Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Wspomnienie

edurill ·

Fragment „dziejów i legend prawdziwych”, spisany przez Draga, który wraz z pomocą poetycką przyjaciela swego, Grubila, spisał historię pod tytułem:

Wspomnienie


Było to dawno, przed wieloma laty,
Kiedy człek szczupły, wysoki, brodaty,
Spisał dzieje, wielkie, smutne i przerażające,
Które dzisiaj Drag i Grubil, podają wam gorące,
Uważaj Czytelniku, gdyż opowieść ta o sytuacji,
W której bardzo mało dostojeństwa i gracji,
Lecz żalu i strachu, i może morału,
Który Czytelniku, wyciągniesz, pomału.

***
Wszyscy mieszkańcy lasu, bez wyjątku, poczuli nagle ogrom zgrozy i strachu. Fala zimna przeszyła las, a co poniektórzy wyszli z domostw, by zobaczyć, czy czasem coś złego się nie wydarzyło. Mimo to nie dostrzegli nic, prawie nic, gdyż jedynie cień tego, co złe, było widać stamtąd, z dołu. Noc była nadzwyczaj mroczna. Żadne pochodnie się nie paliły, nawet świece same pogasły w domach, jakby nagły lodowaty wiatr przedarł się przez drewniane ściany i słomiane lub liściane dachy. Mrok panował całą swą wielkością, gdyż nawet w wieczornej rosie, która przecież zawsze tak pięknie nocą się skrzyła, nie można było dostrzec blasku. Gwiazdy świeciły, co prawda mocno, mimo to nie dawały dużo światła. Były za to bardzo wyraźne i jakby straszne. Księżyc, niektórzy poczęli szeptać, niby skrył się gdzieś w koronach drzew, bo żadnej chmurki na niebie nie było, za którą mógłby uciec. Nie było również księżyca. Po wszystkich ciałach rozlał się lęk, który po chwili wybuchając, zmusił mieszkańców lasu do przeraźliwego krzyku. Powodem tego okrutnego przerażenia było coś, co zasłoniło gwiazdy, coś, co swym cieniem było czarniejsze od nocy. Coś wielkiego, ogromnego, budzącego wątpliwości i zaciemniającego umysł. Nagle dwa, iskrzące się złowrogim, czerwonym światłem ślepia wpłynęły na niebo. Były one niczym złe gwiazdy, o kształcie jednak innym. Płaskie i szerokie rozświetliły niebo, a mieszkańcy lasu wpatrując się w nie, tracili nadzieję, wszelką nadzieję, na cokolwiek dobrego. Tonęli w ich niezmierzonej głębi i z okrutnym strachem stwierdzali, że nie mogą oderwać wzroku od tych dwóch punktów gorejących na niebie. Nagle zerwał się ogromny wiatr i uderzając w twarze stojących marów, napełnił ich jeszcze większym strachem. Postacie dostrzegły na niebie zarys skrzydeł, które unosiły się i opadały spokojnie, niczym falująca woda. Każdy, nawet najlżejszy ruch tych poszczerbionych skrzydeł, powodował powstanie wiatru wielkiej potęgi. Wkrótce potem, owo stworzenie płynące po niebie, uniosło się do góry, tak wysoko, że ledwie było już je widać, zaś po chwili wydarzyło się coś jeszcze gorszego. Oto nagle, ponad zebranymi, rozbłysnął płomień ognia. Nie był to jednak zwykły płomień. Długi, czerwony jęzor pojawił się w powietrzu i był podobny do ostrza miecza. Wszyscy krzyknęli. Jeden po drugim poczęli padać na ziemię. Kto dzierżył ten przeraźliwy płomień, z którego światło było tak silne? Pomimo wysokości, wszyscy dostrzegli postać w kapturze. Dosiadała ona stworzenia, którego to czerwone ślepia, wcześniej były widoczne. Sam widok zakapturzonej postaci, zdawał się być niczym zapowiedź niechybnej śmierć każdego z zebranych. Zaś wszyscy zapragnęli tylko jednego, by znaleźć się jak najdalej stąd, jednak pomimo tej chęci nikt nie był w stanie się ruszyć. Byli zahipnotyzowani. Oczy pozachodziły im już łzami, które zamiast koić, piekły, potęgując siłę bólu. Niebawem miała nadejść ulga. Płomień zgasł, a zakapturzona postać wraz z dosiadaną przez siebie maszkarą opadli ze straszną szybkością w dół. Gdy zły omen odszedł, wszyscy padli na ziemię i mimo wielkiej ulgi, którą odczuli, strach i przerażenie na długo jeszcze w nich pozostały. Okres zwątpienia i beznadziei nie przestawał tlić się w sercach marów. Lata jednak mijały i o owym zdarzeniu w końcu prawie zupełnie zapomniano. Opowieść ta stałą się legendą, złagodniała, ale oto przyszedł czas, kiedy marowie, zostali zmuszeni do powrotu ku wspomnieniom, które na zawsze zostawiły po sobie nieuleczalną bliznę
We wnętrzu knajpy panował półmrok. Ogień tańczył w kominku zachęcając, by usiąść jak najbliżej niego. Nikt jednak tamtej nocy nie miał na to ochoty. Wszyscy, a było ich wielu, oddalili się od światła i zasiedli w najciemniejszym kącie. Karczmarz podał im grzanego piwa, i że nie było nikogo więcej do obsługiwania, sam wziął kubek dla siebie i przyłączył się do zbieraniny. Marów zebranych w środku było na tyle dużo, że połączono dwa stoły i dostawiono ław. W środkowej części jednej z nich, usiadł najstarszy w gronie mar. Reszta ze skupieniem wpatrywała się w niego i czekając, co się stanie maczała usta w piwie. Wysoki sufit pomieszczenia zdobiły wyryte w drewnie wzory, a przymocowane do ścian świece, milczały, prosząc o ich zapalenie. Nikt jednak nie potrzebował więcej światła. W końcu atmosfera zrobiła się na tyle ciężka, że pewien mar nie wytrzymał i zabrał głos:
-Dawno to było, nie powiem. Tak dawno, iż ostatni z tych, którzy widzieli owo zdarzenie, już nie żyje. A jednak wszyscy znamy tę opowieść.
-Jakbyśmy mogli jej nie znać? – Zapytał z drwiną w głosie kolejny mar, który po kolejnym łyku miodowego piwa, mówił dalej – Przecież było to jedno z największych wydarzeń historii lasu. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się, by coś tak strasznego, nawiedziło naszych przodków. Nas. Nawet gdy ktoś próbuje spisać tamte dzieje… Ech… Sami wiecie jak jest ciężko. – I wziął kolejny łyk.
-Niestety. – Rzekł ktoś inny ze łzami w oczach – Mój ojciec umarł, pisząc piórem to, co jego dziadek mu dyktował. Po skończeniu opowieści ojciec mój, Girli, padł na ziemię, i już nigdy z niej nie wstał. Karta, na której wszystko było spisane, spłonęła, a dziadka trudno było wyratować od śmierci.
Do karczmy wchodziło coraz więcej ciekawskich. Wszyscy siadali wokół dwóch połączonych stołów, by dołączyć się do rozmowy, która z czasem przerodziła się w naprawdę straszną opowieść. Choć każdemu słowa przechodziły przez gardło z wielką trudnością, każdy chciał wyrazić swoje zdanie. Wszyscy byli przygnębieni. Głosy rozbrzmiewały powagą. Karczmarz dolewał piwa i dokładał drew do kominka. Noc była wilgotna i cicha, a w powietrzu unosiła się napięta atmosfera. Od ostatniego wydarzenia, mającego miejsce dwa dni temu, serca marów nie odzyskały jeszcze zupełnego spokoju, lecz miodowe piwo rozgrzało je. Przyjaciele zaś pocieszyli się nawzajem.
-Słyszałem, że zarówno to stworzenie, które pojawiło się lata temu, jak i to ostatnie było norlidem. Choć ciężko mi uwierzyć, by taki potwór istniał na świecie. – Odezwał się jeden z marów, siedzący obok najstarszego.
-Tak norlidy… Słyszałem, choć jest to nasza nazwa. W innych językach te maszkary nazywały się jakoś inaczej.
Po tych słowach dyskusja rozgorzała na nowo. Lecz powstały przez to szum, przerwał najstarszy z zebranego grona:
-Smok, który u nas zwie się norlidem, może być agresywny. Jest to jednak szlachetne stworzenie. To, przy których nasze ciała zdrętwiały, a umysły zasłoniła ciemność, szlachetnym nie było. – Wszyscy wysłuchali go milcząc i wpatrując się w niego. Był z nich najstarszy, uchodził za najmądrzejszego, a że odzywał się rzadko i dużo nie mówił, taka przemowa zrobiła na nich duże wrażenie. W sercach podziwiali jego mądrość i rozważność. Milczał przez cały czas słuchając innych, samemu niewiele mówiąc. Niektórym z zebranych wydawało się, iż to właśnie oni wywarli największe wrażenie na innych. A tymczasem starzec odezwał się raz i nikt nie śmiał się z nim nie zgodzić.
Karczmarz pociągną łyk piwa i odchrząknął sobie. Rozbudziło to wszystkich, którzy ciągle patrzyli na poważne, lecz ciepłe oblicze najstarszego z nich. On zaś obrócił się znowu w kierunku siostrzeńca. Jego siostrzeniec – Tylir był młodym, 73 letnim marem. Trzymał przed sobą potężne dłonie, w których wielki kubek pełny piwa wydawał się leciutki i mały. Czarne włosy spadały mu na ramiona. Patrzył po izbie mrocznymi, inteligentnymi oczami, a blask ognia w kominku padał na jego gładką i przyjazną twarz, nadając jej większej jeszcze urody. Rzeczą, która również dodawała mu uroku, był lekko garbaty nos, zaś krzaczaste, czarne brwi biły powagą. Każdy widział w nim przewodnika, był w końcu siostrzeńcem Edura. Tors Edura przykrywała zielona bluza, na niej zaś mar miał narzuconą skórzaną kamizelkę. Tak jak Tylir, miał czarne włosy. Splecione z tyłu, opadały mu na plecy. Miał już 549 lat i był dużo starszy od matki Tylira. Nie był oczywiście najstarszym w Fosturze, a co dopiero w całym Marveru, lecz prawdą było nieuniknioną, że nie był młody.
Pomimo późnej nocy, marów w karczmie nie ubywało. Wręcz przeciwnie. Niektórzy słysząc głosy i widząc lekkie światełko za szybami karczmy, wchodzili do środka i przyłączali się do rozmowy, która zeszła na temat zdarzenia sprzed dwóch dni.
- Tak naprawdę legenda o pojawieniu się tamtego stwora, kiedyś wydawała mi się wymyśloną baśnią. Jednak dwa dni temu, przekonałem się o prawdziwości tej historii. Każdy z was to przeżył. Całe szczęście, że działo się to w nocy. – Zaczął swoją opowieść pewien niski mar, który wypiwszy już parę piw, opowiadał czkając, co chwilę i wyłupiając na wszystkich oczy – Sen z początku miałem dobry. Spałem nie śniąc o niczym, gdy nagle dotknęło mnie okrutne przerażenie. Obudziłem się z krzykiem. Było mi strasznie zimno, jakby całe ciepło i dobroć zostały ze mnie wyssane. Wybiegłem przed dom i rozejrzałem się dookoła. – Czkną po raz kolejny i rozejrzał się po karczmie, próbując zobrazować ową noc innym, po czym kontynuował – Obraz mazał mi się przed oczami, a jedyne co widziałem, to pełno różnych sylwetek stojących na ziemi. Myślałem, że to sen, lecz cierpiałem z powodu zimna, i powiadam wam, taki okropny ból mnie przeszywał, który przyśnić się nie może. Spojrzałem w górę i dostrzegłem wyraźne kontury ogromnego i plugawego stworzenia. Na szczęście jednak, na potworze tym nie było żadnego jeźdźca, tak jak mówi legenda, a żaden godzący w duszę ogień nie zapalił się. – Nagle jednak opowiadającemu alkohol mocniej dał się we znaki, bowiem zaczął prawić tak:
-Ogarną mnie zaraz potem straszliwy gniew i poczułem, że muszę ugodzić tego, którego sam nie wiem, jak już mam nazwać. Wtedy też pobiegłem do domu po łuk, podpaliłem strzałę i począłem szyć w straszydło. Nie trafiłem. Mimo to, dokładnie zobaczyłem…
Lecz nie zdążył skończyć, ponieważ przerwał mu Edur:
-Zmyślasz. Za dużo żeś wypił. Nie ty, lecz kto inny strzelał z łuku i wcale nie po to, by zranić cokolwiek. Czyż nie, Tylirze?
Po tych słowach wszyscy spojrzeli ze zdumieniem na Tylira. Ten jednak nie odzywał się i podobnie jak wuj, milczał, wsłuchany w trzask drewna w kominku. Karczmarz po raz drugi już wstał, napełniając na nowo wielkie kubki piwa. Jednak nie odwróciło to uwagi zebranych marów i wszyscy wciąż wlepiali spojrzenia w sylwetkę siostrzeńca Edura. Każdy w duchu myślał o Tylirze, jako o kimś pełnym blasku i potęgi. Był on wielki i czasem może nawet straszny, lecz wnętrze wypełniała mu dusza wielkiej mocy i szlachetności. Po słowach Edura, mar, który uprzednio opowiadał swoją historię, zaczerwienił się jeszcze bardziej. Wcześniej bowiem i tak był już bardzo czerwony, od ilości miodowego piwa, którą wypił. Nie czuło się po nim w ogóle goryczy, a jedynie słodycz miodu, co sprawiało, że można było je pić bez końca. Wcześniejszy mówca również darzył Tylira przyjaźnią i trzeźwiejąc na tę jedną chwilę, powiedział do niego:
- Przepraszam cię bracie, nie chciałem cię urazić – Odbiło mu się nagle mimo woli, – Ale byłbym ci wdzięczny, jeżeli mógłbyś nam wytłumaczyć, jak to się stało, że byłeś wstanie wziąć za łuk i wymierzyć do potwora. Czy nie nękała cię słabość?
Tylir spoważniał. Bał się opowiadać historię, wiedząc, co przytrafiło się innym, próbującym tego dokonać. Ale zrobił to:
-Mimo obaw powiem wam, co działo się ze mną tamtego wieczoru. – Po pierwszych słowach, wszyscy rozsiedli się najwygodniej jak tylko mogli i wzięli do rąk nowo napełnione kubki. – Dzień chylił się ku zachodowi. Biała twarz staczała się powoli za horyzont, zerkając ostatnimi promieniami na świat. Od początku nękały mnie złe przeczucia, a serce biło coraz szybciej w miarę jak czyniła się noc. Wszyscy szybko posnęli, zmęczeni sami nie wiedząc, czym. Mnie również morzyła senność, lecz okiełznałem ją i zasiadłem przed ławą kładąc głowę w dłoniach, a łokcie opierając o blat. Siedziałem tak przez długi czas. Chwile te, mimo swojej długości, zleciały mi szybko, jakby nagle czas przyspieszył. Być może tamtego dnia spieszyło się wieczorowi, by usłać niebo barwami mroku i ciemności. A zarówno w tę, jak i w legendarną noc, po księżycu nie było śladu. Po jakimś czasie jednak, zaczęło czynić się gorzej. Chwile te, w przeciwieństwie do poprzednich, teraz dłużyły się niesamowicie i wydawać by się mogło, że jedna minuta trwała jeden dzień. Byłem strasznie zmęczony, otumaniony i śpiący, jednak nie poddałem się. Mozolne oczekiwanie zdawało się trwać w nieskończoność, gdy nagle rozbudziłem się zupełnie, a wydało się to takie proste, że aż się dziwiłem, czemu nie zrobiłem tego wcześniej. Później zdałem sobie sprawę, dlaczego tak się działo. Otóż zasnąłem i nawet nie wiedziałem, kiedy. Ale czy możliwe jest, by sen mi się dłużył? Musiał to być jakiś koszmar, choć ów jak się później zorientowałem, miał dopiero nastąpić. Rozejrzałem się dookoła. Było tak ciemno, że niczego nie mogłem dojrzeć, a w tamtej chwili umysł odmówił mi posłuszeństwa i nie byłem sobie nawet w stanie przypomnieć, w jakim znajdowałem się pokoju. Błądziłem, na próżno szukając czegokolwiek. Wydawałoby się, że nagle wszystkie przedmioty poodsuwały się ode mnie, robiąc mi tym samym na złość. Nagle usłyszałem kroki. Mnóstwo różnych kroków. Jedne odbijały się zagłuszonym przez ściółkę echem, inne wyraźnie było słychać na drewnianej podłodze. Dojrzałem zarysy sylwetek za oknem. Wszystkie z nich zmierzały w tym samym kierunku. Niektóre się zatrzymywały i podnosiły głowę do góry, inne szły dalej. Również w obrębie mojego domu, doszły mnie dźwięki zbliżających się postaci. Był z nimi także Edur. Wszyscy zamroczeni, na ślepo podążali do miejsca, którego, choć jeszcze o tym nie wiedzieli, nie chcieli ujrzeć. Poruszali się z otwartymi oczami, które błyszcząc wśród mroku, rzucały spojrzenia pełne szaleństwa i bezradności. Mimo oporu wywołanego strachem, ciała kierowały się na zewnątrz. Potęgowało to panikę, lecz nie było krzyków. Wręcz namacalna cisza wypełniała las. Drzewa zaprzestały mruczeć, wiatr, szeleścić. Zwierzęta zamilkły. Nie wiem jak zdołałem oprzeć się ciemności, która padła na umysły moich najbliższych, moich przyjaciół, pobratymców. Wkrótce jednak i ja począłem poddawać się hipnozie. Bezwładnie zacząłem zmierzać, tam gdzie wszyscy. Nagle jednak coś w środku mnie, wybuchło falą ciepła i trzeźwości. Po omacku dotarłem do kominka i wykrzesałem krzemieniami ogień. Światło było znikome, rzec jednak muszę, iż pośród wszechobecnego mroku, niechybnie kontrastowało ukojeniem i spokojem. Podpaliłem pochodnię i rozejrzałem się dookoła. Drzwi na zewnątrz widniały z lewej strony. Nie były one jednak, tak jak zawsze, oknem na świat. Prowadziły, bowiem w zastępy mroku. Tak strasznej ciemności jeszcze nigdy w lesie nie miałem okazji widzieć. Ciężko w ogóle powiedzieć, bym ją widział. Nie. Nie widziałem mroku i czerni. Widziałem przerażenie, chłód i ból. Widziałem to tak dokładnie, że teraz wspominając to sobie, cierpię. Drzwi nie przypominały mi już wyjścia do ogrodu, bijącego pięknem róż i tulipanów. I choć stały otwarte, tego, co za nimi, nie było widać. Można by pomyśleć, iż wchodząc w nie, nie ma nadziei na postawienie następnego kroku. Bałem się tego zrobić, gdyż bałem się, iż za nimi czyha przepaść, niekończąca się, pełna strachu i wiecznej męki. Po zapaleniu pochodni, wszystko, co drżało wokół nienawiścią, zwiększyło swą siłę. Zrobiło to, ponieważ chciało zwalczyć światło - jedyne dobro dookoła. W powietrzu unosił się lęk. Czułem również bezsilność, która bezradnie wypływała z duszy zahipnotyzowanych marów. Gdy wykrzesałem ogień, drzwi stały się jeszcze wyraźniejsze i straszniejsze, lecz niektórzy, mimo, że nie chcieli, wchodzili w nie. Nawet Edur nimi podążył. Wszyscy mieszkańcy mojego domu również. Na wprost mnie zwykłe i niepozorne meble oraz naścienne malunki, przybierały obrzydliwie straszne kształty. Kapelusz zawieszony w rogu pokoju, wydawał się być twarzą czyhającej na mnie postaci, pragnącej zabić i okaleczyć wszystkie moje dobre uczucia i wspomnienia. Wziąłem pochodnię i przezwyciężając samego siebie wyszedłem przez drzwi. Gdy stawiałem pierwszy krok wszystkie wspomnienia przemknęły mi przez głowę, jakbym gotował się na śmierć. Bałem się, iż za chwilę spadnę w przepaść. A jednak nie spadłem. Pod gołymi stopami poczułem trawę. Spojrzałem w dół, przyświecając sobie pochodnią. To, co ujrzały moje oczy, zdało się koszmarnym snem, jaki nawiedza jedynie w godzinach największego niepokoju. Cała trawa była oszroniona. Dopiero, gdy odpędziłem od siebie mrok, jaki co chwilę rodził się w moim umyśle, poczułem zimno, przeszywające moje kończyny. Na wskroś zostałem zraniony przez ten lodowaty sztylet słabości i omdlenia. Myślałem, że za chwilę padnę. Mimo to siła utrzymująca mnie przy trzeźwości, na złość mi, chciała, bym jak najdłużej trwał w zmęczeniu i przygnębieniu. Podniosłem pochodnię znowu przed siebie i zobaczyłem jak mój oddech po chwili, zamienia się na mrozie w parę. Coś okropnego musiało nastąpić, że takie zimno ogarnęło i przykryło las swym plugawym cielskiem. Nie dałem się jednak zwieść temu samemu zaćmieniu, jakie ogarnęło resztę marów. I mimo, że i ja, zdawałoby się, szedłem w tym samym kierunku, to niosłem ze sobą ogień. Ciepły i kojący. Próbowałem dojrzeć, co było dookoła mnie. Nie zdołałem. Mgła opadła na las okrywając go i raniąc. Nagle przede mną przeszedł nieznany mi mar. Zatrzymałem się przerażony, choć on nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Poszedł dalej, a gdzie ja miałem iść? Nie wiedziałem. Na szczęście dla mnie, świadomość, iż nie wiedziałem, co począć, z pozoru normalna i bezsensowna, okazała się zbawienna. Mogłem przecież sam zdecydować, co ze sobą zrobić. Byłem wolny. Poczułem pod sobą topniejący szron. Ciepło znowu biło ode mnie, a ogień zdawał się mocniejszy, swymi jęzorami walcząc z mrokiem. Postanowiłem pójść za marem, który przekroczył mi drogę. Szedł on równym tempem, dość wolno. Ruszyłem za nim, rozglądając się nerwowo dookoła, bojąc się o siebie. Ten przede mną pewnie też się lękał, lecz miał zniewolone ciało i nie mógł nic zrobić. Drzewa po obu stronach stały ścianą, chyląc gałęzie w naszą stronę. Łaknęły światła i ciepła, bijącego od mojej pochodni. Nie zatrzymałem się jednak, by im jej użyczyć. Nieba nie było prawie widać. Jedynie lekkie westchnienia światła spod gwiazd, docierały do oczu. Nagle mar zatrzymał się. Mgła ustąpiła, odkrywając polanę, na której się znaleźliśmy. Ujrzałem zjawisko, wydające się tak śmiertelnie przerażającym, że aż niemożliwym. Czułem się, jakby cała nadzieja i radość uleciała ze mnie. Na polanie widniały setki marów. Wszyscy wyglądali tak samo. Stali wyprostowani z opuszczonymi rękoma i głowami podniesionymi do góry. Chodziłem wokół nich z pochodnią. Nawet nie zareagowali. Patrzyli szalonym wzrokiem do góry. Po policzkach ściekały im łzy. Drżeli, otwierając usta do przerażającego krzyku, lecz żaden dźwięk nie był w stanie wyrwać się spod tego strachu. Mieli zniewolone ciała. Nie byli zdolni uczynić czegokolwiek, nawet mrugnąć. Twarze wykrzywiały im się w okropne kształty. Drzewa majaczyły, a ja przecierałem sobie oczy, raz po raz, gdyż zdawało mi się, iż owe piękne i zielone istoty, nagle pomarły. Wszyscy, bowiem zaczęli padać na ziemię z głuchym stukotem, zaś oczy, pozostawały im otwarte. Dostrzegłem ruchy na niebie, i stamtąd też usłyszałem dźwięk. Nagle coś mnie pchnęło i pobiegłem ile miałem sił i odwagi, do domu, po łuk. Wziąłem strzały i wróciłem. Podpaliłem jedną z nich i wystrzeliłem w górę. Długo leciała, gdy nagle, ku mojemu przerażeniu, ujrzałem najplugawszą maszkarę, jaką tylko mogłem sobie wyobrazić. Ogromna, ciemniejsza od mroku, sunęła po niebie. Nie miała jeźdźca, który mógłby dzierżyć ogniste ostrze. Dwa wielkie postrzępione skrzydła to opadały, to unosiły się. Ogon wił się w ciemnościach, niczym wąż sunący po ziemi. Wypuściłem kolejną strzałę. Starałem się jednak nie ugodzić bestii. Tym razem chciałem zobaczyć jej łeb. Podpalona strzała pomknęła poprzez noc. Udało się. Nie był to jednak powód do radości. W tym samym momencie, kiedy pocisk przeleciał obok głowy, monstrum, jego pysk odwrócił się w moją stronę, a był to widok obrzydliwy. Myślałem, że za chwilę padnę, wymiotując. Uwieńczeniem długiej, tak samo jak i ogon, szyi stworzenia, był długi, płaski i duży łeb. Dwa ciemne wgłębienia były, jak pomyślałem, miejscem na oczy. Po tamtych jednak nie było śladu. Umazane czarną krwią dwa dołki wydawały się być wynikiem bolesnego okaleczenia, ja jednak nie żałowałem tamtego stwora. Nad zakrwawionymi bliznami widniały dwie zrogowaciałe wypustki. Zdołałem zobaczyć tylko tyle, gdyż strzała szybko przeleciała. Stało się jednak potem coś, co nie powinno. Para ślepi rozbłysnęła w górze. Czerwonych, przeszywających bólem i kaleczących dusze. Potem, oczy zwęziły się. Przestraszyłem się ich. Wydawałoby się, iż stwór mnie dostrzegł. Szybko zgasiłem pochodnię i ugodzony jego gniewem, padłem na ziemię nieprzytomny. Jednak zanim moje ciało dotknęło ziemi, przewinęło mi się przez głowę pytanie:, Lecz jak? Jak te oczy…? Upadłem, z głuchym stukotem, na powoli ocieplającą się ściółkę. Zbudziłem się następnego dnia. Miałem nadzieję, że to wszystko było tylko koszmarnym snem, ale leżące dookoła ciała, mój łuk i pochodnia przypomniały mi o prawdziwości poprzedniej noc. Wziąłem to wszystko, nie budząc nikogo, prócz Edura i pomagając mu iść, dotarliśmy do domu. Zagrzałem sobie i jemu ziół i milcząc, zasiedliśmy przy stole. – Tylir odetchną bardzo głęboko. Gdy rozejrzał się po karczmie dostrzegł, iż było w niej o wiele więcej osób, niż w momencie, gdy zaczynał opowieść. Wszyscy patrzyli się na niego w osłupieniu, nie potrafiąc wyksztusić ani słowa. Na chwilę nawet drewno przestało trzaskać w kominku. Wszyscy zamarli i nikt nie ośmielał się na jakikolwiek dźwięk. Edur, jako jedyny, siorbiąc piwo, kiwając głową i mrużąc oczy, patrzył dumnie na siostrzeńca. Co poniektórzy przełknęli głośno ślinę, chowając twarze w dłoniach, i przypominając sobie straszną noc.
I właśnie w tym momencie stało się najgorsze, a Tylir uświadomił sobie, że nie powinien opowiadać zdarzenia. Nastąpiło coś, co nie powinno. Czas jakby zwolnił. Dreszcz przeszedł Tylira, a twarze jego przyjaciół, twarz Edura, wszystkie one wydłużyły się, otwierając usta do krzyku. Zapanował mrok, ogień zgasł, a lodowaty wiatr wybił szyby w oknach. Nagle Tylir usłyszał oddalone nawoływania, głosy: przeraźliwe, umęczone, wprawiające mara w nastrój przygnębienia, wołały go z otchłani mroku i strachu.
Jakaś okropna siła nakazała dachowi wzlecieć do góry i rozsypać się głucho na miliony części. Na niebie Tylir nie ujrzał nic. I to było najgorsze, ponieważ tak wielka pustka i smutek biły z góry na niego, że sam podpadł w te uczucia i stracił już nadzieję, nadzieję na cokolwiek. Zanikła mu pamięć. Czuł się jak opętany umysł, próbujący uciekać, lecz nie mogący sterować ciałem. Chciał zamknąć oczy. Nie mógł. Chciał wydrzeć się, krzyczeć. Nie mógł. Chciał płakać, ale tego także nie zdołał uczynić. Nie chciał się bać, lecz tylko to było mu dane. Zamknięty w ciasnej klatce karczmy, wił się podobnie, jak zwierz wije się w więzieniu u swego pana. Nie chciał takiego losu. Był tak samo uwięziony w budynku, jak obecnie jego umysł we własnym, niechcianym ciele. Przed nim zaczęli pojawiać się jego dawni przyjaciele, dawni, gdyż teraz jako demony kroczyły ku niemu, by wydrzeć mu jego ostatnie dobre wspomnienia, ciepły, piękny, usłany zielonym mchem las. Wonne łąki, i codzienne przechadzki po Zielonej Alei, aż do Głębokiego Stawu. Podeszli do niego i zaczęli obierać go paznokciami ze skóry. Powoli drapali mu ciało, lecz on nie był w stanie uronić nawet łzy. Płakał w umyśle. Było mu tak ciężko…. Nie mógł zrobić kompletnie nic. Przeszywał go okropny ból. Już nie pamiętał dobrych chwil. Myślał, że taki się urodził, w tym miejscu, którego już nazwy nie pamiętał, cierpiący i porzucony przez bliskich. Napastnicy powoli zadawali mu cierpienie, jakby był jedynie obieranym z farby włóknem. Nie śpiesząc się, sprawiali mu ból, długimi pazurami obdzierając z niego skórę, pozbawili go również świadomości tego, że to ciało, kiedykolwiek należało do niego. Tylir, lub być może to, co po Tylirze, siostrzeńcu Edura, zostało, nie widział swoich oprawców. Zbyt wielki mrok wziął las w swe władanie, aby on mógł cokolwiek dostrzec. Okropna była to kara, którą bestia przestworzy i piekła wymierzyła Tylirowi za strzały, które w stwora wymierzył, za odwagę, którą ważył się haniebnie sprzeciwiać woli demona, a wreszcie, za zuchwałość, z jaką według potwora, opisywał zdarzenie. Była również pewna tajemnica, która łączyła Tylira z maszkarą. Jednak tej, nawet on sam nie znał. Zbyt wielkie katusze przeżył Tylir, by móc choćby błagać o litość; nie miał siły błagać. Lecz mógł nadal cierpieć. I tak, zamiast będąc wreszcie zbawiennie zabitym, on został nagle zostawiony samemu sobie, by jak najdłużej cierpieć katusze. Po długiej chwili, która umęczonemu wydała się wiecznością, na niebie machnęły skrzydła, a czarny, nie znający przebaczenia czy litości stwór, zjawił się, by Tylira stracić. Nie chciał mu jednak sprawić ulgi, zrobił, więc rzecz tak podłą, iż mało który mag czy mędrzec żyjący na ziemi, mógłby sobie wyobrazić. Tylir umarł, a oddalając się duszą od swego ciała, przeniósł się w pewne miejsce, którego nie znał.
Obudził się ciężko dysząc. Już wykrzesał w sobie skrę nadziei, już się podnosił i czuł, że będzie szczęśliwy, kiedy spoglądając na swoje ręce, spostrzegł, że są niemiłosiernie okaleczone. Okręcił się dookoła. Spuścił wzrok na poranione stopy: ból znowu wstąpił w niego. Zdał sobie sprawę, że był w jakimś wielkim lesie, pokrytym mgłą. Las ów wydał mu się tak bardzo melancholijny, że aż przygnębiający i smutny. Nie noszący w sobie choćby jednej iskry dobra i ciepła. Wiedział, że osoby, które tu trafiają, są pogrążone. Zaczął biec. Biegł i biegł, w rozpaczy, prosząc o jakiekolwiek zbawienie. Po wielkiej podróży, jaką wykonał, widział już, że z tego miejsca nigdy nie wyjdzie. Wiedział, że otaczające go zastępy mgły, będzie musiał oglądać przez wieczność. Nie miał powiek, więc nie mógł zamknąć oczu, mógł je jedynie schować w dłoniach. One zaś, bolały go koszmarnie. Szukał czegoś, co mogłoby skrócić jego mękę. Jedyne co znalazł, to ostro zakończony kij, leżący na ziemi. Próbował się nim zabić, gdyż nie chciał zostać w tej pustej krainie na wieki. Niejeden raz przebił się na wskroś, zadając sobie ogromny ból, lecz mimo cierpienia wielkiego, umrzeć nie zdołał.

Smutna to opowieść i z końcem jest tragicznym,
Lecz treścią i prawdą dziełem historycznym,
Bo, mimo, że Tylir, nie zawinił przecie,
Demon ciemności, co zabił własne dziecię,
Skarał go wielce, za czyn bardzo niewinny,
Odbierając mu radość i szczęście chwil dziecinnych,
Specjalnie sprawiał, by cierpienie się dłużyło,
A Tylirowi już żadne, co słodkie nie marzyło,
A potem, gdy na chwilę oddał mu nadzieję,
Odebrał ją zaraz będąc złym złodziejem,
Zostawiając cierpiącego na męki nieskończone,
W krainach, co zawsze będą zamroczone,
Przez mgłę białą, straszną, co spowija biedaka.
Opowieść ta zdarzyła się akurat taka,
By pokazać, że czasem ktoś podły bez powodu,
Próbuje drugiego zawieść aż do grobu.

Marowie – istoty, podobne do ludzi, przewyższające ich znacznie wzrostem. Często się garbili, nie było to jednak wynikiem choroby, a przyzwyczajenia. Mało kto pamiętał za owych dni o marach, których zwano również marverlikami, lecz ich kultura była zaiste wysoka. Mieszkali w Wielkich Lasach, zwanych Marver.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...