Wizards Tale: the Begins
Biały wierzchowiec zarżał. Dwóch gwardzistów przerzuciło ciemny kształt przez ramię, i poczęło mozolnie wspinać się na nabrzeże. Ciemne zaułki w Kurast, największym porcie na Morzu Piratów, wydały się zamierać w oczekiwaniu.. Gdzieś w oddali kot walczył w obronie swojego śmietnika, ale i on zamilkł, jakby przestraszony nastrojem nocy. Ciszę przerwało dopiero przekleństwo, jednego z żołnierzy niosących dziwny pakunek:
-Damn. Że też właśnie teraz musiał się zbuntować.. na dzień przed końcem drogi..
-Gdyby to zrobił parę dni później to nie miałoby już znaczenia- odparł drugi- a tak może wywołać incydent - weszli na trap prowadzący na pokład- uuch, ciężki jak na magika- zaczął narzekać pierwszy.
-masz pewność że to magik? -spytał drugi- może tak nam tylko powiedzieli żeby nas nastraszyć. Jakoś wczoraj, jak próbował uciekać nie pokazał nic magicznego..
-Głupiś jak but! – ofuknął go pierwszy- żeby to nie był magik to przecie inaczej by z nim postępowali. Kamień do szyi i na dno, a nie jakieś tam „wygnanie”! W czasie tej krótkiej rozmowy dotarli na pokład i stanęli naprzeciw marynarza pilnującego zejścia na ląd. Ten widząc ich, przesunął się w milczeniu odblokowując przejście. Widać był przygotowany na gości o tak nietypowej porze i nawet nie próbował ich legitymować. Weszli na pokład gdzie czekał już kapitan oraz jakaś zakutana na ciemno postać.
-zrzućcie go do ładowni- nakazał im kapitan, a odwracając się do ciemnej postaci dodał - nie wiem, po co te wszystkie ceregiele. Zamiast wrzucić go do morza zaraz po tym jak wypłyniemy na otwarte wody, karzesz mi, panie dowieźć go na Wyspy gdzie i tak mają go ukatrupić..
- to nie twoja rzecz kapitanie. -głos dobywający się spod ciemnej opończy był aksamitnie miękki, niemal kobiecy- Rada ma swoje powody.
- Niewątpliwie- odparł. Rada na pewno wie co robi. A jemu jakoś nie paliło się do dzielenia tej wiedzy...- Zamierzasz dopilnować załadunku towarów o brzasku panie, czy mam pokazać ci twą kajutę?- W głosie starego wygi morskiego brzmiała niechęć i coś na kształt strachu.
-nie będzie żadnego załadunku- lodowaty ton ubranej na czarno postaci nie pozostawiał wątpliwości- odpływamy z pierwszą bryzą- rzuciła, po czym ruszyła w kierunku schodów do ładowni. Zdążyła jeszcze rzucić okiem na mamroczącego coś o straconych zarobkach i tyranii Gildii kapitana, nim zanurzyła się w ciemne korytarze ładowni statku. Poszła do części ładowni obłożonej adamantem – metalem który tłumi działanie wszelkiej magii –więzienia. W środku kwadratowego pudła o wysokości i długości nieco większej niż wzrost przeciętnego człowieka leżał więzień. Wciąż był związany i okryty opończą tak żeby nie wiedział gdzie jest. Czarno ubrana postać skinieniem przywołała bosmana odpowiedzialnego za klatkę. – Otwórz to – rzuciła. Bosman spojrzał na nią z dezaprobatą, i otworzył klatkę.
-a teraz zdejmij mu kaptur i odejdź – marynarz z prawdziwą niechęcią zbliżył się do więźnia, by spełnić rozkaz, po czym skwapliwie oddalił się na drugi koniec ładowni. Więzień miał zamknięte oczy, zdawał się spać. Ciemno odzianej postaci to nie zmyliło- pochyliła się nad leżącym i wyszeptała
– spójrz na mnie, o Wtajemniczony. -Nagłym, szybkim ruchem otworzył oczy. Wielkie ciemnozielone źrenice poprzecinane niebieskimi i złotymi żyłkami- niezawodny znak naturalnego magicznego Talentu- wpatrzyły się w ukrytą pod kapturem twarz.
– Sheana – wyszeptał – więc to Ty jesteś moim strażnikiem. Rada zna potęgę nienawiści... I miłości – dokończył. Kobieta kryjąca dotąd swą twarz pod kapturem odrzuciła go ukazując burze włosów tak czarnych że aż wpadających w granat. Zielone oczy osadzone na pięknej młodzieńczej twarzy zapulsowały gniewem.
– Rada wybrała dobrze – warknęła -nikt nie zna twoich sztuczek lepiej ode mnie! Miałam przekazać Ci wyrok Kręgu. Ale chyba jeszcze potrzymam cię w niepewności – jakie to uczucie – ten który sam był sędzią czeka na wyrok niegdyś osądzonych?
- Wiem, że wyrok mógł być tylko jeden- odparł- oni nadal się mnie boją, nadal myślą że im zagrażam. Zastanawiam się tylko kto ma być moim katem. Ty? Może na pokładzie jest ktoś jeszcze, kogo nie wyczuwam? Ta banda tchórzy nigdy nie...
- mylisz się. Zostałeś zbadany, potwierdziliśmy twoją wersję- magia cię opuściła - stałeś się Ugaszonym. W jakiś sposób incydent w pałacu odebrał ci moc. Nie wiemy tylko czy na zawsze... jeśli twoja potęga wróci znajdziemy sposób aby cię zabić zanim zagrozisz Radzie.
- i co wtedy? Zabijesz mnie sama? Ciekawe jak – magia nie działa na mnie, a mieczem ciągle potrafię się posługiwać najlepiej w Imperium.
- mocne słowa, jak na związanego więźnia wiezionego na wygnanie... – powstała nagle – to chyba wyczerpuje możliwości współpracy- ruszyła w stronę drzwi – poczekaj! – głos więźnia nie zatrzymał jej nawet na chwilę – zamknęła drzwi i odeszła w mrok ścigana jego przekleństwami.
Po jej odejściu zrobiło się cicho. I ciemno. W ciemności która go otaczała nie mógł zmierzyć upływającego czasu. Jedyną wskazówkę mógł dać nasilający się odór który wypełniał celę. Smród potu , krwi i uryny mieszał się z wonią szczurzych odchodów. Leżał w nieskończonej nocy na przemian na prawym i lewym boku. Normalnie łańcuchy krępujące go nie byłyby dla niego problemem – nawet bez użycia magii mógłby je nieźle nadwerężyć. Tyle tylko że wybite podczas próby ucieczki ramię i kilka prawdopodobnie złamanych żeber sprawiły że nie był już w stanie się uwolnić. W jego długim i bogatym życiu nigdy nie spotkała go taka hańba. Nigdy nie czuł się tak bezsilny. On, człowiek który był równy królom, którego bali się i którego szanowali władcy największych imperiów on, który miał praktycznie w swoim ręku Krąg – najwyższą radę adeptów Sztuki. Uważany był za największego z żyjących magów niegdyś jednym skinieniem brwi rozerwałby te więzy i zatopiłby tę łajbę. Miał wszystko. I w jednej chwili wszystko stracił. Choć w przeciwieństwie do tysięcy mieszkańców Imperiali, władcy tego pięknego niegdyś miasta i większości Magów przeżył.
Imperiala, miasto piękna i zbytku, miasto które wiecznie czuwało, klejnot Imperium i stolica świata z jego winy upadło. Z molocha liczącego ponad milion mieszkańców uszło z życiem może kilka tysięcy. Wieczne Imperium które przetrwało najazdy i pogromy, które opanowało całe niemal wybrzeże Morza Wiatrów które pokonało Trzygłowa i jego Czerń, teraz znalazło się na kolanach. Tysiącletnia stolica, w której mieściły się tysiące zabytków, największa biblioteka poza Kapitułą, monumentalne świątynie wszystkich chyba bogów Zachodu- to wszystko zostało na zawsze utracone. Imperium jeszcze krwawiło ze wciąż świeżych ran po powstaniu chłopskim gdy przebito mu włócznią serce. Świat na chwilę zdążył zaznać pokoju gdy zawisło nad nim nowe powszechne niebezpieczeństwo. A zaczęło się tak niewinnie...
Z ogromnym hukiem rozwarły się drzwi komnaty. Odrzwia wepchnięte z ogromną siłą do środka zasłoniły stojących przy nich strażników uniemożliwiając im reakcję. Do komnaty wparował rosły ubrany, w nieskazitelnie czarną zbroję mężczyzna. Płaszcz z czarnych stalowych kółek, który miał na zbroi, pokryty był stylizowanymi symbolami gwiazd w odcieniu głębokiego granatu- stanowił symbol profesji przybysza. Mężczyzna nawet nie zaszczyciwszy zrezygnowanych strażników spojrzeniem, ruszył w kierunku tronu znajdującego się po drugiej stronie komnaty.
-Dalaranie!- zawołał w kierunku mężczyzny na tronie – jak śmiałeś! To byli moi ludzie! – jego głęboki baryton zdawał się wprawiać ściany prowizorycznej sali tronowej w drżenie.
- do licha Venthriksie! Mógłbyś nauczyć się pukać. – człowiek siedzący na tronie dopiero raczył zauważyć kroczącą ku niemu postać – odprawił ręką naradzających się z nim doradców – wytłumacz się Dalaranie! – rzekł przybyły już nieco spokojniej, zatrzymując się w przepisowej odległości od tronu – przekazałeś dowództwo nad moim legionem jakiemuś niekompetentnemu durniowi! Wystarczy zniknąć na parę dni i już postawisz wszystko na głowie!
- uważaj do kogo mówisz!- warknął Dalaran – jestem księciem krwi Imperium i najwyższym dowódcą tej wyprawy! Mój ojciec mnie, nie tobie powierzył buławę, i mogę odesłać cię do stolicy jeśli tylko zechcę.
- ale nie zrobisz tego, bo nie chcesz przegrać tej wojny. – z niezachwianą pewnością stwierdził mag - żądam zwrócenia mi mojego legionu i przydzielenia pozostałych dwóch do jutrzejszego szturmu na Twierdzę. Znalazłem sposób na przełamanie magicznej ochrony murów i zamierzam to niezwłocznie wykorzystać.
- co odkryłeś, Magu? – błysk zainteresowania pojawił się w szarych, wiecznie znudzonych oczach następcy tronu.
-że musimy zdobyć zamek jak najszybciej, inaczej możemy przegrać tę wojnę. – w odpowiedzi na pytający wzrok księcia doda ł- mają tam broń która umiejętnie wykorzystana może niszczyć całe armie – choć, jak na razie, nie wiedzą jak jej użyć.
- a sposób zdobycia miasta?
- nie mogą używać pewnych rodzajów magii, a w bezpośrednim pobliżu owej broni żadnej magii.
- cóż to za broń? – zapytał książę – czy my możemy jej później używać?
- nie wiem Dalaranie. Ale wiem, że musimy się pospieszyć – Venthrix spojrzał na swój pierścień który nagle począł świecić czerwonym blaskiem - wybacz książę – rzucił i dodał – więc sprawę wojska uważam za rozwiązaną- rzekłszy to odwrócił się na pięcie i ścigany nienawistnym wzrokiem księcia podążył do drzwi które zamknęły się zaraz po jego przejściu.
Po wyjściu z prowizorycznej sali tronowej mag skierował się do swojej - równie prowizorycznej, choć o niebo lepiej wyglądającej pracowni – kiedyś była to wieża z której strażacy wypatrywali dymu w miasteczku, ale za pomocą iluzji, mag zmienił ją w miejsce zdatne do zamieszkania – które było wystarczająco imponujące jak na jego profesję. Wieża położona była niedaleko od dawnego dworu gdzie miał siedzibę książę więc nie wołał o konia – skinął tylko na dwóch żołnierzy którzy wyraźnie na niego czekali i pod ich eskortą. Przebył ten krótki dystans dzielący go od wieży. Żołnierze, jak przystało na straż przyboczną, trzymali się pół kroku za nim i stroili groźne miny – tak jakby ktoś mógł spróbować zaczepić Venthriksa największego maga Imperium. Gdy ten dotarł wreszcie do drzwi wieży i przeszedł przez nie nawet nie zwalniając kiedy same otworzyły się przed nim, ustawili się na zewnątrz po bokach w przepisowej pozycji na baczność – jakże różnej od tej jaką prezentowali w dworku zajętym przez księcia. Venthriks po wejściu do komnaty znalazł się w zupełnie innym miejscu, rozległej i przestronnej pracowni oświetlonej wpadającym przez wielkie ażurowe okna światłem. Była to – oczywiście, iluzja. Na środku obszernego pomieszczenia, na wielkim stole z kości słoniowej rytmicznym blaskiem błyskała rubinowoczerwona kryształowa kula, wielkości ludzkiej głowy. Mag podszedł do stołu, machnął ręką nad kulą, która zafalowała rubinowym blaskiem i zgasła. Po chwili w jej wnętrzu pojawiła się twarz. Kobieca, bardzo piękna twarz.
- salem Euthasio! – rzekł w stronę kuli mag- tuszę że miałaś ważny powód by skontaktować się ze mną przez kulę.
- miałam. – suche stwierdzenie kobiety nie pozostawiało wątpliwości co do jej stosunku do rozmówcy- Oregor Cię wzywa. Kazał nam cię znaleźć i sprowadzić jak najszybciej.
- a co jeśli odmówię? – w tym retorycznym pytaniu prawie nie można było dostrzec nutki szyderstwa, a jednak nutka ta niewątpliwie w nim była.
- oboje wiemy że nie odmówisz. Nie po tym, jak wyznaczył cię na swego następcę. Więc zostaw lepiej tę swoją wojenkę i ruszaj do Belfalas. Stamtąd będzie ci łatwiej zaaportować się do Zylionu. Otworzyli tam znowu portal.
- Belfalas. Nie powitają mnie tam z otwartymi ramionami. Członkowie Kręgu i rycerze Imperium nie są mile widziani w Wolnych Miastach. Ale nie martw się, dotrę do Kręgu na czas. Ale wciąż nie wiem czego chce ode nasz kochany przywódca? Może powiedział wam szaraczkom o czym rozmawiać będziemy, my, wielcy tego świata?
- nie wysilaj się – głos kobiety pozostał tak samo suchy i nieprzyjemny- Oregor nie musi dzielić się z nikim swoimi sekretami. Ale pewnie chodzi mu o ten Artefakt Starożytnych który próbujesz zdobyć... jak widzisz, my szaraczki też mamy swoje informacje...
- nigdy w to nie wątpiłem Euthasio. Przekaż więc pozdrowienia naszym konfratrom i zapowiedz Mistrzowi że nim minie miesiąc zawitam w jego skromnych progach.
- Radziłabym się pospieszyć. Mistrzowi nie pozostało już wiele czasu. A nie chciałbyś przecież stracić ceremonie elekcji jego następcy- prawda? ...cheer –głowa mówiącej zniknęła w kuli. Mag rozejrzał się i podszedł do stolika na którym leżały porozrzucane amulety. Po namyśle podniósł jeden i szepnął coś. Amulet rozbłysnął, na zielono i taki już pozostał.
Gdzieś na drugim końcu świata identyczny amulet, również rozbłysnął i człowiek który go nosił natychmiast przerwał, acz niechętnie, czynność którą wykonywał. Wstał natychmiast, zapiął spodnie i nie dziękując nawet niewieście z którą był, wyruszył pospiesznie w drogę. Wiedział że jego mentor nie zwykł wybaczać niczego, a najmniej opieszałości. Po drodze ubierając koszulę i przypinając szablę zszedł do stajni i zażądał swojego rumaka.
- ale panie, godzina już późna koń waści niegotowy – stajenny nie do końca rozbudzony – usiłował protestować. Rycerz jednak, nie mówiąc wiele, wolną ręką podniósł go z legowiska i mocno rzucił w stronę uprzęży leżącej w rogu. Chłopak już przezornie nie protestował a rycerz kończył się ubierać. Gdy stajenny skończył, rzucił mu monetę, wskoczył na koń i ruszył w ciemność.
Mag w tym czasie, wrócił do wertowania ogromnej księgi, pełnej różnych rycin i objaśnień. Kątem oka zauważył zmianę, barwy amuletu i uśmiechnął się lekko. W ciągu tygodnia przybędzie tu najlepszy morderca Imperium. Wysłanie go za mury powinno trochę przyspieszyć oblężenie, a już na pewno zagwarantować zdobycie artefaktu. Postanowił tymczasem skupić się na przygotowywaniu odpowiedniego zaklęcia. Aportacja była jednym z najtrudniejszych zaklęć, praktycznie nie używanym na osobach trzecich. Mag który poznał zaklęcia teleportu w stopniu wystarczającym by przenieść kogoś innego, był uważany za mistrza. Venthriks oczywiście teleportować się umiał, umiał też tworzyć portale i przerzucać za ich pomocą nawet spore oddziały żołnierzy, nigdy jednak nie próbował przenieść kogokolwiek do nieznanego, strzeżonego magicznie miasta. Szykując odpowiednie narzędzia przypomniał sobie o oczekujących go sprawach w Zylionie. Postanowił że uda się tam niezwłocznie jak tylko uporządkuje sprawy tutaj. Tymczasem przygotował się do kolejnej nieprzespanej nocy.
Cos poruszyło połą namiotu polowego w którym Venthrix przygotowywał plany szturmu, ale mag nie zwrócił na to uwagi. Pewnie wiatr – pomyślał mag. W końcu jego namiot, tak jak i wieża chronione były nie tylko przez ludzkich strażników , ale i za pomocą wielu tajnych sztuczek. Mimo to mag nie mógł się oprzeć wrażeniu że ktoś go obserwuje...niedbałym ruchem podniósł sztylet leżący na planach oblężonego miasta i błyskawicznie odwrócił się – kątem oka zobaczył jakiś cień uciekający do góry. Odruchowo cofnął się by spojrzeć i tylko dlatego uniknął ciosu noża zadanego z sufitu. Odskoczył zadając na oślep cios w górę i zdążył zobaczyć jak jego przeciwnik skacze na stół gasząc lampę oświetlającą namiot. Zapadły ciemności. Mag warknął jakieś zaklęcie i natychmiast z jego dłoni wystrzeliła kula ognia niszcząc stół i oświetlając sylwetkę napastnika spadającego z góry na maga. Z trudem tylko zdołał odparować szerokie cięcie zadane z impetem spadającego ciała. Kopnął napastnika posyłając go na drugi koniec namiotu. (wydało mu się dziwne że tamten był taki lekki) i posłał za nim kule ognia – trafił ale na przeciwniku nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Przyklepał tlące się ubranie wstał i skoczył na osłupionego Venthrixa. Ten jednak uniknął ciosu i ponownie posłał napastnika na resztki stołu co dało mu czas na przygotowanie zaklęcia mrożącego. Ugodzony nim człowiek zwolnił znacznie i zanim zdążył się podnieść Mag przebił go włócznią. Psiakrew! – warknął widząc że ten próbuje wyrwać z brzucha włócznie – toś ty taki! Ciął go jeszcze w szpony które dopiero teraz zobaczył pod rękawicami i skoczył do szafy skąd wyciągnął odpowiedni amulet. – skierował go na powstającego z trudem napastnika i rozpoczął inkantację zaklęcia. Nagle krzyknął kończąc zaklęcie. Z krwistego rubinu osadzonego w amulecie wystrzelił biały płomień i spalił ciało napastnika pozostawiając jedynie odzienie w którym ten przybył i czarny pordzewiały amulet który nosił na szyi.. -Kurwa jego mać – stwierdził mag i spojrzał na właśnie wpadłych strażników – czego tak stoicie? Posprzątać mi to ścierwo! Z czułością popatrzył na amulet. Gdyby nie miał go pod ręką niewiadomo jak skończyłby się zamach. Wampira przysłali. Też coś. –pomyślał, ale w duchu obiecał sobie polepszyć system obronny obozu przed nieumarłymi. Zamach zamachem a czeka mnie wiele pracy-pomyślał i odwrócił się w stronę resztek stolika z mapami
–aha, przynieść mi nowy stół! -rzucił tonem tak spokojnym jakby nic się nie stało.
Świt zabarwił na czerwono wschodni horyzont a pierwsze promienie słońca oświetliły równe szeregi żołnierzy idących do szturmu. Widok tysięcy mężczyzn odzianych w jednakie zbroje w czerni i srebrze – elitarnej formacji następcy tronu, mógł budzić przerażenie obrońców. Do walki rzucono wszystkie siły. Przy następcy tronu pozostał jedynie oddział Białej Gwardii. Generałowie patrzyli z mimowolnym uznaniem ze wzgórza na szturm wojsk, prowadzonych dziś przez maga. Venthrix na czele szturmu czuwał nad przetarciem szlaku dla machin i wież oblężniczych oraz przydziałem drabin. Zajęty konwencjonalnymi przygotowaniami nie mógł rzecz jasna, wysyłać zaklęć przeciw obrońcom czy murom twierdzy. Ale magowie Ankhoru wyczuwali go i cały czas musieli być przygotowani do ewentualnego kontrzaklęcia. To jeszcze jeden plus tego sposobu walki- pomyślał Venthrix i ruszył w stronę bramy. Gdy tylko znalazł się w zasięgu strzał obrońców, te zadudniły o jego pancerz. Natychmiast zadbał o magiczną tarczę dla siebie i swojego bezpośredniego otoczenie. Zaraz za nim ciągnięto taran. Obejrzał się za siebie- tak ten taran to istne dzieło sztuki –nasycony zaklęciami przeciw drewnu bramy, i płonący niegasnącym ogniem na zakończonym wyrzeźbioną pięścią końcu. Dalej ciągnęły elitarne oddziały Srebrnego Legionu przeznaczone do wdarcia się jak tylko brama padnie. Z tyłu piechota niosąca drabiny oraz nieliczne już. bo wytracone w poprzednich szturmach, machiny oblężnicze. Katapulty rozstawiane co noc w innych miejscach od samego świtu nękały obrońców płonącymi pociskami. A także resztkami jedzenia z obozu, co miało mieć efekt psychologiczny na głodniejących już obrońców. Wierzchowiec Venthrixa dotarł już do fosy, a brzęk strzał o magiczną tarczę nasilił się znacznie. Mag gestem nakazał by przyniesiono bele na most. Wśród spadających strzał, włóczni i wylewanego wrzątku udało się przerzucić prowizoryczny most po którym miał przejechać taran. Największą rolę miała tu magiczna osłona pracujących żołnierzy. Dzięki Venthrixowi nikt nie zginął próbując przerzucić most. W końcu taran mógł wjechać na w bramę. Trzystu ludzi pchało go na kołach a niemal drugie tyle było potrzeba by poruszyć pięścią. Rozpoczęto rąbanie już nadwerężonej bramy taranem i toporami. Mag obserwował to z zza fosy i pomagał posyłając od czasu do czasu pocisk magiczny w stronę jakiegoś szczególnie niebezpiecznego obrońcy czy wiążąc magicznie belki prowizorycznego mostu. co jakiś czas przybiegał adiutant z wieściami z dalszych frontów, odbierał rozkazy od niego i biegł do swojego rejonu. Z każdym kolejnym uderzeniem tarana brama coraz bardziej ustępowała. W końcu za którymś uderzeniem pięść przebiła się przez drewno bramy. Kolejne uderzenia już tylko poszerzały otwór a Mag posłał płonący pocisk w dziurę. Poprzez poszerzony otwór przeszedł pierwszy oddział Legionu. W tym czasie poszerzono już dziurę do takiego stopnie że mag mógł przejechać przez nią konno. Będąc już środku podjął walkę wręcz z obrońcami. Ciął na prawo i lewo mechanicznie zabijając kolejnych przeciwników. Tak zażarta obrona bramy odrzuciła obrońców na ulice i umożliwiła transfer właściwie całego Srebrnego Legionu przez bramę. Venthrix kazał wcześniej wyznaczyć tysiąc najlepszych żołnierzy i teraz poprowadził ich ku majaczącemu w oddali pałacowi Doży. Reszta miała za zadanie rozbiec się po murach i wspomóc walczących tam rodaków. Pancerny oddział konnych który właśnie przeprawiał się przez bramę miał zaraz przebić się do drugiej wschodniej bramy i otworzyć ją od środka. Miasto było zdobyte. Kończyła się walka. Zaczynała się rzeź.
Szerokim leśnym traktem jechał konny. Sądząc po bogatym rynsztunku i świetnym koniu, był możnym rycerzem. Nosił emblemat Imperium, ale nie miał herbu na tarczy. Prawdę mówiąc, w ogóle nie miał tarczy. Na plecach nosił długi, prosty miecz o jednym ostrzu. Miecz osadzony był w drewnianej pochwie, zdobionej czarnymi wypalonymi runami. Las przez który rycerz podróżował zdawał się być starszy od samego świata. Wielkie, stare drzewa często sięgały rozłożystymi gałęziami nad traktem. Było tu nienaturalnie cicho. Żadne ptaki nie śpiewały, nie słychać było też owego charakterystycznego odgłosu głębokiej puszczy. Rycerz nie bacząc na nic jechał wolno, nie rozglądając się na boki. Ożywił się dopiero gdy zza zakrętu wyłonił się majaczący w oddali zamek. Zamek położony był w małej dolinie, konkretnie na zboczu doliny, więc nie było go widać wcześniej. Stare, ponure mury majaczące niewyraźnie na tle białych zboczy doliny robiły dość przygnębiające wrażenie. Rycerz ucieszył się jednak wyraźnie na ten widok. Popędził konia i ruszył łagodnie opadającą w dół drogą. Jego czuły słuch wychwycił jakieś krzyki po lewej stronie drogi. Spojrzał tam lecz nie zauważył żadnej drogi, czy nawet ścieżki. Jednak po głębszym namyśle skierował konia pomiędzy krzewy, które nadzwyczaj łatwo odsunęły się pozostawiając wolną drogę. Rycerz popatrzył z uznaniem na tę misterną robotę i poprawił miecz ruszając kłusem w dół ścieżki. Po wyjściu z zakrętu jego oczom ukazał się niespodziewany widok: zaprzężona w szóstkę koni kareta odpierała właśnie atak zbójcerzy. Ostatni obrońcy właśnie byli dorzynani przez łotrów, którzy powoli szykowali się już do podziału łupów.
- Dość! -rozkazał najlepiej uzbrojony zbójcerz – mamy zadanie do spełnienia. Wyciągnijcie ją i podzielcie między siebie resztę łupu. Na te słowa kamraci rzucili się do bogato zdobionych drzwi karety.
-tylko ostrożnie z nią –przypomniał herszt- dostaniemy za nią wiele złota do podziału!
Rycerz dotychczas ukryty za ścianą krzewów poruszył się niespokojnie –z karety wyciągnięto najpiękniejszą niewiastę jaką kiedykolwiek widział.
Na dowód swoich słów szerokim zamachem przewrócił kobietę na ziemie. Rycerz nie mógł spokojnie patrzeć jak znęcają się nad nią.
-Teraz to macie przechlapane – stwierdził popędzając konia. Oparł rękę na łęku i zsiadając kopnął jednego ze zbirów w skroń. Zanim ów umarł padając na ziemię on już wyciągał miecz z wnętrzności jego kompana. Pozostała czwórka już wyciągała miecze. A stojący kawałek dalej łucznicy sięgali po łuki.
- już nie żyjesz koleś- wycedził herszt. – a wystarczyło rzucić sakiewkę.
Czarny wypluł różę którą miał dotychczas w zębach, chwycił miecz jak włócznie i rzucił nim w jednego z łuczników przebijając mu czaszkę. Drugi wypuścił strzałę ale ta minęła rycerza który schylił się po oszczep zabitego zbójcerza. Powstając odparł spadający na niego z góry miecz największego z napastników, kopnął go w kolano łamiąc je. W tym czasie drugi z łuczników ponownie załadował łuk więc rycerz rzucił go oszczepem. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund a rycerz ani na chwile nie zatrzymał się czy zawahał. Z tyłu napastnicy musieli obejść rumaka który przy okazji kopnął jednego przewracając go na ziemię. Trzech zbójcerzy próbowało równocześnie zaatakować bezbronnego Czarnego ale ten był szybszy. Chwycił atakującego z prawej i wyłamując mu miecz pchnął go na pozostałych tak że cięcia przeznaczone dla niego, przebiły hełm zbójcerza. Pozostali nie mogąc uwolnić mieczy zginęli od uderzenia tarczą zabitego. Rycerz rozejrzał się – na placu boju pozostały same trupy oraz herszt ciągle żyw, choć z wyłamanym kolanem. Powoli podszedł do ciała łucznika w którym wciąż tkwił jego miecz, wyciągnął go i ruszył w stronę ostatniego zbójcerza.
- Kim Jesteś? Diabłem? – wycharczał ranny.
- Gorzej! – szepnął, jednym cięciem odcinając mu głowę od tułowia. – Jam Darco
C. D NIE . N;}