Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Yavis cz.2- \"Złoty blask2\"

pawelmicnas2 ·

I

Wnętrze gór nie napawało optymizmem. Jednak Yavis i tak nie mógł się przyglądać nudnemu krajobrazowi, który tworzyły kamienie i tylko kamienie. Przyczyną oczywiście było to, że cały czas biegł. Musiał się spieszyć, jeśli Aerdila jeszcze żyje, to jak najszybciej musi ktoś przyjść jej z pomocą. I tą pomocą jestem ja, pomyślał, narzędziem, które może kupić jakiś człowiek, by ratować swą siostrzenicę. Zrobiłem duży błąd przyjmując tą robotę, idę na pewną śmierć. Z drugiej zaś strony, jeśli nie spłacę szybko mych długów to również będę w poważnych tarapatach.
Rozmyślając nad swoją egzystencją, półelf biegł dalej. Mijał kolejne głazy i ściany gór, przemieszczając się górskim szlakiem szybko i zwinnie. Droga była łatwa i prosta. Za łatwa. Yavis wiedział, że zaraz stanie się coś złego, coś, co spowolni jego podróż i unicestwi plany szybkiego dotarcia do elfki. Ta przeszkoda nosiła nazwę rozwidlenia, do którego właśnie dotarł.
Półelf przeklął. Załamał ręce i usiadł na szlaku. Czuł się zawiedziony, bezradny jak dziecko, które zgubiło rodziców. On zgubił drogę. Próbował sobie przypomnieć wszystko co mogłoby mu się przydać. Rozmowy, rady i tym podobne.
I przypomniał sobie.

***

Szaro- niebieski statek o białych masztach był gotów do rejsu.
Mewy dawały znać o sobie. Latały nad głowami marynarzy i głośno skrzeczały, na tle zachodzącego słońca. Woda, skąpana w czerwonym blasku, odbijała w swym lustrze ośnieżone szczyty gór, które otaczały zatokę.
Na pomoście stał człowiek, elfka i ich syn. Wyglądali na bardzo smutnych, jakby mieli się za chwilę rozstać.
- Statek gotowy, Boerasie. Czas ruszać.- Powiedział marynarz, stojący na pokładzie okrętu. Człowiek kiwnął na znak, że rozumie. Odwrócił się w stronę syna, półelfa.
- Z mamą musimy wyjechać z tego świata.- Rzekł, patrząc w jego smutne, małe, złote oczy.
- Dlaczego?- Zapytał naiwnie, jak dziecko, którym, bądź co bądź, był.
- Są pytania, na które nie powinieneś znać odpowiedzi, a to jest jedno z tych pytań. Wspomnisz na me słowa kiedy dorośniesz. Wtedy zrozumiesz.- Ojciec zamilkł na chwilę. Wyjął z kieszeni zawinięty pakunek i wręczył go synowi.
- Kiedy będziesz musiał wybrać pomiędzy dobrą i złą ścieżką, łatwą i trudną, wybierz z rozwagą i z namysłem. Jeśli wybierzesz tą trudną, to to- Boeras wskazał pakunek- pomoże ci w ciężkich chwilach. Zapamiętaj me słowa.
Matka i ojciec ostatni raz przytulili syna, po czym odwrócili się i weszli na chwiejny pokład statku.
Mały półelf długo patrzył za odpływającą karawelą. Gdy słońce zaszło, zasnął na pomoście, by móc obudzić się wraz z pierwszym brzaskiem słońca i rozpocząć nowe życie.

***

Yavis wyrwał się z zamyśleń. Wstał i zaczął przeszukiwać kieszenie. Musi gdzieś tu być, myślał, przecież mam go zawsze przy sobie.
W końcu znalazł to czego szukał. Mała, szara paczuszka leżała teraz na jego dłoni. Nigdy jej nie odpakowywał, nigdy nie potrzebował pomocy z zewnątrz. Teraz jednak była ona jak najbardziej wskazana. Zaczął pospiesznie odpakowywać zawiniątko, z nadzieją że znajdzie w nim pomoc. Po kilku zwinnych ruchach, jego oczom ukazał się niezwykły przedmiot. Mały prostokąt wielkości dłoni, wykuty ze srebra, z czarnym kamieniem po środku. Zdobiny starożytnymi runami i jakimś pismem obrazkowym, wyglądał pięknie.
I co z tego, że piękny?
Jak się tego używa? Pomyślał półelf.
- Eee sezamie wskaż mi drogę?- Zapytał niepewnie, patrząc na świecące się srebro. Nic się nie stało. Yavis nadal stał w tym samym miejscu, bez efektu.
- Kamyczku najukochańszy, ubrany w sreberko wskaż mi drogę.- Poprosił spokojnie, bez efektu.
- Ellahe misutbi loxe!- Bez skutku.
- O przepiękny kwiecie liliowy, proszę o wskazanie drogi!- Bez skutku.
- Abrakadabra!- Bez skutku.
- Alleag det mi!- Bez skutku.
- Ty sukinsynu!- Ze skutkiem.
Czarny kamień nagle zmienił barwę na kolorową. Zaświecił swymi barwami, rażąc Yavisa w oczy, które musiał zmrużyć, jakby patrzył w słońce. Zawibrował w ręce, chcąc z niej uciec, udało mu się to. Spadł na ziemię, po czym „powędrował” w stronę prawego rozwidlenia. Półelf, mimo wielkiego zaskoczenia, pobiegł szybko prawym gościńcem. Po drodze zebrał jeszcze prezent od ojca, później już się nie zatrzymywał.

Po dość niedługim biegu dotarł do bramy. Wielka, pozłacana, z ogromnymi kolumnami, dawała wrażenie, jakby to była brama do raju. Duża ilość run pokrywała drzwi. Yavis większości z nich nie rozumiał, mimo to był zachwycony widokiem nieznanych mu wyrazów.
Jak to teraz otworzę? Pomyślał.
Otwieranie tej bramy na pewno nie należało do zajęć łatwych. Wykonana z metalu, usztywniana drewnem, dawała wrażenie drzwi nie do przejścia.
Lecz było to tylko złudne wrażenie, produkowane przez rozum ludzki, który ma swe granice. Półelf popchnął bramę, bez większego przekonania, jedynie z nadzieją, że stanie się cud. Okazało się, że cud nie jest potrzebny. Drzwi ustąpiły bez większego wysiłku mięśni Yavisa.
Wszedł do środka. Wielkość wnętrza pasowałby do określenia „jaskinia”. Zaś jego wystrój można by nazwać wnętrzem świątyni.
Szedł powoli, niepewnie stąpając po kamiennej posadce. Jego kroki jednak i tak dudniły głośno.
Korytarz, którym się przemieszczał, był pełen kolumn. Ściany zdobione były runami i malowniczymi rysunkami, wisiały na nich pochodnie rozświetlające świątynię. Yavis przyglądał się wszystkiemu z zaciekawieniem i jednocześnie strachem. Widział już kiedyś tą świątynię. Jej sale, kolumnady i…
Stół ofiarny. Podszedł bliżej, teraz można było na nim dostrzec pismo, którego oczywiście nie rozumiał, oraz wiele znaków, których znaczenia nie znał. Tak, był pewien, to świątynia, którą widział w swoim śnie.
Nagle półelf usłyszał głos, na jego dźwięk ciarki przeszły mu po plecach. Szybko schował się za jedną z kolumn, wiedział co zaraz będzie się tu działo.

Arllievg de opim
Poeal Sivay
Kloen uoreg ter elaer

Arllievg de opim
Poeal Sivay
Iea tuos preahel

De kloen oer Sivay

Do salki, w której znajdował się ołtarz, weszło dwanaście zakapturzonych postaci, które niosły pochodnie. Po dojściu do ołtarza otoczyły go, nie przestając śpiewać.
Następnie pojawili się osobnicy niosący noszę, na której leżała kobieta o czarnych włosach, elfka. Zakapturzeni podeszli do ołtarza, po czym położyli ją na nim.
Ostatnią osobą, która weszła do salki, była zakapturzona postać ze zwisającą, złotą szablą u boku. Przemówiła w zwykłym, powszechnie używanym języku Daneb efe:
- Nie rozpoczynać obrzędu! Mamy gościa.
Postać odwróciła się w stronę Yavisa i zdjęła kaptur.

II

Gdyby Hour usłyszał odgłosy zbliżających się postaci, może cała historia potoczyłaby inaczej. Wróciłby do domu, po dniu czekania i wszystko by się jakoś ułożyło. Lecz półelf nie usłyszał żadnych dźwięków.
Otoczyli go, dobywając swych szabli. Hour stał się potulny jak młody baranek. Pozwolił sobie skrępować ręce i dostać głowicą miecza w potylicę.
Ostatnim co zobaczył, było sześć zakapturzonych postaci.


III

Postać odwróciła się w stronę Yavisa i zdjęła kaptur. Oczom półelfa ukazał się okropny widok. Twarz ze spiczastymi uszami elfa pokryta była licznymi szramami i bliznami. Włosy posklejane i tłuste, wyglądały jeszcze gorzej. Lecz żaden z tych szczegółów nie budził takiej zgrozy jak jego czerwone oczy, które wpatrywały się teraz w Yavisa.
- Podejdź.- Rzekł swym ochrypłym głosem.- I nie wyjmuj broni, jeśli łaska. Nie zrobię ci krzywdy- spojrzał na półelfa z krzywym uśmieszkiem na twarzy.- Przynajmniej na razie.
Przemytnik podszedł niepewnym krokiem.
- A więc, co sprowadza półelfa do naszej świątyni?
Yavis nie odpowiedział. Starał się nie patrzeć w straszne oczy postaci. O walce nawet nie pomyślał, było ich zbyt wielu.
- Mów!- Pogonił go czerwonooki
- Moje imię to Yavis. Przybywam z ratunkiem tej pani.- Ciemny elf w odpowiedzi uśmiechnął się i powiedział:
- Poznałem twoje imię, więc teraz zapoznam cię z moim. Jestem Ellinar fe ileades ugeael, inaczej Kaleohr.- Elf po przedstawieniu się milczał, młynkując szablą.
- Yavis- spojrzał półelfowi prosto w oczy.- Czy czasem nie jesteś kolejnym fanatykiem swojego imienia? Taak, już wielu takich wchodziło w czeluście tych gór. Niestety muszę cię zmartwić, żaden nie wrócił cało. Nikt nie zdołał chwycić legendarnego miecza Sivaya.- Wskazał szablą półtoraręczny miecz, wiszący na ścianie za ołtarzem. Półelf nie wiedział o co mu chodzi. Kaleohr zauważył zdziwienie.
- Nie znasz historii Sivaya? Wielkiego przywódcy? Króla?- Zapytał.
- Oczywiście, że znam tyle, że…
- Wiesz, że jego miecz miał magiczne moce?- Przerwał Yavisowi.
- Tak. Tylko on zaginął, ten miecz został stracony, przepadł.- Powiedział z niedowierzaniem półelf.- Nikt, nigdy nie znalazł broni Sivaya.
- To legenda, wymyślona by zatuszować prawdę.- Elf podniósł głos.- Wy, ludzie zawsze baliście się prawdy!- Zamilkł na chwilę, po czym zaproponował.- Jeżeli chcesz, mogę ci ją opowiedzieć.
- Czekam z niecierpliwością.
- Dobrze. Jak zapewne wiesz, tysiąc osiemset lat temu, według ludzkiej rachuby i około trzysta, według naszej, stoczono największą bitwę drugiej ery tego świata. Pamiętam to zdarzenie bardzo dobrze. Byłem wtedy młody, miałem jakieś osiemdziesiąt lat.- Przerwał, uśmiechnął się do wspomnień, po czym kontynuował.- Elfy, ludzie i krasnoludy zjednoczyli się pod jednym sztandarem, by zepchnąć wroga w otchłań śmierci.
Na bitwie, która rozegrała się na Zielonych Polach. Stanęli wszyscy…
- Prócz was.- Wtrącił Yavis, pozwalając sobie na taką niebezpieczną bezczelność.
- I tu się mylisz, drogi półelfie. To, że uciekliśmy jest zmyślonym faktem, czymś do czego nigdy nie doszło. To ludzie uciekli. Nie mogli znieść myśli, że zginą. Zostaliśmy sami. Elfy i krasnoludy, walczyły do końca i wygrały wolność dla ludzi. Sivay by zakryć całą sprawę wygnał część elfów w góry. Postąpił okrutnie wobec nas. Ale to nie był koniec. Król oddał nam swój miecz, a sam skoczył ze skały, nie mogąc sobie wybaczyć takiej plamy na honorze.
- Nie wierzę w to co mówisz! To nie możliwe!
- Nie krzycz. Obudzisz drzemiących tu lekkim snem zmarłych.- Ciemny elf spojrzał w złote oczy Yavisa.- Ponieważ zaczynasz mnie nudzić, zaproponuje ci pewien układ.
- Słucham z uwagą.- Przemytnik opanował się i czekał.
- Masz do wyboru dwie opcje. Pierwsza, uciekniesz stąd tak szybko jak twoje siły ci na to pozwolą. Druga, spróbujesz chwycić miecz Sivaya. Jeśli ci się uda posiekasz nas na drobne kawałeczki, jeśli ci się nie uda, to my posiekamy cię na drobne kawałeczki i zjemy. Którą opcję wybierasz?
Yavis zaczął się zastanawiać. Wiedział, że ma mało czasu na wybranie odpowiedniej opcji. Sekunda po sekundzie, elf będzie się coraz bardziej niecierpliwił.
Jeżeli wybiorę ucieczkę, pomyślał, zostawię ją na łaskę, lub nie łaskę tych istot.
Spojrzał smutnie na elfkę. Dopiero teraz zauważył, że była naprawdę piękna. Czarne, falowane włosy i ładne oczy, których piękność można było zauważyć nawet wtedy gdy były zamknięte.
Nie mogę postąpić jak Sivay. Nie zlęknę się, spróbuję chwycić miecz. Jak się nie uda, to przynajmniej nie będę miał wyrzutów sumienia, które dręczyłyby mnie do końca życia.
Półelf spojrzał na miecz wiszący na ścianie, po czym podszedł do niego. Zapadła cisza, jego kroki dudniły głośnym echem w świątyni. Stanął naprzeciwko broni i wbił w nią swe złote tęczówki. Miecz miał bogato zdobioną klingę. Wyrytych na niej run Yavis nie rozumiał, prawdopodobnie było to jedno z pierwszych pism elfów. Głowica w kształcie kuli, była wykonana z nieznanego półelfowi stopu.
Przełknął ślinę i wyciągnął rękę ku rękojeści. Uniósł miecz, chwytając go jednorącz.
Był zadziwiająco lekki. Yavis przejechał palcami po jelcu, wykonanym z tego samego materiału co głowica, po czym chwycił broń oburącz. Brzeszczot zaświecił zieloną poświatą, a przemytnik spojrzał pewnie w oczy elfa. Oczy, które nie świeciły już zuchwałością i ignorancją.

IV

Hour obudził się. Gdzie był, nie wiedział. Za to znał odpowiedź na pytanie czy jest mu wygodnie.
Na pewno nie. Był przywiązany do jakiegoś większego badyla. Ręce ścierpły mu, ponieważ były skrępowane. Podniósł, dotąd spuszczoną głowę i ujrzał sześć zakapturzonych postaci.
W następnej chwili usłyszał krzyk, prawdopodobnie wrzask mordowanych. Zakapturzeni poruszyli się niespokojnie.
- Alaghe!- Powiedział jeden z nich.
- Korh! Ycule aelli eaf!- Odpowiedział drugi, wskazując na półelfa.
Po krótkiej chwili sześć postaci sunęło ku Hourowi z szablami w rękach.

V

Yavis ciął jak popadnie, trupy padały jeden za drugim.
Zablokował jedno uderzenie, po czym, w tej samej chwili, sam uderzył kładąc kolejnego ciemnego elfa. Miecz był naprawdę lekki i nie na żarty, ostry. Właściwie Yavis czuł jak broń sama dyktowała mu warunki, jakby lepiej wiedziała gdzie zadać cios.
Półelf zwinął się w półobrocie i ciął w aortę dwóch następnych. Większość uciekła, zostawiając naczelnego kapłana sam na sam z Yavisem.
- To niemożliwe!- Krzyknął przerażony.- Ten miecz nie jest tobie przeznaczony!
- Nie wierzę w przeznaczenie.- Yavis zamachnął się i ciął od góry. Ciemny elf jednak sparował cios i odskoczył w tył. Rzucił szablę na podłogę i wyciągnął ręce w gorę.
- Eraulder!- Krzyknął donośnym głosem. W jego dłoniach pojawiła się fioletowa kula. Niespokojna i wzburzona, niczym morze, zwiększała swe rozmiary. W końcu kapłan zniknął w jej środku. Barwa zmieniła się na zieloną, po czym elf zdematerializował się wraz z kulą.
Yavis oddychał z trudem, był wykończony tym wszystkim. Schował miecz za pas i podbiegł do leżącej na ołtarzu elfki. Uklęknął i chwycił jej dłoń. Była bardzo zimna. Twarz miała kolor jeszcze bladszy od rąk.
-Aedrilo!- Nie odpowiedziała, ani nie zbudziła się.- Trzeba jej leków, których nie posiadam.- Mruknął do siebie. Nie zastanawiając się dłużej wziął ją na ręce i zaczął biec w kierunku wyjścia z świątyni.
Bieg był bardzo męczący i wolny, mimo iż Aerdila była zadziwiająco lekka. Mijał pochodnie i kolumny, ale nie zwracał już na nie wielkiej uwagi. Mięśnie dawały znać o sobie, bolały coraz bardziej. W końcu, mimo wszelkich przeciwnościom losu, udało mu się wybiec ze świątyni. Ale nie dał rady uciekać dalej. Położył elfkę na ziemi, po czym sam usiadł, ciężko dysząc. Rozglądnął się po okolicy, jakby szukał ratunku. Niestety znalazł coś jeszcze gorszego.
Houra. Leżał w kałuży krwi, jego wnętrzności były nadgryzione. Flaki wypływały na wierzch. Yavis doczołgał się do martwego półelfa.
- Hourze!- Nawet nie drgnął, jego ciało leżało bezwładnie. Nie trzeba było się przyglądać, by stwierdzić kto to zrobił. Zabili go po czym zaczęli jeść. Było to całkiem niedawno, więc musieli być gdzieś w okolicy. Yavis rozglądnął się po raz kolejny po okolicy, lecz tym razem by zobaczyć czy nic mu nie grozi.
Wziął szybko w swe ręce łuk i strzałę, którą napiął. Usłyszał dźwięk, jakby szelest szat. Później zobaczył zakapturzonych kanibalów sunących ku niemu z szablami w rękach. Przymierzył i puścił cięciwę, która zaświszczała głośno.
Trafił bez zarzutu. Ciemny elf padł od razu, z grotem w klatce piersiowej. Yavis nie czekał, wyjął następną strzałę i wystrzelił ją w stronę następnego elfa. Ten również padł. Półelf wiedział, że już nie ma czasu na łuk, byli za blisko. Rzucił broń na ziemię i wyjął miecz Sivaya. Doskoczył do najbliższego kanibala i ciął od dołu. Jednak został zablokowany. Następne uderzenie poszło z góry i rozrąbało czaszkę istoty.
Zostało trzech. Yavis nakreślił w powietrzu ósemkę, po czym sieknął z półobrotu. Jeden padł ugodzony w aortę, drugi sparował uderzenie. Półelf odskoczył na odległość wyciągniętego miecza. Spojrzał w miejsce, gdzie powinny być oczy jednego elfa, jednak kaptur szczelnie go zasłaniał.
To był błąd. Obaj wykorzystali chwilę nieuwagi i zaatakowali w jednym momencie. Nie było sposobu, żeby obronić się przed takim uderzeniem.
Jednak mu się to udało.
Sam nie wiedział jak, ale żył. Dwaj pozostali zaś leżeli bezwładnie na ziemi w kałuży krwi. Yavis był naprawdę zdziwiony. Cała ta akcja trwała ułamki sekund, półelf nie mógł sobie przypomnieć co zrobił w tak krótkim czasie.
Naprawdę niezwykły to miecz, pomyślał.
Rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. Ku jego uldze nie znalazł takowego. Schował miecz, podniósł i przepasał za plecy nieopodal leżący łuk. Podbiegł do elfki i uklęknął przy niej.
- Aerdilo, proszę, zbudź się.- Yavis czekał cierpliwie. Ponawiał co jakiś czas prośby. W końcu go wysłuchano. Elfka otworzyła lekko oczy, zauważyła pochylonego nad nią półelfa.
- Gdzie jestem? Kim ty jesteś?- Mówiła z trudem, ledwo zlepiając sylaby.
- Spokojnie. Jesteś wstanie się ruszyć?
Nie odpowiedziała, mimo, ze bardzo chciała. Powieki osuwały się powoli. Zemdlała.
- Nie wiem czy znajdę dość sił.- Powiedział do siebie.- Ale muszę spróbować.
Wziął elfkę w swe ramiona i zaczął iść wolnym krokiem, ku wyjściu z gór.

Po niedługim marszu wydostał się z gór. Słońce wschodziło, co oznaczało, że Yavis w górach spędził dzień i noc.
Teraz już był pewien, nie wytrzyma. To było ponad jego siły. Padł bezwładnie na ziemie wraz z uratowaną elfką.


VI

Yavis leżał w ciepłej pościeli, patrząc bezradnie w sufit. Było mu bardzo wygodnie. Pokój, w którym się znajdował, był pokojem domu sołtysa. Już nocował w nim raz, przed wyruszeniem na odsiecz Aerdili.
Słońce wdzierało się do pomieszczenia rażąc półelfa w oczy.
Jak ja się tu znalazłem, pomyślał, kto mnie uratował? Pamiętam tylko blask zachodzącego słońca, gdy wybiegłem z gór Frantiwenmed. Później upadłem i zawładnęła mną ciemność. Prawdopodobnie zemdlałem, albo coś. Przecież Aerdila nie mogła mnie nieść…
Rozmyślania przerwało pojawienie się w drzwiach sołtysa i grubego mężczyzny z wąsem. Obaj weszli do środka izby i usiedli na skraju łóżka półelfa.
- Piękny dzień. Jak się czujesz mości Yavisie?- Zapytał uradowany Ewastren. Yavis zmienił pozycję na półsiedzącą i odpowiedział:
- Bardzo dobrze. Co mi właściwie dolegało, że wylądowałem w łóżku?
- Szczerze mówiąc to nic, oprócz fizycznego wycieńczenia. Wiesz ile spałeś?- Półelf pokręcił przecząco głową.- Dwa dni i dwie noce. Teraz mamy ranek dwudziestego czwartego lipca, jeśli cię to interesuje.
- Jak się czuje Aerdila?- Zapytał Yavis, po chwili milczenia jakie zapadło.
- Dobrze, wraca do zdrowia.- Odpowiedział sołtys.- A bym zapomniał, Yavisie, poznaj mego brata, Brunoma.- Wąsaty wyciągnął rękę do półelfa, którą ten uścisnął, w miarę swoich możliwości.
- Brunom przywiózł cię tutaj wraz z Aerdilą. Gdy przejeżdżał z kopalni do kopalni, zauważył was. Mieliście ogromne szczęście.
- Dziękuję za ratunek…
- Nie.- Przerwał, jak to miał w swoim zwyczaju sołtys.- To ja dziękuję za ratunek mojej siostrzenicy.- Zamyślił się na chwilę.
- Kto właściwie ją porwał i gdzie jest Hour?
Yavis zasmucił się wyraźnie, nie lubił rozmawiać na takie tematy.
- Hour zginął, został zabity przez te same osoby, które porwały Aerdilę. Elfy Poes, zwane mrocznymi lub ciemnymi.
Ewastren znieruchomiał. Po policzku zaczęła spływać łza, później następna.
- Mój syn nie żyje.- Powiedział głucho, po czym wyszedł bez słowa z pokoju.
Półelf został sam na sam z Brunonem, który siedział cicho i głaskał się po wąsie.
- Twoja nagroda leży tam, na biurku.- Brat sołtysa wskazał na dużą sakiewkę.- Nie bez problemów, ale udało mu się zdobyć odpowiednia sumę.
- Dziękuję, bardzo. Gdzie moje rzeczy?
- Leżą tam, na krześle. Jeśli pozwolisz, teraz powrócę do swych zajęć.
Wstał i wyszedł z pokoju, podobnie jak przed chwilą jego brat.
Yavis, bez chwili wahania, ubrał się, przepasał broń i wziął ciężką sakiewkę. Gdy był gotowy, wyszedł z pokoju, po czym zszedł schodami do głównego holu. Następnie udał się w stronę gabinetu gdzie zastał ponownie dwóch braci.
- Przyszedłem się pożegnać. Muszę jechać spłacić dług. Może nasze ścieżki zejdą się jeszcze. Żegnajcie.
- Żegnaj Yavisie.- Powiedział przez łzy Ewastren.
Półelf odszedł w stronę drzwi. Lecz po paru krokach zatrzymał się i odwrócił na pięcie.
- Przekażcie Aerdili podziękowania ode mnie.- Sołtys kiwnął na znak że rozumie.
Yavis nie odwracał się więcej. Spieszył się. Musiał poznać odpowiedzi na pytania, które go dręczyły.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...