Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Złamana kolumna II

thaurdor ·

Języczki ognia powoli zajmowały wilgotne polana ułożone w niesamowicie symetryczną piramidę. Mokre drewno opierało się, by po chwili, sycząc - rozbłysnąć jaskrawym płomieniem. Ogień rozchodził się równomiernie, zajmując coraz to wyższe kondygnacje z podziwu godną precyzją. Wiszter van Vish rozparł się wygodniej w swym fotelu. Starzec jeszcze raz zmęczonym wzrokiem przejechał po zakurzonych półkach swej biblioteki... Kroniki dziejów tego świata..( wszystkie ułożone według klucza i wielkości woluminów) Barwne historie opiewające wyczyny sławnych herosów, potężnych władców i ich niecnych szambelanów... Niektóre mają nawet i po 800 lat... a co najważniejsze były osobiście spisane przez Wisztera. Tak... jeżeli chodzi o wiek to van Vish jest w tej dziedzinie autorytetem, a nawet autorytetem wśród autorytetów. Dawno temu wywróżone mu zostało, że nie opuści tego padołu póki, i tu cytat:
Nagły podmuch wiatru nieokreślonego
Strąci wszelkie gwiazdy z wielkiego firmamentu
Na płacz owy, żałosny, pełen lamentu
Załkają nędznicy, pokłonią się pany
I rasą wszelkim upadek pisany

Istoty Krainy również odniosą rany
Polegną także przepotężne i pradawne smoki
Ziemie zaścielą ich ścierwa, krwią spłyną potoki
I wtedy 444 narzędzia cierpienia
Strącone na Ciebie dokonają zgubienia


Te jakże enigmatyczne słowa, mocno kontrastowały ze znacznie oprocentowanym stanem wieszcza, który je wypowiadał... wiadome jednak jest wszem i wobec, że wieszcz to wieszcz, a słowa jego spełniać się lubią, niezależnie od oprocentowania. Jak na razie jednak nic nie zapowiadało nadejścia tak olbrzymiego kataklizmu... nic do wczorajszego wieczora.
Wisztar van Vish przeżył niesamowite rzesze królów, bohaterów, ich rumaków, księżniczek i ich smoków, jest trwalszy niż niejeden gród, niejeden dąb prastary, musiał uznać prym starca i zapaść się w otchłanie czasu. Oczy jego, teraz już stare i zmęczone, widziały upadki rządów, widziały tyranów opuszczających berło władzy i rewolucjonistów zajmujących miejsce tyranów, nie zmieniając jednak zbyt mocno polityki prospołecznej. Ostatecznie, po wielu latach debatowania samemu ze sobą, uznał, że nie liczy się władca, bo i tak ktoś będzie cierpiał... Zauważył, że człowiek jest straszliwie niezorganizowanym organizmem i w tym swym niezorganizowaniu stara się poznać wszechświat, który jest zorganizowany. Czuł on pewien rodzaj niechęci do rodzaju ludzkiego, taki jak głodny czuje do nadgnitego jabłka... zjeść go można, a nawet trzeba ale przechodzi z trudem. Takie i podobne sentencje wymyślał van Vish podczas długich, sennych wieczorów, siedząc w swym urządzonym z największym zorganizowaniem gabinecie mieszczącym się w jednej z baszt Konsulatu... Mieszkał w nim nie dla tego, że jego umysł nie mógł pojąć, że owiany złą sławą Konsulat kojarzy się prostaczkom z przedsionkiem krainy demonów...a jego mieszkańcy ze sługami Pana Krwawiącego Tronu. Był on Najwyższym Segregatorem, to właśnie w jego gestii leżało, którzy to autorzy zostaną nominowani do pozostawienia swych ksiąg w przepastnych salach gmachu. Bardzo lubił swoją pracę, wszak wprowadzał on pewnego rodzaju porządek w prowincjach Imperium... a porządek jak już wiadomo bardzo pozytywnie wpływał na starca. Na jego twarzy zmarszczki poryły już olbrzymie kaniony... Były bardzo widoczne w kącikach wąskich ust, przywykłych do częstego wykrzywiania w drwiącym uśmieszku, którego powody dostarczały mu niezliczone rzesze ludzi przewijających się przez jego życie. Skóra przybrała odcień z lekka zmurszałej trawy..., został on mianowany przezwiskiem Pomarszczony Zgniłek właśnie przez ten kolor..... gdyby był to bardziej brązowy odcień, na pewno nazwali by go Pomarszczone .... Ale czy to aż tak ważne?? Olbrzymi haczykowaty nos poważnie urozmaicał pooraną powierzchnie twarzy Wisztara. Krzaczaste, bujne brwi opadały prawie do równie krzaczastej i bujnej brody, która znów srebrzystymi lokami opadała mu aż do ziemi. Dlatego van Vish lubił siedzieć... Mało przyjemnie wygląda starzec sterujący stopami by ominąć własne kołtuny...
W tym momencie poddawał się on swojemu ulubionemu zajęciu... Rozparty w wygodnym fotelu w swym najlepszym szlafroku, ogrzewany przez trzaskający kominek przeglądał swoje zorganizowane do najwyższego stopnia zbiory. Od niepamiętnych już czasów ( wg rachuby Imperium – od 12 roku przed Załamaniem, wg rachuby ludów Ulglandu od 123 roku Szczuroskoczka, wg Biczowników w Roku 5 Biczowania itp. Itd.) pełnił on funkcje Segregatora Konsulatu. W swym życiu widział już wiele ksiąg, niektóre tak potworne, że sama wzmianka o nich powodowała nieprzyjemny dreszcz w najmniej przyjemnych miejscach na dreszcze... Tak, wśród tych niesamowitych woluminów znaleźć można jednak jeden w szczególny sposób się wyróżniający... Z wyglądu bardzo niepozorny... Nie może porównywać się do tych potworno – krwawo – orgistycznych dzieł kuszących pięknymi ilustracjami i wspaniałą kaligrafią. Dzieło to nie mogło się pochwalić oszałamiającą ilością tomów, suplementów czy reedycji.... Jednak właśnie owy tajemniczy tom zniknął zeszłej nocy. Wiszt oddał by najpiękniejszą i najbardziej bluźnierczą księgę jaką tylko posiada w zbiorach, by właśnie ten maleńki drobiazg powrócił do jego rąk. Smoliste cienie pokryły bruzdy na twarzy starca, oblicze tak naznaczone, tym bardziej uwydatniło jego wiek. Teraz zatopił się głęboko w myślach, nie dostrzegł, że jedno z czterech okien w pokoju jest niedomknięte, nie zauważył, że letni wieczorny wietrzyk wpada przez szczelinę i figlarnie zabawia się ułożonymi na szczycie przepastnej szafy kawałkami pergaminu. Wiadomo przecież, że rozwiązłość prowadzi do nieporządku, choćby i chodziło o papier i powiew wiatru.
Jednak dzisiejszy wieczór był wyjątkowy. Dawno już poziom jego stanu autystycznego nie osiągnął takiej perfekcji, nie docierało do niego nic... Jednak sprawa, o której myślał wymagała od niego najwyższej koncentracji. Wisztar żył długo, poznał najpewniej pełną gamę ludzkich charakterów i emocji... Jednak w obecnej chwili niezbyt wiedział co czuć, zdawał sobie jednak sprawę, że powinno to być jedno ze skrajnych uczuć. Myśli jego przemierzały właśnie ponure puszcze Czarnych Kart Historii Krainy, pośród poskręcanych konarów morderców, złodziei i bluźnierców było miejsce, które grozą napawało nawet najposępniejsze gałęzie. Stało same... odgrodzone jałowym pasem, którego żadna myśl nie śmiała przekroczyć. Tam spoczywa wspomnienie straszniejsza niźli śmierć, sama będąc przyczyną niesamowitej rzeszy zgonów, myśl będąca esencją mocy, mocy niepohamowanego zniszczenia.... W głowie starca odtworzyły się obrazy. Wspominał on Tamten Dzień... Dzień, który zapoczątkował ciąg wydarzeń stanowiących go posiadaczem Dziennika... Rok 0, dzień Załamania..... Nagle wspomnienie nabrało ostrości, pojawiły się twarze i miejsca... Starzec znów Tam był.......
Zgroza... Tylko tyle dało się wydusić z gońców wysłanych ku Kryształowej Granicy. Cali bladzi, pokryci zimnym potem... wracali jeden po drugim by ogłosić..
- Oir’in Rio!! Padło królestwo!!! Padła Kolumna... To..- i w tym momencie zwykle, jak owa kolumna padali na ziemie, gdyż ogrom zniszczeń, który nastąpił był trudny do wypowiedzenia nawet i dla najgorszych morderców czy też bluźnierców... chociaż niektórzy bluźniercy mawiali tak haniebnie, że lud zatykał uszy, wiec kto wie co też podówczas za słowa padały??
Wiszt przeżył już sporo.. Wiele widział, jak choćby czasy Wielkich Zaraz...., Wielkich Elekcji.... i wybory Miss Olbrzymów Górskich.. brr.. aż strach o tym myśleć.. To co się jednak wydarzyło tamtego dnia przerosło jego najśmielsze oczekiwania, przerosło nawet najśmielsze oczekiwania najbardziej śmiałych anarchistów. Młody starzec w najbardziej czarnych snach nie przypuszczał, że Oir’in Rio .... To wspaniałe, najpotężniejsze z królestw Krainy, mające podobno trwać wiecznie, czeka taki koniec... Pamiętał niepewność gdy spoglądając na południe nie widział Trzech... Widział Dwie.. i Pół Kolumny. Mętlik myśli, pytań wymagających odpowiedzi spiętrzył się w jego głowie. Gdy w parę dni później lustrował skromne resztki stolicy Bev’rli hi’lls na jego usta cisnęło się jedno słowo...naleśnik...i to taki naleśnik dopiero co po usmażeniu, jeszcze bez dżemu i innych dodatków.... Mówiąc językiem gospoś domowych miasto zostało dosłownie wprasowane w ziemię razem z jego mieszkańcami, wspaniałymi pałacami, bogactwami i ogólnie wszystkim... Przed Van Vishem sterczący ku niebu leżał kawał Wielkiej Kolumny, który stał się grobowcem dla tego wspaniałego miasta... Olbrzymi głaz przypieczętował los tysięcy istnień, a jakby pomyśleć o potencjale rozrodczym miasta w najbliższych kilkdziesięciu latach to Kolumna pochłonęła miliony... szczyt odłamku skryty był w chmurach, co tylko potęgowało wyobrażenie o rzeczywistej wielkości kolumny. Wróćmy jednak do bardziej przyziemnych spraw... W czasie gdy tak debatowaliśmy o niebiosach, Wiszt stał właśnie na peryferiach ex- stolicy „Nieśmiertelnego” Państwa. Gdzie tylko sięgnął wzrokiem elementy Podpory znaczyły swój upadek zdmuchniętymi zabudowaniami i przyspieszonymi orogenezami i erozjami. Rany zadane Krainie były przeolbrzymie... Dumne pasma górskie mogły się obecnie pochwalić końcowymi lokatami w Wielkim Leksykonie Majestatycznych Obiektów. Gdzieś w okolicy selera i cepa. Potężne doliny wyglądały jak dołki wykopane przez co bardziej gorliwe w kopaniu dzieci. Wszystko to skąpane w chmurach pyłu, który otaczał całe pobojowisko niczym żałobny całun, lub jak zwykła mgła, ale porównania budują klimat. Był to grobowiec, grobowiec królestwa a jednocześnie i kolumny. Władcy Gryfów meldowali o niezliczonych kawałkach wbitych w ziemie... pochłaniających olbrzymie połacie lądu i wód. Świat został odmieniony... spoczywa na nim element mu obcy, element mający być podobno jeszcze bardziej długowieczny niż owo królestwo, niż świat znany w ogóle. Od tego czasu van Vish bardzo sceptycznie odnosi się do każdego zdania zawierającego słowo - wieczny.

Wiszt wiedział, że ten kataklizm odbije się echem w Krainie i już na zawsze zapisze się ponurymi literami w historii... Wydarzenie to stanie się kanwa wielu legend i historii, bardziej lub mniej fantazyjne opowiadanka będą krążyły po wszystkich miastach i wsiach, niosąc radości i smutki.... Z góry chciałbym zaznaczyć, że niniejsza opowieść jest z nich najlepsza, mało fantazyjna i bardzo rzeczowa. Po raz kolejny powróćmy jednak do naszego starca w wieku młodzieńczym. Patrząc na ten ogrom destrukcji w przerażonym i zdezorientowanym umyśle rozpostarła się nowa myśl. Myśl, która uformowała pytanie. Pytanie owe pojawiło się też w głowach co mądrzejszych mieszkańców Krainy, pytanie które pojawia się zawsze gdy stara się prześledzić związek przyczynowo skutkowy... Skutek został już objawiony.. Nastał wiec czas by poznać przyczynę....
Gwarom nie było końca. Mętlik różnorakich głosów rozchodził się na wszystkie strony. Wzbił się, aż pod sam szczyt wysokiego, pełnego malowideł sklepienia sali. Przemknął wzdłuż kolumn podtrzymujących owy misterny sufit, by mijając witraże obrazujące kolejne bohaterskie czyny Rady Magów dotrzeć do uszu Arhamona... Natężenie owego głosu było na tyle wysokie, że Najwyższy Arcymagus wydobył się z krainy snów. Otworzył swoje duże, zawsze podkrążone oczy i wodząc wzrokiem po sali starał sobie przypomnieć gdzie jest. Zasiadał przy wysokim poprzecznym stole Rady. Na prawo, zauważył, drzemał Arcymagus Fay, niski i krępy prawie całkowicie zagłębił się w zwojach swej przepastnej, szkarłatnej szaty... Na lewo... nawet nie zachowując pozorów, głośno chrapał Arcymagus Johnin. Wygodnie rozłożony w fotelu, z głową odchyloną do tyłu wydawał z siebie niesamowitą gamie chrapnięć i chrząknięć tworzących pewien rodzaj symfonii. Tak.. cała Rada zażywała właśnie drzemki regenerującej po degustacji najnowszego specyfiku wyprodukowanego w przepastnych destylatorniach Katedry Używek... Arhamon rozejrzał się po sali. Stół znajdował się na jednym z jej krańców. Przez całą jej długość rozciągał się czerwony, haftowany po brzegach złotem dywan, za który można by było kupić niejedno miasto.. hmm kiedyś były dwa dywany, a i nikt ostatnio nie widział magusa Tahira. Podążając za bogatym haftem docierało się do wysokich, wykonanych z ciemnego drewna drzwi. Wzdłuż dywanu zebrali się liczni czarodzieje Wyżsi i Niżsi, tworząc abstrakcyjną mozaikę kolorów skóry, rodzajów szat, ras, poglądów, zasobności portfela, preferencji kulinarnych, przekonań politycznych. Arcymagus w swej nieskończonej mądrości domyślił się, że to oni wyrwali go z drzemki. Powoli zaczęły wracać do niego myśli. Twarz momentalnie mu spochmurniała a umysł opuściły ostatnie oznaki kaca...(żałował tylko, że skutki każdej wizyty w Katedrze Używek nie ulatniają się z niego tak szybko jak dzisiaj...). Delikatnym i dystyngowanym kopniakiem obudził swoich towarzyszy przy stole Rady. Z ociąganiem i przy wtórze ziewnięć i jęknięć, po kolei, pięciu magów ściągnęło zaklęcia kamuflujące, które pomagały im zachować twarz w sytuacjach rozluźnienia. Arhamon powstał, jego wysoka, majestatyczna postać zrobiła odpowiedni efekt, ciżba uspokoiła się. Starzec wybiórczo obdarzył wzrokiem co bardziej wyróżniających się na sali, by następnie przemówić swym mocnym jak prawy sierpowy orka głosem:
- Bracie wszelkiej profesji, szkoły i rangi!!!! – odpowiednie powitanie zawsze jest ważne – przybyliśmy radzić a następnie osądzić pewną osobę. Z ciężkim sercem przyznać musze, że owym zdrajcą i zbrodniarzem jest nasz towarzysz...
Arhamon znał teorie sterowania tłumem...Tutaj oczy wszystkich zwróciły się w stronę ostatniego przy stole miejsca. Ciężkie, postawne krzesło było puste. Rozległo się parę szeptów wyjaśnienia, gdyż niektórzy Mistrozwie z Prowincji w swej wiejskiej mądrości niezbyt kumali kto tam powienien być. Szepty, skinieniem ręki rozproszył Arcymagus:
-Wiadomość straszna wstrząsnęła sercami nasz wszystkich... Wieczne Królestwo zostało pogrzebane pod gruzami Kolumny... Zbrodniarz owy, aby jego imię zostało na zawsze wymazane z księgi Przeznaczenia, aby Ogary Krwawiącego Tronu rozszarpały jego ścierwo i rozniosły na wszystkie strony Krainy... By Władczyni Okalającej Rzeki splunęła na niego swą gęstą, niosącą przekleństwa śliną... – zebrani, na każde wymienianą przez Arhamona inwektywę wzdrygali się mamrocząc magiczne inkantacje, które w mniemaniu tłumu, są zdolne ochronić ich przed ewentualnym rozszerzeniem przekleństwa na zebranych....
- Ten odszczepieniec niegodny nawet patrzeć na sandały pomywaczy w Świątyniach Przypływów!!!! W swej niekończącej się pyszności i zadufaniu śmiał on podnieść rękę na to co przedwieczne, na to co stałe i niezmienne, śmiał naruszyć naturalny porządek...Symetrie tego Świata. Trzy na Wschodzie.. Trzy na Zachodzie.. Trzy na Północy.. i – tu Arcymagus zawiesił głos, warzył słowa... starzec właśnie miał powiedzieć coś co, nawet on - istota będąca taką esencją wiedzy nie śmiała przewidzieć w swych najbardziej destrukcyjnych snach, a co jak już pisałem mogli przewidzieć bluźniercy – Dwie... Dwie i Pół na południu....
Po sali rozlała się grobowa cisza. Okrutna i zimna, wlewała w serca potężny strach i otępienie. Powoli olbrzymia groza, zmaterializowała się, w postaci nerwowych szeptów, część magów wymieniała poglądy na zaistniałą sytuację, część seniorów pytała młodych o zaistniałą sytuacje, gdyby oni byli w ich wieku to też mieli by problemy ze słuchem.

Arhamon po raz kolejny rozejrzał się po sali i kolejny też raz pozytywnie wpłynął swym majestatem na obecnych. Szepty rozpłynęły się jak pełna sakiewka w Dzielnicy Krętaczy... Najwyższy dokładnie przemyślał to co teraz powie... wiedział, że wszystkie oczy zwrócone są teraz na niego... że jego następne słowa zostaną zapisane we wszystkich kronikach Krainy... Jednak niezbadadane są wyroki mędrców, w tym momencie nerwy pościły temu nadzwyczaj opanowanemu człowiekowi.... Hmm.... Wersy przedstawione za chwile są jedną z najwierniejszych rekonstrukcji słów Arcymagusa, gdyż większość Kronik wprowadza niezwykle złagodzoną i ocenzurowaną wersję... wiec:
-NEDIMIE SZAROBRODY!!!! PRZEKLINAM CIĘ I CAŁU TWÓJ ZAWSZONY RÓD!!!! NIECH WSZYSCY NIEŚMIERTELNI TEGO ŚWIATA WSKAŻĄ CIE ŚRODKOWYMI PALCAMI, GDY TWA GODNA POŻAŁOWANIA DUSZA SPOCZNIE W NAJNIŻSZEJ PIECZARZE KRAINY- TUŻ POD KRWAWIĄCYM TRONEM, GDZIE WSZELKIE BOSKIE DEFEKACJE ZNAJDUJĄ SWÓJ UPUST.....- tu nastąpiła chwila na opanowanie, Arcymagus wytarł strużki śliny z brody... i z pobliskich towarzyszy, wziął głęboki oddech - ....WPROWADZIĆ SKAZANEGO!!!!
Tłum momentalnie oprzytomniał, mimo że słowa wypowiedziane przez Arcymagusa nie mogły się równać z żadnym dotąd wypowiedzianym przekleństwem. Olbrzymie drzwi sali zaskrzypiały, by następnie, poruszane jakąś niewidzialną siłą, rozewrzeć swoje skrzydła. Jasna smuga słońca wpadła do pomieszczenia... opromieniła postać Archamona – wysoką i dumną. W jasnej szczelinie w kontraście do postaci maga, zamajaczył jakiś cień. Powoli na czerwonym dywanie skrystalizowała się czarna smuga. Długa i złowieszcza rozlała się po materiale. Zebrani na sam jej widok przycisnęli się mocniej do ścian, by pomiędzy dywanem a nimi znalazła się odpowiednio duża strefa bezpieczeństwa. Cień wydłużał się, by w końcu ujawnić swego właściciela. Dywanem kroczył niski i barczysty starzec. Można by rzec, że to krasnolud, ale rzadko który był na tyle światły by parać się magią, a obecny w sali jegomość na maga wyglądał. Długa, ciemnoniebieska szata szeleściła namiętnie przy każdym ruchu starca, a maszerował on dumnie wyprostowany, pozwalając sobie na obdarzanie spojrzeniem zebranych w pierwszych rzędach, którzy zaczęli żałować, ze załatwili sobie „najlepsze” miejsca. Spojrzenia zaś tego, trzeba się było bać... Ciemne, krzaczaste brwi skrywały pod sobą parę równie ciemnych, przenikliwych oczu, które czytały już myśli niejednego... Ostre rysy postaci zostały doskonale uwydatnione trójkątnym nosem, zwieńczonym u podstawy parą bujnych, gęstych wąsów. Równie ciemne jak reszta owłosienia loki okalały całą głowę dopełniając obraz idealnego czarnego charakteru. Oto kroczyła istota potężna i straszna, mocno groteskowa jeśli chodzi o aspiracje, ale jakże rzeczowa i stanowcza w kwestii magii... magii destrukcji, w szczególności wersji hurtowej. Groza i chęć zagłady promieniowały od niego niczym odór od chłopa na roli.. miały podobne właściwości i postać. Odpychały i znaczyły nosiciela na długo. Chłop mógł jednak skorzystać z dobrodziejstw kąpieli...
Nedim Szarobrody zatrzymał się przed podwyższeniem. Stał wyprostowany, zdawać by się mogło, że wcale nie przejmuje się zaistniałą sytuacją, że zaraz będzie sądzony.. ale nawet i bez sądzenia wiadomo było, że kara mogła być tylko jedna... Mimo to promieniowała od niego duma i majestat.. ale także nie promieniowało żadne poczucie winy... zdawać by się mogło, że poważne przerzedzenie populacji krainy było niczym... Nedim stał i oczekiwał, a i promienował... Archamon patrzył na zbrodniarza, wiadome było, że myśli starca krążą wokół pytania dlaczego... Skinął ręką.. stojący przy podwyższeniu skryba rozwinął olbrzymi pergamin zdobiony przepiękną pieczęcią Rady... Swym miarowym, usypiającym głosem zaczął czytać...
- Nedimie Szarobrody, synu Narthana, synu Narghala - niech nam za świadka będą wszelkie istoty sprawiedliwe – za naruszenie porządku panującego wszem i wobec Krainy, za zbrodnie ludobójstwa i....
Coś poruszyło się miedzy skałami. Hilumd wytężył wzrok... Babka zawsze mu mówiła, żeby patrzył co zmierza w jego stronę, co trzyma w ręku, czy jest to np. miecz i że jego działania powinny być wprost proporcjonalne do każdej z części składowych. Hilmund niezbyt wiedział co znaczy proporcjonalny.. ale tym razem jego babka się myliła. Pomiędzy kamieniami nie było nic, przynajmniej tak wydawało się jego małym oczkom. Siedział właśnie za jakimś sporym głazem świeżonarzutowym, wszak od Załamania nie minęło więcej jak 2 dni, starając się dostrzec jakichkolwiek oznak życia a następnie przetworzyć je na babciną filozofię. Niestety nie grzeszył on zbyt bystrym wzrokiem, ogólnie zbytnio niczym nie grzeszył, lata pracy jako pomywacza w stajni pana zrobiły swoje, zabójczy związki z obornika znacznie pogorszył mu wzrok. Nie rozwódźmy się jednak nad tym gdyż taka rola chłopa – pracuje, pracuje a następnie staje się poligonem dla jakiejś epidemii tudzież choroby, ale to tylko jak ma szczęście, często staje się dobrą pożywką do innych zajęć. Panowie ziemscy są bardzo wrażliwi na cierpienie dlatego wolą gdy cierpi ktoś inny, a kogo każdy szanujący się pan ziemski ma na pęczki?? Hilmund jednak się tym nie przejmował, niewiadomo czy z powodu pogodzenia się z tym faktem, czy po prostu z nie rozumienia słów - ,, wy idziecie w pierwszym szeregu, nie bójcie się tamtych panów z dużymi mieczami, nic wam nie zrobią...”
33 lata szczęśliwej egzystencji zawdzięcza babce – ona ocaliła go od większości takich zabaw. Łączyła ich dziwna relacja, która w metaforycznym znaczeniu mogła być porównywana do psa i jego właściciela. Kobieta dużo mówiła, lubiła mówić, a Hilmund lubił słuchać, bo to była chyba jedyna rzecz, w której był dobry... Właśnie babka wysłała go w te jakże nieprzystępne dla chłopa z powikłaniami miejsce. Wyraziła ona chęć posiadania jakiejś drogocennej ozdoby. W jej wieku, tak mówiła, trzeba dostojnie wyglądać, a w jej mniemaniu sporej wielkości klejnot jest odpowiednią oznaką dostojności. Słowa podkreślać urodę są tu jednak nie na miejscu, bardziej pasuje zeszpecić kamień. Babka Hilmunda mogła spokojnie stawać w szranki z tak urodziwymi niewiastami, które ostatnie 20 lat swojego życia spędziły w trumnie rozkładając się. Nie wiadomo jednak, czy na pewno była by to konkurencja odpowiednio mierna. Słaby wzrok był w wypadku konwersacji z babunią elementem nadzwyczaj przydatnym. Wielokrotnie Hilmund dziękował, że jego wada wzroku powiększa się wprost proporcjonalnie do pomniejszania się urody jego babci. Niewiadomo dlaczego, tyle myśli przebiegło przez głowę chłopa. Przypomniało to korzystanie z rzadko uczęszczanej drogi. Hilmund po raz kolejny wyjrzał – absolutnie nic nie znajdowało się w jego polu widzenia. Upatrzył sobie kolejny głaz. Skupił na nim całą swoją uwagę, by następnie z lekka kuśtykając podbiec do niego. Nastąpiła chwila przerwy by zmysły chłopa zarejestrowały zmianę miejsca. Obrócił się w tył. Jego oczka zaczęły wykorzystywać rezerwy swojej siły.... i nagle rozszerzyły się niczym paszcze wygłodniałych rekinów na widok rozbitka. W miejscu gdzie przed chwilą stał coś było. Hilmund szybko, znaczy szybko dla niego, analizował sytuację. Parę metrów przed nim stoi wysoka, odziana w ciemnozielony płaszcz istota z kapturem na głowie. Czuł na sobie jej wzrok. Oczami duszy widział parę niesamowitych, pełnych ogników źrenic. Hilmund poczuł, że żołądek ściska mu się i chce wydalić obiad, niekoniecznie w anatomicznym kierunku. Postać postąpiła kilka kroków naprzód. Hilmund zrobił to samo tylko, że w tył. Zapanował ten rodzaj ciszy, który pojawia się zwykle przed rozpoczęciem starcia dwóch, rządnych krwi i bogactw armii, które myślą, że krew i bogactwa posiadają ci drudzy. Hilmund drgnął. Postać zwinnym ruchem odgarnęła kaptur z głowy. Wiatr rozwiał długie, ciemne włosy, należące do pociągłej, bardzo urodziwej twarzy. Oczy przybysza, rzeczywiście przejawiały skłonności anormalne. Hilmund zamrugał. Po prawej, i jeśli się chłop nie mylił, po lewej stronie głowy wyrastały długie, szpiczaste uszy....
-Aan’ahi nah’laros ... witaj...Niższy- niezwykle śpiewny, ulotny głos zarezonansował w uchu chłopa. Zapanowała kolejna cisza, kojarząca się z czekaniem na odpowiedź drewnianej motyki. Hilmund zrobił to co zrobił by każdy chłop, którego światopogląd został zdruzgotany tak dokładnie, że nawet z toną cierpliwości i klejem pierwszej jakości nic by nie wskórano . Hilmund zemdlał. Ciało chłopa bezwładnie opadło na piach Kolumniji. Elf stał jeszcze przez chwilę w bezruchu, jakby warzył to co przed chwilą się wydarzyło. Następnie szybkim krokiem udał się w sobie tylko wiadomym kierunku... Bo pierwsze spotkani dwóch nieznanych ras, nie zawsze muszą wyglądać dostojnie.......
Wiszter van Vish wciągnął powietrze. Robił to powoli, jakby delektując się jego smakiem. Starsi ludzie mają perwersyjne skłonności w lubowaniu się w rzeczach bardzo przyziemnych. Jeszcze raz zmierzył z dystansu kłąb myśli znajdujący się w jego głowie. Następnie uprzątnął go i schował w przegródce ,,Apokaliptyczne początki końca świata”. Nie wiadomo dlaczego pocieszyła go myśl, że nawet jeżeli wydarzy się to co przypuszczał, to nie zobaczy nic więcej ponad to co sam już uświadczył. Abstrahując od tego czy chciał to zobaczyć. Jednak największy niepokój wzbudzało w nim same włamanie. Oczywiście nie był to pierwszy raz, wielokrotnie traktowano już Konsulat niczym miejską bibliotekę. Wiszter, gdy tylko takiego delikwenta już schwytano, zachowując się jak przystało na wzorowego Bibliotekarza dbał o to, by owy delikwent nigdy już nie wziął książki do ręki. Dbał też o to by łapanie innych przedmiotów przychodziło im z równym trudem, na przykład z ograniczoną pulą palców, a nawet dłoni. Sam zaś napad przypominał zwykle odwiedziny w nowo otwartym sklepie, dopiero na miejscu odkrywało się co tak właściwie można tu robić. Wczorajszy włamanie zmieniło wszystko... precyzyjne, doskonale zaplanowane i przygotowane. Z dokładnością rzutki skierowanej ku tarczy przez chirurga o sokolim wzroku minęło wszystkie przeszkody, przedarło się przez najbardziej wymyślne czary kamuflujące i obronne. Trafiło w newralgiczny punkt. Van Vish rozumiał, że agresor nie działał sam. Jasne dla niego było, że mistrz złodziejskiego fachu wykonywał zlecenie, został poinformowany o wszystkich wydarzeniach, które nastąpią w Konsulacie. Między synapsami starca zaiskrzyło pytanie: Kto?? Zauważmy, że jest to jedno z najczęściej zadawanych pytań. Kto zamierza rozpętać piekło podobne tylko do jednego piekła, które gdy już zostało rozpętane niepodobne było do żadnego piekła wcześniej rozpętanego.?? To była jedyna rzecz, którą starzec starał się całą swoją mocą przyswoić. Niestety, tak jak kamień nie wsiąknie w gąbkę, tak owo pytanie dryfowało po obrzeżach jego umysłu. Jest pewne, że po paru latach autystycznych rozmyślań odpowiedź by do niego dotarła... ale właśnie w tym momencie Los wyrzucił podwójną szóstkę w Wielkiej Grze Życia. Zacierając ręce sięgnął po nagrodę. Mocny podmuch załopotał uchyloną okiennicą i oparł się o olbrzymi pradawny tom
,,Astronomicus Veritas” Lalinga Enfana, ten nie wytrzymawszy naporu wiatru przewrócił się i spadając trącił serię analiz społecznych ,,Nędznicy i pany” pióra Isbena Usana, te zaś przechylając się poruszyły 2 tomową encyklopedie etnograficzną ,, Wszystkie Rasy”, autorstwa samego Wisztera, jako, że to była długa półka w następnej kolejności padały tematycznie powiązane Atlasy przekrojowe dotyczące mieszkańców Krainy. Książkowe domino niebezpiecznie zbliżało się do wąskiej, pionowej szafy stojącej za Wiszterem. Ostatni z tomów ,,Gnolingi – pradawna rasa będąca miłośnikami pieczonych jarzyn!” posiadając już wystarczającą ilość energii z dziecinną łatwością poruszyć wąski regał, by ten powoli i majestatycznie przechylił się, a następnie opadł na pogrążonego w rozmyślaniach starca. Wielki Segregator nie zauważył nawet gdy potężny , okuty w metal i skórę tom ,,444 narzędzia zagłady, walka z chwastami w Twoim Ogródku” przysłonił mu wzrok. Tak dopełniła się tajemnicza przepowiednia. Nie była może tak dosłowna i efektowna, ale Los pokiwał z aprobatą głową. Taak, nieczęsto wyrzuca się podwójną szóstkę. Niestety, z całym szacunkiem dla pana Wisztera, jego śmierć była jedną z mniejszych następstw tego co Dnia Pełni wydarzyło się w Bisheven – najwspanialszym z miast.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...