca, w odwróconych rolach, spojrzeli sobie w oczy. Bez lęku. Z odmiennych powodów.
- Odejdź - rzekł zwycięzca.
Jednak przegrany wciąż tylko patrzył.
- Uciekaj, głupcze! - warknął szynkarz, który zjawił się nie wiadomo kiedy.
Dotarło. Odarty z czci wojownik-żebrak wkrótce zniknął za rogiem.
Rycerz zbliżył się do Bernarda. Spojrzenia obydwu się spotkały. Starszy mężczyzna wyjął zza paska szmatę i podał młodszemu. Ten oczyścił miecz z krwi, schował do pochwy, spojrzał z ukosa na białowłosą i rzekł ciepłym, męskim głosem:
- Bądź zdrowa, pani.
Skinął Bernardowi. Naciągnął kaptur i odszedł.
Kogut, herold świtu, wrzaskiem zapowiadał nadejście swego pana.
- Do zobaczenia… - odpowiedziała kobieta, gdy już nie mógł jej usłyszeć. - „…Mój Rycerzu.”
Stary człowiek łagodnie się uśmiechnął samymi tylko oczyma i podał Nehalennii czarny kwiat, dar tułacza.
Malownicza dolina, w której leżało miasto, zalana poranną mgłą wyglądała jak mleczne jezioro.##edit_byfrija 2006-04-19 22:02:47##ed_end####edit_bynott 2006-12-25 23:57:53##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...