Wyklęty
Miasto to żyje a raczej żyło z handlu i eksportu biżuterią oraz przyprawami takimi jak imbir czy bazylia. Moja rodzina należała do bogatszej ludności miasta, mama handlowała materiałami, jedwabiem i innymi.
Mój tata natomiast był i chyba jeszcze jest rycerzem pod przewodnictwem kapłanów Heironesa. Tata którego imienia już nie pamiętam chciałby bym został tak jak on palladynem lecz nie moim powołaniem jest walka, nie moją drogą służenie. Nie ukrywam podziwiałem go ale tagże dziwiłem mu się że chce służyć innym,myślałem czy nie dołączyć do zakonu \"Tarcz Ognistego Serca\" ale te myśli szybko minęły.
Pewnego dnia gdy miałem chwilę słabości i dezorientacji co z sobą zrobic udałem się na wieczorny spacer po ulicach Dempost. Usłyszałem pieśń która rozbrzmiewała w mych uszach, mych myślach tak jakby ktoś mnie wołał. Skierowałem się w tamtą stronę, przemykałem uliczkami w stronę tej pięknej muzyki srebny księżyc który był w pełni, świecił tak jakby mnie prowadził, gdzie niegdzie mijałem kilku żebraków siedzącyh bądź śpiących,nie zwracałem na nich większej uwagi, szedłem jak zahipnotyzowany dalej wąską uliczką oświetloną bladym srebrem księżyca. Aż dotarłem na mały okrągły plac o którym choć 17 lat mieszkałem w Dempost nigdy nie słyszałem, tam na środku ktoś siedział przymrużyłem oczy by ujrzeć kto tam jest, srebny blask księżyca padał na te postać tak jakby chciał mi coś powiedzieć.
Podszedłem bliżej ujrzałem kobietę siedzącą na kamiennej ławce, kobiete grającą na małej harfie, długie włosy połyskiwały blaskiem księzyca jakby były nim tkane, kobieta ta śpiewała jej głos brzmiał jak śpiew słowika, wsłuchiwałem się. Gdy uniosła wzrok i spojrzała na mnie nagle przerwała pieśń, i odskoczyła wystraszona.
- Nie bój się nic ci nie zrobię - powiedziałem i zbliżyłem się o krok.
- odejdź panie proszę - odpowiedziała i cofła się
- pani wybacz jeśli cię wystraszyłem ale twa pieśń mnie do ciebie sprowadziła - odpowiedziałem przepraszająco, ona jakby się uspokoiła.
- Tak panie wystraszyłeś mnie
- tak wiem pani i proszę o wybaczenie,jestem Allean.
- wybaczam panie, me imię to Evanna - skłoniła się i uśmiechnęła
- miło mi, pięknie grasz, lecz cóż taka osoba jak ty robi o tej porze tutaj? - rozejrzałem się wkoło, widziałem tylko mury budynków, me oczy zauważyły jakis dziwny zarys w posoce srebra za budynkami zatrzymałem na tym wzrok lecz nic nie zauwazyłem i ponownie spojrzałem w tearz Evanny która właśnie sięgała po harfę.
- Wybacz mi panie muszę już iść - skłoniła się dziarsko i nieodpowiadając mi na pytanie, udała się w głąb uliczki której wcześniej nie zauważyłem, chciałem już coś zawołać ale opanowałem się i poszedłem w stronę uliczki którą tu dotarłem.
Me myśli od tamtego czasu zapszątały mi obrazy tamtego zarysu i Evann, następnego dnia gdy spojrzałem w stronę gdzie przypuszczałem iż coś widziałem, ku nie wiem czy przerażeniu a może zadowoleniu ujrzałem czarną wieżę której nie pamiętałem a może nie chciałem pamiętać lecz co później się okazało ta wieża miała większe powiązanie ze mną niż miałem czelność sądzić ale to już będą inne dzieje.
Jeśli chodzi o Evann to wciąż wtedy o niej myślałem, wtedy byłem głupim malcem, to przez nią stałem się takim... miałem cudowne życie, i cudowną rodzinę, mogłem zostać bardem, moim powołaniem była muzyka, i nadal jest, ale nie w jaśniejącym dniu lecz w cieniach nocy przy świetle gwiazd i luny, bowiem helios już się mnie wyklnął, nie jestem dzieckiem słońca acz zmorą nocy. Tak mój przyjacielu dobrze słyszysz Evann ta piękna istota to ze mnie zrobiła.
Było to w dzień mych urodzin, tak dzień mych urodzin rodzice podarowali mi wtedy moją pierwsza broń, tak tę na którą właśnie patrzysz.
W nocy znów udałem się na mały okrągły plac gdzie zawsze spotykałem Evann, gdy dotarłem na umówione miejsce ona już tam była, w dość skąpym ubraniu które ujawniało najpiękniejsze ciało jakie kiedykolwiek widziałem uśmiechnęła się do mnie i zaprosiła mnie gestem ręki.
- witaj Allean, chodź ze mną - uśmiechnęłą się kusząco i ujeła mnie za dłoń wciąż się uśmiechając wyzywająco.
- Chodź, chodź Allean\'ie - poszedłem za jej kuszącą sylwetką. I tak biegłem prowadzony, gdy uniosłem wzrok i spojrzałem w kierunku w którym biegne, odczułem lekki strach zbliżaliśmy się do wieży, tej wieży którą widziałem, zatrzymałem się, Evann spojrzała na mnie - no chodź, chcę ci coś pokazać - powiedziała wciąż śmiejąc się - ujrzałem w jej oku jakiś błysk, myślałem wtedy że to księżyc odbił się w jej ślicznych oczach, lecz później okazało się iż była to mylna myśl.
Choć miałem wątpliwości do tamtego miejsca, to te przeszły gdy ponownie opuściłem wzrok na Evann. Poszedłem za nią jak owca za swym pasterzem, w pewnym sensie byłem taką owcą ale nie szedłem na zieloną łąkę lecz na ubój. Tak dobrze słyszałeś Jarvenis\'ie ubój.
ale wróćmy do mojej historii.
Poszedłem z Evann do \"Czarnej wieży\" ja ja później nazwałem, przeszliśmy przez bramę której górna część pokryta rdzą przypominała w blasku księżyca krew. Kiedy już przeszliśmy przez tę bramę, spojrzałem na to co było przed nami, szliśmy brukowaną kamienną ścieżką która była naruszona przez nie miłosierny czas.
- Evann gdzie my jesteśmy - zapytałem, choć jak się póżniej przekonałem nichciałem znać odpowiedzi.
- w domu Allean\'ie, w moim domu, codź -odpowiedziała.
zapytałem ją o rodziców, ona odpowiedziała że jej rodzice nie żyją. Gdy o tym mówiła nie usłyszałem w jej głosie ani nuty fałszywego dźwięku który ujawniałby jej smutek z powodu śmierci rodziców, pomyślałem wtedy że ta dziwczyna jest silna i niechce ujawniać słabości... myliłem się...