Wschód słońca
„Trzy... cztery... pięć...” – odliczała stopnie prowadzące na piętro, do pokoju matki. – „osiemnaście, dziewiętnaście... dwadzieścia”. Zwróciła się w prawo, omijając po drodze regał pełen grubych, opasłych ksiąg. Nabrała świeżego powietrza i zastukała, starając się nadać każdemu uderzeniu pewniejszy ton.
- Wejdź! – usłyszała twardy, oschły głos i po plecach ponownie przebiegł jej znajomy dreszcz odbierający całą pewność siebie. Przemogła się jednak – musiała - i nacisnęła ciężką mosiężną klamkę.
- Co się tak grzebałaś? Łachudra... jak mi się odwdzięczasz? – słowa, ostre i twarde jak ostrze noża poczuła aż w sercu.
- Przepraszam... twoja herbata, mamo. - Intuicyjnie podała matce kubek. Nie zdążyła jednak na czas cofnąć dłoni, na którą spadły teraz bolesne razy zadawane jakimś płaskim, twardym i giętkim przedmiotem. Starała się nie okazać bólu, jednak mimo wysiłku, kilka kropel łez wypłynęło z jej niewidomych oczu.
- Boli? – usłyszała. – Ma boleć! Ból uszlachetnia – matka nie zdawała sobie sprawy z tego, że łzy pochodzą z duszy, którą rozrywa niefizyczny ból. Nie obchodziło jej to. – Możesz odejść. Zabierz się za obiad. Tylko żadnych spalonych kotlecików!
Amelia bez słowa odwróciła się i pomaszerowała do kuchni.
Wracając, zeszła do piwnicy po kilka ziemniaków do obiadu. Piwnica znajdowała się pod budynkiem. Żeby się tam dostać, trzeba było wyjść na zewnątrz i po zewnętrznych schodkach zejść w dół do ciemnego, przypominającego średniowieczne lochy pomieszczenia. Amelia pomagając sobie swoim wyostrzonym zmysłem dotyku, wybrała parę ładnych kartofli. „Ech... żeby tylko nie były zep...” – nie dokończyła. Pomiędzy jej myśli wdarł się przeraźliwy pisk. Stosunkowo cichy, a jednak przeszywający na wskroś jej młode serce. Z przerażenia upuściła koszyczek z ciemnymi kartoflanymi bulwami, które teraz wesoło poturlały się po posadzce.
- Co... to było? – powiedziała bardziej do siebie, bo przecież wedle jej orientacji była w piwnicy sama. Trzymając się belek biegnących wzdłuż ściany, cichutko, na paluszkach zaczęła skradać się w kierunku źródła, z którego, jak jej się wydawało dobiegł ów straszliwy dźwięk. „Miałam robić obiad, a nie uganiać się po piwnicy za myszami” – dodała sobie otuchy i już raźniej ruszyła w stronę starych, drewnianych drzwi.
Nigdy nie była w tej części piwnicy. No, prawie nigdy. Kiedyś, dawno temu, kiedy była jeszcze małą dziewczynką, bawiła się ze swoim ojcem w chowanego. Postanowiła skryć się właśnie tam, w piwnicy, sądząc, że ojciec na pewno nie znajdzie jej w tej kryjówce. Zawędrowała do ostatniego pomieszczenia, z którego wychodziły tylko jedne drzwi. Stare, drewniane drzwi koloru wiśniowego, obite kunsztownymi metalowymi okuciami. Były jednak zamknięte. Szukając kryjówki, Amelia usłyszała ciche odgłosy... dobiegały wyraźnie zza drugiej strony drzwi. Nie potrafiła rozróżnić słów, ale wydały jej się wtedy bardzo dziwne i na swój sposób straszne. Kiedy spróbowała zajrzeć przez dziurkę od klucza, czyjeś mocne ręce chwyciły ją wpół.
- Co tu robisz? – głos ojca był twardy i szorstki. Wyraz rozbawienia, który pamiętała gdy prowadzili grę, zniknął z jego twarzy ustępując miejsca grymasowi, sugerującemu raczej strach, niż złość.
- Nie wolno ci się tutaj kręcić! To nie jest miejsce dla Ciebie... pamiętaj – Amelia nigdy nie widziała ojca tak poważnego. Obiecała jemu i sobie, że już nigdy się tutaj nie pojawi . Przez wszystkie lata starała się dotrzymać słowa, a teraz... stała naprzeciw monumentalnych, pachnących drzewem wiśni drzwi.
W głowie miała mętlik. Różne myśli kotłowały się, nie mogąc znaleźć punktu zaczepienia na dłużej. „A jak ktoś mnie zauważy? Jak matka zejdzie na dół? Nie, nie zejdzie...” – ostatnia myśl dodała jej otuchy. Podniosła dłoń i swą drobną piąstką uderzyła w drzwi. Dźwięk odbił się od ścian piwnicy, jednak nic więcej się nie wydarzyło. Nacisnęła klamkę – drzwi nie ustępowały. Już miała odejść, gdy jedno z jej wspomnień przebiło się przez chaos i przedstawiło jej swój obraz. „Tak... Tak! To jest to! Tylko dlaczego...?” - urwała, po czym sięgnęła ku swej szyi, gdzie na srebrnym łańcuszku ukryty pod sukienką wisiał średniej wielkości klucz.
Przez wiele lat go nosiła, nie wiedząc nawet, które drzwi otwiera. Teraz miała pewność. Klucz dostała od ojca zanim zniknął. Pamiętała ten dzień bardzo dokładnie. Ojciec wziął ją na kolana, pocałował, a w jej dłoń włożył jakiś metalowy przedmiot. To wszystko odbyło się bez jakichkolwiek słów, bez żadnego komentarza czy instrukcji. Amelia nie chciała pytać. Wiedziała, że ojciec by jej powiedział, gdyby istniała taka potrzeba. Od tamtej pory nie rozstawała się z tajemniczym kluczem, nigdy go jednak nie ujawniając.
Teraz nadszedł czas próby. Delikatnie, jakby z obawą, włożyła klucz w dziurkę u drzwi. Pasował idealnie. Wzięła głębszy oddech i spróbowała go przekręcić. O ścian piwnicy odbiło się echo zgrzytu, który dobiegł ze starego zamka. „Jest... udało się” – Amelia pociągnęła za klamkę, a drzwi z wręcz nie pasującą do ich masywności łagodnością uchyliły się.
Pierwsze kroki w tajemniczym pomieszczeniu sprawiły Amelii niezwykłą trudność. Firany pajęczyn skutecznie utrudniały jej ruchy, a między nogami co chwilę plątały się ogromne szczury. Była jednak zbyt podekscytowana, by dać się zniechęcić. W pewnej chwili, po raz kolejny usłyszała ten dźwięk, który ją tu przyprowadził. Tym razem był wyraźniejszy i głośniejszy. Ruszyła w jego stronę oddalając się od ścian, których się trzymała idąc naprzód.
- Halo! Jest tu ktoś? – po echu jakie się rozniosło poznała, że znajduje się w jakiejś wielkiej sali. – Halooo! – ponownie usłyszała tylko echo kpiąco przedrzeźniające jej słowa. Zaczęła już tracić nadzieję. Bajka o tajemniczej komnacie pełnej cudów, którą sobie wymyśliła po drodze, zaczęła tracić swoją moc.
- Podejdź proszę – dziewczyna wzdrygnęła się, a jej piąstki odruchowo zacisnęły się w obronnym geście.
- Kim jesteś? – pytanie wydało się jej głupie, a jednak niezbędne.
- Błąd tkwi w samym założeniu. Nie jestem kimś... – gruby, donośny, a zarazem ciepły głos rozpływał się w powietrzu, nie powodując przy tym echa.
- To może... czym jesteś? – sposób, w jaki wypowiedziała to pytanie sugerował pewną sporą dozę zakłopotania, jednak już nie strachu.
- Podejdź proszę, dawno nikt tu nie przychodził – Amelia nie potrafiła powstrzymać się działaniu „głosu”. Postąpiła więc kilka kroków naprzód.
- Dobrze, teraz spójrz na mnie – rozkazał głos. Amelia odruchowo podniosła głowę, jednak nie ujrzała nic innego jak tylko ciemność, pustkę przed oczyma. Poczuła jednak na ciele lekki, a zarazem stanowczy podmuch. Któż mógł go spowodować?
- Teraz jesteś moja – usłyszała – Oj tak, już czuję moc, którą niebawem pochłonę.
- Jak to pochłoniesz? – spytała nieśmiało. Przez chwilę trwała cisza. Nieznajomy jakby się zdziwił.
- Spojrzałaś na mnie kiedy ci rozkazałem? – głos potwierdził zdziwienie, które sugerowała cisza.
- Nie mogłam cię zobaczyć... nie widzę... – nagle pomyślała, że nie ma obowiązku się z tego tłumaczyć komuś czy czemuś, co nawet nie chciało się jej przedstawić, a teraz milczało.
- Nie widzisz powiadasz... od urodzenia? Możesz mi opowiedzieć o tym? – ciepły ton głosu powrócił, co nie pozwoliło Amelii odmówić. Opowiedziała więc swoją historię. O tym jak straciła wzrok, jak zniknął jej ojciec, o złej matce...
- Mogę ci pomóc – usłyszała, gdy skończyła.
- Pomóc? – powiedziała raczej do siebie. Przecież nikt nie mógł jej pomóc.
- Wyciągnij dłoń, dotknij mnie i powiedz, co czujesz – nakazał „głos”.
Amelia wahała się chwilkę, jednak zdecydowała się i wyciągnęła dłoń przed siebie. Natrafiła na coś twardego, ale jednocześnie delikatnego. „Zimne... ale gładkie...gładkie jak... jak...”
- Lustro? – ucieszyła się, była pewna, że zgadła.
- Bystra z ciebie dziewczyna. Tym właśnie jestem... – Amelia mogłaby przysiąc, że poczuła na zimnej tafli kroplę. Nie była to woda. Amelia znała tą konsystencję. Po jej palcach przebiegła kropla łzy. Cofnęła dłoń.
- Jak możesz mi pomóc? – biła się z myślami, jakiej pomocy może udzielić jej lustro, które samo tkwiło zamknięte w piwnicy.
- Chciałabyś widzieć? – zagrzmiał głos. Amelii zakręciło się w głowie. Od kiedy straciła wzrok, nauczyła się jak sobie radzić, nie przestała jednak nigdy marzyć o widoku zachodzącego słońca, kolorów świata wokół niej. Lustro nie czekało na odpowiedź. Wydawała się ona oczywista.
- Mam mało sił... od lat poluję na szczury omamiając je swoim blaskiem i zwabiając do siebie. Z tobą mi się to nie udało. Proponuję ci układ. Będziesz mi przynosić żywe istoty. Im większe, tym lepsze. Będę pobierać od nich moc, a tobie w zamian przywrócę wzrok. Zgadzasz się? – Amelia nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała.
- Dotknij mnie, potwierdzę swoje słowa – Dziewczyna wyciągnęła dłoń i ponownie dotknęła gładkiej powierzchni lustra. Zdziwiła się – było gorące. W palcach poczuła mrowienie, a ciemność przed jej oczyma wybuchła na chwilę ustępując miejsca oślepiającemu światłu. Cofnęła się gwałtownie i upadła wystraszona.
- Nie bój się. Nie wrócę ci teraz całego wzroku, jestem zbyt słaby.
Światło przed oczyma Amelii zaczęło powoli blaknąć, aż znikło zupełnie. Ciemność jednak nie powróciła. Amelia wyciągnęła ręce przed swoją twarz... wyraźnie widziała zarysowane kontury swoich dłoni.
- Jak... jak to...? – jąkała się.
- Nie pytaj się o nic. Jeżeli chcesz odzyskać wzrok, pamiętaj o naszym układzie. – Amelia nie wiedziała, co odpowiedzieć. Usłyszała jednak dźwięk otwieranych drzwi pokoju matki.
- Muszę iść! Ale obiecuję, że przyjdę! – rzuciła na pożegnanie w stronę lustra, po czym rzuciła się biegiem w stronę wyjścia z komnaty. Widziała wszystkie stopnie. Niezbyt wyraźnie, jakby przez ciemną szklaną butelkę, czy wazon. Ale widziała! Dotarła do miejsca, gdzie zgubiła koszyczek z ziemniakami.
- Teraz się spieszysz? – usłyszała za sobą głos matki. Wiedziała, co ją czeka.
- Przepraszam... – nie dokończyła jednak. Na jej głowę posypały się ciosy zadawane matczynymi pięściami.
- Mało ci? Może ty nie potrzebujesz jeść, ale mnie chyba należy się obiad! – matka z pięści przerzuciła się na pogrzebacz. Amelia skuliła się w sobie i płakała. Nie czuła już nic prócz kropli łez na policzkach.
- Masz pół godziny! – rzuciła na koniec matka, po czym wyszła, zostawiając Amelię płaczącą na podłodze. Łzy zaślepiały dziewczynę. Serce podpowiadało jej, że za niedługo to wszystko może się skończyć, a ona odzyska wzrok. Obiad okazał się wystarczająco dobry, by uniknąć kolejnych razów. Wieczorem Amelia postanowiła znów odwiedzić swojego nowego znajomego. Wyszła na dwór i udała się w stronę kurnika. Widziała ciemny zarys księżyca na niebie. Widziała mgiełkę chmur otulającą wielką, srebrną tarczę. Te wrażenia dodały jej sił. Kurnik znajdował się zaledwie kilkanaście metrów od drzwi frontowych domu. „Ta będzie dobra” – pomyślała chwytając w dłonie tłustą kokoszkę. Czując przypływ niewyjaśnionej radości nie zauważyła nawet, kiedy groźnie wielkie drzwi pojawiły się przed jej oczami.
- Jesteś? – zawołała, a echo zawtórowało jej donośnie. – Przyniosłam ci coś.
- Pokarm? Moc? Siłę? – Zauważyła, że lustro zaświeciło się lekkim niebieskim refleksem. Wyglądało to jak błysk w oku kogoś bardzo zadowolonego lub mile zaskoczonego. – Daj mi to, szybko! Postaw przede mną! – Amelia wykonała posłusznie polecenie.
- Teraz odwróć się – patrząc na przeciwległą ścianę, dziewczyna zauważyła niebieskie światło, potem usłyszała rozkaz skierowany ku biednemu ptakowi, a wreszcie usłyszała jego ostatni pisk.
- Spisałaś się! Tego mi było potrzeba. Ale to wciąż mało. Zbyt mało, bym mógł się wydostać – rzekł zadowolony. Potem długo milczał. Amelia niecierpliwie zaczęła przebierać nogami. Chciała, by tajemniczy znajomy powiedział jej coś o sobie lub, co ważniejsze – przywrócił jej wzrok.
- Pewnie się zastanawiasz, kim jestem? – lustro przemówiło silnym głosem. – Nie mogę ci teraz tego wyjawić. Potrzebuję więcej mocy. Dużo więcej. Będę na ciebie czekać, a obiecuję ci, że odwdzięczę się za przysługi.
Amelia odeszła bez słowa lekko zawiedziona. Kiedy następnego ranka obudziła się, w oczy uderzył ją blask porannego słońca. To dodało jej sił. Przez cały dzień jednak uważała, by nie ujawnić przed matką faktu, że odzyskuje wzrok. Jej matka nie zmieniła się w ogóle, przez te wszystkie lata, kiedy Amelia była niewidoma. Jej szczupła wysuszona twarz miała tak samo zawzięty wyraz jak za czasów dzieciństwa dziewczynki. Jej kościste, ale masywne dłonie, które przecież tak często zostawiały czerwone ślady na jej szyi, wydały się teraz jeszcze straszniejsze niż pamiętała. „Kiedyś to wszystko się skończy” – powtarzała sobie w myśli – „Wtedy będę wolna, będzie lepiej!”.
Wieczorem, podobnie jak poprzedniego dnia, cicho wymknęła się z domu, z chęcią przyniesienia swojemu znajomemu nowej porcji, jak to nazywał, „mocy”. Chciała się dobrze spisać, dlatego tym razem poszła do zagrody i wybrała najdorodniejszą owieczkę ze stada. Pełna optymizmu udała się do tajemniczej komnaty. Owieczka jakby przeczuwając, co ją czeka, przez całą drogę była zdenerwowana i robiła sporo hałasu. Amelia na próżno starała się ją uspokoić. Zwierzę oniemiało dopiero w chwili, gdy niebieski blask lustra zaświecił mu w oczy, a rozkazujący ton głosu nakazał podejść do siebie. Potem był już tylko ostatni, przerażający ryk z gardła niewinnej owieczki. Amelia czuła mistycyzm tej chwili. Kiedy spojrzała na lustro, jaśniało niebieską poświatą.
- Taaaaak... to było bardzo dobre – pochwaliło lustro Amelię. Niebawem czeka cię nagroda. Jesteśmy już tak blisko! – Amelia cieszyła się w duchu. Tak bardzo pragnęła odzyskać wzrok! Mogłaby wtedy opuścić ten niezdrowy dom... uciec z niego! Zatrudniłaby się jako pokojówka gdzieś daleko stąd. A lustro? Razem stanowili symbiotyczny układ. Ona miała odzyskać wzrok, lustro miało pobierać siły witalne ze zwierząt, które mu przynosiła. Tak, to był dobry układ.
- Cieszę się, że cię nie zawiodłam... i że odzyskujesz siły – dodała myśląc bardziej o sobie i swoim wzroku.
- Już niedługo, już niedługo... – głos lustra był cichszy, wydawałoby się, że trawi ofiarowaną mu moc. Amelia usiadła na podłodze i czekała. Jej myśli błądziły wokół jej marzeń. Widziała siebie w jakimś zadbanym domu. Słyszała pochwały od państwa, którzy ją zatrudnili. Widziała świat, który był na wyciągnięcie ręki. Powoli zaczynała wpadać w letarg, buszując wśród swych myśli. Nie zauważyła więc kiedy ktoś wszedł do komnaty i oparł się o drzwi.
- Co tu robisz? – skrzeczący głos jej matki wyrwał ją z otępienia – Niedobra dziewucho! Odkryłaś tajemnicę lustra? Widać chcesz skończyć jak twój ojciec! – na dźwięk tego słowa Amelia zadrżała... „Ona go zabiła... zaserwowała dla lustra obiad z taty...” - kołowało jej się w głowie. Nie mogła w to uwierzyć. Czekała tylko, aż ją ktoś uszczypnie, a ona wyrwie się z tego snu. Ślepa, czy nie – chciała tylko stąd uciec.
- Chodź no tu ty mała wszawa łachudro! – matka rzuciła się w jej stronę. Amelia szybko doszła do siebie. Nie miała zamiaru uciekać. Tyle lat była dręczona, bita i poniżana. Dlaczego teraz miałaby się zlęknąć? Matka dobiegła do niej i chwyciła za sukienkę w swoje kościste szpony podnosząc dziewczynę do góry.
- Teraz pożałujesz! Tak mi się odwdzięczasz za dach nad głową?! – matka kipiała ze wściekłości. Jej oczy nabrzmiały krwią, a cała twarz napuchła z gniewu. Amelia odważnym wzrokiem spojrzała na nią.
- Panie, twój obiad przyszedł! – krzyknęła i zamknęła oczy, nie wiedząc nawet dlaczego właśnie w ten sposób zwróciła się do swojego tajemniczego znajomego.
- Ach, doprawdy? Zacna z ciebie dziewczyna – odrzekło lustro zadowolonym tonem. Matka Amelii odruchowo spojrzała w stronę opalizującej naprzeciw niej lustrzanej tarczy. Co się potem stało? Dziewczyna pamiętała, że upadła na podłogę, lekki powiew omiótł jej włosy, potem rozkazujący ton... a na końcu to, na co najbardziej czekała - rozdzierający krzyk jej matki. Gdy się podniosła, lustro jaśniało przeszywającym niebieskim światłem.
- Podejdź do mnie. Jestem już wystarczająco silny by móc wypełnić naszą umowę – Amelia podeszła i wyciągnęła dłoń ku gorącej powierzchni lustra. Czuła pieczenie palców. Nie zważała jednak na ból, skoro wreszcie miała odzyskać wzrok. Znajome mrowienie rozeszło się po jej dłoni, a w końcu opanowało całe ciało. Upadając, usłyszała metaliczny trzask.
- Dziękuję... – nie widziała nic. Białe światło zaślepiało ją.
- Panie? – krzyczała. Nie otrzymała jednak odpowiedzi. Kiedy białe światło ustąpiło, rozejrzała się wokół. Jej zupełnie już sprawny wzrok zwrócił się w stronę lustra. Nie jaśniało już. Z obawą podeszła bliżej. Przez środek lustra biegła cienka linia. Pęknięcie. Amelia podniosła głowę i spojrzała ku sklepieniu. „dziękuję” – pomyślała, po czym udała się na dwór, gdzie właśnie wschodziło piękne jesienne słońce.