Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Zapomniane drogi

whisper ·

-=RozdziałI- Początek=-

Zaledwie złowiła uchem szelest w gęstwinie. Prawie niesłyszalny dla człowieka. Dla kaensai wyraźny i wiele mówiący. Przybysz poruszał się na dwóch nogach.


Dyskretnie sięgnęła po łuk. Kątem oka skontrolowała strzały w kołczanie. Tyle hałasu robili tylko ludzie.


Lekko, po kociemu zeskoczyła z gałęzi, nadal trzymając rękę na broni.
- Estee, aard! - krzyknęła - Wychodź, człowieku!
Nie myliła się. Krzaki zaszeleściły intensywniej, po chwili wyłonił się z nich mocno pobladły mężczyzna. Za młody na Łowcę.
- Ennesse... yrasse yvon... - wydukał - zainekee...
- Nie męcz się - pokazała w uśmiechu drobne, ostre zęby. Zawsze bawiły ją problemy ludzi z nauką języków - Zresztą i tak mylisz narzecza. Powinno być "Enaesee". Swoją drogą, witaj, człowieku. I powiedz, co tu robisz.
- Eee... nie wiem, czy powinienem to mówić - wyglądał na zakłopotanego, ale już nie przestraszonego. Najwyraźniej optymizmem napawała go myśl, że jeszcze nie ma strzały w brzuchu. Lub w innym miejscu.
- Muszę się spotkać z Pierwszą.
- Z Aiinlae? - uniosła brwi - Co za ludzkie interesy prowadzą cię do niej? Myślisz, że przyjmie takiego aard jak ty?
- Przysyła mnie Shapiro - powiedział dobitnie.
Teraz ona była zdumiona.
- Shapiro. - powtórzyła - Coś się musiało stać. Co wiesz?
- J...ja? - zająknął się - Mam dostarczyć list. Nic poza tym nie wiem. - dodał szybko.
Nie mówił całej prawdy, ale nie miała zamiaru i ochoty dociekać.
- Shapiro nie porozumiewałby się z Aiinlae bez ważnego powodu.
Zamyśliła się. Pomimo miecza przy boku, nie wyglądał na wielkiego wojownika. Swoją drogą, skoro Shapiro powierzył mu list, musiał mieć powód. Tego, że mężczyzna tylko podaje się za jego wysłannika, nie brała pod uwagę. Nikt by się na to nie odważył.
- Poczekaj tutaj na mnie - zadecydowała - zaprowadzę cię do Pierwszej. O ile uda nam się ją znaleźć - dodała.
- Chwilę - przerwał jej - dlaczego miałbym ci wierzyć?
Podeszła gwałtownie i spojrzała mu prosto w oczy.
- Nigdy nie rzucam słów na wiatr.
Nie wytrzymał spojrzenia, odwrócił twarz.
- Rozumiem.
Przez chwilę światło słoneczne nieco przybladło.
- Aha jeszcze jedno - uśmiechnęła się, mrużąc oczy - mógłbyś mi się przedstawić? Nawet nie wiem jak na ciebie mówić.
- O, przepraszam, zapomniałem. Nazywam się Kael Kasteel. Możesz mi mówić Kael.
- Roeenna. Możesz mi mówić Roeenna.
Uśmiech. Odwzajemniony. Uścisk dłoni.
Jednak nie było tak źle.


***


Kael posłusznie poczekał na Roeennę na polanie. Wróciła z niewielkim tobołkiem, który, jak się okazało, mieścił dwa koce, jedzenie i kilka przedmiotów, których przeznaczenia nie mógł się domyśleć. Wyruszyli natychmiast, nie chcąc marnować czasu.


Kaensai szła przodem, odnajdując pozornie niewidoczne ścieżki wśród gęstego poszycia lasu.
Nadszedł wieczór. W zapadających ciemnościach droga była coraz gorzej widoczna. Gdy Kasteel kolejny raz o mało nie przewrócił się o wystający korzeń, Roeenna odwróciła się do niego.
- Kael! - powiedziała z wyrzutem - Dlaczego nic nie mówisz? Na śmierć zapomniałam, że wy nie widzicie w nocy.
Widząc w ciemności jego minę, roześmiała się.
- No już, przepraszam, nie gniewaj się. - Usiadła bezpośrednio na ziemi. Po chwili wahania mężczyzna zrobił to samo - Możemy zastanowić się nad noclegiem.
Wybrali osłonięte od wiatru miejsce poniżej piaszczystej skarpy pośród lasu. Roeenna ułożyła z drewna równy stosik i poruszyła nad nim delikatnie palcami. Cofnęła rękę i ognisko zapłonęło ciepłym płomieniem.


Kael popatrzył z zaciekawieniem. Słyszał o magii Kaen, ale nie dawał wiary plotkom. Teraz się potwierdzały.


Ogień podświetlał delikatny puch na twarzy i wystających kościach policzkowych Roeenny, na jej rękach i trójkątno zakończonych uszach.

Nie była człowiekiem.
Była inna.
Giętka i zwinna, magiczna i tajemnicza, jak kot.
Jak kaensai.
Coraz łatwiej o tym zapominał.


***


Obudziło go zimno nad ranem. Jego towarzyszka podróży zniknęła, lecz zostawiła swoje rzeczy, co pozwalało przypuszczać, że po prostu oddaliła się na chwilę.


Dookoła wygasłego ogniska wirował drewniany przedmiot o kulistym kształcie. Wierny przestrogom Shapira, mężczyzna niczego nie dotykał.


Roeenna rzeczywiście wróciła po krótkim czasie, razem z ciemnowłosym kaensai, patrzącym na człowieka spod oka.
- Kto to jest? - nie wytrzymał Kael.
- Theerd - rzuciła lekko - Ne fáer - mój przyjaciel. Nie mówi po waszemu.
Odwróciła się w stronę przybysza i długo tłumaczyła mu coś w dźwięcznym języku Kaen. W wypowiedzi kilkakrotnie wystąpiły słowa "aard" i "Shapiro".


Theerd zrozumiał, patrzył już życzliwiej, aczkolwiek z niedowierzaniem. Z kolei on długo mówił, równocześnie wskazując coś na kawałku wyprawionej skóry.


Na odchodnym spojrzał jeszcze na Kasteela. Nadal z niedowierzaniem. I z czymś jeszcze, co dziwnie przypominało... zazdrość?
- Vessae! - krzyknęła jeszcze za nim Roeenna.
- Vessae, Roeenna! - odpowiedział - Odea Lerye!
Przez chwilę jeszcze stała, patrząc w tamtą stronę.
- Co powiedział? - przerwał milczenie Kael.
- Powiedział mi, gdzie znaleźć Pierwszą.
- Wszyscy tutaj tak chętnie udzielają informacji?
- Kaensai muszą się trzymać razem. Wszyscy pochodzimy od Kaenny.
Schyliła się i zaczęła składać koce i resztę rzeczy.
- Nie rozumiem was, ludzi. Jest was tak wielu, moglibyście opanować świat. A wy, zamiast cieszyć się tym, dzielicie się na państewka i walczycie między sobą o kawałek ziemi. Zabijacie się nawzajem dla odrobiny drogiego metalu. Czy to jest normalne?
- Ty... nic nie rozumiesz... - powiedział zakłopotany.
- Może - ściągnęła bagaż rzemieniami - ale wiem, że ludzkimi drogami lepiej nie podróżować bez broni. I to wcale nie ze względu na dzikie zwierzęta.
- Ty też nosisz broń.
- Tak. Ale nie na swoich braci. Nikt z nas nie zraniłby innego Kaen.
- Mogę więc wiedzieć, na kogo te strzały?
- Na ludzi. Na Łowców. Na Grair polujących na nasze dzieci.
Milczał.
Roeenna wstała, poprawiła łuk na plecach.
- Maest, feneeree. - powiedziała cicho - Chodźmy, Kael. Nie mamy czasu.
Nikt nie miał.
Ale o tym dowiedziano się dopiero wiele lat później.


***


Kaensai prowadziła Kaela drogami, których sam nie dostrzegłby nawet w gąszczu. Prowadziła przez las, słoneczne polany, przez leśne wąwozy. Niektóre miejsca przemierzała z napiętym łukiem, czujna na każdy szelest. Ale nic się nie stało. Las był spokojny.

Być może zbyt spokojny.


***


- Roeenna?
- Tak, Kael?
- Kim właściwie są Łowcy?
Spuściła oczy.
- Ludźmi. Cholernymi aard. Zabijają dzieci kaensai. Nasze dzieci. - W jej głosie był żal. Nic więcej.
- Ale... dlaczego? Z jakiego powodu?...
- Powodu!? - prawie krzyknęła - A czy potrzebny jest jakiś powód!? Choćby z samej nienawiści! Nienawiści do każdego, kto nie jest człowiekiem... Nie udawaj, że nie rozumiesz! Widziałam, jak na mnie patrzyłeś. Bałeś się mnie, bo mam inne uszy i skórę niż ty, bo widzę i słyszę lepiej od ciebie! To są właśnie ludzie - boją się, że ktoś może być lepszy od nich. A jeśli ktoś się takim okaże, chcą go wyeliminować... zniszczyć... - skryła twarz w dłoniach.


Kasteel taktownie się nie odzywał. Usiadł obok niej i objął ją ramieniem.
O dziwo, pomogło.
- Przepraszam, Kael - szepnęła - przepraszam...
- Nie trzeba. Miałaś rację.
- Co do czego?
- Co do ludzi. Wiem, że są, jacy są. Czasem żałuję, że do nich należę. Chciałbym być taki jak ty. Jak Theerd. Zazdroszczę mu.
- Czego? To raczej on powinien zazdrościć tobie. Nie każdy może poznać Shapira.
- Tego, że nazywasz go "ne fáer". I że znał cię wcześniej.
Przytuliła się do niego mocniej. Nic nie mówiła. Nie musiała.
Iskry z ogniska strzelały w niebo.


***


Roeenna spotkała w życiu wielu aard. Takiego jeszcze nigdy.
Miał czarne włosy, bladą twarz, niebieskie oczy - kaensai mieli oczy wyłącznie brązowe lub zielone.
Bawiła ją jego bezradność w ciemnościach.
Jak każdy człowiek był sztywny i niezręczny.
Coraz mniej jej to przeszkadzało.


***


- Kael?
- Hmm...?
- Dlaczego Shapiro wysłał właśnie ciebie?
- Nie wiem. Po prostu przyszedł i spytał, czy zaniosę dla niego list. Zgodziłem się. A co?
- Nic. Dobrze zrobił.
Iskry z ogniska strzelały w niebo.
- Dobranoc, ne fáer.


***


Następnego dnia ruszyli w drogę jeszcze szybciej. Las był cichy. Podejrzanie cichy. Roeenna nie trzymała łuku w rękach, ale co chwilę zatrzymywała się i nasłuchiwała. Na wszelkie próby odezwania się przykładała palec do ust - sama też nic nie mówiła. Po południu nagle uspokoiła się, przestała nasłuchiwać, ale wciąż milczała.


Kasteel uznał, że musi wiedzieć, co robi, więc o nic nie wypytywał.

Wieczorem, po rozpaleniu ogniska na małej polance, wyjęła z woreczka na szyi małą, szklaną kulkę. Położyła ją na dłoni i wyszeptała pytanie. Kulka mrugnęła błękitnym światłem, zawirowała i zgasła. Kaensai zmarszczyła czoło. Nawet akae zachowywała się dziwnie.


Kael patrzył spokojnie. Przyzwyczaił się już do jej magii.
Siedziała spokojnie, z zamkniętymi oczami.
W pewnej chwili równie spokojnie podniosła leżący obok łuk i wycelowała w krzaki.
- Estee!
Ciemny kształt posłusznie wychylił się z lasu.
Kael przyjrzał się w świetle ogniska jego twarzy. I przetarł oczy, aby upewnić się, że to nie sen.
- Conger? Co ty tu robisz?
Przybysz odetchnął z ulgą, potrząsnął głową. Część ciemnych włosów miał związaną z tyłu rzemykiem, resztę podtrzymywała czarna skórzana opaska.
- Najpierw niech ta panienka opuści łuk, bo czuję się cokolwiek nieswojo.
- Nie nazywaj mnie panienką - prychnęła Roeenna, ale posłusznie schowała strzałę do kołczanu.
- Przepraszam: Pani.
- Skąd się tu wziąłeś, Conger?
- Czy to ważne, skąd? - głos mu nawet nie zadrżał - przechodziłem przypadkiem.
- Cały dzień skradałeś się za nami też przez przypadek - dorzuciła chłodno Kaen.
Chłopak nie dał się zbić z tropu.
- To nie teren prywatny. Mogę chodzić, gdzie chcę.
- Nigdy się nie zmienisz - uśmiechnął się Kasteel - zawsze tak samo bezczelny. Dlaczego idziesz za nami?
- Jestem szpiegiem, mam o was donieść tajnym władzom, aby nasłały na was płatnych morderców.
- A tak naprawdę?
- Z ciekawości - uśmiechnął się szelmowsko, w czarnych oczach zabłysły mu wesołe iskierki.
- Conger - Kael popatrzył mu w oczy - Dobrze ci radzę, wracaj do Grendwale. Tam sobie poradzisz. Obiecaj mi, że wrócisz.
- A jeśli nie? - spytał przekornie.
- Wtedy przywiążemy cię za nogi do tego drzewa - wtrąciła Roeenna, uśmiechając się drapieżnie - zanim się uwolnisz, my będziemy daleko. Jeżeli zdążysz się uwolnić, zanim dotrą tu Łowcy...
- Wesołe perspektywy - skomentował Conger.
- No dobra - spoważniał - przyrzekam.
- Możesz zostać do rana - zadecydował Kasteel.
Roeenna westchnęła i ustawiła przy ognisku trzy drewniane sześcianiki. Dotknęła ich kolejno, zalśniły słabym światłem.
- Nie bójcie się - powiedział cicho Conger - nie jestem złodziejem.
- Wiem - odpowiedziała - ale od pewnego czasu nie wierzę nawet sobie.
Chłopak kiwnął głową na znak, że rozumie.
Las dookoła był cichy.
Wiele mil od lasu ciszę przerwał krzyk.
Spokojnie, to tylko nocny ptak.
Spokojnie, śpij dalej.


***


Conger rzeczywiście zniknął z samego rana. Roeenna po przebudzeniu się zastała tylko porządnie ułożone rzeczy. Łuk i strzały, pozostawione w trawie, wisiały na gałęzi drzewa, obok nich wesoło dyndał na kawałku sznurka wycięty z drewna ludzik, przywiązany za nogę. Uśmiechnęła się do siebie.
- Poszedł już? - zapytał rozbudzony Kael.
- Tak. Kto to był?
- Conger Kellermann. Znajomy z Grendwale. Kiedyś mu pomogłem. Długo byliśmy przyjaciółmi. Potem zjawił się Shapiro. Poszedłem z nim, Conger został. To nie było w jego stylu.
- Można mu wierzyć?
- Nie. Ale dotrzymuje przyrzeczeń.
- Rozumiem.
- Roeenna? Kiedy my właściwie dotrzemy do Pierwszej?
- Jeżeli się nie przeniosła, to dzisiaj.
- A jeśli tak?
- To będziemy szukać informacji.
- Shapiro prosił, żebym się pośpieszył.
- Właśnie to robimy.


***


Do miasta - jeżeli można to było nazwać miastem - dotarli późnym wieczorem. Było zupełnie nieoświetlone. Kasteel co chwilę potykał się lub wpadał na drzewo.
- Nie możemy się zatrzymać?
- Jesteśmy już blisko. To miejsce żyje nocą, tak jest bezpieczniej. - wzięła go za rękę i prowadziła. Jej dłoń była ciepła i silna.


Wkrótce wyszli spośród drzew i w świetle księżyca Kael zobaczył miasto kaensai. Środkiem prowadziła szeroka, równa droga. Odgałęziały się od niej małe uliczki zabudowane jednopiętrowymi domami z drewna i skór. Na końcu głównej ulicy stała jedyna wysoka budowla - wielopiętrowa, zwężające się do góry.
- To Aestene. Dom Aiinlae - Pierwszej i Solea. Jest ich kilka. To znaczy, domów.
- Często zmieniamy miejsce pobytu - wytłumaczyła - dla bezpieczeństwa. Mniejsze domy są przenośne.
- Dźwigacie to wszystko? - zdumiał się Kasteel.
Nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko zagadkowo.
Ruszyli środkiem miasta. Rzeczywiście, pomimo późnej pory ulicami przechodziło wielu kaensai. Na widok Roeenny schylali z szacunkiem głowy. Ich oczy błyszczały jak lusterka.
Przed Aestene Kaen zatrzymała mężczyznę.
- Wejdziemy bocznymi drzwiami.
"Boczne drzwi" okazały się szerokimi wrotami pomalowanymi w skomplikowane wzory. Wewnątrz przy kamiennym kominku siedzieli dwaj młodzi kaensai. Widząc Roeennę wstali i ukłonili się.
- Enaesee, Saerin.
- Enaesee. Muszę spotkać się z Aiinlae. Otrzymaliśmy list od Shapira.
Skłonili się jeszcze raz i wyszli.
Kael popatrzył na nią pytająco.
- Jestem Saerin - powiedziała spokojnie - Mistrzynią. Najważniejsza wśród Kaen jest Aiinlae. Jej podlega Solea - dziesięciu mężczyzn i dziesięć kobiet, którym przysługują tytuły Saed - Mistrza, lub Saerin - Mistrzyni. To byli Daea - uczniowie. Milczał.
Nie zapytał, nie odważył się.
Dwaj Daea wrócili.
- Estee, Saerin. I ty, aard.
"Dlatego tak łatwo tu trafiliśmy. I teraz idziemy do Pierwszej" - Człowiek zacisnął zęby - "Raz kozie śmierć."


Weszli do małego pokoju. Na krześle obok kominka - znajdującego się chyba w każdym pomieszczeniu - siedziała Kaen w zielonej szacie. Zielonooka, o gładkiej, pokrytej cienkimi włoskami twarzy. Mogłaby uchodzić za zwykłą kobietę, gdyby nie królewski sposób trzymania głowy i ramion i gdyby nie dziwne, spokojne światło w oczach. Mogłaby uchodzić za młodą, gdyby nie włosy - śnieżnobiałe, spływające w falach po ubraniu.
- Tak, aard, władza postarza - mówiła cicho, ale wyraźnie, nie zostawiając wątpliwości co do treści i intencji wypowiedzi - ale dziękuję ci. Tylu komplementów nie słyszałam od wielu lat.
Kasteel, osłupiały, nie wiedział, co powiedzieć.
- Co chce nam przekazać Shapiro?
- Przesyła list - wtrąciła się Roeenna.
Człowiek odetchnął z ulgą i wyjął z kieszeni na piersi opieczętowany kawałek pergaminu. Aiinlae złamała pieczęć i przebiegła wzrokiem po piśmie.
- Shapiro - mruknęła - Szanowny pan Shapiro przybędzie do naszego skromnego domu. Z pomocą przeciwko Łowcom. Tak mniej więcej przedstawia się treść listu. Swoją drogą, mógłby tak nie bazgrać. Co o tym myślisz, Saerin?
- O przybyciu czy o bazgraniu? - uśmiechnęła się.
- O bazgraniu porozmawiam z nim osobiście. Mów o przybyciu.
- No cóż... - westchnęła - Pomoc jest nam potrzebna...
- A jedynie od niego możemy ją otrzymać. - dokończyła Pierwsza.
- Czego chce w zamian?
- Skąd wiesz, że czegoś chce? - Aiinlae popatrzyła na nią dziwnie.
- To człowiek.
- To nie jest zwykły aard. On jest nieprzewidywalny. Ale ma pewne zobowiązania. Dlatego wyślemy kogoś, aby przyprowadził go do miasta. Zajmiesz się tym, Saerin?
- Kiedy Shapiro ma przyjechać?
- Nie określił dokładnie dnia, ale myślę, że niedługo tu będzie. Roeenna zamyśliła się.
- Najlepiej byłoby, gdybym zrobiła to sama, ale mogę nie zdążyć. Blisko granicy są Coerun i Theerd. Na wszelki wypadek ich powiadomię.
- A ja? - nie wytrzymał Kasteel.
- Przepraszam, Kael - zmierzyła go wzrokiem, - ale teraz będziesz musiał poczekać tutaj. Tylko opóźniałbyś podróż. Miała rację. Niestety.
- Wyruszę jeszcze dzisiaj.
- Nie odpoczniesz?
- Nie muszę. Skontaktuję się tylko z Coerunem i Theerdem.
- Co z nim? - Pierwsza wskazała na człowieka.
- Poproszę Lonę, ona się nim zajmie.
- Pomyślałaś o wszystkim...
- Ktoś musiał.


***


Lona okazała się młodziutką kaensai o zielonych oczach i jasnobrązowych włosach, jak się sama określiła "specjalistką od przyjmowania gości". Umieściła Kasteela w małym pokoiku we wschodniej części Aestene. Obiecała, że wróci następnego dnia i oprowadzi go po mieście. Kael miał ochotę poprosić ją, żeby została.


Po jej wyjściu rzucił się na miękkie łóżko. Pachniało trawą i ziołami, jak zresztą wszystko tutaj. Zdusił palcami płomień świeczki pozostawionej przez Lonę.


Nigdy nie bał się ciemności, ale też za nią nie przepadał. Tutaj była inna - ciepła i przyjazna. Dająca poczucie bezpieczeństwa. Długo przekręcał się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Z tego, co się działo wokół niego, rozumiał niewiele. Czuł się coraz bardziej nieważny.


***


Obudziło go lekkie stukanie do drzwi, po chwili pokazała się w nich Lona.
- Więc jak? - rozejrzała się niefrasobliwie po pokoju - Idziemy?
- Poczekaj chwilę - Nie mógł się nie uśmiechnąć - Dopiero co wstałem.
- Poczekam tutaj.
Usiadła na stołku obok drzwi. Kasteel, odrobinę zakłopotany, odwrócił się i naciągnął spodnie i koszulę. Popatrzył na dziewczynę. Uśmiechała się szelmowsko. "Identycznie jak Conger' - pomyślał.
- Dlaczego mi się tak przyglądasz?
- Nic. Przypominasz mi kogoś.
- Kogo? - zainteresowała się.
- Przyjaciela.
- Człowieka?
Kiwnął głową.


***


- Naprawdę mam na imię Llonyea - trajkotała wesoło przez cały czas. Sięgała Kaelowi zaledwie do ramienia, co jakiś czas unosiła głowę i patrzyła mu w oczy - ale wszyscy mówią na mnie Lona. Dla ludzi to łatwiejsze.
- Najpierw pójdziemy coś zjeść - odpowiedziała na pytanie Kasteela - może do zachodniej części miasta...? Potem, jeśli zdążymy, do centrum. Bliżej lasu w dzień jest pusto. Wszyscy boją się Grair.


Miasto okazało się większe, niż mogło się wydać na pierwszy rzut oka. Lona prowadziła coraz to w inne miejsca opowiadając mu o każdy charakterystycznym budynku lub placu. Opowieść urozmaicała często co ciekawszymi faktami historycznymi, a jeszcze częściej legendami. Ku własnemu zdziwieniu słuchał z zaciekawieniem.


Wieczorem prawie nie czuł nóg. Kaen wydawała się tak samo rześka i wypoczęta jak rano. Nie czekając na zaproszenie weszła do pokoju Kaela.
- Lona, mogę cię o coś zapytać? - odważył się wreszcie.
- Po to tu jestem, żeby odpowiadać na pytania. - Przekrzywiła śmiesznie głowę. Należała do osób, których nie można było nie lubić.
- Kim jest dla was Shapiro?
Milczała przez chwilę.
- Shapiro...? - zaczęła w końcu - Shapiro jest jedynym człowiekiem, który nie odwraca się od nas. Wiesz, kiedyś pomiędzy ludźmi i kaensai było wiele powiązań, w tym także, pomijając handel, przyjaźń, w najgorszych przypadkach wzajemna tolerancja. Potem ludzie zażądali więcej. Nie chcieli już kupować naszych wyrobów. Woleli zdobywać je za darmo... przepraszam, trudno mi o tym mówić... - westchnęła. Po chwili podjęła opowieść.
- Myśleli, że mogą bezkarnie atakować nas. Przeliczyli się. Polało się wiele... zbyt wiele krwi. Aard nie mogli już czuć się bezpieczni w nocy. Kaen urośli w ich oczach do krwiożerczych bestii. Potworów przeciwnych naturze.
- Władcy okolicznych państewek postanowili przysłużyć się tak zwanemu "dobru ludzkości". Zaczęli wynajmować wojowników, nazywanych wśród nich Łowcami. My mówimy Grair - kruki, poniekąd symbol zaczajonego zła. Grair okazali się tchórzami - zabijają małe dzieci, innym strzelają w plecy - starała się mówić spokojnie, ale głos jej się załamywał.
- I w tym wszystkim pojawia się Shapiro. Młody, odważny i co z tego wynika wiecznie popadający w kłopoty. Azylu szukał właśnie tutaj - i otrzymał go, on i wszyscy, którzy z nim byli. Szanował Kaen - dlatego, gdy poprosił o pomoc, nie odmówiliśmy. A potem usłyszał o nim cały świat...
Popatrzyła Kasteelowi w oczy.
- Shapiro ma wobec nas dług. Wie o tym i chce nam pomóc. A my wierzymy, że potrafi. To wszystko.


***


Pierwszy raz usłyszano o nim, gdy zebrał kilkuosobową drużynę wojowników i zaczął pracować dla każdego, kto tylko płacił w złocie. Początkowo nie przebierał w zleceniach i szybko popadł w konflikt z prawem. Długo ukrywał się w lasach wśród kaensai. Sławny stał się Shapiro dopiero kilka lat później, kiedy to, z pomocą zaprzyjaźnionych magów i Kaen i za pieniądze zdobyte wcześniej zbudował Erth`Sottery - dom, w którym każdy mógł się schronić. Budynek został obłożony potężnymi zaklęciami - mieszanką magii ludzi i kaensai.


Wielu młodych ludzi przyłączyło się do niego - przyciągnęła ich chęć przeżycia przygody i sam Shapiro - charyzmatyczny, łatwo zdobywający szacunek i zaufanie. Wielu z nich odeszło krótko później, ale część została, tworząc drużynę Erth`Sottery. Rozeszli się częściowo w poszukiwaniu zarobku, ale cały czas czekali, zawsze gotowi na wezwanie przywódcy.

I właśnie teraz część drużyny przybywała, aby rozwiązać problemy Kaen.
I jeśli ktoś mógł tego dokonać, to właśnie oni.


***


Tak, Kael tęsknił za nimi. Za spokojnym, poważnym Ewanem Fordycem, za młodym, brawurowym Marcellusem. Za drobną, jasnowłosą Nerisą...


Ich nieobecność się przeciągała, ale był pewien, że przyjadą. Stanowili drużynę. Inni przychodzili i odchodzili, oni zawsze trzymali się razem. Widział już w wyobraźni, jak wjeżdżają do miasta. Na początku dumnie wyprostowany w siodle Shapiro, Nerisa, co chwilę wyskakująca do przodu, potrząsająca jasnymi, prostymi kosmykami. Marcellus oglądający się co chwilę i popędzający wlokącego się z tyłu na czarnej klaczy Ewana, odzianego w podróżną szatę czarodziejską.


Bo Ewan Fordyce był magiem. I to nie wiejskim szamanem ani samoukiem. Szkolił się, jak sam twierdził, wśród Błękitnych Magów w Nevonie. Na pytania, dlaczego już do nich nie należy, odmawiał udzielenia odpowiedzi. Równie tajemnicze były powody, dla których przyłączył się do młodego wówczas i mało znanego Shapira. Nikt nie narzucał się z pytaniami. Jedną z zasad Erth`Sottery było prawo anonimowości.


Zresztą każdy z nich miał jakieś kłopoty. Marcellus był poszukiwany przez jakiś czas za, jak to sam określił, "bliższą znajomość" z żoną jakiegoś szlachcica. Kasteel przyłączył się do nich po tym, jak wyrzucono go na ulicę i przy okazji pobito za długi. Nerisę wyciągnęli niemalże z rąk żołnierzy ścigających ją za włamanie i kradzież. Erth`Sottery chroniło wszystkich.

Kael tęsknił za nimi. Mimo wszystko.


***


- Lona?
- Słucham?
- Jak myślisz, kiedy oni mogą przyjechać?
- Kto?
- Shapiro i inni.
- Nie możesz się doczekać - raczej stwierdziła niż zapytała - cóż, Shapiro zna nasze zwyczaje. Na pewno postara się dotrzeć tutaj przed Leriiessen.
- Leriiessen?
- Tak. To dla nas najważniejsze święto w roku - dodała, wciąż widząc niezrozumienie w jego oczach - uroczystość ku czci Lerye - bogini Kaen.
- Wierzymy, że Lerye - bogini księżyca - stworzyła pierwszą kaensai - Kaennę, a jej córkom i synom ofiarowała lasy. Cały czas obserwuje nas i strzeże za pośrednictwem swoich zwierząt - kotów. Dla niej urządzamy raz w roku wielkie święto - Leriiessen.
- tłumaczyła cierpliwie.
- Kiedy będzie to... święto?
- Za trzy dni - uśmiechnęła się.
Odwzajemnił uśmiech prawie odruchowo.


***


Kael próbował spacerować po mieście, ale ilekroć zamyślił się przez chwilę, nogi same kierowały go w kierunku bramy. Bramy, przez którą wjechać mieli Shapiro, Ewan, Nerisa i Marcellus. I Roeenna.


W końcu zrezygnowany odwrócił się w stronę Aestene. Mając wracać już do swojego pokoju, złowił uchem rzadko spotykany tutaj dźwięk - tupot końskich kopyt.
- Kaaeeel!!!
Ten głos znał aż za dobrze.
- Nerisa!
Wjechała w bramą w pełnym galopie, w ostatniej chwili mocno ściągnęła lejce. Sekundę później zawisła na szyi Kasteela.
- Nerisa? Gdzie reszta?
- Zostali z tyłu. Zaraz tu będą.
Rzeczywiście, bramę przekraczali właśnie Shapiro i Marcellus, za nimi Ewan. Przybyli też Gerin i Alan Boffin. Na końcu podążali Theerd i Roeenna, patrząca na niego życzliwie.
- Miło cię widzieć całego i zdrowego, Kael.
- Powtarzasz się, Marcellus. - rzeczywiście, mówił to po każdym dłuższym rozstaniu.
- Ech - żachnął się - mógłbyś raz nie komentować.
- A ci znowu! - roześmiała się Nerisa. Shapiro zawtórował jej, Ewan westchnął i pokiwał głową.
- Jeszcze jedno, Kael, czy wszyscy są tutaj tak rozmowni jak ci dwoje? - Marcellus wskazał na Theerda i Roeennę.


- Przekonasz się sam - powiedział wesoło Kasteel - Lona pewnie zaraz tu będzie.


***


Llonyea umieściła ich na ich własne życzenie w jednym dużym pokoju. Teraz, przy świetle świec Nerisa grała w karty z Gerinem i Alanem, każdą wygraną ogłaszając radosnym krzykiem, Kasteel streszczał Shapirowi wydarzenia poprzednich dni, a Ewan i Marcellus siedząc po przeciwnych stronach stołu łypali na siebie spod oczu.


Wbrew pozorom i wszelkiemu rozsądkowi ci dwaj byli najlepszymi przyjaciółmi, jeśli nie na świecie, to przynajmniej w bliskiej okolicy. W każdym razie pieczołowicie to ukrywali.


Wkrótce Shapiro został wezwany do Aiinlae, Kasteel pokręcił się jeszcze trochę po pokoju, wreszcie wyszedł i skierował się w stronę lasu. Noc była jasna, księżyc zbliżał się do pełni. Niemal słychać było trzepot miękkich skrzydeł ciem.


Wśród drzew było ciemniej, lecz i tu docierały srebrne promienie. Człowiek ostrożnie wszedł głębiej w las, oparł się plecami o szorstką korę drzewa. Zamknął oczy.


Znieruchomiał, słysząc za sobą szelest. Odwrócił się powoli.


Człowiek w ciemnym płaszczu patrzył na niego uważnie, trzymając napięty łuk. Wahał się. Zbyt długo. Dał się słyszeć cichy trzask, mężczyzna zachwiał się i bezwładnie upadł na ziemię. Nie zdążył nawet krzyknąć. W jego skroni tkwił wbity niemal do połowy krótki bełt.


Spośród drzew wyłoniła się ciemna postać, wciąż trzymająca w rękach małą kuszę. Jej oczy błyszczały w świetle księżyca jak lusterka.
- Roeenna?
- Uważaj - powiedziała cicho, patrząc mu w oczy - Uważaj na siebie, fáer.
- Roeenna! Poczekaj! Kto to było? Co ty tu robisz?...
Zniknęła w ciemnościach.
Dopiero później zrozumiał, że żyje tylko dlatego, że jest człowiekiem.
Z kaensai Łowca nie zastanawiałby się ani chwili.


***


Następnego dnia Shapiro wezwał całą drużynę na naradę. Długo rozmawiali, zamknięci w pokoju bez okien.
Decyzja została podjęta.


***


Nadeszła długo oczekiwana noc Leriiessen. Wśród tłumu kaensai na wielkim placu znalazła się też drużyna Erth`Sottery. Ale nie cała. Nigdzie nie można było dostrzec Ewana Fordyce`a i Marcellusa. Na razie nikt nie zwrócił na to uwagi - przynajmniej tak się wydawało.


Po zachodzie słońca niebo stawało się powoli coraz bardziej granatowe, srebrzysty księżyc w pełni widniał na nim jak wyniosła, świetlista bogini.


Na środku placu zapłonęło ognisko, płonący stos drewna i ziół, których zapach roznosił się w powietrzu. Wszyscy Kaen stali i patrzyli błyszczącymi oczami to na ogień, to na srebrną kulę ponad nim.


Magia obrzędu udzieliła się także ludziom. Zapach nie znanych im, palonych roślin mącił w głowach. Kael z wysiłkiem odwrócił głowę od płomienia i korzystając z okazji wycofał się w ciemną uliczkę. Przez chwilę przyzwyczajał oczy do ciemności.
- Enaesee, Kael.
- Witaj, Roeenna.
- To już dzisiaj...?
Kiwnął głową potwierdzająco. Tak jak Aiinlae, była wtajemniczona w ich plany.
- Przynajmniej w Leriiessen mogliby dać nam spokój - westchnęła - ale Grair nie uznają żadnych świąt.
- Roeenna... ciekawi mnie jedna rzecz. Dlaczego nie mogliście sobie sami poradzić z Łowcami? Nie jest ich chyba wielu... a walczycie przecież lepiej od nich...
- To nie takie proste. To ludzie. Ich zachowania są dla nas zagadką. A Shapiro... potrafi myśleć jak oni.
- Rozumiem. My też przyzwyczailiśmy się do tego, że poradzi sobie ze wszystkim. I do tego, że nigdy nie będziemy tacy jak on.
- Kael...
- Wiem, jaki jest. Mądry, odważny. Gdy go poznałem, stał się dla mnie wzorem i ideałem. Potem nawet czymś więcej... Rozumiem was. Za nim po prostu nie można nie iść.
- Kael, ja...
Nie dokończyła, przypadł do niej zdyszany młody kaensai.
- Maest, Saerin! Za bramę!
Bez namysłu pobiegła ciemną uliczką. Kasteel podążył za nią.
Na obrzeżu lasu stali Ewan i Marcellus. Pomiędzy nimi, w trawie wił się człowiek w ciemnym płaszczu. Kael dostrzegł na jego kostkach i nadgarstkach magiczne, lekko fosforyzujące sznury - specjalność Fordyce`a.
- Gratuluję - Roeenna powoli podeszła do nich - udanego polowania. Co ty na to Grair? - zwróciła się do więźnia.
- Nic wam nie powiem! - głos mu lekko drżał. Twarz w świetle księżyca była kredowobiała.
- Powiesz.
Przyłożyła trzy skrzyżowane palce do jego skroni. Powietrze zajarzyło się błękitno, a Łowca zaczął mówić. Mówił wszystko, ze szczegółami, a Kaen słuchała i notowała w pamięci.
Wreszcie uznała, że wie dość dużo. Oderwała palce od jego głowy, strzepnęła zdrętwiałą dłonią.
Ewan popatrzył na nią z uznaniem.
- Jak to zrobiłaś? I to bez zaklęcia?
- Jestem Saerin nie bez powodu.
- Co z nim? - Marcellus popatrzył na więźnia.
Roeenna spojrzała Łowcy głęboko w oczy. Uśmiechał się lekko. Wiedział, co go czeka.


Wyciągnęła sztylet i jednym błyskawicznym ruchem poderżnęła mu gardło.


***


- Znamy już kryjówkę Grair. Możemy ich zaskoczyć. Jeśli tamten nie kłamał...
- Nie kłamał na pewno - przerwała Roeenna.
- W takim razie jest ich tam około trzydziestu. - tym razem nawet Pierwsza zaszczyciła ich swoją obecnością.
- Możemy uderzyć w każdej chwili - Shapiro był zdecydowany.
- Tak będzie chyba najlepiej - westchnęła Aiinlae - dam wam moich najlepszych Kaen. Boję się tylko jednego?
- Czego?
- Że to wcale nie będzie koniec. Że przyjdą następni.
- Nasza w tym głowa - Nerisa ostatni raz kontrolowała ostrość krótkiego miecza - żeby następni nie odważyli się przyjść.


***


Dwaj pierwsi Grair zginęli cicho, od strzał Kaen. Marcellus, Shapiro, Nerisa i Alan Boffin bezgłośnie wyciągnęli miecze i ruszyli przodem. Kaensai z łukami i kuszami otoczyli pozornie opuszczony budynek w środku lasu. Ewan nie ruszając się z miejsca zaczął szeptem konstruować zaklęcia. Kasteel i Gerin zaczaili się przy wejściu na ewentualnych uciekinierów.

Nikt nie miał prawa wyjść stąd żywy.


***


Ze środka dobiegły odgłosy walki. Kael nie interweniował, powstrzymał też Gerina. Popatrzył pytająco na Ewana. Mag kiwnął głową.


Zdążyli już sobie wypracować określone metody walki. Jego zadaniem było pozostawanie z tyłu i wyłapywanie uciekinierów, lub, w razie potrzeby, pomoc. Mag trzymał się z boku i wspomagał walczących swoimi ulubionymi, prostymi, ale skutecznymi zaklęciami.
Kael nasłuchiwał. I liczył.
Długi świst lekkiego, mocno wygiętego miecza Shapira. I niemal równoczesny krzyk. To już dwóch.
Triumfalny, cienki okrzyk - policzył trzeciego za Nerisę.
Grair bali się. Strach spowalniał ich ruchy.
Trzydziestu wojowników bało się walki z trzema, w tym jedną dziewczyną.
To właśnie była ich najpotężniejsza broń.
Kael nie dziwił się. Sam pewnie przestraszyłby się, widząc ich pierwszy raz. Shapira, nawet w walce chłodnego i opanowanego, Marcellusa, mordującego z błyskiem w oczach. Alana, młodego jeszcze, ale już naznaczonego paskudną blizną w poprzek twarzy. I Nerisę, drobną, jasnowłosą, o zimnych, stalowoszarych oczach.
Zaskoczenie przeciwników szybko przejął Ewan. I wykorzystał. Spotęgował ich strach.
Bali się bezpośredniej walki. Bali się bólu. Bali się śmierci.
I umierali.
Przy piętnastym Kael przestał liczyć. To robiło się nudne.
Kilku wybiegło przed dom. Czekały na nich strzały i bełty ukrytych Kaen. Jeden zaatakował Kaela. Kasteel zwinnie uniknął ciosu i ciął z półobrotu. Walkę zakończył Gerin, wbijając Łowcy w plecy szeroki sztylet.
Wszystko powoli cichło.
Wszystko powoli cichło.
- Nie umieli się bronić. - dziewczyna splunęła na próg.
- A my tu staliśmy - westchnął Kael.
Shapiro szybko rozejrzał się, sprawdzając czy wszyscy są i skinął na Ewana. Mag aktywował zaklęcie. Drewniany dom stanął w płomieniach.
Przez chwilę stali i patrzyli.
- Wyglądamy jak... - Nerisa nie mogła znaleźć właściwego słowa.
- Jak potwory - podsunął Alan.
- Rzeźnicy po ciężkim dniu pracy w mało higienicznych i niezbyt sprzyjających warunkach - dokończył wesoło Marcellus. Rękaw jego kurtki powoli nasiąkał krwią.
- To nic - tłumaczył się przed Ewanem szepczącym zaklęcie tamujące krwawienie. Mag uśmiechnął się pod nosem. Wiedział lepiej.
- Też mi bohater - prychnęła Nerisa - potknął się i zawadził o własny miecz.
Marcellus skrzywił się komicznie. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, tylko Fordyce swoim zwyczajem pokiwał ze zrezygnowaniem głową.
- Możemy wracać - Shapiro jak zwykle wiedział, kiedy się odezwać - chyba wszyscy są.
Popatrzyli po sobie.
Kogoś brakowało
- Gdzie jest Roeenna?


***


Ostatnio widział ją jeden z kaensai zmierzającą na północ od starego domu. Potem nie widział jej nikt.
- Znajdę ją - Kasteel był zdecydowany.
- Kael... - Nerisa położyła mu dłoń na ramieniu - poczekaj... Pójdziemy z tobą...
- Nie musicie. Jesteście zmęczeni.
- A ty?
- Ja stałem przy wyjściu.
Zagryzła wargi.
- Ale.. robi się już ciemno...
- Nie zostawimy cię samego, Kael. - powiedział stanowczo Shapiro.
Ewan zaskoczył ich wszystkich.
- Pozwólcie mu iść samemu. Rozumiem go.
Przywódca popatrzył uważnie na niego i na Kasteela.
- Dobrze.


***


- To do niej niepodobne - Aiinlae nerwowo przechadzała się po pokoju - coś się musiało stać. Wysyłamy do niej sygnały, ale nie odpowiada.
- Nie może...? - Coerun popatrzył na nią.
- Albo nie chce.


***


Delikatnie dotknęła rozciętej łydki i syknęła z bólu. Miecz Łowcy był ostrzejszy niż myślała. Jego właściciel leżał kawałek dalej. Z trzema strzałami w piersi.


Poruszyła dłonią nad raną. Zaklęła głośno, nie widząc efektu. Czekając, aż krew przyschnie, rozciągnęła się na trawie. Ziemia parowała ciepłem, powietrze było gorące i ciężkie.
"Za nim nie można nie iść."
Za kim?
Wstała ostrożnie i odrobinę utykając ruszyła w dalszą drogę.
Wybrała północ.


***


Powietrze było gęste i lepkie, duszące, jak przed burzą. Kael odetchnął z ulgą, widząc dymiące jeszcze i promieniujące gorącem zgliszcza. Nocą dojście tu zajęło mu więcej czasu. W kieszeni zaszeleściły kawałki pergaminu, które w ostatniej chwili wcisnął mu do ręki Ewan. Kasteel wybrał jeden z nich. Szeptem aktywował zaklęcie.

Pergamin wskazał północ.


***


Zraniona noga nie pozwalała iść szybko. Roeenna padła na ziemię zupełnie wyczerpana. Wstała, powtarzając sobie z uporem "Jeszcze kawałek".
Świątynia wyrosła nagle tuż przed nią.
To nie mogło być nic innego, jak świątynia. Świątynia wyniosłego, starożytnego, dawno zapomnianego bóstwa, wzbudzająca białym marmurem ścian i kolumn szacunek...
I strach.
Białe ściany i kolumny zawalone, skruszone zębem czasu, porośnięte mchem.
Śnieżnobiały marmur, rozsiany wśród pokrzyw i łopianu.
Roeenna dotknęła rozgrzanej na słońcu bryły. Kamień był zimny jak lód.
Powoli, oszczędzając nogę, ruszyła spękanym dziedzińcem.
Kolumny mówiły. Szeptały do niej, ale nie rozróżniała słów.
Usiadła na kamiennym murku, otaczającym coś, co kiedyś prawdopodobnie było kwietnikiem. Teraz pozostały tam tylko chwasty. Rana na nodze znów zaczęła krwawić spod prowizorycznego opatrunku. Czerwone krople splamiły biel marmurowych płyt.
Czerwień i biel, krew na śniegu...
To już kiedyś było...
Kolumny szeptały.
"Chodź do nas, Roeenn, przyjdź do nas! Tak dawno nikogo tu nie było..."
"Maest, Roeenn..."
"Maest..."
Pozornie bezładnie rozrzucone podstawy kolumn utworzyły drogę, głowice, których nie było, rzucały na nią podłużne cienie.
Na końcu były drzwi.
Dotknęła lodowatej, srebrnej klamki. Wrota ustąpiły same, ukazując być może jedyną zachowaną salę. Jedną z jej ścian pokrywał w całości obraz.
Smukła kobieta w czarnej sukni, o czarnych zburzonych włosach, prawie białej twarzy. Twarzy, w której wyłączną uwagę przyciągały oczy o barwie ciemnego szafiru.
"Witaj, Roeenn."
Nie tamowana krew sączyła się kropla po kropli, barwiąc marmur ciepłą czerwienią.
Biel i czerwień. Chłód i gorąco. Śnieg i ogień.
Granatowe szafiry przyciągały niczym magnesy.
Kobieta z obrazu uśmiechnęła się smutno. Zamknęła oczy.
Roeenną wstrząsnął silny ładunek magii. Biały marmur, czerwona krew, szafirowe oczy... wszystko zniknęło. Została tylko ciemność.


***

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...