Władza: Pomścić króla
- Kombinujesz coś – powiedziała kobieta, również się uśmiechając.
- Kombinuję? Cóż może być podejrzanego w zaproszeniu na spacer, pani? Sama mówiłaś, nie dalej jak tydzień temu, że to wskazane w twoim stanie, królowo.
Twarz kobiety ponownie rozjaśnił uśmiech. Oparła dłonie na wydatnym brzuchu. Była w szóstym miesiącu ciąży.
- A skąd niby miałbyś mieć aż tak dużo wolnego czasu, aby starczyło go na spacer? – spytała z nutką ironii.
- Powiedziano mi, że do obiadu nie mam zajęć. Dopiero potem mam trening.
- Niesłychane. Czyżby ktoś się nad tobą ulitował? – zaśmiała się.
- Najwyraźniej, pani.
- Więc i ja to zrobię. Chodźmy już na ten spacer.
Uśmiechnął się ślicznie, po czym skłonił się jej. Wstała z tronu. Nadstawił jej ramię. Po chwili ruszyli wolno w stronę wyjścia z sali, w dół po schodach i do wyjścia do ogrodu.
Bardzo lubił królową. Była od niego zaledwie kilka lat starsza i odkąd tylko się poznali, znaleźli wspólny język. Zawsze jednak zwracał się do niej z szacunkiem należnym jej tytułowi. Nie mówiąc już o tym, że według powiązań rodzinnych była jego stryjenką. Prawda jednak była taka, że to on lepiej znał dwór. Przebywał tu dużo dłużej niż ona. Chociaż część czasu spędzał w zamku, a część w elfiej wiosce w pobliskim lesie, u króla czuł się jak w domu. Właściwie oba miejsca, choć z różnych przyczyn, były mu domem.
Nie było go w stolicy ani kiedy przybyła, ani na jej ślubie z królem, ani podczas koronacji. Jednak kiedy przyjechał i poznali się, polubił ją. Nawet przez chwilę nie dzielił ich dystans pochodzenia czy pozycji.
Ruszyli alejką pełną kwitnących jabłoni.
- Jakie imiona rozważasz, pani?
- Jeśli to będzie dziewczynka to będzie miała na imię Eneia. Natomiast chłopiec Enceladus.
- Widzę, że sprawa została gruntownie przemyślana – uśmiechnął się.
- Och, tak. Dużo o tym myśleliśmy. Już się nie mogę doczekać naszego maleństwa.
- No proszę – usłyszeli nagle głos z tyłu – Ruszę się na dwa kroki a ty mi już porywasz żonę.
Odwrócili się i zobaczyli uśmiechniętego króla. Podszedł do królowej, ucałował ją w policzek i chwycił za rękę.
- Fiam – zwrócił się do chłopaka – przybył goniec od twojej matki. Czeka na ciebie w sali obrad.
- Dziękuję, panie.
Młodzieniec skłonił się i ruszył w stronę zamku. „Dlaczego nigdy nie mam chwili spokoju?”, pomyślał idąc.
***
Półelfka spacerowała niecierpliwie po ścieżce prowadzącej do osady. Z jej obliczeń wynikało, że powinni przyjechać wczoraj. Pół dnia spacerowała, wyglądając ich niecierpliwie, ale nie doczekała się. Dlatego dzisiaj była tu znowu. Bardzo się stęskniła, nie widziała ich od dwóch miesięcy.
W końcu do jej uszu dobiegł wyczekiwany dźwięk – tętent kopyt. Po chwili dostrzegła dwóch jeźdźców. Zatrzymali się i zsiedli z koni.
- Fiam! Jak się miewasz synku? – Półelfka przytuliła mocno młodszego z nich.
- Dobrze, mamo. Wuj chwalił mnie ostatnio za znaczne postępy w heraldyce i historii.
- To świetnie. A ty, Kezir, co możesz powiedzieć o jego postępach w walce?
- Do perfekcji opanował to, czego nigdy nie umiała jego matka – walkę dwiema broniami – mężczyzna uśmiechnął się.
- Jak to nigdy nie umiałam? Pokazać ci, że umiem?
- Daj spokój Lehitil, przecież wiesz, że żartowałem.
Prowadząc konie ruszyli razem do osady.
- Cóż to za wieści, które otrzymałaś ze swojego państwa? – spytał w drodze Kezir.
- Marszałek von Asin jest bliski śmierci. Gdy to nastąpi w kraju zapanuje chaos. To będzie najlepszy moment, aby przybył dziedzic i odzyskał ojcowiznę. – spojrzała na Fiama chcąc wiedzieć co on o tym myśli.
- Wuj Arulaith obiecał dać mi pod dowództwo spory oddział kiedy już nadejdzie taka konieczność. Uczył mnie przecież strategii i innych niezbędnych rzeczy. Zresztą ufa mi, przecież pełniłem już u niego ważne funkcje.
- Wiem, że oddział jest gotowy, synu. Ale chcę wiedzieć, czy ty jesteś.
- Wątpisz w moją wolę pomszczenia ojca?
- Oczywiście, że nie. Nie wiem tylko, czy masz w sobie wystarczająco dużo siły, aby przyjąć ciężar obowiązków królewskich.
- Czyż nie do tego przygotowujecie mnie od dziecka? Ty, wuj Kezir, wuj Arulaith i inni – nie po to mnie uczycie, abym któregoś dnia przejął prawowitą władzę i wprowadził do Vaderii znów sprawiedliwe rządy?
Lehitil spojrzała na niego z dumą.
- A co ty o tym sądzisz? – spytała Kezira.
- Wiesz, że chciałem to zrobić już dziesięć lat temu. Powiedziałaś wtedy, że poczekamy aż Fiam dorośnie i będzie mógł zostać królem. Faktycznie był to dobry pomysł, bo jak wiesz, pewna część ludności nienawidzi von Asina i po jego śmierci przyjmie prawowitego władcę z otwartymi ramionami. Wtedy dobrze było poczekać, ale nie zwlekajmy dłużej.
- Możemy zatrzymać oddział rozproszony w okolicach granicy a sami w przebraniach dojechać do stolicy i tam się zatrzymać. Będziemy cierpliwie czekać. I gromadzić informacje – powiedziała Lehitil.
- Myślę, że to dobry pomysł, mamo.
- Porozmawiam z Panią, może ona coś doradzi.
Fiam zaobserwował, że jego matka ceni przywódczynię elfów bardziej od własnej matki, z którą prawie nie rozmawiała. On sam nie narzekał na kontakty z babką, nawet go lubiła.
- W takim razie my pójdziemy się odświeżyć po podróży.
- Dobrze, do zobaczenia na obiedzie.
***
- Czemu jedziesz? – zapytała Milya.
- Mówiłem ci już. Żeby zaprowadzić porządek w kraju.
- Będziesz walczył?
- No tak. Przecież wuj Arulaith da mi pod dowództwo oddział.
- I po co ci to?
- Żeby zostać królem – odparł Fiam zniecierpliwiony.
Milya była jego dobrą koleżanką, ale nieraz doprowadzała go do szału. Zwłaszcza wtedy, kiedy przypominało mu się, że jest w nim zakochana. Lubił ją, podobała mu się, miała ładne blond włosy i zielone oczy. Ale była sporo od niego starsza. Zresztą i tak nie żywił do niej głębszych uczuć.
- Aż tak zależy ci na władzy? – spytała.
- Może w końcu przestań zachowywać się jakbyśmy rozmawiali na ten temat po raz pierwszy?! Doskonale wiesz, że nie chcę władzy. Chcę pomścić ojca.
- Po prostu próbuję cię przekonać, żebyś został.
- Dlaczego? – spytał, spodziewając się, że elfka odpowie „Bo cię kocham”, ale pomylił się.
- Bo to bez sensu. Od urodzenia Lehitil, Kezir i cała reszta nakłaniają cię do wystąpienia w imię wielkich idei. Wprowadzić prawowite rządy, pomścić ojca. Ale co to tak naprawdę znaczy dla ciebie? Myślisz tak, jak oni chcą żebyś myślał.
- Nieprawda. Pamięć o moim ojcu znaczy dla mnie wiele. Nie znałem go, ale jestem krwią z jego krwi i pomszczę go!
- Ale Fiam, zrozum, że może nawet nie jesteś jego synem.
- Co?!
- No, bo zobacz: twoja matka była żoną króla tylko przez jedną noc. Myślisz, że zdążyli…
Zamilkła pod wpływem jego spojrzenia. Zawierało taką mieszankę negatywnych emocji, że poczuła się, jakby ją uderzył. Gdy odwrócił się na pięcie i odszedł, zrozumiała, że tak samo on poczuł się po jej słowach.
Fiam poszedł nad strumień i usiadł na dużym kamieniu. Był wściekły. Słowa Milyi nie wzbudziły w nim zwątpienia, ale uświadomiły mu, że tak może myśleć więcej osób. A co jeśli naród nie przyjmie go jako prawowitego dziedzica? Już wcześniej bał się tego, ale z nieco innych przyczyn. Teraz doszła kolejna. Był bardzo zły na Milyę, że oskarża jego matkę o kłamstwo. Sam nigdy nie zwątpił w słowa matki i nie osądziłby jej o coś takiego.
- Fiam - usłyszał za sobą Kezira.
Już sam dźwięk jego głosu uspokoił chłopaka. Od dzieciństwa Fiam traktował go niemalże jak ojca. Wiedział, że jest zakochany w jego matce i to dlatego zawsze był przy nich. Ale nie przeszkadzało mu to, gdyż Kezir był dla niego ciepły i dobry, zawsze służył mu dobrą radą. Nie był już młody, miał około czterdziestu lat, jego jasne włosy były już nieco przyprószone siwizną, ale to tym bardziej napełniało Fiama szacunkiem dla niego, jego doświadczenia i rozsądku.
Po chwili mężczyzna usiadł obok.
- Chwila refleksji? – spytał.
- Tak.
- Wyglądasz na zdenerwowanego.
- Trochę pokłóciłem się z Milyą, ale to nic ważnego.
- Czyżby chciała pojechać z tobą? – zapytał z ironią.
- Nie, wręcz przeciwnie. Chciała mnie tu zatrzymać. Ale to naprawdę nie istotne.
- Skoro tak twierdzisz. Będziesz rano gotów do drogi, czy chcesz zostać tu na dłużej?
- Jedziemy już do Vaderii?
- Tak, ustaliliśmy z twoją matką, że im szybciej, tym lepiej. Wysłaliśmy już gońca do Farnitha, będzie nas wyglądał. Ale oczywiście najpierw pojedziemy do Elvesil, po oddział.
- No tak. W takim razie pójdę się spakować i spać, muszę być rano wypoczęty, a robi się już późno.
- Mądry chłopak. Dobranoc.
- Dobranoc.
Fiam ruszył wolno w głąb osady. Przez osiemnaście lat swojego życia zdążył się do niej przyzwyczaić. Bardzo lubił te małe, zbudowane bardzo prosto chatki. Lubił wielki szałas na środkowym polu, który elfy nazywały jadalnią. Lubił piętrowy „zamek” Pani, zbudowany na licznych i rozległych gałęziach Wielkiego Dębu. No i lubił mieszkańców wioski, chociaż jego matka raczej miała do nich od dzieciństwa uraz. Uwielbiał tutaj wszystko. Uświadomił sobie, że raczej już nigdy nie ujrzy tego miejsca. Jeśli misja się powiedzie to zostanie królem, ale będzie musiał rządzić twardą ręką i nie będzie mógł sobie pozwolić na wycieczki. A jeśli się nie powiedzie to nie pozostanie już w krainie żywych.
Poszedł prosto do swojego domku, postanowił, że pożegna się ze wszystkimi rano. Od kilku lat nie mieszkał już z matką, nie chcieli przeszkadzać sobie nawzajem. Bliskie sąsiedztwo im starczało.
Wszedł do środka. Przygotował się do drogi i przebrał się do snu. Wtedy usłyszał pukanie. Otworzył i nie zdziwił się widząc na progu Milyę. Wpuścił ją do środka i gestem wskazał jej krzesło. Sam usiadł na łóżku. Nie miał na sobie koszuli i elfka przez chwilę przyglądała się jego umięśnionej klatce piersiowej. Trudno było jej zacząć mówić. Wzięła głęboki wdech i spojrzała mu w oczy.
- Przepraszam. Wiesz, że nie chciałam obrazić twojej matki ani ciebie. Po prostu chciałam ci uświadomić, że masz w tej kwestii prawo do własnego zdania. Nie chcę żebyś tam jechał. Przecież możesz zginąć! Możecie wszyscy zginąć i krajem dalej będą rządzić lordowie. To bez sensu.
- Dziękuję ci za troskę, ale wierzę w powodzenie naszej misji. – zabrzmiało nawet bardziej lodowato niż zamierzał.
- Fiam, wybacz mi, nie bądź już zły. – powiedziała i usiadła koło niego na łóżku.
- Nie będę, ale zrozum w końcu, że to dla mnie bardzo ważne. Chcę pomścić ojca. Tu nie chodzi nawet o królestwo, tu chodzi o to, że złamano daną mu obietnicę i zdeptano jego dumę. Zemszczę się za to.
- A mogę pojechać z tobą?
- Dobrze wiesz, że nie. Należysz do świata elfów i do tej osady. Jestem człowiekiem i moje miejsce jest wśród ludzi. Poza tym nie chcę cię zranić a wiesz, że nie odwzajemniam twoich uczuć.
- Rozumiem to. A czy mimo to mógłbyś coś dla mnie zrobić?
- Co takiego?
- Pocałuj mnie – poprosiła nieśmiało i cicho, nie patrząc mu w oczy. Przyglądał jej się przez chwilę, po czym przygarnął ją bliżej, objął i pocałował czule w usta. Potem przytulił ją.
- Kocham cię, Fiam.
- Znajdziesz kogoś lepszego.
Przytuliła się do niego przez chwilę mocniej, po czym wstała i ruszyła do wyjścia.
- Żegnaj – szepnęła.
- Żegnaj.
***
Dojazd do stolicy nie zajął im zbyt wiele czasu. Zostawili konie w królewskiej stajni i ruszyli w stronę zamku. Po chwili stanęli przed obliczem króla. Arulaith przyjął ich bardzo serdecznie.
- Witaj Lehitil! Jak dawno cię nie widziałem! – powiedział przytulając siostrę. Uśmiechnęła się.
- Jak się miewa Lukija? – spytała.
- W porządku. Wszyscy tu o nią dbamy, nawet twój syn, więc niczego jej nie brakuje. Chwilowo akurat leży, ale to nie z powodu złego samopoczucia.
- To dobrze. Wybacz, Arulaicie, ale chcielibyśmy jak najszybciej stąd wyruszyć. Czy postarałbyś się przygotować oddział sprawnie i szybko?
- Cóż, doszedłem do wniosku, że lepiej, aby w każdej chwili mógł być do waszej dyspozycji. Wystarczy im powiedzieć kiedy mają być gotowi do drogi.
- To świetnie. Jednak dzisiaj nie ma sensu ruszać, niedługo zapadnie zmrok. Wyruszymy jutro rano – powiedział Fiam, a wszyscy się z nim zgodzili.
Od świtu zaczęli się zbierać do drogi. Gdy dano im znać, że oddział czeka na rozkazy, wyszli z zamku i poszli do zgromadzonych wojowników. Nie było ich zbyt wielu, ale Fiam zamierzał użyć podstępu i liczył, że wygra spryt a nie przewaga liczebna. Nie mówiąc już o tym, że miał nadzieję, że Farnith zorganizował na miejscu chociaż niewielką pomoc. Stanął przed rycerzami i krótko przedstawił im plan. Na końcu zapytał, czy któryś z nich ma jakieś inne propozycje.
- Panie, jeśli pozwolisz, ja bym miał prośbę. Chciałbym jechać z tobą, twoją matką i panem Kezirem.
Lehitil, która do tej pory stała z boku zamyślona, zwróciła głowę w stronę oddziału. Z szeregu właśnie wystąpił przemawiający. Zdjął hełm i ukazała się jego przystojna twarz i sympatyczny uśmiech.
- Mogę? – spytał.
- Palian! – krzyknęła Lehitil rzucając się mu na szyję – Gdzieś ty był? Tak dawno nie dałeś znaku życia, że już się zaczęłam martwić.
- On przecież tak zawsze – powiedział Kezir z uśmiechem, poklepując przyjaciela po plecach.
Fiam był nieco zdziwiony.
- Wybiera się tam pan z nami? – spytał.
- Oczywiście. Od początku miałem swój udział w tej sprawie i miałbym się teraz wycofać?
Chłopak jedynie uśmiechnął się w odpowiedzi.
Jechali bez najmniejszych kłopotów i w całkowitym spokoju. Szczególnie odkąd rozstali się z oddziałem. Wtedy Fiam poczuł się prawie jak na wycieczce. Było przyjemnie jechać tak z matką, wujem i panem Palianem. Szczególnie ten ostatni nieustannie pozbawiał atmosferę napięcia i pozwalał zapominać o grozie i niebezpieczeństwie nadchodzącej misji. Opowiadał wiele ciekawych historii. Liczne z nich mówiły o zasadzkach i pułapkach oraz innych zagrożeniach jakich unikał w przeszłości. On sam, siedząc przed nimi, był dowodem na to, że z każdych kłopotów da się wykaraskać. To napełniało ich nadzieją i optymizmem. Jednak odkąd przekroczyli granicę Vaderii, musieli stać się ostrożniejsi. Podróżowali cicho, nie rzucając się w oczy. Lehitil właściwie nic nie mówiła. Pogrążyła się we wspomnieniach sprzed dziewiętnastu lat, które teraz w niej odżyły. Jadąc traktem rozglądała się uważnie na boki, aż w końcu wypatrzyła to, czego szukała. Zatrzymała się, zsiadła z konia i podeszła. Na skraju lasu stał nieduży kurhan, usypany naprędce, ale nikt go nie ruszył ani nie zniszczył, ponieważ oznaczono go symbolem boga śmierci. Na jednym z większych kamieni wyryto litery: F.S.vD., obok narysowano coś na kształt korony, a za nią była kolejna litera: V.
Fiam podszedł do matki i przyjrzał się grobowi.
- Tutaj go pochowaliśmy – powiedziała cicho Lehitil.
- Co znaczą te litery i korona?
- Nie domyślasz się? Fiamiryon Soffrino von Dorelo, król Vaderii.
Oboje stali przez chwilę w ciszy. Potem Lehitil odwróciła się i odeszła a jej syn długo stał w samotności nad mogiłą swojego ojca.
Następnego dnia byli już w stolicy. Od razu skierowali się do karczmy. Lehitil, Kezir i Palian usiedli tyłem do sali, nie chcąc rzucać się w oczy. Fiam wpatrywał się w drzwi. Po jakimś czasie ukazała się w nich wyczekiwana osoba.
- To on? – spytał Fiam, nie będąc pewnym czy mężczyzna ten w pełni pasuje do podanego mu opisu. Był średniego wzrostu, na oko w wieku Kezira, może trochę starszy, bo bardziej siwy. Jednakże pod siwizną widać było jeszcze czarne włosy. Palian na krótką chwilę odwrócił głowę.
- A któżby inny! – powiedział z radością. Mężczyzna zobaczył ich i podszedł.
- Witam serdecznie. Jakże miłym dla mego oka jest oglądanie was tutaj. I me serce raduje się, że przybyliście w końcu tam, gdzie wasze miejsce.
- Witaj. I my się cieszymy z tego spotkania. Siadaj proszę. I zechciej poznać mojego syna, Fiama. Fiamie, to jest pan Farnith, o którym tyle ci opowiadaliśmy.
- Ach, młodzieńcze! Jaką radością i nadzieją napełnia mnie twa osoba! Radym jest, że w końcu dane jest mi ujrzeć cię gotowym do walki ze zdrajcami. Od pierwszego dnia, gdy tylko wyjrzałeś na ten świat, twa rodzicielka a moja królowa, wiele mi o tobie pisała. I wierzę w jej słowa, które napisała mi ostatnio, a o czym wspominała już wcześniej, że jesteś dumny i odważny oraz skory do pomszczenia niesprawiedliwej śmierci tego, dzięki któremu zostałeś poczęty.
Fiam przez chwilę miał – delikatnie mówiąc – średnio elokwentną minę, gdy próbował zrozumieć co właśnie zostało do niego powiedziane. Pogubił się trochę w zawiłościach tej wypowiedzi, ale w końcu udało mu się jakoś ogarnąć ją rozumem.
- Co możesz nam powiedzieć o liczbie naszych sojuszników? – spytał Kezir.
- We włościach królewskich, znaczy w zamku, jedynie pięć osób skłonnych jest nam pomóc otwarcie i bezpośrednio. Niemniej jednak poza warownią, a w głębi miasta, mamy kilkudziesięciu sprzymierzeńców, którym sprzykrzyły się rządy tyrana i chcą powrotu monarchii.
- W porządku. A czy znajdą się wśród nich trzy osoby, które zawiozłyby rozkazy do naszego oddziału? – odezwał się Fiam.
- Z pewnością będzie ktoś taki. Lecz czy niezbędna jest aż trójka?
- Tak, ponieważ oddział jest podzielony.
- Pojmuję. Ach, nie pochylajcie tak głów w konspiracji. Mnie od lat tylu nie rozpoznano jako przyjaciela króla to co dopiero was, których twarze nie były tu widziane od tak dawna. Ludzie zapomnieli, nie domyślają się, że ktoś szuka zemsty. Tym bardziej, iż większość jest przekonana, że królowa, podobnież jak król, poległa tamtego strasznego ranka podczas zamachu.
- To dobrze. Możesz przekazać swoim ludziom, żeby to zanieśli? – spytał Kezir podając napisane już wcześniej i zapieczętowane rozkazy.
Farnith skinął głową, wziął zwoje, wysłuchał dokładniejszych instrukcji i wyszedł.
***
Czekanie było sprawą niesamowicie nużącą. Fiam z nerwów nie wiedział już, co robić. Dużo spacerował i kręcił się w okolicy zamku, jeszcze szczegółowiej dopracowując swój plan. Ich strategia nie była niczym odkrywczym – chcieli zrobić dokładnie to samo, co wtedy zamachowcy – wedrzeć się nad ranem do zamku. Czekali tylko na wieść o śmierci lorda von Asina.
W końcu nadszedł ten dzień. W całym mieście zapanowała żałoba, wszelkie godła lorda przysłonięto czarnym materiałem, zabroniono hucznych zabaw nawet w karczmie. Wszystko to było fałszywe. W rzeczywistości zamek aż huczał od spekulacji, który z lordów teraz przejmie władzę – syn von Asina, Stercan von Asin czy najwybitniejszy z lordów, Miries von Bollit. Na razie jednak obaj powstrzymywali się od walki o władzę. Wszystko dla pozorów.
Wieść o śmierci von Asina przyszła około południa. Fiam od razu wysłał zawiadomienie do kryjących się w pobliżu wojsk. Przez noc oddział tu dotrze. A sojusznicy ukryci w zamku zabiją strażników i otworzą bramę.
***
Jak na razie wszystko szło zgodnie z planem. Fiam co prawda zaraz po wejściu do zamku stracił z oczu Lehitil, Kezira, Paliana i Farnitha, ale nie martwił się tym. Miał zadanie do wykonania i musiał się spieszyć. Najpierw ruszył do sypialni von Bollita. Wiedział z opowiadań matki, że był on ścisłym współpracownikiem von Asina przy planach zgładzenia króla. Wpadł do jego komnaty. Lord nie spał. Był gotów do walki.
- Czego chcesz, rzezimieszku? – zapytał wrogo.
- Nie wiesz do kogo mówisz. Jestem następcą twojego władcy, którego zabiłeś! Przybyłem tu w imię sprawiedliwości. Ale jeśli się poddasz, nie zginiesz.
- Nigdy! – krzyknął lord ruszając do natarcia.
Walka zakończyła się dość szybko na korzyść Fiama.
Chłopak ruszył dalej, w stronę komnaty Stercana. Miał wielki dylemat moralny. Wiedział, że młody von Asin był jeszcze dzieckiem podczas zamachu, więc z pewnością nie brał w nim udziału. Ale jakie ma do tego podejście? Czy zrozumie, że jego ojciec przejął władzę bezprawnie?
Dobiegł na miejsce zanim podjął jakąkolwiek decyzję. Stercan stał na środku komnaty z mieczem, a po jego bokach dwóch gwardzistów walczyło z rycerzami Fiama.
- Stać! Jestem Stercan von Asin, syn zmarłego lorda. Nie możecie mnie tak bezprawnie napadać! – krzyczał w panice.
- A jam jest Fiam Soffrino von Dorelo, syn króla Fiamiryona! Przybyłem odzyskać swe dziedzictwo. Poddaj się, a nie zginiesz i nie poniesiesz żadnej kary za czyny ojca.
Młody lord jednak nie słuchał. Rzucił się do walki. Fiam odparował jego cios i ciął go w ramię, ale lord zrobił unik. Walka była dość wyrównana, aż w którymś momencie Fiam podstawił mu nogę i Stercan upadł na ziemię. Dziedzic przystanął mu na ręce tak, że wypadł trzymany w niej miecz, a potem przytknął mu swoje ostrze do gardła.
- Poddajesz się? – spytał. Lord skinął głową, że tak.
- Obiecujesz złożyć przysięgę wierności, w której potwierdzisz, że twój ojciec przejął władzę bezprawnie? – znowu skinięcie na tak.
Fiam zabrał ostrze i odwrócił się. Gwardziści leżeli martwi a jego rycerzy już nie było. Stercan wstał i sięgnął po swój miecz. Podniósł go i spróbował ciąć dziedzica od tyłu. Ten jednak zareagował szybciej niż by się można spodziewać i gdy von Asin wciąż jeszcze zamachiwał się znad głowy, ciął go mocno w klatkę piersiową, przebijając serce. Wybiegł na korytarz. Trafił wprost na pięciu gwardzistów lorda.
***
Kezir zamknął bramę, uniemożliwiając lordom ucieczkę. Rozejrzał się po dziedzińcu, szukając przyjaciół, ale nie zauważył ich. Postanowił pilnować, aby nikt nie znalazł drogi ucieczki z zamku. Po krótkiej chwili już był zmuszony do walki z kilkoma lordowskimi gwardzistami. Poradził sobie jednak nieźle. Miał co prawda nieco pogruchotaną lewą rękę, ale oszacował, że wytrzyma z tą raną. Dostrzegł, że na dziedzińcu zostało już tylko czterech rycerzy estrevilskich, którzy rozglądali się w poszukiwaniu wroga.
- Pilnujcie bramy i nie dajcie im drogi ucieczki – powiedział do nich, a sam wszedł do zamku.
Cudem nie trafiła w niego przelatująca strzała. Desperacko odskakując na bok zorientował się, że strzelec ukrywa się gdzieś na pierwszym piętrze i rzucił się do schodów. Starał się iść po nich jak najciszej i maskować swoją obecność, co nie było bardzo trudne, ponieważ zewsząd dobiegały odgłosy walki. Dotarł na pierwsze piętro i zakradł się tak blisko łucznika, jak to było możliwe. Potem wyciągnął miecz i rzucił się biegiem w tamtą stronę. Strzelec oczywiście go usłyszał. Zdążył odrzucić łuk i wyjąć miecz. Jednak już po pierwszej wymianie ciosów Kezir zorientował się, że jego przeciwnik nie jest najlepszym wojownikiem. Dlatego pokonał go, pomimo iż był już trochę zmęczony, sam otrzymując dość silny, jednak niegroźny cios w klatkę piersiową. Przystanął na chwilę, oddychając głęboko. Pomyślał dość rozpaczliwie, że jest już na to za stary. W końcu jednak zebrał się w sobie i ruszył dalej.
To, co zobaczył wyłaniając się zza zakrętu wcale nie dodało mu sił. Ruszył przed siebie z przerażoną miną. Z jednej strony wiedział, że musi tam pójść i się przekonać, z drugiej jednak trwoga ściskała go za serce i spowalniała jego kroki. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie czuł tak wielkiego strachu.
***
Palian i Farnith pobiegli razem z większością oddziału. Po prostu przed siebie. Walczyli i albo zabijali przeciwników, albo zmuszali ich do poddania się. Po jakimś czasie razem z pięcioma rycerzami z Estrevil zajęli się skupianiem jeńców, którzy potem – po złożeniu Fiamowi przysięgi lojalności i oddania – mieli znowu być wolni. Wśród nich zebrano wszystkie kobiety i dzieci z zamku.
Po chwili do ich uszu dobiegł krzyk.
- To Fiam! – powiedział Palian i rzucił się w tamtą stronę. Farnith ruszył za nim. Zobaczyli dziedzica, który rozpaczliwie odpierał ciosy lordowskich gwardzistów. Jego twarz była zalana krwią i ledwo widział, co chwilę próbował ocierać oczy, ale niezbyt miał na to czas. Właściwie prawie cały był we krwi i nie sposób było odróżnić ile z tego to jego własna. Przyjaciele pomogli mu i w trójkę pokonali gwardzistów. Fiam usiadł ciężko na ziemi. Urwał swój rękaw i przytknął go do głowy, próbując zatamować krwotok. Z bólu i szoku nie mógł się odezwać. Palian zajął się opatrywaniem jego nogi, krwawiącej mocno pod kolanem.
- Pokonałeś lordów? – zapytał. Fiam potaknął głową, wciąż nie mogąc wydobyć głosu.
- Dzielny chłopak. Teraz możesz być spokojny, zaraz opatrzymy twoje rany, wszystko będzie dobrze – mówił kojąco Palian.
Dziedzic powoli otrząsał się z szoku. Rozejrzał się nieco przytomniej dookoła. Dostał gwałtownych dreszczy i próbował wstać. Elf przytrzymał go jednak.
- Gdzie jest moja matka? – zapytał Fiam ze strachem.
- Nie wiem, ale nie denerwuj się, zaraz ją znajdziemy. Siedź tu spokojnie i poczekaj z Farnithem a ja tu zaraz z nią wrócę – powiedział Palian, wstając. Wtedy jednak zobaczył w końcu korytarza nadchodzącego Kezira. Mężczyzna ledwo szedł, bardzo powoli stawiał kroki, z trudem utrzymywał w ramionach ciężar osoby, którą niósł. Palian zbliżył się i zobaczył, że tą osobą jest Lehitil. Gdy podszedł jeszcze bliżej i zobaczył twarz Kezira, zrozumiał wszystko. Przywołał gestem Farnitha. Sam wziął od przyjaciela zimne już ciało. Farnith podszedł i podtrzymywał Kezira pomagając mu iść a potem posadził go koło Fiama. Chłopak spojrzał na niego nie rozumiejąc jego miny, ani tego, dlaczego Palian położył matkę na posadzkę i nie opatruje jej ran. W wielkim szoku nie mógł nic z tego zrozumieć.
- Ale… - zaczął i nagle spłynęło na niego olśnienie – Czy ona…? – spytał trzęsąc się mocno. Kezir przytulił go zdrową ręką. Fiam spojrzał na matkę. Zacisnął pięści i zęby w geście bezsilnej złości i rozpaczy.
***
Koronacja była cicha i spokojna. Żadnych okrzyków radości czy wiwatów, chociaż większość ludu ogarnięta była radością i nadzieją - koniec tyranii! Jednoczyli się jednak z władcą, bo wiedzieli, że bardzo cierpiał.
Po ceremonii król Fiam Soffrino von Dorelo wyszedł z sali i stanął samotnie na tarasie.
- Wygraliśmy, mamo. Dopięliśmy celu. Tylko dlaczego nie ma Cię tutaj z nami? – szepnął przez łzy.