Zemsta cz. II
III
Minęły trzy miesiące od ostatniej burzy. Vars i Weron spali otuleni kocami w jednej izbie. Był rok 538 ery Vaneo. Lata sprawiły, że chłopiec stał się dorastającym młodzieńcem. W wieku 17 lat Valeres miał mężną posturę; był wysoki i potężnie zbudowany. Jego twarz była złoto-brązowa, i mimo niepozornego wieku pokryta już lśniącymi bliznami po ranach i oparzeniach. Nie stawało to jednak na przeszkodzie bycia jednym z najpiękniejszych chłopców w Lymphater. W oczach jego tlił się ognisty blask, spojrzenie było władcze, przebijające na wskroś jak ostrze włóczni i pewne siebie. Twarz częściowo zakrywały kruczo-czarne włosy opadające do ramion – mocnych, sprężystych, potrafiących unieść największy ciężar i władać prawie każdym orężem niewiele gorzej od swego orchmistrza opiekuna. Dłonie jego, choć pokryte zgrubieniami i pęcherzami, tworzyły raz za razem cuda techniki; rzeczy najpiękniejsze i najpraktyczniejsze w Lymphater. Wielkim błogosławieństwem dla Krainy był chłopiec z powodu swoich wynalazków i zdolności, jednak o wiele więcej pomysłów tkwiło nadal w jego głowie, niż jak dotąd, pośród burz i niespokojnego życia udało mu się zrealizować.
W tym roku Krao kończył 41 lat, co byłą właściwie średnią wieku tutejszej populacji, jednak orchmistrzowie, dzięki tkwiącej w nich Mocy, dożywali nawet 90 czy 100 lat. Sam Mekolesis, który zresztą nauczał Werona, dożył sędziwego wieku 112 lat, a umierał rok temu nadal jako pełen sił mężczyzna. Zginął pod zwałami budynku. Weron był świadom, że niedługo może nadejść jego czas, może zginąć w nieszczęśliwej dla niego burzy, jednak żył pełen nadziei, że dożyje czasów, kiedy jego podopieczny stanie się ochmistrzem. Niestety, nie taki los czekał Krao.
Noc była cicha, niczym nie zmącona. Panował spokój, więc jedynie dwóch orchmistrzów – wartowników pełniło patrol na szczycie najwyższej wieży strażniczej, pozbawionej już najwyższego piętra przez pożary. Obserwowali równinę poza murami Lymphater, obserwowali rozwalające się budynki i ich fragmenty rozrzucone bezładnie po powierzchni ziemi. Wzrok ich sięgał daleko poza linie horyzontu, głos ich nosiły wszystkie wiatry a oczy ofiarowały im ptaki i zwierzęta na ziemi. Mogli znać każdy skrawek równiny w każdej chwili, nie ruszając się nawet z miejsca. Pełniąc już pół nocy wartę zgłodnieli, więc Betys zszedł na dół po suchary i wodę. Myśleli oboje, że zostawia on towarzysza samego na szczycie wieży. Nie mogli się bardziej mylić. Nie minęło kilka sekund a Osseh poczuł czyjś wzrok na swoich plecach, jednak, nim zdążył się obrócić, zostały one przebite długimi szponami, które przeszyły klatkę piersiową i zaginając się stworzyły na zewnątrz haczyki. Jednym szybkim ruchem wyciągnęły z wnętrza serce i płuca, pogruchotały wszystkie kości. Zęby poczwary odzianej w czarny płaszcz do ziemi wbiły się w ramię wojownika, oderwały od kości cały mięsień, rozerwały skórę aż do samych palców. Ostatnim, co ten człowiek zauważył, była lśniąca krew na długich kłach pod narzuconym na głowę kapturem. Szkarłat rozlał się szeroką smugą na posadzce wieży, spłynął strumieniem po schodach na niższe piętro. Niechby tylko zauważył to drugi orchmistrz, może zdołałby zatrzymać czy zabić mordercę. Jednak nie, jak na ironię, krew płynęła powoli, nie spiesząc się rozkładała czerwony dywan a kamiennej posadzce. Poczwara, czymkolwiek była, została jeszcze tylko kilka sekund na widoku wydobywając co się dało z wnętrzności strażnika. Potem schowała się z powrotem w cień, aby poczekać na swą drugą ofiarę.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Vars i Krao poruszyli się niespokojnie na swoich posłaniach. Ledwo otworzyli oczy, a już oboje wiedzieli, że to, co im obojgu się przyśniło bynajmniej nie było snem. Podnieśli się z posłań z mieczami w dłoniach i bez słowa wyszli na zewnątrz w nadziei, że sen przepowiadał trochę dalszą przyszłość. Niestety, kiedy kilka minut później dotarli na szczyt widzianej wieży, ujrzeli leżące tam dwa zmasakrowane trupy, a po sprawcy nie było ani śladu.
- Co to mogło być? Żadna ludzka istota nie jest w stanie zrobic czegoś takiego.
- Vars, ocknij się! Żadna ludzka istota? Nic co żyje, co jest tworem boskim, nie jest w stanie zgładzić dwóch orchmistrzów tak, aby nie mogli usłyszeć jeden drugiego! Nic co ma duszę nie może się ukryć przed zmysłami orchmistrza, ale jednocześnie, żadna nie-ludzka istota nie ma wstępu do Lymphater. Mury, choć tak zniszczone, nadal zawierają czar chroniący nas wszystkich. – Weron nie był w stanie ukryć swojego przejęcia. Serce mu biło, umysł bał się służyć swemu panu, aby nie odkryć przypadkiem przerażającej prawdy. Czuł się tak jak wtedy, kiedy pierwszy raz w życiu znalazł się w pobliżu Doliny Śmierci.
- Krao… - Valeres odezwał się tak nagle i głosem tak cichym, że sam zdawał się myśleć, że mówi ktoś inny. – Czemu tu nie ma nikogo innego?
Odpowiedzi się nie doczekał. Przerwał im grzmot, uderzenia zwalających się w oddali skał. Na Północy, w łańcuchu Gór Mchu coś się działo. Z Południa, z Gór Czaszek nadchodziła burza, nad szerokimi iglicami rozchodziły się błyskawice.
Deszcz nigdy jeszcze tak nie zasmucił niedobitków Lymphateru. Wraz z nim nadszedł huragan i pierwszy od 60 lat mroźny grad, wszystko jednak płonęło. Ogień pojawił się z nikąd. Po około kwadransie walki z deszczem, ogniem, gradem i czymś, czego nie widzieli zostało ich przy życiu może kilkunastu. Atak był nagły, ziemia się rozstąpiła, z jej ran kipiała krwistoczerwona lawa. Wszystko wyglądało, jakby na miasto szarżowały olbrzymy i kopniakami rozbijały wszystko, na co się natknęli. Jednak w tej sytuacji nawet olbrzymy ucieszyły by orchmistrzów. To, co ujrzeli na czerwono-czarnym nieboskłonie sprawiło, że zapragnęli umrzeć już dawno temu. Niby cienie, ogniste zjawy czy upiory krążyły nad całym miastem raz po raz – smoki nadleciały. Skrzydła ich przykrywały pół nieba, były ognistoczerwone, rozgrzewały powietrze w swoim locie do takiego stopnia, że tylna część ich ciała była rozmazana a samo niebo zaczynało płonąć chmurami. Valeres chciał krzyczeć, chciał wołać o pomoc, chciał wydrzeć się tak, aby ktoś go usłyszał, jednak głos bezsilnie ugrzązł mu w gardle. Z nikąd pojawiły się czarne, zakapturzone postacie, przypominające zeschnięte zwłoki owinięte całunem. Miały długie, szponiaste palce - sztylety, czarne płaszcze sięgały do ziemi. Chłopak mimo to był pewien, że unoszą się w powietrzu. Kaptur zakrywał całkowicie głowę, jednak pod nim nie mogło być twarzy. Ciemność tam była pusta. Valeres czuł, że jego spojrzenie ściągnęło uwagę potworów. Jeden z nich zaczął zbliżać się do niego unosząc się lekko nad ziemią, muskając jej powierzchnię połami płaszcza. Ledwo dotknął pazurem muru budynku, a ten rozsypał się w kurz. Zabrał chłopcy wolę, zabrał siły, Valeres chciał uciec, a coś trzymało go przy ziemi, nie mógł się ruszyć. Ostatnim, co wojownik ujrzał była czarna sylwetka przesłaniająca cały świat, zwalająca go z nóg. Potem zapanowała ciemność. Jego świadomość przepełniał ból.
IV
Śmiertelna cisza zalegała w miejscu, gdzie przebudził się Valeres. Czuł ból, jednak jego umysł jeszcze nie pracował, jego oczy widziały tylko zamglone kontury świata a uszy wypełniała dudniąca pustka. Jeszcze chwilę potrwało dojście do siebie, zrozumienie co się dzieje. Leżał tak, samotny, cichy, bezsilny, poraniony i nagi, pośród rumowiska. Domy – stosy kamieni, mury – stosy kamieni, budynki – stosy kamieni, drogi – stosy kamieni, wartownie, koszary, zbrojownie, spichlerze, krawężniki – wszystko teraz zamieniło się w stosy kamieni. Gdzieniegdzie dostrzegał krew, zmasakrowane ciała czy też ich szczątki. Spojrzał na siebie. Był bezbronny, prawie nagi, nie licząc ostatniego nie spalonego kawałka materiału którym owinął biodra. Całe jego ciało było poparzone lub pocięte, poranione, porozrzynane głębokimi ranami, pręgami, rozdarciami. Zebrał wszystkie siły jakie miał w sobie i starał się wstać. Podniósł z ziemi jakiegoś na wpół-spalonego kija i szedł podpierając się na nim. Każdy krok po gorącej ziemi sprawiał mu nieopisany ból. Nie pamiętał nic, oprócz czarnych postaci, nie czuł nic, oprócz szoku i bólu, jego świadomość wypełniała jedna myśl: tylko on był jeszcze żywy – tylko on jeden ocalał z całego Lymphater. Przerażony 18letni chłopiec co kilka metrów znajdywał czyjeś zmasakrowane mniej lub bardziej zwłoki. Zabito wszystkich – kobiety, dzieci, mężczyzn, orchmistrzów czy noworodki – nie robiło różnicy. Szedł w nadziei, że znajdzie kogoś żywego, że usłyszy czyjeś wołanie, jednak wiedział dobrze, że tylko jego dusza zamieszkiwała teraz to miejsce. Po wielkim stosem kamieni szaleńczo przypominającym kurhan znalazł ciało swojego ukochanego Krao – Werona. Był jednym z niewielu, którym nie wyrwano wnętrzności, musiał zginąć w walce, tuż przed jej końcem. W jego dłoni tkwił nadal czarny od dziwnej posoki miecz, na jego ciele pozbawionym właściwie zbroi i odzienia było wiele siniaków i rozcięć. Łzy popłynęły wartkim strumieniem po policzkach Varsa, łzy odcienia szkarłatu – takie z serca przepełnionego żądzą zemsty. Ta zemsta rozpaliła jego wnętrze, dodała mu sił. Odrzucił trzymany kij, wyjął orchmistrzowi miecz z dłoni i zaczął przeszukiwać gruzy domów za jakimś odzieniem. Nałożył na siebie jakąś koszulę podartą w wielu miejscach, starą rdzewiejącą kolczugę i przypasał mały pusty bukłak na wodę. Nie czekał już na lepszą sposobność, nie chciał się przespać, nie miał czasu grzebać trupy – od razu ruszył w stronę gór. Po kilku godzinach drętwego marszu, kiedy był nie do końca w swoim ciele, nagle poczuł ciepło na policzkach. To słonce wstawało. Oślepiła go jego jasność, osłabły jego siły, zupełnie jakby chłód nocy napędzał go do marszu. Był na rozległej równinie w nielicznych miejscach zasiedlonej przez zeschnięte krzaki. W cieniu jednego z nich rozesłał swój płaszcz, załapał ostatni łyk wody i położył się na spoczynek. Nie przyjmował snu do świadomości, gdyż czuł wyraźnie cudze spojrzenia na własnym karku. Był pierwszy raz poza Lymphater, mógł być ostatni raz żywy.
Obudził się około południa, chociaż powrót do rzeczywistości nie był jego inicjatywą. Zapomniał na chwile o tym co było i o tym co jest. Ujrzał małą zamgloną postać koło siebie, która go szturchała. Bezwiednie się do niej odezwał:
- Czego? – Vars po chwili uświadomił sobie, że jest poza Lymphater, i co dziwniejsze, mówi do borsuka. Miał zamiar złapać się za głowę i pogratulować sobie przekroczenia bariery idiotyzmu i gadania z futrzakami, jednak ów futrzak nie był jak się okazało wcale zwykły.
- Zasłaniasz mi dojście do nory… - odpowiedział. To sprawiło, że chłopiec podniósł gwałtownie głowę z ziemi.
- Że co? – spytał zdziwiony, gdyż nie wierzył własnym uszom.
- Nie bądź taki znów zdziwiony. Pierwszy raz na równinie? To widać… - Borsuk mówił przeciągłym syczącym głosem, jednak z jego oczu Vars nie mógł wyczytać nic więcej ponad to, co powiedział.
- Tak… Kim jesteś? – nie dotarło do niego, że zasłania futrzakowi wejście do nory, przynajmniej nie miało to znaczenia.
- Opuk, po prostu Opuk, ale teraz odejdź i daj mi wejść do własnego domu, synowie na mnie czekają, są głodni zapewne a to jeszcze dzieci – wskazał na kawałki mięsa trzymane w pazurkach. – Jeśli mnie przepuścisz, wskażę ci strumień. Wiem, że nie masz już wody.
Teraz do Valeresa dotarło, jak bardzo jest spragniony i jak piecze całe jego ciało. Z ledwością podniósł się z ziemi, a Opuk szybko wskoczył w dziurę w głębi krzaka. Po chwili wyszedł z pustymi rękami i kazał iść chłopcy paręset metrów na wschód a za widocznym pagórkiem znajdzie strumień z czystą wodą.
- omija z daleka Góry Czaszek. Kiedy wrócisz, ja będę miał coś dla ciebie. Spokojnie, to rzecz przydatna, a już z pewnością tam, gdzie ty się udajesz.
- A więc nawet zwierzętom tutaj nie jest obca legenda Gór?
- Legenda? Obca? Ja się tam urodziłem, ja tam zostałem obdarowany tym, jak mnie tutaj widzisz. Zwierzęta żyją w zgodzie z Rodem Smoków od kąd istnieją. Pomagamy sobie wzajemnie, zostajemy obdarzeni nie tylko mocą rozmowy z przybyszami, ale także każde z nas kiedyś zostaje obdarzone misją, za której niewypełnienie grozi śmierć.
- Misją? – Valeres szybko się budził, jego umysł chodził prawie tak sprawnie jak zawsze. Jakąż to misję mogłyby powierzyć znienawidzone smoki równinnych zwierzętom?
- Pomagam tym, którzy zostali wyznaczeni, tym, którzy dotrą do tego miejsca żywi z aniołem na ramieniu i z celem w sercu.
- Czyli to, że tu jestem to przeznaczenie?
- Nie! Nie wierzymy w przeznaczenie, bo każdy człowiek jest zdany na siebie. Ale logika – nią się kierujemy. Przeznaczenie nie ma nic do rzeczy. To było do przewidzenia, że tu przybędziesz po masakrze w Lymphater. Idź po wodę. Nic więcej nie powiem.
Wspomnienie masakry zabolało Varsa. Bez słowa odwrócił się i udał na wschód. Nie zauważył dziwnego uśmieszku na pysku Opuka, nie zauważył błysku w oczach jego dzieci, które zaciekawione przybyszem wystawiły nosy. Właściwie nie szedł – wlókł beznamiętnie ciało, krok za krokiem posuwając się ku upragnionej wodzie. Nie wiedział ile idzie, ale skały zbliżały się coraz bardziej. Poczuł zapach wody i usłyszał jej szmer, kiedy przemykała się między skałami. Kiedy już ją zobaczył, nowy duch w niego wstąpił. Nie znalazł słów dla opisania jej smaku i ulgi, jaką dawała jego zmęczonemu, poparzonemu ciału. Kto by pomyślał, że zaledwie kilka godzin drogi od Lymphater, gdzie cierpi się susze, płynie sobie swobodnie strumyk. Ale Lymphater już nie istniało, więc jego odkrycie nie miało znaczenia. Jedyne co mógł zrobić, to napełnić mały bukłak i wrócić do Opuka – może ten mu wskaże drogę i pomoże.
- No i co? – sam nie wiedział czego ma się spodziewać po zwierzaku. Czy zażąda zapłaty za wskazanie drogi, a może po prostu go tu uśmierci z pomocą rodzinki?
- Tak proszę, nie ma za co, sama przyjemność dla mnie dać ci wodę i uratować życie…
- Przepraszam…. Dzięki za wszystko, ale powiedziałeś….
- Tak, tak, już dobra. Sam widzisz, przyszło mi żyć na tym pustkowiu, bo tak chcieli Bogowie i… inni jeszcze z rodu Wielkich. – Na pysku Opuka pojawił się cień zmieszania. – Jednak mogę ci pomóc.
- Ty mi? W jaki sposób? Kim jesteś?
- Mmmm… można by mnie nazwać kolekcjonerem… Ale trudno powiedzieć co ja tu właściwie ma do roboty. Kiedyś byłem kimś innym, ale zostałem obdarowany tym co widzisz przez istoty Gór i Niebios. Sam zresztą widzisz.
- Kolekcjonerem? Czego? Widzę futrzaka, który mówi od rzeczy i działa półprawdami, powiedz mi wreszcie o co chodzi!
- Spokojnie młodzieńcze, pamiętaj, że jesteś na mojej łasce! Najwyższy Ród Smoków ma wszędzie swoich powierników. Zostały mi dane na przechowanie tajemnice, dzięki którym mogę wykonywać swoją misję i służyć moim Panom. – Tu przerwał, jakby stracił wątek. Po chwili odkaszlnął i ciągnął dalej. – Nie patrz tak Valeresie. Znam twoją historię, twoje życie, twoje myśli i zamiary. Wiedza moja i zdolności tak prozaiczne jak mowa pochodzą od istot wyższych i potężniejszych niż potrafiłbyś to pojąć. Możesz władać mieczem, łukiem, toporem i sztyletami najlepiej z żyjących teraz i wieki temu, możesz potrafić zrobić groźną broń czy zbudować schronienie z kilku patyków, jednak to jeszcze zbyt mało, aby prężyć w Ich Świecie. Jednak, w dążeniu do niego te zdolności z pewnością ci się przydadzą.
- O czym ty do cholery mówisz? – Vars był zły, w końcu ten futrzak zdawał się wiedzieć więcej o tym, co go czeka niż on sam. A do tego udawało mu się przekonywać rozum chłopca.
- No widzisz wojowniku, jak prosto jest opanować ciebie i cały twój człowieczy ród? Pytałeś co zbieram. Może nie wiesz, ale wielu ludzi tędy przechodzi, wielu z nich tutaj umiera.
- Więc…
- Tak chłopcze, jeszcze nie pozwoliłem, aby choćby jeden ludzki trup pozostał na swoim miejscu. Wasze mięso jest bądź co bądź smaczne, kości dość wytrzymałe a wszystko co macie przy sobie i co chronicie, przydaje się innym. Wszyscy w kocu dojdziecie do celu, jednak celem większości z was jest spotkanie naszej wielkiej matki i odkupicielki.
- Śmierć… Ja do niej nie zdążam, a jeśli nawet ją spotkam po drodze, nie poddam się bez walki. Choć przerażony, przyjmę twoja pomoc, jeśli mi ją ofiarujesz.
- Zostałeś zesłany na ten świat nie bez przyczyny, nie bez wyraźnego celu. Jesteś odziany w szmaty, zardzewiałą i rozpadającą się kolczugę, twój miecz gnije i niszczeje od środka. Ja jestem tu właśnie po to, aby spełnić wolę Rodu Smoków. Oni chcą sprawdzić swoją siłę, pozwolić ci dojść tam, gdzie woła twoje serce i wypełni się luka twojej historii. Weron mógł cię nauczyć życia w ognistej krainie, jednak tu jest pustynia, tak będą Góry. Na swój drodze spotkasz burze, mróz, śnieg, dzikie zwierzęta i Istoty Mroku. Jeśli dotrwasz do Gór Czaszek, strzeż się jeszcze bardziej, bo tam już raniony jest duch.
- Daj mi to, co możesz. Potrzebuję ciepłego odzienia, może zbroi i miecza. Bukłak też by się przydał.
Opuk szybko wskoczył w głąb nory, wyciągnął wpierw worek, następnie zanurzył się po kolczugę, naramienniki i nakolanniki. Kiedy wyszedł ostatni raz, wyciągnął długi miecz i mały sztylet. Wszystko to było brudne, gdzieniegdzie zakrwawione, jednak wyglądało na solidne. Vars przyjął podarunek z wdzięcznością. Spodziewał się czegoś dużo gorszego.
- W skałach też umierają ludzie, tam nikt nie zbiera ich własności. – Po tych słowach Opuk odszedł i więcej nie wrócił.
Valeres wyciągnął zawartość worka. Był tam płaszcz, bukłak, kawałki bandaży, krzemień, trochę siarki i kilka suchych patyków. Był tam też mały woreczek zawierający dziwne zioła. Spojrzał na linię horyzontu. W oddali rysowały się mroczne iglice, a droga do nich była długa, usiana niebezpieczeństwami i niepewna. Dzień był krótki, słońce chyliło się ku zachodowi. Usiadł na ziemi i owinął mokrym bandażem najbardziej bolące miejsca.
- Tej nocy nie widzę sensu spać, przemaszeruję póki mogę, spać będę w dzień.