Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Yavis cz.1- \"Złoty blask\"

pawelmicnas2 ·

I

Do karczmy weszła zakapturzona postać. Cicho stąpając po podłodze podeszła do lady, za którą stał karczmarz i zdjęła kaptur.
Yavis był często widywany w tych stronach, więc wszyscy go znali. Był półelfem z falowanymi, sięgającymi ramion włosami. Złotawe oczy dziedziczył po matce, elfce, zaś kręcony zarost, natarczywie przez niego golony, miał po ojcu. Z zawodu, można powiedzieć, był nikim. Tylko ostatnio zajmował się przemytem, który nie przynosił mu zbyt wiele uciechy. Szmuglował towary, których dostępność w tych stronach dorównywała liczbie zakazanych w Daneb efe. Półelf pracował już jako handlarz, żołnierz i przemytnik, lecz żaden z zawodów nie przynosił mu satysfakcji.
Jednym słowem, był wybredny.
- Co podać?- Zapytał siwy karczmarz, wycierając brudny kufel. Przemytnik spojrzał na niego, a w oczach zabłysł złotawy blask, blask elfa.
- Piwa,- Yavis poprawił włosy, po czym dodał półszeptem.- Taniego.
Gospodarz spojrzał na niego i podał kufel najtańszego napoju.
- Kłopoty z pieniędzmi, mistrzu?- Karczmarz, Sedrads, był niskim, otyłym człowiekiem. Jego wyraz twarzy często mówił: „Spierniczaj stąd, bo spiorę ci dupę!”, jednak naprawdę był zwykłym, miłym, siwym gospodarzem.
Półelf pociągnął z kufla.
- Tak. Nie mogę handlować w Girion Karost i innych miastach Daneb efe. Powodem oczywiście są długi…
- I listy gończe z twoją podobizną wiszące w całym kraju.- Wtrącił Sedrads. Yavis nie odpowiedział. Milczał przez długą chwilę zapatrzony w gobelin, wiszący na ścianie za karczmarzem. Przedstawiał on krajobraz gór Frantiwenmed i gospodę znajdującą się u ich podnóży. Dzieło niewątpliwie przedstawiało karczmę, w której właśnie się znajdowali.
- Masz, kurde, rację. Od kiedy jestem przemytnikiem, wszyscy chcą mnie złapać i spalić na stosie, za nagrodę, którą wyznaczyła szlachta.- Yavis wypił kolejny łyk piwa, zmienił ton głosu na spokojny i opanowany.- Wiesz, tak się czasami zastanawiam, co ja naprawdę chcę robić w życiu. Jestem pewien, że przemytnik to nie zawód dla mnie.- Półelf podrapał się po długo nie golonej brodzie.- Nie mam nic przeciwko uciekaniu strażnikom, czy zarabianiu na nieuczciwych towarach, po prostu wiem, że jestem stworzony do czegoś innego.
Sedrads, nie lubił jak ktoś mu się zwierza z własnych głębokich odczuć.
Półelf kontynuował swój monolog.
- Kiedy spłacę wszystkie długi, zajmę się czymś innym. Nawet nie wiem, co to będzie, ale… CZY TY MNIE W OGÓLE SŁUCHASZ?!
Karczmarz rzeczywiście nie wyglądał na takiego, co by słuchał. Od dłuższej chwili stojąc i czyszcząc kufel, wpatrywał się w okno, za którym panowała zupełna ciemność. Yavis załamany zmienił temat konwersacji.
- Znalazłaby się jakaś praca dla mnie w tych okolicach?- Gospodarz wyrwał się z własnych przemyśleń i odpowiedział.
- Hmmm, zastanówmy się. Tak, już wiem! Możesz pracować u mnie, jako główny sprzątacz!- Sedrads zaryczał śmiechem.
- Przedni żart.- Stwierdził bez cienia uśmiechu na twarzy półelf.- A tak na poważnie, to znasz kogoś, kto mógłby mi zapłacić pięćdziesiąt tysięcy korlenów?
Karczmarz spoważniał i powiedział.
- Pięćdziesiąt tysięcy?- Zamyślił się na chwilę.- Tak, jest taka robota.
Yavis uniósł brwi, jakby zniecierpliwiony czekał na odpowiedź.
- Ja nie znam szczegółów.- Gospodarz zaczął mówić półszeptem.- Ale tamci, co tam siedzą, widzisz?- Przemytnik kiwnął na znak, że widzi.- To krasnoludy, one wytłumaczą ci, na czym polega zadanie.
- Dzięki za informację.
Półelf wypił resztki piwa, wstał, poprawił miecz przewieszony przez pas i podszedł do stołu, przy którym siedziało pięciu krasnoludów.
- Mogę się dosiąść?
- Jeżeli postawisz kolejeczkę…
- Nie mam pieniędzy.- Przerwał jednemu z karłów.- Karczmarz mówił, że wiecie jak w tych okolicach łatwo zarobić.
- Nie będziesz mi przerywał!- Krasnolud zionął w Yavisa oddechem, który świadczył, że był już mocno upity.- Daj piwa!
- Nie mam pieniędzy.- Odpowiedział najspokojniej jak potrafił.
- Kłamca!- Ryknął i chwycił swój obusieczny topór, leżący na stole. Półelf również wyjął swój miecz z pochwy.
- Jesteś pijany. Nie miałbyś szans, odłóż broń!- Krzyknął przemytnik.- Nie będziemy demolować karczmy.
Dzierżący topór wzniósł broń i uderzył potężnym ciosem znad głowy. Yavis, wiedząc, że nie zdoła sparować tego ciosu, odskoczył w bok i ciął od dołu. Miecz ledwo musnął brodę krasnoluda, który wpadł w morderczy szał. Na jego nieszczęście był pijany i następny cios trafił w stół, który rozleciał się na kawałki drewna, szybujące teraz po karczmie. Półelf doskoczył do niego, szybko wyjmując sztylet, który przyłożył do gardła brodacza.
Po chwili grupa krasnoludów otoczyła go, wszyscy uzbrojeni w kordy, lub topory.
- Dość tego!- Krzyknął karczmarz.- Przestańcie! Nie będziecie demolować mi gospody!
Usłuchali. Yavis puścił karła, a reszta opuściła swe kordy. Grupa krasnoludów bez słowa wróciła do swego stolika. Przemytnik dopiero teraz zauważył, że cała ludność zebrana w karczmie, dotąd rozgadana i rozśpiewana, teraz dziwnie milczała. Zdenerwowany schował miecz i podszedł do Sedradsa. Nie odzywał się przez chwilę.
- Jest ktoś jeszcze, kto wie jak możesz zdobyć pieniądze.- Powiedział karczmarz.- Udaj się do chaty sołtysa tej wioski. To zaledwie parę minut jazdy. Z ostatnich plotek można wywnioskować, że stało mu się coś złego.
- Jesteś pewny?- Yavis spojrzał w oczy gospodarza.
- Tak.


II

Galopował. Szybko mijał pojedyncze wzgórza i podnóża gór Frantiwenmed. Była noc, bardzo pochmurna, nic więc dziwnego, że mrok przeszyła błyskawica, zwiastująca deszcz, który niebawem nadszedł.
Yavis wstrzymał zwierzę, by założyć kaptur i szczelniej owinąć się opończą. Spiął konia i pojechał dalej.
Po kilku mokrych minutach dotarł do domu sołtysa. Chata różniła się od wszystkich mijanych po drodze. Była przede wszystkim większa i bardziej zdobina. Przemytnik założyłby się o wszystko, że architektem był elf. Dym, ledwo widoczny, wylatywał szybko z kamiennego komina.
Półelf zsiadł z konia, przywiązał uzdę do płotu i zapukał w drzwi.

III

Dom jak się okazało nie był bogaty tylko z zewnątrz. Ozdobne gobeliny, wypchane głowy łosiów i miecze wiszące na ścianie, a w szczególności szyby zamiast błon, przemawiały za tym, że sołtys nie jest biednym człowiekiem. Gabinet znajdował się w samym centrum chaty. Przy biurku siedział załamany człowiek. Yavis niepewnym krokiem podszedł bliżej.
Sołtys płakał.
Przemytnik nie wiedział co zrobić, więc milczał przez chwilę. Długą chwilę.
Bardzo długą chwilę.
- Przepraszam, co się stało?- Spytał nieśmiało. Sołtys podniósł głowę, ocierając łzy. Wyglądał tragicznie. Poczochrane włosy, zaczerwienione oczy - ubranie, prawdopodobnie bardzo długo nie zmieniane, od którego czuć było smród, były to argumenty za tym by nie zbliżać się za bardzo do tego człowieka.
- Co cię tu sprowadza?- Zapytał, podciągając nosem.
- Wiem, że może to nienajlepszy moment, jest pan w sta…
- Wal.- Odpowiedział twardo.
- Jestem Yavis, szukam pracy.- Powiedział od razu przemytnik.- Czy znalazłoby się jakieś zadanie dla mnie?
Sołtys, może nie jakoś szczególnie, ale na swój sposób, uśmiechnął się życzliwie.
- Nazywam się Ewastren, jestem władcą tego odludzia. Proszę, siadaj.- Wskazał półelfowi skórzany fotel, umiejscowiony przed biurkiem.
- A więc może najpierw powiesz mi jaka posada cię interesuje?
- Szukam pracy, która dałaby mi zarobek pięćdziesięciu tysięcy Korlenów. Jest co…
- Tak.- Przerwał, jak to miał w swym zwyczaju.- Mam dla ciebie bardzo dobrze płatną pracę.- Ewastren spojrzał na niego niepewnie, jakby nie wiedział czy wypowiedzieć wcześniej przemyślaną kwestię. W końcu się zdecydował.- Chcę byś znalazł moją siostrzenicę. Nie, nie zgubiła się- Sołtys czytał w myślach Yavisa.- Porwano ją.
Yavis zabębnił palcami w stół, zastanawiał się.
- Proszę, to dla mnie bardzo ważne. Wyglądasz na zaprawionego w bojach, więc takie zadanie to dla ciebie pestka.- Ewastren spojrzał na niego prosząco.- Wiesz, moja żona ee elfką jest, ma eee… siostrę i to ona jest ee matką porwanej.- Sołtys nagle zaczął się jąkać i drapać w tył głowy, jakby wstydził się czegoś powiedzieć.- A tak sobie pomyślałem, bo no eee… widzisz między mną, a żoną no ee nie jest najlepiej i no wiesz…
- Gdybyś odnalazł zaginioną, zyskałbyś w oczach żony?
- Właśnie. To chciałem powiedzieć.
- W takim razie, podejmę się tego zadania. Pod jednym warunkiem.- Spojrzał w okno, za którym obficie padał deszcz. Na zewnątrz było na pewno bardzo zimno, więc półelf dziękował losowi, że może siedzieć w domu przed ciepłym kominkiem.
- Zamieniam się w słuch.- Ponaglił go Ewastren.
- Przede wszystkim muszę zgromadzić jak najwięcej informacji o tym zdarzeniu. Kto porwał, dokąd zabrał i tym podobne. Czy jest jakiś świadek?
- Tak. Hour!- Na zawołanie, ze schodów prowadzących na drugie piętro domu, zszedł półelf, powiewając swymi długimi jasnymi włosami.
- Tak ojcze?
- Mamy gościa, Yavisa. Znajdzie twoją kuzynkę, ale musisz mu powiedzieć wszystko co wiesz.
Skinął głową na znak, że rozumie. Usadowił się na fotelu obok przemytnika, zakładając nogę na nogę.
- Dwa dni temu Aerdila została sama w domu, kiedy ja i ojciec poszliśmy załatwić pewną sprawę, o której nie będę wspominał, gdyż jest mało ważna teraz. W każdym razie, kiedy wróciliśmy mojej kuzynki nie było.- Westchnął, wziął głęboki oddech i kontynuował.- Po śladach dotarłem do niewielkiej szczeliny w górach. Aerdilę prawdopodobnie tam zabrano.
Gdy skończył zapadła cisza. Słychać było jedynie odgłos palonego w kominku drewna. Yavis patrzył smętnym wzrokiem na podłogę.
- Co ją porwało, nie mam pojęcia.- Dodał.
Co to mogło być? Pomyślał Yavis, orki mieszkają w górach, ale niby po co mieliby tak ryzykować? Dom sołtysa jest położony jakieś dwa dni chodu od gór, to za daleko dla nich. Co to było za cholerstwo?
- Dobrze, pokarzesz mi tą szczelinę? W której zaginęła Aerdila?- Przemytnik zapytał syna Ewastrena.
- Tak.- Odpowiedział natychmiastowo.
- W takim razie wyruszamy wraz z nastaniem nowego dnia.
Sołtys uśmiechnął się życzliwie do Yavisa. Jego duszę przepełniała radość, nie mógł się już doczekać tego momentu, w którym elfka znów utonie w jego ramionach. Przemytnik zaś nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie spłaci długi lichwiarzom i kupcom. Wreszcie nie będzie ścigany i nie będzie widywał swoich podobizn na listach gończych, rozwieszonych po całym Girion Karost.
Jakie piękne to uczucie, nie mieć długów, wyjechał myślami naprzód, znów bez przeszkód będę mógł podróżować po całym świecie, wreszcie nie będę żył w wiecznym stresie, że otworzę kolejne drzwi życia i znajdę za nimi więzienie i koniec snu o wolności.
Yavis uśmiechnął się do siebie, Ewastren zauważył to i uradował się jeszcze bardziej, bo teraz wiedział, że nie tylko on jest szczęśliwy. Sołtys, by nie zniechęcić Yavisa do wykonania pracy, zaproponował mu nocleg w ciepłym posłaniu. Półelf z radością przyjął propozycję.
Padł na łóżko wycieńczony. Nie zdejmując nawet broni z siebie, zasnął twardym snem.

IV

Hour i Yavis wyruszyli bez koni, szli pieszo przez pagórki i pola. Przemytnik nie obładował się zbędnym balastem, zabrał jedynie łuk, kołczan pełen strzał i swój półtoraręczny miecz. Hour spakował zaś jedynie trochę prowiantu, zapakowanego w mały tobołek.
Po całodniowym marszu byli w połowie drogi do gór Frantiwenmed.
Ognisko optymistycznie buchnęło ogniem, po dorzuceniu do niego paru znalezionych na polanie gałęzi. Na noc zatrzymali się na wielkiej polanie. Oczywiście skryci w jakimś lesie elfów czuliby się bezpieczniej, ale takowego niebyło.
Półelf wyjął miecz i zaczął pieczołowicie czyścić jego rękojeść.
- Ładna broń.- Powiedział półelf z zaciekawieniem przyglądając się klindze. Yavis uśmiechnął się do siebie i spojrzał tajemniczo na Houra.
- Ładne to mogą być kobiety.- Odpowiedział.- Miecz musi być dobry w walce, nie w całowaniu.
Hour w odpowiedzi roześmiał się głośno swym melodyjnym głosem.
- A tak po za tym- dodał po chwili Yavis.- To w tym mieczu nie ma nic niezwykłego. Kawałek zaostrzonego metalu, nic więcej. Kupiłem go u kowala w jakiejś biednej wiosce, nie kosztował wiele.
- Ważne by posiadacz umiał walczyć, wtedy niezwykłość broni traci na znaczeniu. Umiesz walczyć?
- Tak.- Odpowiedział krótko, jakby chciał skończyć rozmowę na męczący go temat.
Yavis wyjął z tobołka swoją fajkę, włożył do niej ziele i zapalił od ogniska. Hour zaś wziął swój flecik i zaczął grać jakąś smętną melodyjkę. Półelf rozkoszując się muzyką i wdychanym dymem, spojrzał na wschód, chcąc dostrzec to czego nie mógł.
Girion Karost, kręcona twierdza, to do niej tak tęsknił. Chciał znów zobaczyć jej wieże i baszty, wyciągające w stronę niebios swe ostro zakończone dachówki. Nie wiedział właściwie dlaczego tęskni do niego, niczym kochanek do dziewczyny. Miasto miało w sobie coś niezwykłego, jakąś magiczną moc, która tak go ciągnęła w tamte strony.
Wyjął fajkę z ust i puścił kółko z dymu. Hour przestał grać.
- Masz jakieś podejrzenia, kto to mógł być? Kto porwał Aerdilę?- Zapytał Yavis.- Chcę wiedzieć przed czym, lub przed kim, będę musiał stanąć.
- Według mnie nie mogły być to orki, czy gobliny. Droga od gór do naszego domu jest dość długa i licznie zamieszkana. Nie odważyliby się.- Zastanowił się przez chwilę, po czym rzekł.- Nie to nie były te potwory. Nikt nic nie słyszał tej nocy, kiedy ją porwano, a jak powszechnie wiadomo orki robią wiele hałasu.
- Tak, tego to się sam domyśliłem.
- W takim razie musisz być przygotowany na wszystko.
- Na wszystko, na wszystko Hourze.- Yavis pociągnął z fajki.- Nigdy nie wiemy co stanie za drzwiami, których nie chcemy otworzyć…
- Ale musimy.- Dokończył półelf, po czym ponowił swą grę na fleciku.
Yavis zgasił fajkę. Kojony dźwiękami naprawdę pięknej muzyki, zasnął.

***

Ołtarz był gotowy. Ciemne postacie, które przed chwilą jeszcze pieczołowicie czyściły stół ofiarny, teraz usunęły się w mrok. Jedynym światłem rozświetlającym ponurą jaskinię, były poustawiane w równej odległości od siebie świece. Jaskinia prawdopodobnie nie była jaskinią. Ogromne, bogato zdobione freskami kolumny, ołtarz ofiarny i ogromna ilość ludzkich czaszek, rozsypanych tu i tam, wskazywały na to, że jest to raczej świątynia, w której w ofierze składano ludzi.
Korytarz prowadzący do sali, w której znajdował się ołtarz, rozbłysnął nikłym światłem pochodni. Ogień niosły jakieś ciemne postacie, śpiewając przy tym ponurą pieśń.

Arllievg de opim
Poeal Sivay
Kloen uoreg ter elaer

Arllievg de opim
Poeal Sivay
Iea tuos preahel

De kloen oer Sivay

Gdy doszli do ołtarza, otoczyli go. Było ich dwunastu.
Sześć zakapturzonych postaci niosło drewnianą noszę. Stąpali po kamiennej posadce cicho i lekko, niczym elfy.
Lecz to nie mogły być elfy. Istoty te nie wykazywały prawie żadnych charakterystycznych cech pięknych istot. Ich głos nie był melodyjny, tylko chrapliwy, włosy, które można było dostrzec, bo były długie i nie chował ich kaptur, były suche, brudne i czarne.
Na noszach nieśli czarnowłosą kobietę, elfkę. Po dojściu do ołtarza, położyli ją na nim.
Pieśń brzmiała. Roznosiła się szerokim echem po pomieszczeniach i kolumnadach świątyni. Wyszła z jaskini i powędrowała w cztery strony świata.
Ku ołtarzowi zmierzała ostatnia osoba. Doszła do ołtarza. Postać wyjęła złotą szablę z pochwy.
Pieśń rozbrzmiała głośniej.
Osoba podniosła broń, po czym gwałtownie wbiła ją w brzuch elfki, rozpruwając wnętrzności. Krew pociekła gęsto, jelita wyszły na wierzch.
Elfopodobny oblizał klingę miecza.
- Olaer!- Krzyknął swym ochrypłym głosem. Pochodnie zawisły na ścianach, a trzymające je przed chwilą postacie teraz po kolei podchodziły i jadły wnętrzności ofiary.
Dzierżący szablę odwrócił się i zdjął kaptur.

***

Yavis obudził się zdyszany i spocony. Wziął parę głębokich oddechów.
Gdy ochłonął, wstał, rozpiął rozporek u spodni i wysikał się beztrosko w przygasające ognisko, starając się nie trafić żółtym strumieniem w śpiącego obok elfa. Hour obudzony przez odgłos gaszonego ognia, dołączył się do porannej czynności.
Słońce wschodziło, roztaczając nad widnokręgiem żółto- pomarańczową łunę. Czuło się zimny, lekki wiatr wiejący od północy.
- Twoja kuzynka ma czarne włosy.- Stwierdził, nie zapytał Yavis.
- Tak…
- I ciemne oczy.- Półelf patrzył smętnym wzrokiem na góry Frantiwenmed, w których według dawnych legend mieszkał kiedyś smok. Miał złe przeczucia.
- Tak, gustujesz w takich?
Yavis popatrzył prosto w oczy elfa. Zapiął rozporek, nie odwracając wzroku.
- Przecież jak nie podobają ci się takie, no ee… nic nie szkodzi, przecież nie każę ci za nią wychodzić.- Powiedział Hour speszony wzrokiem półelfa. Przemytnik zapytał:
- Kiedy nastąpi nów?
- Hmm z tego co wiem, to prawdopodobnie dziś w nocy.- Odpowiedział zdziwiony pytaniem.
Yavis przeklął, bardzo brzydko.
- Nie obciążaj się zbędnym balastem, będziemy pędzili tak długo, aż nie dotrzemy do gór.
Po chwili obydwaj biegli, ile sił mieli w nogach, w stronę północy.
Mroczne elfy, zwane ciemnymi. Tak, pamiętam, Yavis się zamyślił, cholerne istoty. Zdradziły króla Daneb efe, Sivaya. Legendę znają wszyscy, dlaczego od razu o tym nie pomyślałem?
Gdy świat zatrząsł się w posadach, gdy potworne istoty obudziły się na dalekim zachodzie, zawarto sojusz między czterema rasami. Krasnoludy, ludzie, elfy wschodnie, zwane złotymi i elfy Poes, zjednoczyli się pod jednym sztandarem, by zamienić w proch i pył potwory z zachodu. Doszło do czterech bitew z czego największa rozegrała się na Zielonych Polach. Zjawili się na niej wszystkie armie prócz jednej.
Armia Poes stchórzyła gdy zobaczyła dziesiątki tysięcy orków i goblinów, gotujących się do boju. Uciekli przez most Opoacja na zachodnią część Sirigiandu. Schowali się w górach Frantiwenmed, myśląc, że będą tam bezpieczni.
I byli.
Ale zabezpieczyli się jedynie przed śmiercią. Nigdy, w całej historii świata nie doszło do złamania umowy przez elfów, obojętnie czy złotych, czy Poes. Ich honor został splamiony na zawsze.
Wojnę wygrał sojusz trzech ras, mimo to Poes nigdy więcej nie wyszli z gór. Nie jest pewne, czy powodem podjęcia takiej właśnie decyzji była obawa przed gniewem Sivaya. To najpowszechniejsze twierdzenie.
Tak, to oni porwali Aerdilę, nie ma wątpliwości.
A niektóre pogłoski napominają o tym, że gdy następuje nów składają ofiary, które później zjadają.
Nie jest dobrze, kurwa.

Po paru godzinach nerwowego biegu, dotarli do szczeliny, do której prawdopodobnie porwano kuzynkę Houra.
- Powiesz mi dlaczego tak pędziliśmy?- Zapytał syn sołtysa.
- Nie ma ku temu czasu.- Odpowiedział półelf. Wyraźnie się spieszył.- Jeśli się nie pospieszę, twój ojciec nie dostanie Aerdily w całości.- Zastanowił się przez chwilę, po czym dodał do siebie.- Jeśli coś po niej zostanie.
Yavis stanął naprzeciw wejścia w góry. Odwrócił się w stronę Houra.
- Bywaj!
- Mam na ciebie czekać?- Półelf w odpowiedzi przytaknął.
- Czekaj jeden dzień, jeśli nie wrócę, pojedź do wioski i poinformuj o niepowodzeniu misji.
- Dobrze, jeszcze jedno pytanie.
- Co?
- Dlaczego właściwie to robisz? Ratujesz ludzi, których nie znasz?
Yavis nie odpowiedział na to pytanie, po prostu nie znał odpowiedzi. Nie zastanawiając się, wbiegł do wnętrza gór.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...