Zacząć życie od nowa - II - We mgle
Dolina z góry wyglądała jak wielki kocioł z parującą wodą. Porośnięte soczyście zieloną roślinnością wzgórza, stanowiące jej „skraje\", wznosiły się nieregularnie nad korytem. Z białej, gęstej jak śmietana mgły, wyłaniały się ledwo widoczne w zapadających ciemnościach, czubki najwyższych drzew. Odległy o trzy dni drogi drugi kraniec podłużnej doliny ginął w mroku. Kłębiąca się biała przestrzeń ciągnęła się po horyzont.
- Na drugim końcu jest nasz najbardziej wysunięty na zachód posterunek - Naish poinformował zapatrzoną w dal Estelię. - Za cztery, góra pięć dni ostrożnej jazdy dotrzemy tam.
- Posterunek? - powtórzyła dziewczyna, przenosząc spojrzenie podłużnych, ciemnych oczu na elfa.
- Tak. Zawsze jest tam kilku elfów i przynajmniej dwa rącze luzaki. W Tei-rhamm lubią na bieżąco wiedzieć, kto zbliża się do naszych terytoriów.
- Thei-ramm?
- Rhamm. To wielka osada na wzgórzu na wschodzie, azyl dla wszystkich elfów i ich przyjaciół. Panuje tam Mistrz Fleyn, mówiłem ci.
- Mówiłeś. Myślałam, że elfowie to anarchiści.
- Mistrz panuje tylko z nazwy. To dość symboliczna funkcja. Mistrzowie - a Fleyn w szczególności - są raczej dla zjednoczenia rasy elfów, żeby mieli coś wspólnego, nie zatracili świadomości rasowej, że się tak wyrażę - wyszczerzył białe zęby.
- Jakby nie byli wystarczająco zjednoczeni - zadrwiła Estela.
- Zdziwiłabyś się. Elfowie potrafią zatrważająco łatwo zapominać o swoim pochodzeniu i przyjmować ich zachowania.
- Ich? - dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Ludzi- wyjaśnił jej.
Po raz kolejny w ciągu ostatnich tygodni poczuła się straszliwie obca. Nie czuła się elfem w najmniejszym stopniu. I na każdym kroku uświadamiano jej, jak bardzo nie jest człowiekiem.
- Powiedziałeś, że do posterunku dotrzemy w ciągu pięciu dni - przypomniała sobie. - Wcześniej mówiłeś, że dolina ma długość trzech dni drogi.
- Jeśli jechać wzdłuż krawędzi - Naish zeskoczył z siodła i dociągnął popręg. - Teren na dole jest dosyć paskudny i zdradliwy. Non stop trzeba uważać, żeby nie okulawić konia, wprowadzając go w grząskie mokradła. O skręcenie karku też nietrudno.
- Jak rozkosznie - westchnęła. - Ale nie nadłożymy chyba drogi, jeśli nie zejdziemy na dół.
- Umówmy się - spojrzał na nią nad grzbietem konia. - Umówmy się, że nie wyjaśniam ci, dlaczego chcę pojechać dołem, a ty nie pytasz. Dowiesz się w swoim czasie.
Estela już nie miała ochoty protestować czy buntować się. Może tydzień temu nawrzeszczałaby na elfa. Ale dzisiaj już nie miał siły.
- Schodź z konia - poinstruował ją. - Wodze w dłoń. Idziesz ścieżką w dół skarpy powoli, starasz się nie ślizgać.
- Zaraz - dziewczyna zmarszczyła brwi. - Schodzimy tam już dzisiaj? Zanim znajdziemy się na dole, zapadnie zmrok.
- I wtedy rozłożymy obóz - wzruszył ramionami. - Postaraj się nie zginąć, księżniczko. Nie chcę mieć kłopotów.
*
Zimna płachta mgły zamknęła się nad nią, otaczając swoimi wilgotnymi kłębami. Opar skraplał się na jej twarzy i odzieniu, przejmując chłodem. Ziemia pod stopami była przeraźliwie śliska i Estela nie raz, nie dwa pojechała w dół na podeszwach, łapiąc rozpaczliwie równowagę. Nie raz, nie dwa bęcnęła żałośnie w błoto, potykając się na obluzowanym kamieniu ścieżki.
Mimo późnej pory, z majaczących w bieli krzaków podrywały się jakieś nocne stworzenia, płosząc klacz, która postępowała ostrożnie za dziewczyną. Mrożące krew w żyłach okrzyki ptaków odzywały się raz po raz w ciszy, zakłócanej posapywaniem konia, jękami dziewczyny, człapaniem butów i podków.
Kiedy grunt wyrównał się, zapadł już zmrok; jedynie strzępy mgły szarzały w ciemnościach. Estela puściła wodze podenerwowanego wierzchowca i, drżąc z zimna, otarła spoconą twarz. Oddychając ciężko, spojrzała w górę wzniesienia. Było cicho jak makiem zasiał. I ani śladu Naisha.
Po pięciu minutach zaczęła się niepokoić. Klacz trącała ją pyskiem, domagając się zdjęcia wędzidła. Opar opadał, siadając na wszystkim w postaci warstewki zimnej wody. Estel naciągnęła na głowę kaptur i czekała, wbijając wzrok w ciemność.
*
Estela podniosła czujnie głowę. Z góry nadchodziło niepokojące szuranie i klapanie. Dygocąc ze strachu, dziewczyna skuliła się, sprężyła, żeby w razie zagrożenia móc błyskawicznie skoczyć w noc. Ktoś się posuwał do przodu, spiesznie, tupiąc i ślizgając się po błocie. Jeszcze chwila i jasnowłosa postać wyłoniła się z ciemności.
Estelia miała dziką ochotę rzucić się Naishowi na szyję. I pewnie by to zrobiła, gdyby nie zdrętwiałe ze zdenerwowania ciało.
- Nareszcie - wykrztusiła. - Gdzie byłeś? Umierałam ze strachu.
Elf obrzucił wzrokiem ją, siedzącą w kucki pod omszałym kamieniem, z jukami i siodłem u boku. I klacz szczypiącą młodą trawę.
- Nie rozpaliłaś ognia - zauważył.
- Wszystko jest mokre. Co robiłeś?
- Faktycznie. Będziemy musieli zadowolić się zimnym mięsem.
- Co robiłeś?
- Nie pytaj.
- Umierałam ze strachu.
- Ale żyjesz, widzisz. Będą z ciebie elfy.
*
Mgła podniosła się, zanim jeszcze się obudzili. Estelia otworzyła oczy, czując krople rosy na rzęsach i policzkach.
- Nai - powiedziała cicho. Elf zmarszczył brwi, ale nie poruszył się. Leżał, owinięty w koc jak w kokon, z głową opartą na siodle.
- Naish - powtórzyła ponaglająco. Zero reakcji. - Musimy jechać.
- Uspokój się - wymruczał, poruszając się lekko. - Jak nie możesz usiedzieć w miejscu, pobiegaj. Nie ma się gdzie spieszyć.
- Czy tu zawsze jest taka mgła?
- Tak.
*
Naish przejął wodze Estelii; wiódł ich dwoje tylko sobie znaną ścieżką, pomiędzy rozdzierającymi murawę rowami i wądołami. Błotniste stawy, obrośnięte rzęsą, wyskakiwały z mgły niespodziewanie, jakby wprost pod kopyta wierzchowców.
Nieba nie widzieli. We wszechobecnej mgle dostrzec można było jedynie towarzysza i skrawek zielonej trawy pod koniem. Wszystko inne spowite było puchatym, wilgotnym oparem. Estela miała już dosyć dusznego, pachnącego bagnem powietrza. Tęsknie spoglądała przed siebie, wciąż w nadziei dojrzeć idącą ostro pod górę skarpę - skraj doliny. Jednak szli wciąż dalej i dalej, a końca nie było widać.
*
Płomyk ogniska pełzł po suchej szczapce, czerniąc ją powoli. Oświetlał twarz Naisha, układającego w stosik znalezione suche gałązki. Ogienek był za mały, by podgrzać strzępy suszonej dziczyzny, ale dodawał otuchy - i Esteli, i elfowi.
Naish odsunął się, usiadł na swoim kocu, grzejąc ręce nad płomieniami. Spojrzał pytająco na dziewczynę, która wbijała w niego uparty wzrok.
- O co chodzi? Stało się coś, mała?
- Jesteś elfem - stłumiła falę wściekłości, nadpływającą na słowo „mała\".
- Nie da się ukryć - przyznał z sarkazmem.
- Znałeś go?
- Kogo masz na myśli?
- Mojego ojca.
Naish zdębiał.
- Nie. To znaczy, trudno mi powiedzieć. Nie wiem, kto był twoim ojcem.
- Kłamiesz. Wiem, że go znałeś. Wiem, że poznajesz moją twarz. Widzę. Nie jestem głupia, Naish, chociaż może na taką wyglądam - wyrzuciła z siebie gwałtownie. - Powiedz mi. Jaki był?
Elf zagryzł wargi, spuścił oczy. Namyśla się nad odpowiedzią, odgadła. Nie chce palnąć czegoś głupiego. I jest zdolny tylko do kruszenia tego patyczka na coraz mniejsze i mniejsze kawałki.
- Widziałem go raz w życiu - powiedział w końcu. - Na tradycyjnym polowaniu w Trannede. Był... - urwał.
- Mów - ponagliła go. - Proszę.
- Nie poznałem go dobrze - w głosie Naisha zabrzmiała nowa nuta. Cieplejsza, spokojniejsza. Jakby przepraszająca. - Zrozum mnie. Nie potrafię go oceniać, i nie mam do tego prawa. Nie jestem w stanie... Zrozum mnie. Proszę. Estelio.
*
Zrozumiała. I nie pytała więcej. Nie pytała, jak miał na imię. Nie pytała, co się z nim dzieje. Nie pytała nawet, czy jeszcze żyje.
Bo czy to ważne? - tłumaczyła sobie, przemierzając dolinę wśród mgły, owinięta wciąż płaszczem, mimo ciepłej pory.
W końcu on był tylko moim ojcem. Tylko mnie spłodził. Tylko. Tylko.
„Tylko mój ojciec\" powtarzała w myślach, dziwiąc się boleśnie naturalnemu wydźwiękowi tych słów. Wychowano ją w głębokim poszanowaniu do więzów krwi. A teraz uświadamiała sobie, jak mało znaczą one wobec braku uczucia. Słowo „ojciec\" było tylko słowem i żadne głębsze treści się pod nim nie kryły. Jedynie oddalona o tysiące mil, może nieżyjąca już osoba. Która pewnie nawet nie dowiedziała się o moim istnieniu, pomyślała. Może to i lepiej.
Estela myślała. Więcej niż zazwyczaj, z braku zajęć. Naish nie odzywał się, pogrążony we własnych zmartwieniach. Zgarbiony nad grzywą końską, prowadził ich pomiędzy mokradłami. Powierzchnia stawów, choć zarośnięta, wciąż falowała. Dziewczyna starała się wmówić sobie, że to wiatr i prądy mącą wodę; lecz jej wyobraźnia robiła swoje. W myślach malowały jej się oblepione szlamem, połyskujące kreatury, wynurzające się z bagien; straszliwe topielice o włosach jak zwiędły tatarak; śliskie, monstrualne węże i jaszczury. Wzdrygnęła się, gdy klacz weszła przednimi nogami w wodę. Kopyta konia zapadły się w miękkim mule, kiedy pochylił się i pił długo.
Spojrzała na Naisha. Elf skubał rąbek siodła czekając, aż wierzchowce zaspokoją pragnienie.
- Jak daleko jeszcze? - spytała. - Jedziemy już cztery dni. Myślałam, że zbliżamy do końca.
- Zboczyliśmy z drogi - przyznał, podnosząc wzrok i patrząc jej spokojnie w twarz. Przełknęła ślinę. - Te bagna wciąż się zmieniają... To przez te ostatnie deszcze. Wszystko tu pływa, sama widzisz.. Nic nie jest na tym samym miejscu, co wtedy.
- Co kiedy? - Estel miała złe przeczucia.
- Wtedy, kiedy byłem tu ostatnio - jego głos był całkiem spokojny.
- A kiedy byłeś tu ostatnio?
- Dwa lata temu - przyznał.
- Wspaniale - westchnęła. - Ale teraz już wiesz gdzie jechać, tak?
- Tak. Poznaję tą okolicę. Pod wieczór dotrzemy do moich przyjaciół. U nich przenocujemy. I oni nam wskażą drogę.
- Najkrótszą drogę - zaznaczyła, podnosząc wodze i oddając je Naishowi.
- Nie.
Ruszyli. Estela zamrugała, chwyciła się łęku siodła.
- Nie najkrótszą? To jaką w takim razie, Nai?
- Chcę, żebyś coś zobaczyła. I nie mów do mnie Nai.
*
Zmrok opadał powoli na dolinę, wypierając mgłę. Ta rozmywała się tuż nad ziemią w obfitą rosę. Estela westchnęła ciężko.
- Jak nie mgła, to ciemność - skomentowała głośno. - Mam już dosyć. Będę szczęśliwa, kiedy wreszcie zobaczę coś więcej niż końskie uszy.
Przesadzała. I to sporo. Były w dzień momenty, kiedy mgła przerzedzała się, ukazując zmoknięte drzewa o oklapłych liściach i krzaki przypominające do złudzenia kucającego człowieka. Albo coś równie przerażającego.
- Uspokój się, piękna. Za kwadrans będziemy na miejscu. Odpoczniesz i zmienisz zdanie. To całkiem sympatyczna dolina.
- Trochę naciągana opinia, nie sądzisz? - spytała z ironią.
- Może trochę - odparł po namyśle.
- Kim są ci twoi przyjaciele? I czy możemy liczyć u nich na porządne łóżko? Albo chociaż zwyczajną koję?
- Wątpię. Są na straży. Nie spodziewaj się więcej niż siennika i koca.
- Kocham tę dolinę - oznajmiła rozpaczliwie.
Jechali kilka chwil w milczeniu. Było ciemno choć oko wykol, ale Naish nie zwalniał i parł dalej do przodu przez gąszcz niskich roślin. Estela wiedziała, że elfowie mają wzrok wiele razy lepszy od ludzi i półludzi, ale nie spodziewała się, że do tego stopnia. Po cichu podejrzewała, że Nai kieruje się raczej ślepą wiarą we własny instynkt. Bo ani elf, ani człowiek nie mógłby...
Rozmyślania przerwał jej przewodnik, zatrzymując się gwałtownie.
- O co chodzi?
- Światło - wyszeptał głosem drżącym z radości. - Widzisz? Zawsze palą ogień, gdy są na straży. Nic się nie zmieniło.
Estelia wytężyła wzrok. I dojrzała migocący w mroku płomyk. Naish pchnął konia do przodu, ku niemu. Nie minęła minuta, kiedy ucho elfa musnęła, świszcząc, strzała. Estel krzyknęła cicho, zakrywając sobie usta dłonią.
- Spokojnie - usłyszała. - Strzelał tak, by nie trafić. To ostrzeżenie.
- N\'artei! - zawołał po chwili. - Re gnev an n\'artei! Te dherra!
W zaroślach coś się zaszamotało. Dziewczyna zagryzła wargi. Raz, dwa, trzy... - policzyła dla uspokojenia. Po chwili, gdzieś z wysokości jej kolan odezwał się głos, przypominający szelest liści. Naish odpowiedział mu. Sprzeczali się przez chwilę przyciszonymi głosami; raz czy dwa padło jej imię. W rezultacie klacz Esteli ruszyła do przodu, pociągnięta przez obcego.
Światełko zbliżało się.
- Przepraszam cię za nieufność - głos nie należał do Naisha. Ani do żadnego elfa, tego była pewna. - Musimy być ostrożni. Nigdy nie wiadomo, jakie męty się tu kręcą. Nie możemy ryzykować.
„Niewątpliwie\", chciała powiedzieć, ale nie zdołała wydobyć najcichszego dźwięku z krtani; pokiwała tylko rozpaczliwie głową. Istota, nie doczekawszy się odpowiedzi, odwróciła się, wciąż idąc do przodu.
Zobaczyła jego oczy.
Przełknęła z trudem ślinę, odwracając wzrok. Ślepia obcego lśniły żółto-zielonym blaskiem. Źrenice, wąskie i pionowe jak u węża, zdawały się być dziurą bez dna; były tak samo mroczne jak otaczająca ich ciemność.
Zagryzła wargi i zgarbiła się, wbijając wzrok w siodło.
*
Płomień ognia falował na delikatnym wietrze. Gałęzie osuwały się z trzaskiem, tryskając fontannami iskier. Buchały kłęby sinego dymu, wciskały się do nosa i oczu, wyrywając spod powiek łzy. Estel zakaszlała w pięść, mrugając gęsto. Kiedy podniosła wzrok, wiatr zmienił kierunek. Krępy kształt, który wzięła za głaz, wyprostował się. Okazując się być przy okazji stworzeniem podobnym do ich przewodnika.
Słabo ześlizgnęła się z siodła. Spod szyi konia, spłoszona, obserwowała serdeczne przywitanie Naisha z przyjaciółmi. Elf ściskał obie istoty ze wszystkich sił, mrucząc w obcym języku słowa przywitania. Zdawało się, że zupełnie zapomniał o Esteli, która była chwilowo mu za to wdzięczna. Słaniała się na nogach, wstrząsały nią mdłości. Niemal wisiała na karku klaczy, czuła, jak uginają się pod nią kolana. Nie była pewna, czy to wina nagłego stresu, głodu szarpiącego jej wnętrzności, czy dzikiego zmęczenia po trwającej niemal cały dzień jeździe konnej; czy też może wszystkich tych czynników skumulowanych w osłabionym, drobnym ciele Estel. Fakt faktem, ledwo stała i zieleniała z sekundy na sekundę coraz bardziej.
- Estela?
Naish zajrzał do niej nad końskim karkiem. W jego oczach malowało się zdziwienie.
- Mała? Żyjesz? Bo wyglądasz, jakbyś miała zaraz... do diabła.
Estelia osunęła się elegancko na ziemię, czując, jak odpływa.
*
- Naish, kochany, jesteś skrajnie nieodpowiedzialny. Przetrzymujesz dziewczynę w siodle przez bite dwanaście godzin, jakby była barbarzyńskim wojownikiem, albo co najmniej dziką Amazonką. Wstydziłbyś się.
- Nie przesadzajmy. Jesteśmy na szlaku, nikt nie ma wygód, a nawet o nie prosi. Zresztą musieliśmy się dostać do Strażnicy przed zmrokiem.
- A na dodatek zabłądziłeś. Zabłądziłeś w Dolinie, rozumiesz to? Na Potęgi, wiesz przecież, jak może czuć się takie chuchro zagubione w Dolinie. To śmierć, w stanie czystym.
- Dramatyzujesz. Była ze mną, nie była zagubiona sama.
- Tak, była zagubiona z tobą. Sam nie wiem, co gorsze.
Głosy umilkły. Świeca umocowana na stole dopalała się. Jeszcze chwila - i zgasła, wstążka dymu pofrunęła do góry.
Naish i Shavre roześmiali się jednocześnie. W mroku błyszczały tylko upiornie ich oczy. Elf uścisnął dłoń towarzysza, uśmiechając się szeroko.
- Dobrze cię znów widzieć, Shavre. Dobrze, że jeszcze żyjesz.
- Nawzajem.
Chwila ciszy.
- Zaraz, Naish... Nie powiedziałeś mi jeszcze jednego. Skąd wziąłeś tą dziewczynę? Bo że twoja, nie uwierzę.
- Bo nie jest moja. Dahre pilnuje ognia?
- Tak. Do świtu.
- Dobrze - elf odchylił się do tyłu na pieńku, służącym za stołek. - Widzisz, staruszku, historia jest krótka. Zaczyna się jakieś... dwadzieścia lat temu.
- To rzeczywiście niedawno.
- Daruj sobie sarkazm. Dwadzieścia lat temu pewna dama żyła na swoim dworze, z despotycznym mężem i tłumem służby. Mąż wyjeżdżał często, bo był... jak to mówią... wierny królowi, królowej i królestwu. Innymi słowy, rąbał i zarzynał dla kraju.
- Daruj sobie sarkazm. Opowiadaj.
- Wiemy, jak czuje się dama z tłumem służby, z mężem, który bywa w domu raz na miesiąc... czuje się samotna i niekochana.
- Chyba wiem, co się dzieje dalej. Dama, poszukując czułości, znajduje ją w ramionach elfa... Bo dziewczyna to półelfka, tak?
- Zadziwia mnie twoja przenikliwość.
- Prosiłem, Naish. Ale wciąż nie wiem, co do tego macie wy, elfowie.
- Mąż zginął w czas niedługi po... skoku żony...
- Naish.
- Dobrze. Mąż ginie na jednej ze swoich wypraw. Dama nosi bękarta pod sercem, rodzi go, wszystko jest w porządku. Nikt się nie dziwi; nawet, przypadkowo, miesiąc narodzin zgadza się z odwiedzinami męża... Nikt się nie dziwi, nikt nic nie podejrzewa. Aż do niedawna. Brat naszego patriotycznego rębajły zaczyna przeprowadzać wywiad. Swoimi szczurzymi kanałami dowiaduje się o pewnym elfie, który zawitał raz, dawno temu, do dworu... Więc domaga się swoich racji. Skoro brat nieboszczyk nie zostawił dziedzica, cały majątek należy się jemu, a ona jest tylko i tylko wdową po panie ziemskim.
- Zaczynam pojmować. Ale mów dalej.
- Bękart jest podziwianą, lubianą, towarzyską panną. Bywa na przyjęciach, ludzie ją kochają... szczególnie jedna połowa jej towarzystwa... Mniejsza o to. Dama boi się o córkę. I o swoją reputację, rzecz jasna. Bardzo szanuje swoje nazwisko. Nazwisko męża. Postanawia uznać, że bękarta i elfa nigdy nie było, czyli zgadza się na warunki szwagra. Chce oddać pannę elfom. Dalej chyba nie muszę mówić?
- Nie musisz. Dokąd ją prowadzisz?
- Do Tei-rhamm. Niech nauczy się żyć w stolicy; wśród elfów. Niech nauczy się języka, zwyczajów... w końcu ma w sobie naszą krew, prawda?
Shavre spojrzał w niebo.
Świtało.
*
Głosy. Naish i istota. Rozmawiali w obcym, nieznanym Esteli języku. Dziewczyna przełknęła z trudem ślinę. Suche, szorstkie gardło domagało się wody.
Usiadła na sienniku, z przyjemnością przyjmując do wiadomości, że jeszcze żyje. Elf z przyjacielem siedzieli przy zbitym z desek stole, rozprawiając o czymś ze śmiechem. Przyjrzała się istocie. W świetle dnia nie wyglądała tak przerażająco, jak nocą. Owszem, olbrzymie, kocie oczy zostały, ale jakby złagodniały. Twarz miała prawie ludzką, tylko o ostrzejszych i drobniejszych rysach. Gestykulowała intensywnie szczupłymi, długimi palcami. Tylko włosy, szaro-zielone, przypominały krótko obcięty wiecheć słomy.
Rozejrzała się wokół siebie. Strażnica była najwyraźniej tylko niewielkim obszarem ziemi, ogrodzonym niską palisadą z wyciętymi w palach otworami. W południowej, „cyplowatej\" części Strażnicy rósł niewielki buk. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że z jego konarów zwisały dwie drabinki sznurkowe, a na szczycie siedział drugi ze strażników, wpatrując się w morze mgły na zewnątrz.
- Och. Już wstałaś.
Odwróciła twarz do Naisha. Elf wydawał się być radosny i dumny z miejsca, w które ją przyprowadził. Istota podniosła się, uśmiechając lekko.
- Witaj w Strażnicy, Estelo z Nikąd. Czuj się u nas jak u siebie w domu... jakkolwiek dziwnie by to brzmiało.
*
- Jak to... już jedziemy? - spytała oszołomiona Estel, widząc przez otwarte wrota Naisha, siodłającego konie.
- Jesteśmy tu już od wczoraj wieczorem. A ja nie chcę spóźniać się jeszcze bardziej, obiecałem przyprowadzić cię do Tei-rhamm przed Siwą Klaczą.
- Przed czym, przepraszam?
- Siwa Klacz to jedna z elfich konstelacji gwiezdnych. Dała nazwę okresowi w naszym kalendarzu. Kiedyś ci go pokażę. Jadłaś już?
- Jadłam. Myślałam, że chciałeś zostać dłużej u swoich przyjaciół.
- Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo bym chciał.
*
Mgła, mgła, mgła. Estela miała ochotę krzyczeć. Kiedy to się skończy, zadręczała się w myślach. Naisha już nie pytała. Powtarzał na okrągło, że musi jej jeszcze coś pokazać i że bez odnalezienia tego nie ruszy się z Doliny.
Zadrżała z zimna, patrząc z wyrzutem w plecy elfa. Tak oddała się byciu na niego złą, że o mało nie wpadła na jego wierzchowca, gdy się zatrzymał.
- Nie odzywasz się - zauważył, zrównawszy się z nią.
- Kim są twoi przyjaciele? - palnęła. Nie potrafiła przyporządkować ich do żadnej ze znanych sobie ras.
- Ludzie nie znają ich nazwy; właściwie, to nawet o nich wiele nie wiedzą. Wspólny, cokolwiek byś nie mówiła, też jest bardzo ubogi. Elfowie nazywają ich Hrannie. Nie wiem, jak to przetłumaczyć. To archaiczna gra słów. Nasz język bardzo ewoluował od czasów, kiedy tak ich nazwaliśmy.
- A jak oni się nazywają sami?
Słowo, które wypowiedział Naish, brzmiało jak coś pomiędzy szelestem liści a szmerem strumienia, szurającego przybrzeżnym żwirem.
- Aha. A czego strzegą, Nai? I przed czym?
- Przed profanacją. Zresztą sama zobaczysz. I nie nazywaj mnie Nai.
- Nie rozumiem. Więc co to jest? Grobowiec? Świątynia? Co zobaczę?
*
Mgła przerzedziła się; Estela wyostrzyła wzrok. I westchnęła głęboko.
Wysmukła rzeźba wznosiła się na niewielkim, zdobionym runami cokole. Kobieta z marmuru zgarniała śnieżnobiałymi rękoma fałdy szaty. Gładką twarz wznosiła ku niebu, usta otwierała jak do śpiewu czy modlitwy. Ramiona miała lekko wzniesione, jakby zimny wiatr przejmował ją chłodem. Nieistniejący powiew szarpał rozsypanymi włosami.
Po jej policzkach spływały dwie kamienne łzy.
Naish zsunął się z konia i zbliżył do statuy, w geście szacunku dotykając czoła i chyląc głowę. Estel tkwiła w siodle, nie mogąc oderwać oczu od kobiety. Z jej postaci promieniowała siła, nadzieja, wzruszenie... i głęboki smutek.
Elf obrywał ze stóp posągu pnący się po nich bluszcz; oczyszczał z liści i mchu piedestał. Estela patrzyła.
- Kim ona jest? - zdobyła się na nabożny szept. Z trudem powstrzymywała łzy, cisnące jej się do oczu. Naish podniósł głowę.
- To Pani. Matka nas wszystkich, wszystkiego, co żyje. Zarówno elfów, jak i ludzi... driad, trytonów, syren... Wszystkich. Spójrz, Estel. Ona płacze. Widzi, co się z nami dzieje i martwi się o nas. Pragnie pokoju i szczęścia. Chciałem, żebyś ją zobaczyła. Zsiądź, proszę, z konia i oddaj jej cześć. To jedno jej się należy... w tych czasach.
*
Milczeli, oboje zatopieni w myślach. Dziewczyna nie wiedziała, co powiedzieć, choć bardzo chciała wyrazić uczucie, rosnące jej w piersi. Nie potrafiła jednak znaleźć właściwych słów.
A może ich po prostu nie ma, pomyślała. Może nie ma właściwych słów do wypowiedzenia w takiej sytuacji. Może słowa to jeszcze za mało. Może lepiej jest milczeć.
Ciszę przerwał Naish.
- To już niedaleko.
- Co: niedaleko? Wyjeżdżamy z doliny?
- Tak. Za kilka godzin teren się podniesie, zostawimy mgłę za sobą. A raczej pod sobą. Na zboczu stoi posterunek.
- Czy nieludzie mają wszędzie swoje strażnice? To chyba nazywa się mania prześladowcza - zażartowała.
- Może tego nie zauważasz, mała, ale na granicach ludzi i elfów wciąż są spięcia. Dziś już nikt o tym nie mówi, bo to jest naturalne. Ludzie chcą więcej i więcej. Wypierają nas z naszych terenów.
- Nie jesteś trochę stronniczy?
- Nie. Kiedyś to zrozumiesz, księżniczko.
*
Zagajnik. Nareszcie, nareszcie!
Gdyby miesiąc temu ktoś powiedział Esteli, że będzie piać ze szczęścia na widok młodego gaiku, popukałaby się znacząco w głowę. Dzisiaj wszystko było możliwe.
Naish uśmiechnął się pobłażliwie, patrząc na brykającą wśród brzóz dziewczynę. Jej czarne włosy powiewały dziko w pędzie.
Zieleń, zieleń! Estela śmigała pomiędzy drzewami, nie zważając na chłoszczące ją i konia witki. Jest pięknie, pomyślała. Nigdy więcej mgły.
Elf odwrócił się. Dolina z góry znów przypominała parujący garnek. Wciągnął w płuca świeże nareszcie powietrze. Przyznawał się przed sobą, że podzielał radość małej. Mgła to nie środowisko dla elfa.
Oparł się o konia, oddychając z przyjemnością. Tei-rhamm jest już bliżej niż dalej. Jeszcze tylko kilka chwil.
- Piękna! - zawołał na towarzyszkę. Przykłusowała do niego, uśmiechając się uprzejmie. - Spójrz wyżej, na wzgórze. Widzisz?
- Widzę - przytaknęła. - Jeśli chodzi ci o tą kapliczkę, która niemal opiera się o drzewo.
- To nie kaplica, mała. To posterunek. Najwięcej minutę temu wysłali do stolicy posła, który przekaże, że już tu jesteśmy.
Pokiwała z podziwem głową.
- Tam też masz przyjaciół?
- To jasne. Ja mam wszędzie przyjaciół.