Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Zacząć życie od nowa - I

not ·

*
- Życie bywało proste.
Naish podniósł głowę, patrząc pytająco na towarzyszkę. Dziewczyna potrząsnęła głową z żalem w oczach.
- Bywało, prawda? Wszystko było jasne i oczywiste. Poukładane. W nocy śpisz, w dzień jesz, haftujesz, tańczysz. Co się z tym stało, Nai? Nai? Odpowiedz!
Mężczyzna odwrócił się do niej plecami, położył na wznak, podkładając pod kark dłonie. Zmrużył oczy, ważąc słowa.
- Jesteś rozgoryczona - powiedział wreszcie powoli. - Prześpij się, piękna. Życie to nie bajka. Nic nie trwa wiecznie. Prześpij się.
Poderwała się na równe nogi, tłumiąc łzy złości. Zaciskała pięści, szukając w pamięci najcięższych klątw, najgorszych wyzwisk.
- To wszystko przez ciebie! - krzyknęła z pretensją. „Nic oryginalnego”, malowało się na twarzy Naisha. „Typowa reakcja”, mówił grymas jego ust. „Nie wiedząc, kogo obarczyć winą, zrzucasz ją na najbliższe otoczenie. Proszę bardzo”.
- Wszystko przez ciebie - powtórzyła, okrążając towarzysza, by mieć za plecami drzwi szopy. Na dworze kolejna potężna fala deszczu uderzyła o zbity z desek dach. - Wszystko było w porządku, póki się nie pojawiłeś - chciała wyładować całą złość, nagromadzoną przez ostatni miesiąc, nieważne, na kim. - To było piękne, spokojne życie. Ale ty przybyłeś! Musiałeś przybyć! Wszystko zniszczyłeś! Jesteś... jesteś... nienawidzę cię.
Stało się. Powiedziała to.
A Naish?
Nawet powieka mu nie drgnęła. Przyglądał się jej spod opuszczonych rzęs, z pobłażliwym, chłodnym uśmiechem obserwował jej łzy.
- Nienawidzę cię - ciągnęła rozdygotanym głosem, cofając się ku wyjściu. Przez niebo przetoczył się grzmot, ściśnięte w kącie konie zaniepokoiły się, kołysząc uwiązanymi szyjami. - Nienawidzę cię. Nienawidzę sposobu, jakim na mnie patrzysz. Nienawidzę tego, co zrobiłeś z moim życiem. Nienawidzę. Nienawidzę - powtarzała to słowo jak w gorączce, czując pulsującą w uszach krew. Wyczuła za plecami drewniane drzwi, obróciła się, złapała za klamkę.
Coś kazało jej się obrócić.
Naish, wsparty na łokciach, patrzył jej prosto w twarz. W jego elfich, szarych oczach i na jasnej twarzy tańczyło odbicie płomyka kaganka. Zadrżała, wymacała za plecami skobel. Wystarczy szarpnąć go i otworzyć drzwi.
Naish patrzył. I śmiał się do siebie lekko, bezgłośnie.
Pociągnęła zasuwę. Nie ustąpiła. Targnęła nią mocniej, drzwi skrzypnęły i uchyliły się.
Otworzyła je na oścież. Nic się nie stało. Tylko do szopy wtargnął zimny wiatr i fala ulewy.
Wyszła za próg. Żadnej reakcji. Zamknęła za sobą drzwi.
Z cichym łkaniem pobiegła przed siebie, czując, jak krople deszczu chłodzą jej rozpalone ciało.

*
Prawda, była nieco dziecinna. Ale nie na tyle, by twierdzić, że wszystko, co złe zaczęło się wraz z przybyciem Naisha do jej rodzinnego domu. Szepty i rozmowy, które cichły, gdy wchodziła do pokoju, towarzyszyły jej, odkąd pamiętała. Żyła z tym. Nie wypytywała matki, a ona nie mówiła o tym. Dziś już wiedziała, że matka rozpaczliwie chciała podtrzymać honor i dobre imię rodu, nawet ceną własnego zdrowia.
Wychowała się bez ojca. Nie wiedziała o nim wiele, poza tym, że zginął przed jej narodzeniem. I że był władczym, porywczym człowiekiem, zdolnym do wielu rzeczy. Podsłuchała kiedyś rozmowę gości, opowiadających o jego wyczynach. Tej nocy nie mogła spać.
W ciemnym, zakurzonym kącie galerii rodowej widziała jego portret. Przeraziło ją spojrzenie ojca, dumny grymas ust. Dobrze, że nie jestem do niego podobna, mówiła sobie, patrząc w lustro. Wcale. Nie mam jego twarzy.
Matkę, Veronicę von Dael, kochała, jak córka kocha rodzicielkę. Nie było między nimi żadnej szczególnej więzi, poza zwyczajnym zaufaniem, jakim młoda dziewczyna darzy rodzica. Veronica była prawdziwą damą, wiedziała o tym. Choć nie pierwszej młodości, jej wdzięczne ruchy, sposób noszenia głowy, krok - wskazywały na jej wysokie pochodzenie i staranne wychowanie. Córka patrzyła na nią i naśladowała. W głębi duszy chciała być taka, jak ona. Oczywiście, nie mówiła jej o tym, kiedy stroiły się na kolejny bal. Takich rzeczy się zwyczajnie nie mówi. A przynajmniej dla nich to byłoby nie do pomyślenia.
Von Daelowie, mówiła jej matka, od wieków są szanowaną rodziną i tak powinno pozostać do końca dni.
Dziś, kiedy wspominała jej słowa, śmiała się gorzko przez łzy. I ty to mówłaś, matko? I ty miałaś prawo mnie pouczać o honorze rodu, po tym, co sama zrobiłaś?
Piekło rozpętało się kilka miesięcy temu. Pamiętała to dobrze, bo wróciła z balu, organizowanego przez młodego Eryka z okazji Avellege, Nadejścia Wiosny. Przed ich dworkiem stała kara klacz stryja, brata ojca, i jego pachołkowie. Pierwszym, co usłyszała, wchodząc do domu, były odgłosy dzikiej awantury w komnacie matki. Tubalny głos stryja mieszał się z szalonym, histerycznym stukotem obcasów po parkiecie.
Zaszyła się w najdalszym kącie domu, kryjąc przed służbą przerażenie. Dawno nie widziała stryja. Bywał w ich domu raz kilka lat, dla porządku. Podobno nie mógł przeboleć, że stanowisko głowy rodu po śmierci jego starszego brata przejęła - zgodnie z tradycją - żona z dzieckiem. Ale nigdy nie ośmielił się ubliżać wdowie takimi słowami, jak dzisiaj.
Kiedy stryj opuścił dwór, trzaskając drzwiami, wstawał świt. Ona bezzwłocznie udała się do matki.

*
- Czemu nigdy mi nie powiedziałaś?
Chodziła po komnacie jak zwierzę zamknięte w klatce. Matka siedziała przy stole, kryjąc twarz w dłoniach.
- Nie mogłaś wiedzieć. Nikt nie mógł.
- Oczywiście. Szczególnie rodzina ojca, nieprawdaż?
Odwróciła się, zamiatając powietrze chmurą czarnych włosów, oparła ręce na stole.
- Jak mogłaś to zrobić? - jej głos drżał z wściekłości. Po raz pierwszy poczuła do matki pogardę. Odrazę. - Jak mogłaś, do wszystkich diabłów?
- Nic nie rozumiesz - Veronica podniosła głowę. - Nie znałaś ojca.- Chciała dalej mówić, ale jej głos niespodziewanie ochrypł. Spod powiek wymknęły się dwie łzy.
- Długo się zabawialiście? - zaszydziła, by nie zwariować.
- Przestań! - zawołała stanowczo matka, opanowując się. - Uważaj, co mówisz. Opamiętaj się!
- Ty nie potrafiłaś się opamiętać, prawda? Zdarzyło się...
Podeszła szybkim krokiem do okna, zagryzła wargi.
- Kochałaś go chociaż?
Veronica milczała. Długą, długą chwilę.
- Nie.
Córka zadrżała.
- Nie kochałam. To był raz, Estelio. Tylko raz. Więcej go nie zobaczyłam.
„Estelio\". Tylko matka mówiła do niej w ten sposób.
Zapadła cisza. Na dworze wydzierał się skowronek. Estela zapragnęła mieć w ręku kamień. Jak mógł śpiewać w takim momencie?
- Czemu nie wyglądam jak półelf? Półelfka?
Veronica załkała cicho.
- Wyglądasz.
- Chodzi mi o uszy.
- To się zdarza. Tak mówił mi druid.
- Więc jednak ktoś wiedział?
- Tylko on.
Estela pochyliła nisko głowę.

*
Po tym zdarzeniu matka nie odzywała się wiele. Pisała mnóstwo listów, powierzając je najbardziej zaufanym gońcom. Odprawiła większość służby. Tłumaczyła, blada i wymęczona, że nie zniosłaby ich obecności.
Po tygodniu zaczęli się zjeżdżać nieznajomi. Głównie elfowie. Przemykali korytarzami, znikali w komnacie matki i wychodzili pod osłoną nocy. Trwało to może miesiąc. Estela zaczęła oswajać się z myślą o swoim pochodzeniu, a nawet zaczęła tolerować elfów w swoim domu. Tylko jedno ją niepokoiło.
Matka powiedziała, że stryj zagroził kompromitacją. Albo bękart - czyli Estela - zniknie, albo przedstawi ogółowi Lady von Dael, jakiej nie znają. Veronica, uciekając wzrokiem przed spojrzeniem córki, oznajmiła, że mąż nie zniósłby myśli o zhańbieniu nazwiska Dael, a ona, z takich czy innych powodów, jego wolę szanuje.
Oznaczało to jedno. Ona musi przestać istnieć. „Nigdy cię nie było, nie ma cię, i nigdy, przenigdy cię nie będzie” - tak jej to matka wytłumaczyła. „Nigdy nie istniałaś. Wybacz, Estelio”.
A później przyprowadziła do niej elfa.

*
- To Naish, Estelio. Zaopiekuje się tobą. Dopilnuje, żebyś była bezpieczna w nowym życiu.
Mierzyła go przez chwilę wzrokiem. Przewyższał ją niemal o głowę. Kruczoczarne włosy miał związane na karku, odzienie do jazdy konnej uszyte było z nieznanego jej materiału. Jego jasne, jakby wyblakłe, szare oczy taksowały ją chłodno.
- Estelia von Deal - wyciągnęła dłoń. Ujął ją, ale nie pocałował.
- Tylko Estelia, jeśli można. Od dzisiaj.
Szarpnęła ręką, marszcząc brwi.
- Jak to: od dzisiaj? - spytała zduszonym głosem. - Mam wyjechać już dzisiaj? Teraz?
- Jak najszybciej, kochana.
Słowa matki wstrząsnęły nią. To nie miało prawa stać się tak nagle. Bez ostrzeżenia.
- Nic mi nie mówiłaś - zwróciła się do niej z pretensją.
- Myślałam, że to oczywiste. Musisz odejść. Przykro mi.

*
Odeszła.
Już nie była Estelią von Deal, córką Pani. Była Estelą, włóczęgą, bezdomną, wyrzutkiem.
Półelfem.
I jej opiekun. Na samą myśl o Naishu czuła niepohamowaną niechęć. Ja nie lubię jego, on nie lubi mnie. Nie, inaczej - on traktuje mnie jak dziecko. Pobłażliwie. I trochę pogardliwie. Dostawała drgawek za każdym razem, kiedy pytał się, czy klacz zanadto nie rzuca. Tylko właściwie to nie pytanie ją denerwowało. To ton, jakim je wymawiał, czynił troskę drwiną.
Znosiła go z trudem. Ale czasem miewała zwyczajnie dosyć.

*
Deszcz ustał. Estela brnęła przed siebie po kostki w błocie i po kolana w mokrej trawie, drżąc z zimna. Ciężkie, poburzowe powietrze utrudniało oddychanie. Dziewczyna nie wiedziała jeszcze, co zrobi. Jej aktualną ambicją było dotarcie do najbliższej wsi. Co uczyni wtedy, nie wiedziała. Stawiała mozolne kroki, czując, jak mokra koszula lepi się do pleców, mrożąc niemal do szpiku kości.
Wiatr nadal wiał. Wiązy kołysały się, trzeszcząc i szumiąc ponuro.
Zimno.
Z tyłu dobiegał tętent kopyt. Uparcie parła do przodu.
Konie zbliżały się. Po kilku chwilach Naish wyprzedził ją. Dzierżył wodze jej klaczy.
-Na konia, Estel- powiedział krótko, mrużąc oczy.
Powiedział Estel. Nie mała, nie piękna, nie księżniczka. Po raz pierwszy od początku wędrówki powiedział do niej po imieniu.
Dosiadła konia, spoglądając ukradkiem na jego twarz. Była jak z kamienia, jedynie w kąciku ust czaił się paskudny uśmieszek.
-Jeśli się pospieszymy, dotrzemy do wsi przed zmierzchem. Spinaj konia. Księżniczko.
Czując, jak się czerwieni, wbiła pięty w boki klaczy. Ruszyli z kopyta, podążając na wschód.
Gdzieś tam, skąd podnosiło się słońce, była elfia osada. Bardzo chciała myśleć o niej jak o swoim domu, w którym zacznie życie od nowa.
Nie potrafiła.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...