Wojenna Otchłań
OSTRZEŻENIE
-Nasi zwiadowcy donoszą o przegrupowaniu się Orków w stronę Lorderlandu –mowę rozpoczął lord Matartor.
-Ostatnie ataki na wioski to wystarczające dowody.
-To prawda, horda ruszyła, lecz mój lud nie będzie spokojnie patrzył jak te krwiożercze bestie plądrują nasze ziemie- wreszcie odezwał się Terenas, władca rasy ludzkiej.
Zapadła cisza, nawet wielomówny poseł Gopert siedział w milczeniu.
Każdy członek posiedzenia wiedział, co to zwiastuję, Lorderland znowu sięgają szpony ciemności.
-Czy te kreatury nigdy nie zostawią nas w spokoju?- każdego dręczyło to pytanie.
Ludzie od setek lat zmagają się z tymi bestiami i każdy następca tronu ma to samo odpowiedzialne zadani, bronić królestwa od najeźdźców.
Terenas rządził Lorderlandem od sześćdziesięciu lat, jednak niedługo jego władz miała dobiec końca, a następcą zostać Artas- jego syn. Przez te wiele lat dzięki Terenasowi, Lorderland z małego nasienia rozkwitł w piękny kwiat, dlatego ludziom ciężko będzie się z nim rozstać i przywitać jego następcę, ale przejdźmy do rzeczywistości, krajem rządzi Terenas i ma problemy.
Naglę ciszę przerwał ambasador- Mewras:- Każdy uważa, że Orkowie zagrażają nam najbardziej jednak mylą, się, zaraza rozprzestrzeniająca się na północy, to może być nasza zguba, więc powinieneś panie- tu zwrócił się do Terenasa- ogłosić kwarantannę!
-Kwarantanna, to ostatnia rzecz, na, którą się zgodzę!
-Ależ panie…-nie zdążył dokończy Mewras.
-Przestań! Może i jestem stary, ale wiem jak rządzić krajem.- Terenas powstał z tronu, jego ręce drżały z nerwów- Przestańcie wreszcie, nie mogę tego znieść, nie macie prawa sprzeciwiać się moim rozkazom, a widzę, że coraz częściej to robicie!
-Uspokój się panie wiemy, że w naszym kraju jest coraz gorzej, ale nasze kłótnie jeszcze bardziej pogrążą Lorderland w szponach zła.
Słowa posła- Hotera uświadomiły królowi błąd. Powoli usiadł na tronie i z niespokojnie odgarnął swoje długie, szaro złote włosy do tyłu.
Znowu nastało milczenie. Terenasowi jakby ta jedna chwila odebrała wolę walki o swój kraj, o wolność.
Ze smutkiem wpatrywał się w podłogę, w której ujrzał swoje odbicie, swoją pomarszczoną, starą twarz, wielkie czarne oczy, w których widział rozpacz i żal do siebie. Czuł, że nie jest już na tyle silny, aby bronić Lorderlandu.
Patrzył na te piękne i nieskazitelnie czyste komnaty, które kiedyś, na początku jego władzy dostarczały mu tyle dumy i pychy, teraz jednak zrozumiał, że te bogactwa może stracić, razem z upadkiem jego kraju.
Nie mogę do tego dopuścić- rozmyślał-, ale czy jest jeszcze ratunek?
Nagle na podłodze pojawił się czarny ptak.
-Nigdy, w naszym kraju nie widziałem takiego ogromnego…no właśnie, co to za gatunek, możliwe, że to kruk, ale takie giganty występują tylko w rejonach o żyznych ziemiach i bogatych plonach.
Ptak miał około półtora metra wysokości, jego ostro zakończony dziób lśnił białym światłem natomiast mocno czerwone oczy spoglądały na króla groźnym, a za razem poważnym wzrokiem.
Terenasowi nawet w pewnej chwili wydawało się, że ptak próbuje do niego powiedzieć- Znam twoje zmartwienia, wiem jak ci pomóc.
Król przetarł oczy i spojrzał na innych posłów, ci chyba jednak nie zauważyli ptaka stojącego pośrodku sali.
Jednak w pewnej chwili coś skupiło ich wzrok.
Jego pióra zaczęły połyskiwać przenikliwym światłem, uwaga wszystkich zebranych zwróciła się na środek sali. Kruk stopniowo przeistaczał się w mężczyznę, najpierw głowa potem ręce, nogi i przed Terenasem stał już człowiek z krwi i kości.
Miał on kaptur i płaszcz zwisający do ziemi, odziany był w szare łachmany z wieloma dziurami. W jego długą brodę wplecione były czarne pióra. Jego postura była „niestabilna”, chwiał się trochę na prawo, lecz laska, którą się podpierał pomagała mu utrzymać równowagę.
I ponownie nastała cisza.
Terenas powstał z tronu.- Kk.., kim ty jesteś!?- wrzasnął na całą salę.
Mewras nie czekał na odpowiedź- Brać go głupcy, na co czekacie!- Jego donośny głos postawił zdziwionych tym zdarzeniem strażników na nogi. Podbiegli do mężczyzny i złapali go za ręce, ten jednak wcale się tym nie przejął i rozpoczął mowę:
-Ludzkości grozi niebezpieczeństwo, fala zagłady nadciąga, a świat stanął na skraju wojennej otchłani!
Dość tego, straż zabrać tego szaleńca!- Mewras przestał nad sobą panować.
-Panie musisz mnie wysłuchać i zabrać swój lud do zapomnianej krainy Kalimdor, to jedyna szansa, musisz, w tobie nadzieja!
-Ruszyć na zachód, czy on całkiem zwariował, imbecyle wyprowadzić go!- wrzasnął Mewras.
-Uspokój się ambasadorze!- Terenas powstał z tronu i rozpoczął przechadzkę po sali mówiąc przy tym spokojnie: -Nie wiem, kim jesteś i nie wiem czy jesteś pokojowo nastawiony wobec nas, ale zapewniam cię, że nasze problemy rozwiążemy sami, bez twoich proroczych słów. A teraz idź, precz z moich oczu.
Przybysz spokojnie, dobrowolnie opuścił salę a odchodząc rzekł:
- Wy śmiertelnicy, nie rozumiecie jak ważne są moje słowa. Raz już zawiodłem, ale to już się więcej nie powtórzy. Jeżeli ty nie jesteś w stanie unieść brzemienia, znajdę kogoś innego.
-Kim ty jesteś, że masz prawo nazywać nas śmiertelnikami? -zapytał Terenas z goryczą w głosie.
-Kiedyś jeszcze o mnie usłyszysz, a wtedy zrozumiesz jak wielki błąd popełniłeś nie słuchając mej rady.- powiedział mężczyzna i odszedł.
Opuszczając mury miasta prorok rzekł: - Ostrzeżenie zostało przekazane, ich los jest teraz w ich rękach.
Tych słów nikt już jednak nie słyszał. W chwilę potem przemienił się w kruka, rozpostarł swoje czarne, lśniące skrzydła i ruszył na północ gdzie leżał obóz Orków, o którym wspominał Terenas.
* * * *
Nasz czas dobiega końca synu Durotara- z początku głos był niewyraźny. -Wiatr niesie echa wojennych okrzyków, okruchy przeszłości ranią ziemie, która raz jeszcze spłynęła krwią - głos był coraz wyraźniejszy. Thrall zrozumiał wreszcie, że te słowa zwrócone są w jego stronę, nic jednak nie widział, przed oczyma miał tylko czarną pustkę. Gdzie jestem, co to za szepty?- wciąż męczyło go to pytanie.
Nagle usłyszał przeraźliwy ryk a potem ujrzał olbrzymi obszar ziem. Nie rosły tam żadna drzewa ani krzewy wkoło tylko piasek i skały, co to za miejsce? W chwilę potem do jego uszu doszło dziwne dudnienie, z czasem przekształciło się ono w głośniejsze a kilka sekund później na tajemniczym bezludziu pojawiła się armia.. Orków!? -Thrall nie wierzył własnym oczom- Skąd się tam wzięli jego pobratymcy?
Nie zdążył się nawet zastanowić, bo w środku hordy biegł on- syn Durotara! W pewnej chwili z naprzeciwka dało się słyszeć inny krzyk i zza pagórka wyskoczyła inna armia.
Nie możliwe przecież to ludzie, odwieczni wrogowie Orków, którzy z wielkim rozmachem rzucili się na armię Thralla.
Kiedy obie armie zderzyły się rozgorzała bitwa, wkoło padały ciała martwych, młody Ork ze zniecierpliwieniem patrzył jak dalej potoczą się losy tej bitwy.
Niespodziewanie na polu boju gromkie głosy uciszyła błyskawica, która z wielkim impetem uderzyła w środek jatki, zabijając przy tym kilkunastu wojowników. W pewnej chwili wszyscy zaprzestali mordów i patrzyli w niebo, które powoli zaczęła ogarniać warstwa czarnych chmur.
Nagle niebiosa zaczęły jakby drżeć i z czarnej czeluści posypał się grad płonących kamieni, które po upadku na ziemie przemieniały się w kamienne wojska.
Thrall oniemiał z przerażenia przecież to Infernusy wojska Płonącego Legionu!!! Nie to jest niemożliwe!
Jego rozpacz przerwał cichy szept:- Musisz zebrać hordę i jak najszybciej ruszać na zachód.
-Wraauu!- wkoło dało się słyszeć przenikliwy krzyk i z ogromnego namiotu wyszedł przywódca Klanu Śmierci.
Gdyby zobaczył go teraz jeden z wrogów wcale nie uważałby go za wodza. W swoich czarnych oczach miał strach, oddychał nierówno a z twarzy kapał mu pot.
Jego kruczoczarne włosy opadały na rozłożyste ramiona, które razem z całym ciałem mocno drgały. Nawet w głosie miał nutę strachu, obawy.
-No już rozejść się! Na co się gapicie wracać do pracy!- przegonił grupkę gapiów, których widocznie zainteresowało to zdarzenie.
-Panie, co się stało? Co to za okropny wrzask?- z zaciekawieniem zapytał Mulgri’s kapitan hordy.
-Żadnych pytań, chcę zostać sam- powiedziawszy to gwizdną przenikliwie i nim skończył mówić stał już przed nim wilk o ciemnej skórze i czerwonych oczach. W chwile potem wskoczył na zwierzaka i ruszył w stronę szarych, ogromnych gór.
Było to miejsce, w którym lubił przebywać, gdy coś go trapiło, mógł tam zebrać myśli, skupić się, pomarzyć i podziwiać widoki, jakie roztaczały się z tych szczytów.
Wiele osób nazywa to miejsce Szczytem Ciszy.
Legenda głosi, że wiele lat temu na tym miejscu odbyła się okrutna walka pomiędzy ludźmi a Orkami, ofiar tej okrutnej rzezi nie obliczono do dzisiaj, straty rachuje się na około dziewięćset tysięcy. O tej wielkiej mogile nikt nie chce wspominać, każdy woli zapomnieć te okrutne dni, nawet ta gleba, która pochłonęła tyle ciał, nawet te piękne sosny słyszące tyle okrzyków radości i śmierci…
Dotarłszy na górę, Thrall zszedł z wilka i powiedział mu w zwierzęcym języku, aby opuścił go na pewien czas, bo chce zostać sam.
Poczekawszy chwilę młody wódz spoczął na niedużym głazie i zatopił się w swoich myślach.
-Co znaczyć miał ten sen, czy to przepowiednia czy zwykły koszmar, nic nie rozumiem. Czyżby naprawdę siły ciemności powracały, to zwiastowałoby najgorsze, ale w końcu moi przodkowie w sojuszu z Elfami i z tymi przeklętymi… tfu, ludźmi pokonali demony wiele lat temu. Nic nie rozumiem…
Nagle jego myśli przerwał wrzask ptaka, leciał on w stronę Thralla, a w chwile potem siedział już obok niego.
Przez pewien czas wódz hordy nie zwracał na niego uwagi, lecz, gdy zamiast ptaka siedział przy nim człowiek lekko się zdziwił.
-Coś ty za jeden?- warknął groźnie-wyglądasz mi na człowieka zakapturzony ludziku.
-Ja a człowiek, to co innego, jednak nie przyszedłem tutaj, aby ci o sobie opowiadać.
-Jesteś wrogo nastawiony? Szpieg ludzi! Wielu już tu takich było i skończyło ze skręconym karkiem.
Nie jestem twoim wrogiem, jestem przyjacielem każdej żywej istoty, z wyjątkiem tych przeklętych Nieumarłych, o ile te martwiaki można nazwać żywymi…
Thrall przez chwilę się zamyślił, potem wrzasnął entuzjastycznie: - To ciebie widziałem w moim śnie, to ty mówiłeś te dziwne słowa, że siły ciemności powracają.
Mężczyzna przez chwilę nic nie mówił, a potem rzekł:
-Zgadza się synu Durotara to byłem ja.
-Skąd wiesz..- nie zdążył dokończyć Thrall.
-Wiele rzeczy nie jest dla mnie tajemnicą, na przykład to, że kochasz swój lud i dla jego bezpieczeństwa jesteś gotów się poświęcić.
-Zgadza się, ale co chcesz przez to powiedzieć?- zapytał niepewnie Ork.
-Nic nie rozumiesz, to nie był zwykły sen, demony, one naprawdę wracają!
-Co?- ze zdziwieniem zapytał Thrall.
-Musisz zebrać swoich towarzyszy i uciekać na zachód, to jedyna szansa, przynajmniej ty mnie wysłuchaj!- z rozkazem w głosie krzyknął mężczyzna.
-Nie za dobrze znam się na potędze jaką ma w sobie człowiek, ale wyczuwam w tobie wielką moc. Nadal nie rozumiem, po co mam uciekać, my Orkowie nie jesteśmy tchórzami, będziemy walczyć.
-Głupcze! Z siłami demonów nikt nie wygra, chyba że wysłuchasz mojej rady i ruszysz do Kalimdoru, na zachód stąd.- prorok nie wytrzymywał.
Thrall zamyślił się przez chwilę, dała o sobie znać cisza, słychać było tylko szum drzew, ćwierkanie ptaków i niekiedy spadające szyszki z pobliskiej jodły.
Młody wódz zaczął rozważać słowa tego nieznanego mu w ogóle mężczyzny:- Wydaje mi się, że ten człowiek wie, co mówi, w końcu bardzo mu zależy, ale czy nie wprowadzi mnie w pułapkę.
Czuje, że demony są, blisko, ale wcale się ich nie boję. Nie mam zamiaru uciekać, choć może ten człowieczek ma trochę racji, sami nie damy rady pokonać tych potworów.
Coś mówi mi, że on ma słuszność, posłucham go!
-Zrobię jak każesz, za dwa dni o świcie razem z moimi braćmi będziemy gotowi!- oznajmił uroczyście.
-Cieszę się. Do zobaczenia i dziękuje ci Thrallu.
Nim ten zdołał coś powiedzieć prorok przemienił się w kruka, głośno trzepocąc skrzydłami wzbił się w powietrze.
Rozdział 2
Bunt
Dzień zapowiadał się ciepły i bezchmurny.
Słońce rozpostarło swoje ramiona nad obozem Orków, nad którym już od rana słychać było okrzyki, wycie wilków, gwar, szum i pieśni wojenne.
Wszyscy byli zwarci i gotowi do wymarszu. Generał Mulgris przeliczał ostatnich żołnierzy i sprawdzał zapasy na wyprawę.
Thrall stał pośrodku obozu, na niewielkiej skale nadzorując postępowania swoich towarzyszy.
Wreszcie podszedł do niego Mulgris i zasalutował, a potem rzekł:
-Generał Mulgris zgłasza gotowość wszystkich Orków do wymarszu. Zdecydowanych wyruszyć jest: pięciuset wojowników, dwustu dziesięciu jeźdźców, sto dwadzieścia bestii kodo z prowiantem. Ogólnie zgłosiło się siedem klanów w tym Klan Śmierci, Klan Zagłady, Klan Wojennej Pieśni, Klan Czarnej Krwi i Klan Rozproszenia.
W gotowości stawili się także pięciu generałów: Rammar Mighty, Mulgris, to znaczy ja panie kapitanie, Gary Brave, Rockey Eternal i zgłoszony w ostatniej chwili Grom HellScream ze swoimi niezawodnymi wojami.
Thrall w pewnej chwili przestał słuchać raportu Mulgrisa tylko z radością krzyknął:- Grom tu jest!? Niemożliwe!
-Możliwe braciszku, twoje starsze rodzeństwo pójdzie z tobą na koniec świata!- jak spod ziemi wyrósł przed nim Grom.
Ten sam Grom, z tymi samymi czarnymi włosami splecionymi w kok, z tą samą szczęką wysuniętą do przodu, z tymi samymi niebieskimi oczami i mieczem uwiązanym przy pasie.
Thrall nie mógł uwierzyć, że stoi przed nim jego rodzony brat.
-Po tylu latach rozstania akurat pojawiasz się w tym momencie, gdy jesteś potrzebny, dotrzymasz mi towarzystwa w tej niebezpiecznej wyprawie?- Thrall zapytał z nadzieją w głosie.
-Mały chyba nie uważasz, że przyszedłem tu tylko po to żeby sprawdzić jak sobie radzisz z ludźmi…
-O to nie musisz się martwić, dałem tym białoskórym nieźle popalić, nie widzisz tych zdobyczy.- mówiąc te słowa wskazał na głowy ponabijane na pale.
-Zadowala mnie to, chodź ja przeżyłem więcej mordęgi, aby tu dotrzeć.- zuchwale powiedział Grom.
-Jeżeli jest potrzebna ci jest moja pomoc z chęcią ci pomogę!
Choć szczerze mówiąc nie znam celu twojej podróży.- zapytał wprost.
-Ruszamy do Kalimndoru krainy leżącej na zachód stąd, jest to o tyle niebezpieczna i jak i trudna wyprawa, najgorsze jest to, że nawet nie wiemy, jakie przeróżniaste stwory zamieszkują te krainę…
-Świetnie braciszku lubię walczyć z kimś, kiedy nie wiem, kto to będzie… czy jak ty to tam nazywasz, jednym słowem mówiąc walcząc z ludźmi wiem, że mam do czynienia z ludźmi a tam nie wiadomo, co natknie ci się na miecz. To, kiedy ruszamy?- Grom otwarcie zapytał, nie interesując się, z jakich powodów tam idą i w jakim celu, dlatego zadowoliło to Thralla, Był on pewny, że gdyby powiedział bratu prawdę ten od razu by go wyśmiał i wybrałby się z nim.
-Zadałem pytanie, kiedy ruszamy?- Grom szturchnął brata w ramię.
-Przepraszam zamyśliłem się, już zaraz, tylko chciałem coś powiedzieć do moich podopiecznych.-mówiąc te słowa Thrall wdrapał się na ogromny głaz i krzyknął tubalnym głosem: -Słuchajcie bracia, mam wam coś do zakomunikowania.- odchrząknął głośno i zaczął mowę:- Chyba każdy z was wie, że opuszczamy Londerlond. Nie jest to nasza pierwsza wyprawa, wiele razem przeżyliśmy, wielu oddało swoje życie, aby bronić naszej rasy, chwała im, lecz ta wyprawa nie jest zwyczajna.
Od niej będzie zależało życie naszych potomków, jeżeli wrócimy z niej żywi nasze dzieci będą o nas śpiewać bohaterskie pieśni.
Nie zaprzeczam jednak, że wielu z was polegnie dla chwały!
Dlatego nie chcę was narażać na śmierć, dlatego zadaję pytanie, kto idzie ze mną - na prawo. Ci, którzy są przeciwnego zdania - na lewo.
Nagle nad obozem się zakotłowało i Orkowie zaczęli podejmować decyzję.
Po chwili Thrall ujrzał sporą grupkę stojącą po prawej i nieznaczną ilość stojącą po lewej. W szczególności byli to Czerwonoskórzy Orkowie.
Thrall odetchnął z ulgą, większość była po jego stronie, a co do tych Czerwonoskórych to wcale się nie zdziwił, zawsze byli przeciw niemu. Nieoczekiwanie jego rozmyślania przerwał jeden z Czerwonoskórych.
-Głupcy, idioci, jak możecie słuchać kłamstw tego… przecież on zwariował, jak możecie słuchać tych głupot?
Jak on to powiedział: wielu z was polegnie dla chwały. Bzdura!
Dla niego wcale się nie liczycie, a to przecież wy wykonujecie całą robotę, to wy walczycie oddając swoje życie, a on? Jedynym jego wsparciem jest dodawanie wam otuchy właśnie takimi słowami: gińcie dla chwały…
Były to ostatnie wypowiedziane przez niego słowa, bo potem dało się słyszeć głośny świst i Ork padł na ziemię ze sztyletem w głowie. Podbiegł do niego jeden z buntowników, przewrócił go na plecy, dotknął ręki i ze wściekłością popatrz na tłum z przeciwka.
-Kto zabił mojego brata, niech się ukarze i zmierzy ze mną w pojedynkę. Niech zaraz stanie przede mną, wyjdź tchórzu!!!
Nastało milczenie. Czerwonoskórzy z napięciem patrzyli, z kim będzie musiał zmierzyć się ich wódz.
Słońce chyliło się ku zachodowi, powoli zapraszając swojego brata (Księżyc) do wejścia na niebo…
Nagle ku zdziwieniu wszystkich, na środek, powoli wszedł Grom HellScream.
Szedł powoli z drwiącym uśmieszkiem na twarzy, swoimi oczyma patrzył przenikliwie na przeciwnika.
Stanął przed nim wyciągnął swój ostry miecz, w którym odbiły się promienie Słońca. W chwilę potem zapytał z pogarda w głosie.
-Słyszałem, że ktoś wyzywał mnie na pojedynek, czyż nie? To podobno ty Pariasie, czy może słuch mnie myli?
Popatrzył na swojego wroga, który nawet nie drgnął przysłuchując się obelgom.
Nie jest łatwo wyprowadzić cię z równowagi, to dobra zaleta, lecz ja nie przyszedłem tu po to by cię podziwiać. Walczmy!
CDN