Xaliang cz.2
- Dokąd ci tak spieszno chłopcze? – ryknęła kobieta, a jej okrągła twarz była czerwona ze złości – Nikt ci nie powiedział smarkaczu, że nie biega się po pałacu?
- Bardzo przepraszam, ale mam ważną wiadomość dla arcymaga Gratena – odparł chłopak starając się oswobodzić z uchwytu kobiety.
- A jaką to pilną wiadomość masz dla naszego maga o tak wczesnej porze? – kobieta ponownie nim potrząsnęła
- Nie mogę powiedzieć, gdyż mam ja przekazać tylko arcymagowi – chłopak coraz mocniej starał się jej wyrwać, jednak im silniejsze były jego staranie, tym mocniej uścisk zaciskał się na jego kołnierzu.
- Nie możesz powiedzieć, co, a wpadać na innych to możesz? – kobieta nachyliła się ku niemu – Najpierw pozbierasz coś narozwalał, a potem idź sobie gdzie tylko chcesz.
- Ale ja naprawdę musze mu ją szybko przekazać – bronił się młodzieniec
Jednak kobieta była nieugięta i popchnęła go tak, że upadł tuż przy porozrzucanych naczyniach. Chłopak zaczął powoli zbierać garnki i gdy tylko kobieta na chwilę odwróciła od niego wzrok natychmiast poderwał się na nogi i puścił się pędem w dalszą drogę.
- Wracaj tu smarkaczu, ja cię nauczę pożarku – rozległy się za nim wrzaski kobiety, jednak Jeron nie zwracał na nie żadnej uwagi i tylko pędził dalej przed siebie.
Jeron w końcu dotarł do drzwi prowadzących do komnat Gratena. Zatrzymał się przed nimi uspokoił oddech i ostrożnie wszedł do środka. Wszystkie okna w komnacie były jeszcze pozasłaniane, co dowodziło, że mag jeszcze śpi. Młodzieniec przeszedł spokojnie przez pierwszą komnatę i skierował się do drzwi prowadzących do sypialni. Gdy tylko się w niej znalazł dostrzegł swego nauczyciela pogrążonego w głębokim śnie na ogromnym łożu. Ruszył powoli w tamtą stronę, zachowując przy tym maksymalną ciszę. Nie uszedł jednak nawet kroku, gdy dobiegł go głos maga.
- Możesz przestać starać się być cicho, powiedz lepiej, co cię do mnie sprowadza o tak wczesnej porze?
- Przybył posłaniec z wiadomością – rzekł Jeron
- Co to za wiadomość? – mag usiadł na krawędzi łóżka i spojrzał na swego ucznia
- Mag Tharon nie żyje, został zamordowany trzy dni temu w swoim domu. Odcięto mu głowę. Znalazła go rano jego gospodyni – chłopak wyrecytował treść wiadomości.
- To już trzecia taka ofiara w przeciągu ostatnich kilkunastu dni –rzekła Graten bardziej do siebie niż do swego młodego ucznia – Powiadom pozostałych i powiedz, że czekam na nich w moich komnatach w samo południe i nie zapomnij wspomnieć, żeby nie informowali o tych wiadomościach króla ani nikogo innego.
Jeron ukłonił się poczym pośpiesznie opuścił komnaty maga, aby zająć się powierzonym mu zadaniem. Po wyjściu młodzieńca Graten wstał łóżka, naciągnął na siebie szlafrok i udał się do głównego pomieszczenia swych komnat. Zasiadł za biurkiem i przywołał niebieską kulę. Przez chwile nic w niej nie było widać, jednak po kilku minutach pojawiła się w niej twarz zaspanej kobiety.
- Musisz mi wybaczyć, że budzę cię o tak wczesnej porze i witam w takim stroju, jednak sprawa nie może czekać – rzekł Graten uśmiechając się przy tym lekko.
- Do rzeczy – odparła kobieta, ziewając przy tym okazale, fragmenty widocznego w kuli stroju oraz fryzura dobitnie świadczyły, że właśnie została wyrwana ze snu.
- Tharon został zamordowany. Dokonano w ten sam sposób, co przy pozostałych dwóch morderstwach – wyjaśnił mężczyzna.
- To już zaczyna być uciążliwe – kobieta poprawiła dłonią włosy poczym założyła okulary – Właśnie posłaniec przyniósł mi wiadomość, która potwierdza twoje słowa. Trzeba powiadomić o tym fakcie Rade. A tak swoją drogą, czy ofiary były jakoś ze sobą powiązane, poza faktem, że wszyscy byli magami?
- Z tego, co mi wiadomo, to nie. Wszyscy mieszkali w znacznych odległościach od siebie, co dowodzi faktu, że morderca jest w stanie przemieszczać się bardzo szybko.
- Cała trójka została zamordowana w przeciągu ostatnich sześciu dni, a pokonanie odległości, którą należałoby przebyć między pierwsza, a druga ofiarą, zajmuje cztery dni konnej jazdy, nie wspominając już, że dotarcie do Tharona z miejsca drugiego morderstwa to kolejne pięć dni ciągłej konnej jazdy – kobieta poprawiła swe okulary i na chwilę zniknęła z obrazu w kuli – Właśnie wysłałam wiadomość do członków Rady z informacja o tym morderstwie – oznajmiła, gdy ponownie pojawiło się jej oblicze – Wracając do wspomnianych odległości, to jasno wynika z nich, że nie byłoby możliwe dokonanie tych trzech morderstw w tak krótkim czasie przemieszczając się między nimi w tradycyjny sposób.
- Czyli mordercą jest inny mag – Graten potarł dłonią swoją siwą brodę.
- Lub ktoś, kto korzysta z usług maga przy przemieszczaniu się – dodała kobieta – No, ale nie traćmy czasu na zbędne gadanie. Postaram się zdobyć więcej informacji na temat tego morderstwa, a tymczasem pozwól, że pójdę doprowadzić się do porządku – kobieta uśmiechnęła się lekko poczym kula rozproszyła się.
Gdy Graten ponownie został sam podszedł do małej szafy i wydobył z niej zwiniętą mapę. Rozłożył ją na biurku i zaznaczył miejsce trzeciego morderstwa.
Gdy słońce wskazywało południe mag czekał w swych komnatach na przybycie pozostałych królewskich czarodziejów. Jak zwykle byli punktualnie. Gdy tylko rozległo się pukanie do drzwi, Graten wiedział, że to właśnie oni. Nie czekając na zaproszenie do komnat weszło trzech odzianych w długie szaty mężczyzn. Wszyscy byli ubrani tak samo w błękitno-srebrne szaty. Jedynym, co ich różniło były rysy ich twarzy. Dwóch z nich było w wieku podobnym do Gratena, zaś trzeci był znacznie młodszy. Arcymag wskazał im dłonią przygotowane fotele, poczym zaczął przedstawiać im informacje, które posiadał na temat trzeciego morderstwa. Gdy skończył odezwał się najmłodszy z mężczyzn:
- Trzy ofiary w sześć dni, a więc ofiara, co dwa dni.
- Słuszna uwaga przyjacielu – przytaknął Graten – I bardzo trafna, gdyż masz całkowitą rację. Każde morderstwo miało miejsce, co dwa dni, nie wiem niestety czy jest to przypadek, czy było to zaplanowane działanie.
- Co Rada zamierza z tym zrobić? – spytał czarodziej o najbardziej ostrych rysach twarzy
- Nie muszę chyba mówić, że zamierzamy wytropić i ukarać sprawcę tych zabójstw, jednak jak dotąd nie mamy żadnych śladów, poza tym, że nasz poszukiwany używa magii do przemieszczania się – wyjaśnił Graten
- A więc to mag – stwierdził trzeci z gości
- Niekoniecznie. Owszem może to być mag, jednak równie dobrze może to być osoba, która korzysta tylko z usług maga, lub też posiada przedmiot umożliwiający takie przemieszczanie się.
- Skoro morderstwa miały miejsce co dwa di, a ciało Tharona znaleziono trzy dni temu i nie mieliśmy doniesienia o kolejnym, może to już koniec tej makabrycznej serii? – ponownie odezwał się najmłodszy z obecnych
- Być może masz rację, jednak nie zapominaj, że Tharona owszem zamordowano trzy dni temu, ale my dowiedzieliśmy się o tym fakcie dopiero dziś. Niewykluczone, że wczoraj znów zginął jeden z nas – Graten rozsiadł się w swym fotelu i splótł ręce na piersi. Powiódł wzrokiem po pozostałych i z ich twarzy wywnioskował, że zgadzają się z jego poglądem – Pragnę was poprosić abyście uruchomili swoje siatki informatorów i postarali się dowiedzieć, czy ktoś ostatnio nie nabywał rzeczy, które umożliwiłyby mu podróżowanie poprzez portale. To nasz jedyny ślad jak na razie i póki nie dowiemy się czegoś więcej nie pozostaje nam nic innego jak nim podążać.
Wszyscy obecni zgodzili się z arcymagiem i spotkanie dobiegło końca. Po wyjściu gości Graten przywołał do siebie Jerona i nakazał mu przygotowanie się do drogi.
- Dokąd się udajemy? – spytał chłopak przed wyjściem z komnat maga
- Musze spotkać się z członkami Rady i chcę abyś mi towarzyszył w tej podróży.
Słysząc to Jeron uśmiechnął się szeroko i popędził do swojej komnaty, aby przygotować się do podróży.
*
W gospodzie panował straszny gwar. Wszędzie cisnęli się osobnicy przeróżnych ras. Nie było to zaskoczeniem dla właściciela karczmy, gdyż było to jedyne takie miejsce we wsi i jedyne, które zapewniało rozrywkę. Pod jedną ze ścian znajdowało się podwyższenie, na którym właśnie stał śpiewak prezentujący swoje umiejętności. Nie były to wykonania najwyższych lotów i bardziej przyprawiały słuchaczy o ból głowy, niż o zachwyt. Siedzący najbliżej sceny krasnolud wyglądał jakby za chwile miał chwycić za swój zatknięty za pasem topór i rozłupać lutnię śpiewaka na pół ratując tym samym siebie i pozostałych przed utratą słuchu.
- Karczmarzu więcej piwa, bo tylko to może zatrzymać mnie na miejscu i uratować tego nieszczęśnika przed spotkaniem z moim toporem – wrzasnął krasnolud wycierając z brody wierzchem dłoni resztki właśnie dopitego piwa
- Uciszcie ten jazgot – podniósł głos barczysty mężczyzna, jednocześnie rzucając swym kuflem w stronę śpiewaka. Ten jednak zrobił tylko zwinny unik, zapewne był w tym już zaprawiony, i nie zaprzestał swych popisów.
W karczmie wszystkie ławy były zajęte poza jedną, stojącą w rogu sali. Siedział przy niej samotny mężczyzna i pomimo tego, iż było tam jeszcze sporo miejsca nikt nie przysiadał się do niego. Stali bywalcy woleli stać, niż zasiąść przy tej ławie.
- Dobrze ci radzę wędrowcze, jeśli ci skóra miła lepiej zostaw to miejsce, na którym właśnie siedzisz. Ta ława jest zarezerwowana dla bandy miejscowych osiłków i nie spodoba im się to, że siedzisz przy ich stole – odezwał się najbliżej stojący mężczyzna.
- Jeśli przyjdą i poproszą to zwolnię to miejsce, a póki ich nie ma zostanę tu, aby dopić swoje piwo – odparł wędrowiec nie podnosząc wzroku znad swojego kufla
- Widać, że nigdy tu nie byłeś. Oni nie będą cię o nic prosić, złoją ci skórę i pewnie jeszcze okradną, a jak tak patrzę na ciebie to widzę, że maja z czego cię okraść – wzrok mężczyzny spoczął na przepięknie zdobionym napierśniku wędrowca.
- Nie łatwo jest mnie okraść – odparł nieznajomy, a na jego ustach zagościł złośliwy uśmieszek
Obaj mężczyźni milczeli przez dłużą chwilę.
- Znasz tu jakieś miejsce gdzie zajmą się mym koniem i będę mógł odpocząć? – przerwał panującą między nimi ciszę wędrowiec – Dobrze zapłacę za gościnę i za zajęcie się mym koniem.
- Mówisz o tym koniu, który stoi przed wejściem? – zainteresował się mężczyzna
- Tak, to mój koń i potrzebuje odpoczynku, gdyż obaj mamy za sobą długą drogę.
- Jeśli chcesz możesz go zaprowadzić do mojej stajni, wprawdzie nie jest ona za duża ale znajdzie się tam dla niego jakiś kont i nieco owsa. A jeśli chodzi o ciebie to możesz zająć pokój w mej chałupie.
- Dlaczego mi to proponujesz, przecież mnie nie znasz, nie wiesz kim jestem i co mogę zrobić tobie i twojej rodzinie – wędrowiec dopił swój trunek i po raz pierwszy podczas tej rozmowy spojrzał na wieśniaka.
- Nie wyglądasz na jakiegoś rzezimieszka, a ja znam się na ludziach i zresztą sam powiedziałeś, że dobrze zapłacisz za gościnę, a u nas o nieco grosza bardzo ciężko. Jak cię zwą?
- Xaliang – wędrowiec podniósł się ze swego miejsca – A teraz zaprowadź mnie do swego domu, jestem bardzo zmęczony po podróży.
Cała wieś składała się z jednej głównej ulicy i kilku bocznych nieco mniejszych. Po obu stronach ciągnęły się rzędy domów a za nimi w oddali majaczyły pola uprawiane przez miejscowych. Xaliang podążał za swym nowym gospodarzem prowadząc jednocześnie swego konia. Noc była bezchmurna. Na niebie radośnie pobłyskiwały gwiazdy i majaczył księżyc, co sprawiało, że noc była dość jasna. W większości domostw nie było widać już blasku świec, lecz gdzieniegdzie dało się je dostrzec, co świadczyło, że domownicy nie położyli się jeszcze do snu. Obaj mężczyźni dotarli do niewielkiego domu położonego prawie na samym końcu wsi. Ledwo zdążyli przekroczyć furtkę podwórza a drzwi do domu otworzyły się i stanęła w nich kobieta trzymająca w dłoni świecę.
- Gdzie żeś ty się podziewał tyle czasu i kogo tam prowadzisz po nocy? – kobieta podniosła wyżej świecę – Miałeś iść tylko oddać pożyczony sznur, ale ty jak zwykle musiałeś wejść do tej przeklętej karczmy.
- Spokojnie kochanie – rzekł łagodnie mężczyzna – Przyprowadziłem nam gościa
- Gościa, znów jakiś przeklęty podróżnik, przez którego możemy mieć kłopoty. Pozbądź się go i chodź do chałupy, bo kolacje ci trzymam na ogniu żebyś coś ciepłego zjadł przed snem.
- Ależ kochanie jak możesz być tak niegościnna. Nasz gość zapłaci za swój pobyt – odparł mężczyzna
- Zapłaci, zapłaci, tak jak ten ostatni, też miał zapłacić a jak przyszło co do czego to zabrał swoje rzeczy i uciekł i tyle mieliśmy z jego zapłaty – kobieta podeszła do mężczyzn i zaczęło się przyglądać wędrowcowi.
Xaliang sięgnął po sakiewkę i podał ją kobiecie.
- Zamierzam zatrzymać się tu przez parę dni i to powinno zrekompensować wam niewygody związane z moją obecnością.
Kobieta potrząsnęła sakiewką i dało się słyszeć brzęk monet.
- Zaprowadź konia do stajni i przyłaź szybko, bo kolacja czeka i żebyś mi nigdzie nie zabłądził – kobieta odprawiła męża ruchem ręki – A ty włóczęgo właź do chałupy, pokaże ci twój pokój i dostaniesz coś do zjedzenia – gospodyni odwróciła się na pięcie w stronę domu
Xaliang odprowadził jeszcze wzrokiem swego konia, poczym spokojnie ruszył za kobietą. Kwatera, która mu przypadła nie należała do wytwornych. Stało tam stare, sfatygowane łóżko, mała szafka i rozpadające się biurko, ale Xaliangowi to nie przeszkadzało. Położył swoje rzeczy obok łóżka i udał się do kuchni na zapowiadany posiłek. Gdy do niej wszedł kolacja już stała na stole. Z przygotowanych misek unosił się przyjemny zapach mięsa pomieszany z ziołami. Zajął swoje miejsce i nie czekając na nic, ani na nikogo zabrał się za jedzenie. Po długiej i wyczerpującej podróży, żywieniu się wyłącznie wodą i sucharami taki posiłek był czymś niewyobrażalnie smacznym. Mężczyzna szybko pochłonął pierwszą porcję. Widząc to gospodyni od razu podała mu kolejną.
- Co was sprowadza w te strony, nie wyglądacie mi na kupca, a tylko oni tędy przejeżdżają udając się do niedalekich portów? Jeśli jesteś jednym z tych pożałowania godnych ochroniarzy karawan, to nawet się do tego nie przyznawaj. Banda łotrów, która broni kupców przed innymi łotrami.
- Szukam osoby zwanej Lorana. Słyszeliście o niej?
- A to ta dziwaczka, co mieszka w lesie. Urodziwa z niej istota, ale taki odludek. Powiem mężowi to cię rano zaprowadzi do miejsca, gdzie najczęściej można ją spotkać. O, o wilku mowa.
W tej chwili do izby wszedł gospodarz.
- Oporządziłem twojego konia, piękne to zwierze. Przydałyby mu się nowe podkowy, bo te są już zużyte. Mamy we wsi dobrego kowala, który za niewielką opłata wykona ci nowe.
- Będą mi potrzebne za kilka dni. Mają być wykonane z najlepszych materiałów, jakie posiada wasz kowal – Xaliang odsunął od siebie pustą miskę poczym wstał i udał się do swego pokoju – Z samego rana zaprowadzisz mnie do miejsca, gdzie można spotkać Loranę – dodał przed opuszczeniem izby.
Dopiero po jego wyjściu mężczyzna zabrał się za swą kolację.
- Jakiś dziwny ten nasz gość, nawet się nie przedstawił – kobieta krzątała się przy kuchni
- Nazywa się Xaliang, czy jakoś tak, mówił mi jak się spotkaliśmy w gospodzie – odparł mężczyzna z ustami pełnymi strawy.
- Xaliang, co to za dziwaczne imię – kobieta potrząsnęła głową – A ty lepiej kończ to jedzenie i idź spać, bo rano musisz zaprowadzić tego Xalianga do tej leśnej dziwaczki.
Mężczyzna przytaknął tylko głową i pośpiesznie zabrał się za resztę swojej kolacji.
Poranek następnego dnia przywitał wszystkich pięknym słońcem i bezchmurnym niebem. Pomimo faktu, że łóżko nie było zbyt duże okazało się bardzo komfortowe i Xaliang obudził się wypoczęty i w pełni sił. Jego rzeczy leżały obok łóżka, tak, jak je zostawił przed snem. Rozejrzał się po pokoju. Przez niewielkie okno wpadały do środka promienie porannego słońca. Mężczyzna podniósł się z posłania i zaczął szykować do drogi. Nic nie wskazywało na to, że będzie mu potrzebny cały ekwipunek, więc postanowił zabrać ze sobą, poza pełnym pancerzem, tylko niewielki sztylet. Po wyjściu z pokoju o mało nie wpadł na małego chłopca, który nie zważając na gościa pognał na podwórze. Xaliang zamknął drzwi swej kwatery poczym chwycił za klamkę, wokół której na ułamek sekundy pojawiła się błękitna poświata. Po tym zabiegu udał się do kuchni, gdzie spodziewał się spotkać gospodynię.
- Widzę, że już wstałeś. Zjedz śniadanie, mąż już na ciebie czeka – powitała go kobieta.
- Nie czas na jedzenie, gdzie twój małżonek?
- Skoro nie chcesz jeść to nie – oburzyła się kobieta – Jest na podwórzu.
Świeże i chłodne powietrze przyjemnie omiotło twarz Xalianga. Istotne mężczyzna był na podwórzy. Pochłonięty był szykowaniem koni do drogi.
- Kiedy możemy ruszać? – spytał Xaliang gdy zbliżył się do swego przewodnika
- W każdej chwili, konie są już gotowe – odparł mężczyzna – Dam ci jednego z naszych. Posłałem już po kowala i przekazałem synowi twoje polecenia, co do podków. Możesz być spokojny, wszystko będzie jak trzeba.
- A więc ruszajmy – Xaliang zwinnym ruchem dosiadł swego wierzchowca.
Droga wiodła przez nadzwyczaj gęsty las. Droga otoczona był gęstymi zaroślami i wysokimi drzewami. Od chwili, gdy przekroczyli granice lasu Xaliang miał wrażenie, że ktoś nieustannie ich obserwuje. Miał nadzieję, że tą osobą jest poszukiwana przez niego Lorana, jednak nie miał pewności. Sporo słyszał o tutejszych lasach i o ich mieszkańcach. Ze względu na wyjątkową gęstość i trudności z przemieszczaniem się poza utartymi szlakami, miejsce to było zamieszkiwane przez sporą społeczność pustelników i druidów, ale także przez osoby, które ukrywały się tu z zupełnie innych powodów, mając na sumieniu różnego rodzaju występki. Pomimo tego faktu, okolice te należały raczej do bezpiecznych, gdyż żadna z ukrywających się tutaj istot, nie szukała kontaktu z przejezdnymi oraz mieszkańcami pobliskich wsi, gdyż to mogłoby ściągnąć na ich głowy królewskich żołnierzy. Las był na tyle rozległy, iż każdy mógł tu znaleźć kawałek samotności tylko dla siebie. Tempo podróży nie było szybkie. Gospodarz opowiadał Xaliangowi o tutejszych ziemiach, ich historii i mieszkańcach, jednak wędrowiec skoncentrowany był na wypatrywaniu pośród drzew i zarośli śladu osoby, która ich obserwowała. Jego wzrok dostrzegał poruszające się gałęzie, słuch wyławiał niemal niesłyszalne trzaśnięcia łamanych gałęzi, jednak nikogo nie mógł dostrzec. Około południa dotarli do niewielkiego strumienia. Zatrzymali się przy nim, aby napoić konie i nieco odpocząć. Pomimo iż słońce było wysoko na niebie w zacienionym lecie panował miły chłód. Xaliang usiadł pod pobliskim drzewem i nadal obserwował otoczenie. Nagle usłyszał świst a ułamek sekundy po tym tuż obok jego głowy, w pniu utkwiła strzała. Mężczyzna nawet nie drgnął w przeciwieństwie do swojego gospodarza, który wrzasnął z przerażenia tak, że zapewne usłyszeli go we wsi. Po chwili z drugiej strony głowy Xalianga utkwiła kolejna strzała. Tym razem towarzyszący mu mężczyzna aż wpadł do potoku.
- Uciekajmy stąd!! – wrzasnął wieśniak
- Jeśli chcesz zachować życie, to ucisz się i nie ruszaj się z miejsca – odparł Xaliang
Mężczyzna zastygł w bezruchu, zaś Xaliang uważnie obserwował otoczenie. Gdy był już pewien, gdzie jest jego przeciwnik poderwał się z miejsca, chwycił za sztylet i posłał go w pobliskie zarośla. Wszystko to trwało zaledwie mgnienie oka. Chwile po tym z zarośli wyszła urodziwa kobieta, odziana w strój tropiciela. W jednej dłoni trzymała okazały łuk, zaś w drugiej sztylet wędrowca. Była drowką.
- Xaliang „Łowca Smoków”, cóż sprowadza legendarnego bohatera w te strony? – kobieta przywitała mężczyznę lekkim uśmiechem, kompletnie ignorując jego przewodnika.
- Miło znów cię widzieć Lorano – Xaliang lekko ukłonił się na widok kobiety
- Bardowie śpiewają pieśni o twych dokonaniach – tropicielka oddała mężczyźnie jego sztylet
- Stare dzieje.
- Dla wielu jesteś bohaterem, jakich mało, jednak tylko nieliczni wiedzą, że twoje pojawienie się zwykle zwiastuje kłopoty i to nie małe – kobieta odgarnęła dłonią włosy z twarzy – Kiedy ostatnio się tu pojawiłeś stałeś na czele oddziału żołnierzy miejscowego władcy i poszukiwałeś rebeliantów, dokonując przy tym pogromów w okolicznych wsiach i miasteczkach. Zginęło wtedy wiele niewinnych osób. Jak krótka droga od wielkiego bohatera do zwykłego najemnika.
- Zawsze byłem najemnikiem – Xaliang uśmiechnął się złośliwie
- Racja, więc lepiej powiedz najemniku, co cię do mnie sprowadza, gdyż zapewne nie jesteś tu bezinteresownie – w oczach kobiety pojawiły iskierki
- Byłem w okolicy postanowiłem odwiedzić moją dobrą znajomą.
Słysząc to kobieta roześmiała się głośno.
- Przecież ty nigdy nikogo nie odwiedzasz, jeśli nie masz do niego jakieś sprawy, więc nie opowiadaj mi tu bajek, jestem już dużą dziewczynką i przestałam w nie wierzyć – Lorana podeszła krok bliżej swego rozmówcy
- Muszę spotkać się z Antranem.
- I dlaczego sądzisz, że ci pomogę? – na ustach kobiety zagościł zalotny uśmieszek
- Byliście bardzo blisko ze sobą, ty i Antran, twoja obecność będzie bardzo pomocna w dotarciu do niego.
- Jak sam to powiedziałeś, stare dzieje.
- Jak zwykle sowicie wynagrodzę ci twoją pomoc.
- Myślisz, że przy pomocy pełnej sakwy możesz mieć wszystko, czego potrzebujesz? – tropicielka odwróciła się tyłem do Xalianga – Ale zawsze możemy ponegocjować. Odpraw swojego towarzysza i zapraszam w moje skromne progi.
Xaliang polecił wieśniakowi, aby ten wracał do domu, a sam udał się w ślad za Loraną. Zaprowadziła go do zamaskowanej jaskini, w której znajdowało się niewielkie posłanie, palenisko i małe jeziorko. Panował tu jeszcze większy chłód niż w lesie. Na jednej ze ścian rozpięty był sznur, na którym wisiały skóry zajęcy, lisów i innych zwierząt zamieszkujących te lasy. Tropicielka przyrządziła posiłek z zajęczego mięsa, poczym zostawiła Xalianga samego tłumacząc, że musi udać się na polowanie, a to czyni zawsze sama, gdyż nie lubi jak ktoś płoszy jej zwierzynę. Mężczyzna wykorzystał jej nieobecność do wykonania jeszcze jednego zadania, które mu powierzono.
Autor: tifos