Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Zimowy Kwiat

iris ·

Gdybym chciała bardzo krótko się opisać, powiedziałabym pewnie: nazywam się Donneyall i nienawidzę swego życia.
Ale jeszcze niedawno nie było to prawdziwe stwierdzenie – choć trzy dni temu tak samo miałam na imię, kochałam życie całym sercem. Byłam biedna, szczęśliwa i niewiele wiedziałam.
Mieszkałam z rodzicami i czwórką rodzeństwa w małej, dwuizbowej chatce. Z naszej wsi do Kedran było około dnia drogi.
W ogóle cała ta okolica jest arcyciekawa: wciśnięta między dwa ramiona łańcuchów górskich, zbyt daleko na południe od stolicy, aby władza króla jej sięgała, ma własnego zarządcę, możnowładcę rezydującego właśnie w Kedran.
Dawniej żyły tutaj ludy koczowników, mówiące dziwnym, prastarym językiem i przemieszczające się zależnie od pór roku pomiędzy szczytami a dolinami. Uczyły się one od skał, jak być mocnym i twardym, a mimo to – wyginęły. Pozostało mi po nich imię – Donneyall, oznaczające dokładnie „zimowy kwiat”. Pasuje do mnie, odzwierciedlając delikatną, jakby nietrwałą urodę. Jestem szczupła i średniego wzrostu, mam bladą cerę i ciemne, długie włosy. Podobno wyglądam, jakby najlżejszy podmuch wiatru mógł mnie przewrócić, jednak jak dotąd, mimo ciężkiego życia, choroby się mnie nie imają. Na dodatek zawsze byłam jedną z najpiękniejszych dziewczyn w wiosce.
I właśnie owa uroda, urok zimowego kwiatu, sprowadziła na mnie nieszczęście.
Nie chcę się długo nad tym rozwodzić. Dość, że pewnego dnia przez osadę przejeżdżał z orszakiem Avaric, jeden z zaufanych władcy Kedran, człowiek możny i poważany. Bogactwo okryło bielmem jego oczy i odtąd widział wyłącznie w kategoriach posiadania. Ujrzał mnie nad rzeką, a ujrzawszy – zapragnął mieć, kupić, jak kupuje się psa lub konia.
Człowiek ów nie darzył mnie miłością. Zaspokajał jedynie swe żądze, gdyż nigdy nie nauczono go, jak je powstrzymać. A niezaspokojone – paliły żywym ogniem.
Zapłacił za mnie, jak płaci się za cielną krowę i zabrał ze sobą. Moi rodzice płakali, jednak wiedzieli, że opór stawiany tak ważnej osobistości może sprowadzić i na nich, i na mnie nieszczęście. Przyjęli zresztą pieniądze, za co ich nie winię. Muszą wykarmić swoją rodzinę, a w głodzie nie patrzy się na źródło dochodów.
Potem podróżowałam z Avaricem do Kedran, jak morowego powietrza unikając rozmowy. Próbował jakoś mnie zabawiać, jednak gdy zrozumiał, że kupił tylko puste ciało – dusza pozostała wolna, poza jego zasięgiem – przestał. Moje ciało zresztą zupełnie mu wystarczało.
Miałam szesnaście lat, on – czterdzieści.
*
Miasto okazało się wspaniałe – pozwoliło na chwilę zapomnieć mi o smutku, przygniatającym me serce bolesnym, nie do zniesienia ciężarem. Czułam złość, gniew, odrazę – jednak moje małe uczucia zdawały się ginąć, zniszczone ogromem Kedran.
Zamek i wiele, wiele domów zajmowało całą szerokość obszernego przesmyku między dwoma wysokimi, stromymi ścianami, urwiskami z litego granitu. Stanowiły one naturalną linię obrony.
- To twój nowy dom.
Nie odpowiedziałam Avaricowi.
*
Otrzymałam dwie komnaty w zamku, w części przeznaczonej dla towarzyszy władcy i ich rodzin. Zarządca nie zainteresował się wybrykiem swego zaufanego. Nawet kilka bogatych kobiet, mających na dworze znaczną pozycję, często sprowadzało z pobliskich wsi młodych, ładnych chłopców. Wobec takiej rozpusty czymże jest zachcianka rycerza, znajdującego gdzieś daleko ubogą, śliczną pannę?
Nie było ceremonii – bez żadnych słów zgody stałam się żoną Avarica. Z początku ucieszyłam się nawet, że zechciał mnie poślubić, a nie uczynić jedną z kochanek. Potem jednak doszłam do wniosku, że przez to będę tylko bardziej zniewolona – więzami prawa.
Pierwszej nocy przysłano do mojej sypialni, obszernej, z przepychem urządzonej komnaty, dwórkę.
- Twój małżonek życzy sobie cię widzieć, pani.
- Powiedz mu, że mam okres. Nie przyjdę dzisiaj.
- Będzie wściekły na ciebie.
- Wynagrodzi to sobie.
Nie mogłam myśleć o wypełnianiu moich obowiązków małżeńskich inaczej, jak ze wstrząsającym całym mym ciałem wstrętem. Odprawiłam dwórkę i położyłam się do wielkiego łoża, zimnego i pustego.
Rankiem obudziła mnie służąca, przynosząc srebrny dzbanek z gorącą wodą. Umyłam się w misce, stojącej obok łóżka, po czym namaściłam ciało wonnym olejkiem.
- Twój mąż wyjechał. Nie wróci przed wieczorem, pani.
Wspaniale, przynajmniej w dzień oszczędzi mi swego widoku, tak nienawistnego dla moich oczu.
- Nie nazywaj mnie panią. Jesteśmy w tym samym wieku.
- Jesteś żoną ważnego człowieka, wielką panią – uparcie podkreśliła, patrząc mi w oczy.
- Jestem jego niewolnicą. Gdybym wycierała podłogi w kuchni i czyściła buty gościom mojego męża, miałabym więcej swobody.
Wyszła, wyraźnie zdumiona i nieco zgorszona moimi słowami.
*
Nieco później zostałam zaproszona na dworskie śniadanie. Większość owego „dworu” już widziałam – żony rycerzy, zazwyczaj stare, wstrętne i zadowolone lub młode, piękne i nieszczęśliwe, kochankowie obu płci i najrozmaitszej maści oraz trochę młodych dwórek. Wymówiłam się od przykrego obowiązku i spożyłam posiłek samotnie. Z trudem zjadłam małą kromkę świeżego chleba, popijając gorącym bulionem. W domu nigdy nie miałabym okazji nawet spróbować czegoś takiego, jednak jedzenie wcale mi nie smakowało. Zbyt było zaprawione moją własną goryczą.
*
Tego samego dnia dowiedziałam się od pewnej przypadkiem spotkanej damy, iż mój małżonek został zatrzymany przez jakieś ważne sprawy w odległym mieście.
- To musi być dla ciebie przykre, biedactwo – współczuła mi owa szacowna osoba, niezbyt bystra, lecz w gruncie rzeczy dobrego serca.
- Och, niech się pani mną nie przejmuje. – odparłam z wymuszonym uśmiechem. – Jakoś wytrzymam do jego powrotu.
Oby nie wrócił nigdy, dodałam w myślach.
Wymieniłyśmy szablonowe dworskie pozdrowienia i rozeszłyśmy się każda w swoją stronę. Ja skierowałam kroki ku krętym schodom, w połowie których kończył się miękki chodnik, wyściełający korytarze zamku. Był to pewny znak zbliżania się do pomieszczeń służby. Miałam zamiar poprosić o przybory do haftowania. Potrzebowałam jakiegoś zajęcia. .
W dużym pokoju, skromnie umeblowanym, zgromadziły się młode dziewczęta: pomoce kuchenne, sprzątaczki i pokojówki. Śmiechem i żartami wypełniały sobie chwilową przerwę w pracy. Nieśmiało weszłam, prosząc o igły, nici i kawałek płótna do haftowania.
Wszystkie spojrzenia spoczęły na mnie, niektóre gniewne czy zazdrosne – tych było mało, inne ciepłe, serdeczne. Jednak jedna z obecnych, trzydziestokilkuletnia kobieta, patrzyła na mnie z żarem, który nie mógł ujść mej uwadze. Trudno było powiedzieć, czy to litość, czy nienawiść.
Podeszłam do niej i zauważyłam robótkę, pięknie wyszywaną sukienkę, która mogłaby dobrze leżeć na około sześcioletnim dziecku.
- Ślicznie szyjesz – odezwałam się.
- Dziękuję pani.
W jej ustach słowo „pani” zabrzmiało nienaturalnie, jakby nie przywykła do tytułowania tak kogokolwiek.
W tej samej chwili młodziutka kucharka przyniosła mi rzeczy, o które prosiłam. Powinnam była w tym momencie podziękować i odejść, nie mogłam jednak oderwać wzroku od tamtej zagadkowej kobiety. Kiedyś musiała być bardzo piękna, w typie urody podobnym do mojej, choć miała jaśniejsze włosy i nie tak delikatną skórę.
- Dla kogo to? – spytałam, wskazując na sukienkę.
Wtedy stało się coś dziwnego – zamiast udzielić odpowiedzi na to zwyczajne, zdawkowe pytanie, skuliła się, jakbym ją kopnęła.
- Nie musisz wiedzieć – warknęła. – Idź już, idź do twojego męża.
- Raisha, jak możesz być tak nieuprzejma dla młodej pani? – ofuknęła ją któraś z kucharek. – Nie wiesz, że pan Avaric wyjechał?
Przez twarz Raishy przemknął ledwo widoczny wyraz bólu.
- Proszę nie mieć jej tego za złe – zwróciła się do mnie kucharka – Ona naprawdę nie chciała pani urazić.
Wymamrotałam kilka słów wdzięczności za otrzymane materiały i wyszłam, kierując się w stronę moich pokoi. Tam usiadłam na łóżku i zaczęłam barwnymi nićmi wyszywać białą chustkę.
Moja izolacja spotkała się z całkowitym zrozumieniem – wszyscy sądzili, iż to brak obecności męża tak mi doskwiera. Popołudniowy posiłek przyniosła mi do mego „prywatnego więzienia”, jak nazywałam tą komnatę, młoda kucharka, jedna z obecnych przy zajściu z Raishą.
Nie mogąc zmarnować takiej okazji, zatrzymałam ją u siebie, proponując część obiadu.
-Nie dam rady zjeść tego sama, poczęstuj się.
Z początku odmówiła, później jednak, widząc, iż jestem niemal równie jak ona skrępowana całą sytuacją, wzięła mały kawałek placka.
Przez chwilę przyglądałam się, jak je, potem spytałam znienacka:
- Opowiesz mi coś o Raishy?
Nie chciała. Możliwe, że obawiała się gniewu tej dziwnej kobiety, którą, jak zauważyłam, inne służące traktowały z szacunkiem, ale i dystansem.
W końcu jednak, widząc moje zaciekawienie, zgodziła się opowiedzieć co nieco.
- Ale pani nikomu nie rozpowie – zastrzegła. – Zresztą, to nawet dobrze, że się pani dowie, to i pani dotyczy.
Zdumiałam się. Dziwne zachowanie Raishy intrygowało mnie przez czystą ciekawość. Przypuszczałam, iż mogła po prostu zazdrościć mi zaszczytu, jakiego dostąpiłam, jednak najwyraźniej było inaczej.
Na to, co opowiedziała młoda służąca, nie byłam przygotowana. W trakcie tej historii kilkakrotnie czułam, że mam zawroty głowy.
Raisha była żoną Avarica. To znaczy dawniej, gdy on miał trzydzieści parę lat, a ona – nieco więcej, niż dwadzieścia. Pochodziła ze szlachetnego, lecz zubożałego rodu i w małżeństwie upatrywała szansy na lepszą przyszłość.
Na dodatek kochała Avarica. Trudno mi było to sobie wyobrazić, lecz najwyraźniej tak było. Mój małżonek miał niegdyś dar przyciągania kobiet.
Potem – Raisha powiła córeczkę. Rycerz z wielkim utęsknieniem czekał na narodziny swego potomka, lecz niestety dziecko okazało się chorą, upośledzoną kaleką.
Wtedy Avaric oddalił od siebie Raishę razem z dziewczynką. Po przebytej ciąży i ciężkim porodzie sylwetka kobiety nie była już tak pociągająca i stracił dla swej żony wszelkie uczucie. A kilka lat później – znalazł sobie mnie.
Służąca skończyła swą opowieść. Widząc, jak moja twarz zbladła, przeraziła się.
- Nagadałam pani takich strasznych rzeczy o pani mężu! Jestem głupią, kłamliwą szmatą! Obraziłam i jego, i panią!
Ze spokojem wyjaśniłam, że nikomu o niczym nie powiem i bardzo dobrze z jej strony, iż miała odwagę wyznać prawdę.
- Proszę, weź to – podałam jej jedwabną wstążkę.
- Dziękuję pani.
- Możesz nazywać mnie Donneyall.
Nie chciała się jednak spoufalać. Jeszcze raz zapewniła, że w całej tej sprawie nie ma wielkiej winy mojego małżonka, po czym odeszła.
Zostałam sama. Wbrew jednak temu, co mogłoby się wydawać, nie czułam nagromadzenia uczuć i myśli. Po prostu byłam pusta, pozbawiona emocji. Nawet zaczęło mnie to wszystko bawić – jestem żoną mężczyzny z dzieckiem, a dokładnie drugą żoną. A może trzecią? Czwartą? Może Avaric lubił zmiany? Może ja też urodzę mu dziecko i skończę w kuchni, jako pomywaczka?
Jesteś tego godny, potworze – pomyślałam. Upośledzonej córki, jedynego owocu twej chorej żądzy. Nigdy nie będziesz miał dziedzica.
Teraz emocje nadeszły, mącąc pozorny spokój. Wybuchły z gwałtowną siłą, żadna z nich nie oszczędziła mnie. Zerwałam z szyi medalion, prezent od Avarica, i pobiegłam do kuchni.
Widząc moje szaleństwo, plamiące policzki krwawym rumieńcem, służące rozstąpiły się ze strachem i zdumieniem.
- Masz. W końcu to twoje.
Rzuciłam medalion na kolana Raishy.
- Dziękuję, że oddajesz, co do ciebie nie należy. Mam nadzieję, że długo nie zagrzejesz miejsca u boku Avarica.
- O niczym innym nie marzę! – krzyknęłam, biegnąc w stronę drzwi. Nagle usłyszałam za plecami tupot i poczułam, że ktoś kładzie mi dłoń na ramieniu.
- Zaczekaj. Więc nie ty go uwiodłaś?
Spojrzałam w głębokie, smutne oczy Raishy.
- Zabrał mnie przemocą z domu i uczynił ze mnie niewolnicę! Zaspokaja tylko własne żądze! Nie kocham go.
Odwróciła się powoli, opuszczając głowę.
- A więc on to zrobił. On, którego wciąż darzę miłością. Marzyłam, że po rozstaniu ze mną już nigdy nie znajdzie innej. Wybacz, Donneyall…Donneyall… tak się nazywasz?
Potwierdziłam.
- Zostałyśmy obie przez niego skrzywdzone; zasłużył sobie na śmierć.
W tej chwili zdałam sobie sprawę, że od dłuższego czasu jesteśmy same. Wszystkie służące taktownie się wycofały.
- Dziś pozbawiono mnie ostatniej cennej rzeczy, jaka miałam. Wiary w niego.
Chciałam coś powiedzieć, ale słowa uwięzły mi w gardle. Ja też zostałam pozbawiona tej wiary – jeszcze kilka chwil temu myślałam, że Avaric po prostu ujrzał mnie, kobietę swoich marzeń, i postanowił uczynić swą żoną. Teraz dotarło do mnie, że przeceniałam swe zalety. Nie byłam jedyną, nie byłam pierwszą i – zapewne – nie ostatnią.
I wtedy podjęłam decyzję.
- Zasłużył na śmierć – powtórzyłam jak echo za Raishą. – Twoje dziecko nie może żyć, mając takiego ojca. Uwolnię ja od tego.
Pokiwała głową. Trudno było wyczytać z jej twarzy jakiekolwiek uczucia.
*
Późnym popołudniem udałam się na zamkowe błonia. Zostawiono mi wystarczającą swobodę poruszania się, abym mogła odnaleźć pewną rzadką roślinę. Rzadką i będącą silną trucizną.
Wracałam z szybko bijącym sercem, wyrywającym się z piersi, na której ukryłam niepozorne ziele. Szłam energicznie, ze spuszczoną głową. Nagle na kogoś wpadłam.
Instruktor walki zbierał rozrzucone kije po zakończonym treningu. Dzieci rycerzy, zarówno chłopcy, jak i dziewczęta, ćwiczyły się w trudnej sztuce szermierki.
Z wyjątkiem córki Avarica. Poczułam mściwą radość, wyobrażając sobie żal pozbawionego dziedzica ojca.
- Przepraszam – wybąkałam, wracając myślami do chwili obecnej. Mężczyzna przerwał swe zajęcie; wyglądało na to, że dopiero teraz mnie dostrzegł.
- Wpadłam na ciebie – dodałam celem wyjaśnienia.
- Wiesz, że jesteś ładna? – odezwał się znienacka. – Wyglądasz jak kwiat; delikatny kwiat, który zamiast stać w zacisznym miejscu i pozwalać się pielęgnować, wpada na ludzi.
- Jak kwiat – odparłam. – Pewnie zimowy. Czyli Donneyall. W takim razie już odgadłeś moje imię.
- Donneyall – zmieszał się – Jesteś więc żoną Avarica? Wybacz mi moje niestosowne zachowanie. Nie przypuszczałem, że taka dama może przepraszać zwykłego nauczyciela walki i przez to wziąłem cię za kogoś innego.
Przyjrzałam się mu dokładnie. Był młody, mógł mieć najwyżej dwadzieścia dwa lub trzy lata.

Proste, płowe włosy sięgały mu do ramion, okalając ogorzałą, pociągłą twarz o mocnych rysach. W kącikach oczu czaiły się figlarne błyski.
Jego uznanie dla mojej urody sprawiło mi przyjemność. Większą, niż uznanie Avarica. Większą, niż czyjekolwiek.
Powodowana nagłym impulsem, schyliłam się i podniosłam z ziemi drewniany miecz.
- Spróbujemy się?
- Jeśli chcesz – uśmiechnął się. – Wiesz, że mnie zaskakujesz? Jesteś taka… niezwykła. Inna, niż wszystkie tutejsze kobiety.
Nagle zaatakował. Zasłoniłam się i wytrzymałam cios, po czym przystąpiłam do kontrnatarcia.
Był bardzo szybki, z lekkością parował moje uderzenia. Raz po raz kije zderzały się z suchym trzaskiem. Widziałam, że nie w pełni korzysta ze swych możliwości. Dał mi szansę na prawdziwą walkę, choć gdyby chciał, zakończyłby całe stracie kilkoma ruchami.
Widząc, że jestem już bardzo zmęczona, odrzucił miecz.
- Gratulacje – rzekł. – Jeszcze trochę, i leżałbym.
- Oczywiście, oczywiście. Jesteś niesamowity. Wyprawiasz istne cuda tym drewnianym mieczem.
- Dzięki – i, widząc, że zbieram się do odejścia, dodał:
- Gdybyś jeszcze kiedyś miała ochotę powalczyć, pytaj o Corvaine\'a.
- Corvaine. Vaine.
- Vaine. To miłego dnia, pani.
- Donneyall.
- Pani Donneyall.
*
Czułam, jak krew, ożywiona walką, pulsuje w moich żyłach. Zmęczyłam się. Usiadłam na łóżku, ściskając w ręku niewielki flakonik. Złamałam łodygę rośliny i napełniłam fiolkę wyciekającym z niej sokiem.
Trzy, cztery krople. Wystarczająco, aby zabić silnego człowieka.
Na przykład Corvaine\'a.
Albo… Avarica.
*
Mój mąż powraca za dwa dni – powtarzałam sobie. W ciągu minionego tygodnia unikałam towarzystwa dam i rycerzy, spędzając czas na wyszywaniu i rozmowach z Raishą.
Popołudniami ćwiczyłam walkę z Corvaine\'em. dobrze się przy nim czułam – o nic nie pytał, nie nakłaniał do zwierzeń. Gdy widział, że nadchodzę, po prostu brał kij i stawał w obronnej pozycji.
Raisha wiedziała. Znała mój plan i aprobowała go. Chodziło jej głównie o własną dumę – Avaric boleśnie ją zranił, biorąc mnie za żonę.
Miałam zamiar podać mu jakoś truciznę wieczorem, w dzień, kiedy wróci, a potem na przygotowanym rumaku zbiec w góry. Nieważne, ze to szalony, nierealny plan. W górskich lasach miałam zbyt małe szanse przeżycia, by komukolwiek zechciało się mnie szukać. A wolałam śmierć niż powrót do Kedran, z którego tak chciałam się wyrwać.
- Jesteś zwariowana, Donneyall.
- Wiem, wiem, Raisho.
Raisha pokazała mi swoje dziecko. Dziecko mojego męża.
Dziewczynka siedziała przed oknem, pustym wzrokiem pochłaniając krajobraz. Nie zareagowała na nasze wejście.
- Ją też skrzywdził.
- Ją – chyba najbardziej – odparłam. – Bo dziecko ślepo ufa, wierzy i kocha.
*
- Witaj, moja piękna – Avaric dotknął wargami mojego czoła. Z trudem powstrzymałam wzdrygnięcie.
Usiadł obok mnie i położył dłoń na moich kolanach.
- Jesteś prześliczna.
Ilu już przedtem to mówiłeś?
- Kocham cię.
Nie wierzę.
- Napijesz się wina? – spytałam.
- Za chwilę, Donn. Za chwilę. Musze jeszcze wyjść.
I wtedy pojęłam, że nie zasłużył sobie na to, co dla niego szykowałam.
Gdy wyszedł, pobiegłam do kuchni.
- Raisha, nie zrobię tego.
Popatrzyła na mnie ze złością.
- Tchórzysz.
- Nie. Tylko zrozumiałam, jak wielkie zło chciałam popełnić.
Z kieszeni wysunęła mi się fiolka z trucizną i upadła na podołek Raishy. Wybiegłam, nie bacząc na to.
Koń, przygotowana przeze mnie do ucieczki ładna, kasztanowata klaczka, stał uwiązany do płotu na dziedzińcu od strony lasu. Mogłam wydostać się tędy, omijając miasto. Wierzchowiec należał do Avarica, nikt nie robił mi trudności, gdy parę godzin wcześniej go siodłałam.
Owszem, strażnicy byli. Powiedziałam im, że udaję się na krótką przejażdżkę. Wiedziałam już, że mnie wypuszczą. Nikomu nawet do głowy nie przyszło, że mogę spróbować ucieczki. W ich pojęciu było to absurdalne i głupie. Miałam przecież bogatego, szanowanego męża, więc o co chodzi?
Ktoś jednak stał w cieniu, przy moim wierzchowcu.
- Pani Donneyall?
- Corvaine?
- Gdzieś się wybierasz? Widziałem, jak wyprowadzałaś konia.
Był do mnie przywiązany, biedny Vaine. Nie wiedział, że moje okaleczone serce nie potrafi kochać. Jeszcze nie potrafi.
Powiedziałam mu, dokąd się wybieram. Lepsze to, niż żeby miał nabrać podejrzeń. Miałam pewność, że nikomu nie powtórzy.
*
Kwadrans później jechałam samotnie przez las. Nie będą mnie gonić. Avaricowi nie zależało na mnie. Zobaczył, jak złego dokonał wyboru – nie tęskniłam nawet za nim. Odchodząc, dałam mu szansę znalezienia innej, lepszej kobiety. I tak by się mnie pozbył, ja pozwoliłam mu uniknąć skandalu.
Jechałam w średnim tempie jeszcze przez około godzinę, gdy nagle doszedł mnie tętent kopyt. W pierwszym odruchu chciałam uciekać.
- Donneyall!
Poznałam głos Corvaine\'a.
- Cicho, jestem tutaj!
Osadził w miejscu spienionego konia.
- Czego chcesz? – spytałam.
- Raisha nie żyje. – wydyszał. – I jej dziecko. Wszyscy myślą, że to ty.
Nawet nie przyszło mi do głowy spytać, skąd zna Raishę.
- Teraz będą też myśleć, że jesteś moim wspólnikiem. Po co za mną pojechałeś?
- Żeby cię ostrzec – odparł. – Zresztą od dawna chcę się wyrwać z Kedran. Potrzebowałem tylko zachęty. Ale powiedz, to nie byłaś ty?
- Nie, nigdy w życiu. Trucizna była dla Avarica. Zgubiłam ją, gdy uciekałam. Raisha musiała ją podnieść.
Pokiwał głową.
- Avaric – nie chcę nazywać go twoim mężem – jest wściekły i zrozpaczony. Teraz wreszcie zrozumiał, że naprawdę kochał je obie.
- Teraz, gdy jest za późno. To był ostatni, desperacki czyn Raishy, aby mu o sobie przypomnieć.
Opowiedziałam Corvaine\'owi całą historię. Chyba był zaskoczony.
- Tak po prostu? Postanowiłaś, że go zabijesz?
Zarzucił mi brak wiarygodności. Możliwe, że moja opowieść wydała się sztuczna, naiwna, jednak może w rzeczywistości to właśnie piękne, książkowe opisy uczuć są fałszem? Emocje, jakie przeżyłam, były silne, ale wygasły, pozostawiając po sobie pustkę. Nie dały się opisać słowami. Może wszystkie te zdarzenia wydawałyby się innym naciągane, naiwne, jednak ja właśnie tak je przeżyłam. I najważniejsze, iż wiedziałam, że to prawda.
- I co teraz? – spytałam, kończąc opowieść.
- Cóż… pojedziemy przez góry. Znam świetny skrót. Nigdy nas nie znajdą.
- Chcesz iść ze mną? – byłam naprawdę zaskoczona.
- Tak, chcę – odparł cicho. – Donneyall, jesteś pięknym kwiatem i jak on wymagasz opieki.##edit_byevil_joshua 2005-12-20 20:48:29##ed_end####edit_byevil_joshua 2005-12-20 20:50:08##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...