Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Yavis cz.3- \"Ucieczka\"

pawelmicnas2 ·

I

Lochy w Girion Karost miały to do siebie, że panował w nich chłód nie do zniesienia, szczególnie w zimę, która w Daneb efe była zawsze wyjątkowo zimna i ostra. Śnieg grubo przykrywał kamieniste drogi, których w mieście było bez liku. Większość prowadziła do góry, więc gdy następowała odwilż cała woda spływała ku dolnym częściom miasta. Więzienie znajdowało się właśnie w tych częściach.
Ściany były zimne, ale i tak cieplejsze od przymarzających, stalowych krat celi. Szczur skubał resztki chleba, których Yavis nie zjadł. Woda, którą mu podano, jak można się domyślić, zamarzła, więc półelf nie pił i nie jadł od około dwóch dni.
Nagle korytarz wypełniły odgłosy charakterystycznie szeleszczącej kolczugi. Było słychać podniesione głosy, śmiech, płacz i zgrzyt zębów. Strażnicy podeszli do celi Yavisa i ich oczom ukazał się okropny widok.
Półelf, owinięty w opończę, a raczej to co z niej zostało, dygotał z zimna. Siedział skulony w kącie lochu. Jego włosy były posklejane i tłuste, a oczy świeciły złotym, złowrogim blaskiem. Yavis podniósł swe ślepia i spojrzał na strażników.
- No co się ga…- Przerwał mu kaszel, suchy i głośny. Żołnierze spojrzeli na niego, bez cienia litości. Rzucili miskę z wodą na podłogę, a kromkę chleba w szczura, który uciekł do swej kryjówki, dziurze w ścianie.
Półelf nie czekał, aż sobie pójdą, doskoczył do wody porozlewanej po całej posadzce i zaczął ją zlizywać. Następnie chwycił chleb i jadł bez umiaru to co mu dali.
- Jak pies.- Powiedział jeden z żołdaków, drugi w odpowiedzi zaśmiał się donośnie. Yavis nie zwracał na nich uwagi, był po prostu zbyt pochłonięty zlizywaniem wody i gryzieniem czerstwego chleba.
Obaj żołdacy podeszli do następnej celi zanosząc się śmiechem.
I tak było codziennie.
Przychodzili, szydzili, jak się udało to kopali. Więźniowie, którzy byli nowicjuszami, lub wysoko urodzonymi osobami obiecywali zemstę za takie traktowanie. Zaś ci pokroju Yavisa, którzy spędzili w lochach pół roku, pogodzili się z tym losem. Żyli bez nadziei z wiarą, że umrą wygłodzeni i wychudzeni.
Półelf skończył jedzenie dziennej porcji żywieniowej. Usiadł w tym samym kącie i szczelniej owinął się resztkami opończy. Patrzył, zamyślony, w ścianę i zadał sobie pytanie, które padało niemal codziennie: „Kto mnie wyciągnie, czy ktoś przyjdzie mi z pomocą?”. Odpowiedzią była głucha cisza, wypełniająca celę.

II

Droga przez Zielone Kopce była wyczerpująca, szczególnie dla konia, na którym jechała. Stała teraz przed bramą Girion Karost, trzymając ogiera za uzdę. Wrota otwierały się powoli z okropnym skrzypieniem. Gdy szczelina między dwoma skrzydłami bramy stała się wystarczająco duża by się przez nią prześliznąć, wskoczyła z powrotem na konia i wjechała do miasta.
Domy i kamienice migały jej przed oczami. Drogi były prawie puste i nie było w tym nic dziwnego, wszędzie panowała głęboka noc. Tętent kopyt budził co poniektórych mieszkańców stolicy.
Dotarła do stajni, od której cuchnęło końskim łajnem. Oddała właścicielowi klacz i parę złotych monet. Dalej szła na własnych nogach.
Droga wspinała się alejami do góry, prowadząc na coraz to wyższe kondygnacje miasta.

W domu jej zaufanego przyjaciela dostrzec można było palące się świece, rozświetlające pomieszczenie.
Zapukała.
Przez otwarte okno wyjrzał człowiek o smutnym wyrazie twarzy.
- Ktoś ty?- Zapytał.
Zdjęła kaptur i powiedziała, wypełniając panującą ciszę swym głosem:
- Szukam półelfa o imieniu Yavis.

III

Była noc. Księżyc był w pełni, a gwiazdy dobrze widoczne. Nic nie zapowiadało wydarzeń, które miały lada moment nastąpić. Mieszkańcy kładli się spokojnie spać, nie wiedzieli, że niedługo w mieście rozpęta się prawdziwe piekło. Szlachta, która rządziła od około dwustu lat Daneb efe, ponieważ królewski ród wygasł, nie wiedziała, że w mieście rozegra się krwawa łaźnia, którą zaczną uciśnieni chłopi.
Nagle, jakby nie wiadomo skąd, ciemne niebo zostało przykryte ciężką chmurą. Błyskawica przeszyła mrok, budząc grzmotem ludzi zamieszkujących Girion Karost. Było to niespotykane zjawisko o tej porze roku, w końcu panowała zima. Zazwyczaj pada śnieg, a nie deszcz, który zalał teraz swymi kroplami ulice stolicy.
Weszli do miasta jeszcze za dnia, kiedy bramy były otwarte. Przemycali broń na różne sposoby, tylko sobie znane. Za dnia przebywali rozdzieleni w karczmach i domach zaprzyjaźnionych mieszczan. W nocy zebrali się w dwóch strategicznych, wcześniej wyznaczonych miejscach. Tymi miejscami była brama południowa i brama północna. Strażnicy pilnujący wrót udawali, że ich nie widzą, że nie dostrzegają cepów i wideł, które były jedynym uzbrojeniem chłopów.
Po krótkiej naradzie buntownicy odwrócili się w stronę żołnierzy stojących przy bramie. Podeszli i zatłukli tak szybko, że ci nie zdążyli zadąć w róg. W następnych chwilach w mieście rozegrało się prawdziwe pandemonium. Słychać było wrzask mordowanych. Ulice, prawdziwa chluba i powód do dumy Girion Karost, zostały zalane krwią. Żołnierze próbowali powstrzymać chłopów, tak więc miasto zamieniło się w prawdziwe pole bitwy. Walczyli na ulicach, w domach, wszędzie gdzie się dało. Buntownicy znaczyli swą drogę nie tylko cepem, ale również i ogniem. Zaprószony w paru domowiskach, szybko, mimo deszczu przemieszczał się po stolicy.
Wrzaski i szczęk metalu słychać było nawet w lochach, w których przebywał Yavis. Siedział w kącie, otulony opończą z nadzieją, że chłopi pomyślą o tym by uwolnić więźniów z cel. Jednak nie doszło do tego. Nie był nawet zawiedziony z tego powodu, było już tyle okazji na wyjście na wolność, że przyzwyczaił się do smaku porażki.
Półelfa, pogrążonego we własnych myślach, zbudził odgłos kroków, zbliżającej się osoby. Na dworze było głośno, więc Yavis nadstawił uszu. Postać zbliżała się, kroki były bardziej słyszalne. W końcu ujrzał kobietę, miała zsunięty kaptur na twarz. Lecz to nie przeszkodziło mu w dostrzeżeniu czarnych, falowanych włosów, które nie schowały się pod nim. Otworzyła kraty.
Półelfa zaczęły dręczyć pytania, czy to ocalenie, czy raczej zagłada.
Postać podeszła do Yavisa i przykucnęła przy nim. Zdjęła kaptur. Jego oczom ukazały się jej czarne falowane włosy i kpiący uśmieszek elfki. „Już ją gdzieś widziałem, tylko gdzie?”
- Witaj Yavisie.- Półelf nadal nie mógł sobie przypomnieć, nie miał pamięci do twarzy.
- Nie pamiętasz mnie? A no tak w końcu byłam nieprzytomna kiedy mnie ratowałeś.
Olśniło go. Pół roku temu uratował ją, pokonał ciemne elfy które ją porwały.
- Witaj Aerdilo.- Wykrztusił, po czym zakaszlał kilka razy. Pobyt w lochu zrobił z niego chorowitego półelfa.- Przybywasz z pomocą?
- Tak. Masz, wypij to.- Elfka podała mu flakonik z jakąś fioletową substancją. Wypił bez zastanowienia się. Napój drapał w gardło i był bardzo zimny, mimo to miał jakieś magiczne składniki, dzięki którym Yavisowi stało się ciepło i odzyskał siły i zdrowie.
- Co to za świństwo?- Zapytał bez chrypy i popadnięcia w atak kaszlu.
- Świństwo, które cię uzdrowi. Już czujesz się lepiej, prawda?- Yavis w odpowiedzi kiwnął głową. Wstał i przeciągnął się ospale, czuł się jak obudzony z bardzo długiego snu. Świat stał się nagle wyraźny, dobrze słyszał i lepiej widział.
- Czuję się jak dawniej.
- To dobrze, bo musimy uciekać. Chodź, strażnicy pobiegli bić się z chłopami, więzienie nie pilnowane.
Wybiegli z celi, ich opończe powiewały za nimi. Uciekali korytarzami lochów, wszędzie panowała pustka i cisza, tylko z góry było słychać odgłosy walk. Dotarli do schodów prowadzących w górę, ku wyjściu z miasta. Wspinali się po nich, nie zostawiając najmniejszego śladu ich obecności w tych stronach. Po przebyciu niemałej odległości dobiegli do wyjścia z lochów. Yavis pchnął drzwi.
Zamknięte.
Kopnął je z niemało siłą, to pomogło. Drzwi otwarły się na oścież, ukazując kawałek miasta. Przed nimi grupa żołnierzy i chłopów toczyła ostry bój. Cepy bojowe uderzały o pancerze i pawęże żołnierzy. Ci zaś bez trudu mieczami i włóczniami zabijali buntowników. Jedno było pewne: ta noc będzie należała do jednej z najbardziej krwawych w całej historii. Rzeź była nieunikniona. Obrońcy byli lepiej uzbrojeni, z łatwością kładli na ziemie kolejne ofiary.
Yavis i Aerdila uciekali dalej, w stronę stajni. Biegli nie zatrzymując się i nie oglądając się za siebie. Nie chcieli patrzeć na umierających, topiących się w kałużach własnej krwi. Nagle Półelf zatrzymał się i krzyknął:
- Aerdilo! Mój miecz, muszę po niego wrócić! Spotkamy się w stajni!
Kiwnęła potwierdzająco, na znak, że rozumie i pobiegła dalej.
Yavis skręcił w boczną, małą uliczkę, która prowadziła do zaniedbanej karczmy. Na tej drodze spotkał już mniej bijących się ludzi. Wspiął się na wyższe piętro miasta, obfitujące w kamienice, bogato zdobione freskami. Drogę rozświetlał mu srebrzysty blask księżyca, zaś przeszkodą był obficie padający deszcz. Było zimno, a w powietrzu można było odczuć zapach trupów, zapach wojny.
Dotarł do gospody „pod siedzibą króla”. Nazwa nie wzięła się z nikąd, karczma rzeczywiście znajdowała się na piętrze, które było pod kondygnacją z salą tronową. Yavis wszedł do środka.
Stoły były powywracane, kufle bezwładnie leżały na podłodze, wypływało z nich niedokończone piwo. Nikogo tu nie było, ani żywej duszy. Sprawne oko dostrzec mogło również krew, która znajdowała się tu w niewielkich ilościach. Wbiegł schodami do góry, do pokoju, w którym mieszkał zanim go złapano.
Miecz leżał w pochwie, na stole. I nie było w tym nic dziwnego, że leżał tu przez jakieś pięć miesięcy. Legendarny miecz Sivaya mógł podnieś tylko wybraniec, którym pół roku temu okazał się Yavis.
Bez trudu pochwycił go w dłonie, był zadziwiająco lekki. Klinga zaświeciła zielonym blaskiem. Półelf był już przyzwyczajony do magicznych zdolności brzeszczotu, więc nic go nie zdziwiło.
Nie czekając na inną chwilę, wybiegł szybko z karczmy, pędził w kierunku stajni, której miał zastać Aerdilę. Uciekał teraz schodami w dół, ku niższym kondygnacjom miasta. Następnie biegł główną drogą, gdzie roiło się od walczących.
Przewaga żołnierzy była coraz bardziej widoczna. Chłopi nie mogąc się obronić przed kusznikami i łucznikami padali jeden za drugim. Zbrojni zabijali bez opamiętania, w swej furii, która zaślepiła im oczy.
„To miasto sypie się od wewnątrz”, pomyślał Yavis, patrząc na zabijających się nawzajem rodaków.
Nagle, jakby znikąd pojawiły się kolejne, słabo uzbrojone oddziały chłopów. Grupą rzucili się na żołnierzy. Wykorzystując przewagę liczebną, wieśniacy położyli mały oddział obrońców. Następnie pobiegli dalej.
Deszcz przestał padać, a na wschodzie pojawiła się pomarańczowa łuna, zwiastująca nadejście słońca. Domy, w których został zaprószony ogień płonęły i zapalały następne. Yavis schowany dotąd w ciemnej uliczce, pobiegł dalej, ponieważ chłopi zniknęli mu z pola widzenia. Stajnia była już niedaleko, wiedział to. Przyspieszył, chciał jak najszybciej uciec z tego miasta.
Niestety, nie udało mu się dobiec do ustalonego wcześniej miejsca, bez napotkania jednostek obu stron. Ku niemu szli trzej chłopi uzbrojeni w widły. Yavis wzniósł miecz, polała się krew, wieśniacy nie zdążyli powiedzieć: „Zabić go!”, a już leżeli na ziemi w kałuży krwi. Półelf wszedł do środka stajni. Czekała tam już na niego, siedziała na czarnym koniu.
- Wskakuj! Prędko!- Yavis nie musiał być popędzany, wsiadł na klacz w jednym skoku. Po chwili pędzili uliczkami Girion Karost, zmierzając ku głównej bramie. Po drodze półelf siekł wszystkich, którzy stanęli im na drodze, nie zwracał uwagi na to, czy kładzie chłopa, czy żołnierza. Miecz Sivaya ciął jak należy.
Po paru chwilach galopu dotarli do wrót, które były otwarte na oścież. Duże zastępy chłopów się przez nie wlewały. Fala zabrała tych co stali najbliżej.
Elfka momentalnie przeszła w galop. Oboje na koniu wskoczyli do morza ludzi, tratując ich koniem i cięciami miecza. Wszyscy się przestraszyli, dwójka jeźdźców nie pozastawiała nikogo przy życiu. Coraz łatwiej było się przedzierać, ustępowali, bo bali się zginąć od świecącej na zielono klingi miecza.
Udało się im wyjechać z miasta, mimo to Aerdila nadal popędzała konia. Galopowali jeszcze trochę chwil przez Zielone Kopce. Gdy się zatrzymali, elfka obróciła ogiera w stronę miasta.
Yavis odetchnął głośno, po czym wziął głęboki oddech, ciesząc się świeżym powietrzem.
- Dziękuję ci za ratunek. Udało się nam.
- Nie.- Przerwała kategorycznie, patrząc na miasto skapane w blasku zachodzącego słońca, tu i ówdzie można było dostrzec dym.- Nie udało się nam, bo to dopiero początek wyprawy.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...