Złamana kolumna III
Nagle, drzwi Kantyny rozwarły się ostrożnie. Chuda, koścista ręka niezbyt pewnie chwyciła się framugi, by następnie wyciągnąć swojego właściciela na ,,świeże powietrze”. Był to tak zwany Maratończyk. Lokal nie posiadał szaletu, a po powiązaniu tego z zarządzeniem zabraniającym używania każdej ściany jako wygódki dawało jakieś 400 jardów biegu do najbliższego niezurbanizowanego miejsca nie objętego klauzulą prawa. Nie chodziło tu już o sam fakt przestrzegania kodeksu, ale o chwałę i prestiż osoby, która wykorzystując niezwykłe przywary ciała i ducha pokona te jakże odległą drogę z tym jakże nieprzyjemnym balastem. Nasz biegacz skręcił właśnie w Alejkę Słoneczną i korzystając z jej prostego charakteru rozwinął zawrotną prędkość, w która wkalkulowana była cała chwiejność i niepewność kroku. Nagle oczy sportowca zauważyły jakąś sylwetkę naprzeciwko. Maratończyk starał się wykonać odpowiedni manewr wymijający, jednak nie wziął w rachubę pewną przypadkowość swoich kroków. Gotowy na zderzenie, w momencie niewielkiego już oddalenia od postaci przymknął oczy. Jednak spodziewana przez niego twarda kolczuga, lub inny rodzaj ubioru wcale nie tknął jego twarzy. Stwierdził on nawet, że nie czuje nic. Jedyną rzeczą godną w tym momencie uwagi, było to, że zamiast uderzyć w coś on pada. Pada mianowicie na ziemię. Po stosownej chwili miedzy uderzeniem o ziemię a przetrzymaniem bólu, Długodystansowiec uniósł głowę. Ciemna uliczka nie zdradzała żadnej obecności jakiejkolwiek osoby. Zadumę przerwała mu myśl. Uświadomił sobie, że ten przystanek ma nieodwracalne konsekwencje. Ciszę nocy brutalnie rozerwał krzyk rozpaczy, kolejny Maratończyk poległ przed końcem trasy....
Karminowe flagi trzepotały na wietrze. Zawieszone na wysokich, wyciosanych z ciemnego drewna słupach patrzyły na tłumy garnące się pod nimi. Patrzyły także w bezdenną otchłań. W ciągu długiej historii Krainy nikt nigdy się nie spodziewał, że dwanaście czarnych słupów stojących w tym miejscu kiedykolwiek przywdzieje flagi, że załopoczą na wietrze znaki niewyobrażalnego dotąd czynu. Właściwie zważywszy na istnienie owych masztów Oznajmiających Straszliwe Nieszczęście sprawia, że poprzednie zdanie jest nielogiczne, ktoś jednak wpadł na taki pomysł. Karmin – symbol krwi, symbol śmierci, ale także na ironie symbol dojrzałych pomidorów poruszał się. Dwanaście masztów okalało Otchłań. Dziwne to było zjawisko, Otchłań, nie okalanie. W dość solidnej i zwartej strukturalnie powierzchni Krainy znalazło się miejsce, które było jakoby antytezą powyższego zdania. Zamiast zwarcia, było rozprężenie, zamiast solidności, fuszerka, zamiast czegoś, nic. Na środku kręgu zionęła w ziemi olbrzymia, nieregularna dziura. Wyglądała mocno inaczej niż wszystkie dziury spotykane w zwykłych spodniach chociażby. Żadne rozdarcie w materiale nie mogło napawać człowieka grozą, ni chęcią natychmiastowego oddalenia się od niej. Przestrzeń ta emanowała dosłownie namacalnym strachem. Nieliczne badania, które zostały przeprowadzone na jej powierzchni doprowadziły do bardzo krótkiego i enigmatycznego stwierdzenia : ,,dziura jest głęboka i bezdenna”. Jedyny śmiałek, albo jak kto woli mocno spity frajer, który ośmielił zagłębić się z pomocą liny w tą czerń powrócił po naprawdę niewielkiej chwili. Tak właściwie to zanurzył tylko nogę. Biedak już do końca swoich dni musiał korzystać z pomocy bardzo specjalistycznych znachorów. Warto by zauważyć, że dużo prostych i wydawało by się zwyczajnych przedmiotów, w Krainie miało właściwości promieniowania złem. Wiadomo, że jest parę czynników, które mogą zniwelować strach. Jednym z nich jest ciekawość. Ta sama więc ciekawość pchnęła olbrzymią zgraję, na którą składali się różnej klasy magowie, doprawieni obficie motłochem, z niewielkimi rodzynkami mieszczan. To olbrzymie ludzkie ciasto otaczało Dziurę zamkniętym kręgiem precelka. Same brzegi Dziury, albo jak ktoś jest rozmiłowany w językach autochtonicznych, zwanej Diblah’ biblah ściśle pokryte były potężnymi zaklęciami ochronnymi. Nikt nie wiedział czy chroniły one mieszkańców przed wpadnięciem do Dziury, czy chroniły mieszkańców Diblah przed wypadnięciem do Krainy, o ile jeżeli takowi występują. Czarnoksięskie inkantacje wirowały w koło okręgu czerni co raz to demonstracyjnie sypiąc iskrami by zaznaczyć swoja obecność. Przy jednym ze skrajów dołu stała cała Rada Magów opromieniona majestatem i chwałą. Nie wiadomo czy to z powodu doniosłości chwili, czy też dzięki nieopodal stojącemu malarzowi, który zapragnął przenieść właśnie na płótno rozgrywaną akcję. Arcymagowie stali półokręgiem. Naprzeciw nich, jeszcze bliżej krawędzi, ciemna ale dumna sylwetka zajęła miejsce. Arcymagus Archamon stał w milczeniu, twarz jego skryła chmura posępności, oczywiście tylko w metaforze. Myśli jego nieustannie orbitowały wokół skazanego. Zbrodniarza i wroga, ale jednocześnie przyjaciela, wspólnika w dążeniu do Wiedzy Ostatecznej.
- Czy tak kończą istoty, które udowodniły, że są w stanie zniszczyć to co niezniszczalne... – podobnej treści pytania lawirowały między wspomnieniami. Oczy maga skierowały się ku południu. Ku symbolowi tragedii. Dwie i Pól Kolumny także na niego spojrzało. Na Arcymagusa spoglądały oczy milionów ofiar, niemych, ale jakże wymownych. W zaistniałej sytuacji mógł zrobić tylko jedno. Oczy jego powróciły, spoczęły teraz na Jego twarzy. Takiej samej jak przed laty, nieruchomej nawet podczas odczytywania wyroku. Jedynego możliwego wyroku. Skinieniem głowy zezwolił towarzyszom na działanie. Dwójka z Rady potężnymi astralnymi kluczami rozwarła zaklęcia ochronne, które sypały iskrami i przebierały czerwonymi refleksami. Arcymagus wykonał prosty, porzęczy gest odganiania muchy. Skazaniec jakąś tajemniczą, zważywszy, że pochodziła od magów, to już nie tak tajemniczą, siłą został wypchnięty na sam środek Diblah’biblah. Archamon po raz ostatni złowił Jego spojrzenie.
-Żegnaj, taki Ci koniec był pisany.... –
Mag skinął po raz kolejny. Nedim Szarobrody, Jeden z Członków Rady Magów, Arcymagus, ale jednocześnie Największy Ludobójca w Historii Krainy, Niszczyciel Niezniszczalnego zanurzył się w otchłań. Jego ciało ciągnięte jakąś siłą, najpewniej siłą grawitacji opadało, by po pewnej chwili zniknąć w nieprzebranych ciemnościach Dziury. Nikt, nawet Arcymagowie nie mogli usłyszeć ostatnich słów Nedima, które jakże jednoznacznie zapowiadają drugi tom opowieści:
-To nie jest koniec......
Wisztar jak wielu gapiów spoglądał ku Diblah. Był jednak jednym z nielicznych, którzy byli świadomi po co całe to zgromadzenie. Stał w jednym z pierwszych rzędów z racji zajmowanego wysokiego stanowisko Segregatora. Mimo, że część, nie chciał dopuścić do siebie myśli, że była to większa część, ludzi nie wiedziała co przed chwilą się stało od razu można było zauważyć zmianę w zachowaniu gapiów. Skazaniec w otchłań zabrał ze sobą dużą część strachu, którą wywoływała Jego osoba, nawet wśród niezorientowanych. Nagle ciężka, zdobiona rękawica opadła mu na ramię:
-Pan van Vish??- ton odzianego w bogato zdobioną zbroję rycerza wskazywał, że pytanie nie jest jego najmocniejszą stroną, przywykły był do bicia, nie konwersacji.
-Pan pójdzie ze mną..- Segregator nie wiedział dlaczego, ale słowa jego jednoznacznie kojarzyły mu się z mieczem podnoszonym do ciosu.
Wisztar nie mógł odmówić tak przedstawionej sytuacji. Podążył więc za najgorszym Negocjatorem w Krainie. Później owy rycerz wsławił się zakończonymi sukcesem pertraktacjami pokojowymi z plemieniem Niwhvan. Po wysłuchaniu przemowy owego rycerza wszyscy najwyżsi dygnitarze Nivhvan dosłownie stracili głowy.
Van Vish został zaprowadzony do jednego ze stojących na uboczu namiotów wyższych rangą przybyłych. Na środku szytego złotem i diamentami wystawnego namiotu, które spokojnie pomieściło by sporej wielkości gospodarstwo, pośród równie ociekających drogimi kruszcami co równie drogimi kamieniami poduchach stało masywne dębowe krzesło. Dwa drewniane smoki splotły swe ogony nad oparciem, by ruchami pełnymi wężowej gracji przepleść cały tron, a następnie przycupnąć paszczami u jego stóp. Tak, było to efektowne krzesło, które zawierało równie efektowną osobę. Na siedzisku spoczywał bowiem Arcymagus Archamon w pozie, która w pełni eksponowała jego majestat i mądrość. Każdy czytelnik niech sobie wyobrazi jaka to poza. W tej jakże pełnej godności postaci jeden drobny szczegół szpecił ją i to dość znacznie. Oczy tej jakże pasującej na postument wiedzy w każdej bibliotece, postaci wyglądały inaczej. Wisztar nie mógł dokładnie określić co też nurtowało go w twarzy Arcymaga. Zdawało mu się, że Archamon musiał zgromadzić w sobie olbrzymi wysiłek by w tej chwili ukazać swój majestat, gdyż większość starca nie miała ochoty w chwili obecnej afiszować się z majestatycznością. Oczy, zwane w niektórych kręgach miernikami stanu duszy, przejawiały bardzo niski poziom wskazywanej substancji.. Tak, oczy pełne były smutku i żalu. Van Vish starał się jak mógł nie zwracać na to uwagi, wiedział, że nie należy denerwować magów, a zwłaszcza magów przyłapanych w momencie słabości. Archamon zorientował się, że jest dokładnie lustrowany przez przybysza. Rozpoczął wiec:
-Ty jesteś Wisztar van Vish, Wielki Segregator Imperium??
Segregator tylko skinął głową, nieczęsto ma się okazję słyszeć na żywo Arcymaga.
-Nadstaw więc bacznie uszu, mam dla Ciebie zadanie. Chciałbym, żebyś przechował w Konsulacie pewna książkę. Mało jest w niej zwyczajności, a niezwyczajności jest w niej zdecydowanie za dużo.
Arcymagus wyjął z przepastnych fałdów swojej szaty małe zawiniątko.
-Weź to i pilnuj. Pamiętaj, że jeżeli kiedykolwiek dziennik ten opuści mury Konsulatu, będzie to zwiastun najstraszliwszych wydarzeń jakie nawiedzą Krainę. Bądź tego pomny i nie dopuść do tego...
Niestety takie są uroki retrospekcji, że dokładnie wiemy co się wydarzy w następstwie....
W Alejce Słonecznej jednak ktoś był.... Gdy tylko z ziemi pozbierał się smutny, zmoczony kształt i mocno chwiejnym krokiem ruszył w wiadomym tylko sobie kierunku, na środku drogi znowu zamajaczyła postać. Resztki długiego płaszcza wydobywały się jakby z cienia, który ciemnym pasem znaczył ulicę. Osoba odczekała jeszcze chwilę poczym ruszyła ku skwerowi, na którym mieściła się ,, Kantyna Królewska” . Cichymi, można by powiedzieć, że cichszymi od ciszy krokami przemierzała dolinę ulicy. Groteskowe ściany domów przyglądały się postaci, każdy kolejny obszar mroku dawał przybyszowi schronienie, praktycznie rozmywał się wtedy dla każdych oczu... przyjmowany przez czerń niczym pierworodny syn, niczym mieszek pieniędzy w dawno nie odwiedzanym banku... Osoba zatrzymała się między Alejką a skwerem. Wzrokiem omiotła ten przypominający lej po jakimś wybuchu placyk. Domy zacisnęły nad nim swój wysoki pierścień i pokracznymi, podziurawionymi dachami drapieżnie wyginały się ku środkowi. Kantyna była mocnym przerwaniem ogólnie monotonnego krajobrazu okolicy. Była na tyle zamożna, że miała możliwość zapewnienia sobie oświetlenia nocnego i na tyle popularna, że mogła odpuścić sobie wizyty miejscowych szabrowników. Bo gdzie podrzędny złodziej wyda swoje łupy jak nie w gospodzie?? Tajemnicza postać zwróciła twarz ku małemu, brudnemu okienku.W Alejce Słonecznej jednak ktoś był.... Gdy tylko z ziemi pozbierał się smutny, zmoczony kształt i mocno chwiejnym krokiem ruszył w wiadomym tylko sobie kierunku, na środku drogi znowu zamajaczyła postać. Resztki długiego płaszcza wydobywały się jakby z cienia, który ciemnym pasem znaczył ulicę. Osoba odczekała jeszcze chwilę poczym ruszyła ku skwerowi, na którym mieściła się ,, Kantyna Królewska” . Cichymi, można by powiedzieć, że cichszymi od ciszy krokami przemierzała dolinę ulicy. Groteskowe ściany domów przyglądały się postaci, każdy kolejny obszar mroku dawał przybyszowi schronienie, praktycznie rozmywał się wtedy dla każdych oczu... przyjmowany przez czerń niczym pierworodny syn, niczym mieszek pieniędzy w dawno nie odwiedzanym banku... Osoba zatrzymała się między Alejką a skwerem. Wzrokiem omiotła ten przypominający lej po jakimś wybuchu placyk. Domy zacisnęły nad nim swój wysoki pierścień i pokracznymi, podziurawionymi dachami drapieżnie wyginały się ku środkowi. Kantyna była mocnym przerwaniem ogólnie monotonnego krajobrazu okolicy. Była na tyle zamożna, że miała możliwość zapewnienia sobie oświetlenia nocnego i na tyle popularna, że mogła odpuścić sobie wizyty miejscowych szabrowników. Bo gdzie podrzędny złodziej wyda swoje łupy jak nie w gospodzie?? Tajemnicza postać zwróciła twarz ku małemu, brudnemu okienku.
-Jesteś pewien że to tu???
-...............
-Odezwij się jak do ciebie mówię??
- Słucham Cię o śmiertelny.....
-Wiesz, że nienawidzę kiedy odgrywasz przede mną te tanie mistyczne sztuczki!!
- Chciałem tylko wybudować odpowiedni klimat, myślałem...
-Dobra nieważne.... – postać zlustrowała wzrokiem mieszczące się niedaleko centrum rozrywki – dlaczego miejsce spotkań z klientem zawsze musi tak wyglądać????
- Halo?? Oprzytomniej jesteś mistrzem złodziejstwa, a nie najlepszą w swojej klasie tancerką!!! W twój zawód są wliczone właśnie takie punkty... brudne, obskurne...a przede wszystkim .... nie rzucające się w oczy...
-Może masz rację...- w głowie włamywacza rozmyły się ostatnie marzenia o wspaniałych willach i ich zamożnych właścicielach witających go z pompą godną króla. Odruchowo sprawdził sakwę wiszącą mu u pasa. Palcami wyczuł mały prostokątny kształt. Przedmiot transakcji.
Po otwarciu drzwi, w złodzieja uderzył tak intensywny zapach, że można by go było pomylić z jakimś barczystym klientem. Nisko sklepiona sala, przypominająca bardzo kopalnię, wsparta na krzywych, mocno poznaczonych ostrymi narzędziami belkach była częścią reprezentacyjną lokalu. Wszystko okadzone grubą mgła tytoniowego dymu tętniło życiem. Można by rzec, że każdy element pomieszczenia się poruszał, ale po bliższej lustracji zauważało się, że to tylko klienci zatrzymani na różnym stopniu w hierarchii. Starzy, długobrodzi obstawiali wszystkie ściany, by na małych pokracznych stołeczkach oglądać ogół i zjadliwie komentować co barwniejsze zjawisko. Przy długich, drewnianych stołach, odziani w różne fantazyjne zbroje i dzierżący najbardziej dziwaczne narzędzia zniszczenia siedzieli wojownicy i poszukiwacze przygód. Przy wtórze rechotów, beknięć i innych odgłosów fizjologicznych rozprawiali o swych ostatnio zaliczonych podbojach i łupach. W najciemniejszych miejscach sali siedzieli, albo stali tajemniczy jegomoście w zaciągniętych na oczy kapturach i posępnych minach mający pewnie jakieś misje ratowania świata do spełnienia. Pomiędzy tymi wszystkimi zgrajami kręcili się odziani w dziwną kombinację worków i materiałów biedacy zbierający wszystkie ciekawe, zjadliwe elementy, które w jakikolwiek sposób opuściły wojownicze stoły. Tak... lokal miał swój urok, swoje tradycje, które przez wieki niewiele ewoluowały, by przedstawić ten oto obraz niezwykle symbiotycznego kręgu życia.
Złodziej postąpił parę kroków naprzód. Zignorował jednego z tajemniczych zakapturzonych, starającego się zwrócić na siebie uwagę lekkim, aczkolwiek bardzo charakterystycznym chrząknięciem. W dziwny sposób przypominającym słowa ,,podążał na wschód, zawsze na wschód”. Nie było teraz czasu na ratowanie świata, zresztą męczyły go takie misje. Skierował swe kroki do szynkwasu, zręcznie lawirując między leżącymi w koło lady klientami. Znalazł sobie wolną szparę. Skinął na karczmarza. Bardzo klasyczny z wyglądu, bowiem barczysty i przy kości osobnik, kuśtykając podszedł. Złodziej ucieszył się, ten karczmarz miał nawet szramę na twarzy. Nie każdego oberżystę stać na tak wielkie poświecenie dla wrażeń estetycznych.
Zdecydowanie ten lokal miał klasę, najgorszą z możliwych, ale zawsze to już coś. Złodzieja z zamyślenia wyrwał mocny, twardy jak chleb z tutejszej piekarni głos:
- Szanowny pan życzy??
-Nienawidzę cię psie!! Śmierdzisz niczym stary wór łajna, które straciło termin ważności!!
-Zamknij się!!!
-Słucham??- barman nie rezygnował z uprzejmego tonu
-Nie to nie do Pana – włamywacz starał się utwierdzić szynkarza w przekonaniu, że postąpił on słusznie
-Wydawało mi się, że pan...
-Wydawało Ci się, że jesteś człowiekiem gdy cię matka rodziła!!! Niestety na domysłach się skończyło!!
-Pogadamy później... – nienawidził kiedy to robił. Gdy podczas rozmowy tworzył te swoje tragiczne komentarze, które rozpraszały cała uwagę. Gdy musiał swoją świadomość zwrócić w całkiem inna stronę. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że robił to tylko dla zabawy.
- Ja.... Ja przybyłem z ...- szukał słowa w głowie – z ciastem marcepanowym.
Karczmarz zamrugał małymi oczkami:
- Słucham??
-Słuchaj słuchaj, każdą rurę trzeba kiedyś przedmuchać!!
Złodziej nie lubił też takich sytuacji. Klient, którego głowa wyładowana była balladami o bohaterskich łotrzykach wymyślał bzdurne, mocno bezsensowne hasła. W swoim życiu powiedział już wiele tajemniczych zwrotów, mówił coś o kasztanach, jakieś cyfry 07 czy 007 także przechodziły przez jego usta. Zdecydowanie nie lubił tego. Zrobił głębszy wdech:
-JA PRZYBYŁEM Z CIASTEM MARCEPANOWYM
Oberżysta zareagował jak automat z napojami, do którego wrzuci się monetę:
-Ah.... pan z ciastem... już – dwie olbrzymie niczym pnie drzew ręce wskazały pokój odgrodzony od części reprezentacyjnej kotarą. Złodziej mógł się założyć, że na pewno jest on przytulny, ma ciosany z dużych bloków kamienny kominek, na jego środku będzie stał szeroki dębowy stół, przy którym będzie siedział człowiek, albo kilku ludzi, których twarzy choćby nie wiem jak się starał nie dojrzy w klasycznym spowijającym wszystko półmroku.
Niewiele się pomylił. Pokój był istotnie przytulny, istotnie zawierał w sobie kominek i stół. Okolice stołu zawierały czterech jegomościów okrytych czarnymi płaszczami, których twarze były mocno niewyraźne w panującym mroku. Złodziej odczekał stosowną chwilę by karczmarz, niczym ogromna góra lodowa przesunie całość siebie z zasięgu swoich uszu. Gdy tylko ruch lodowca się zakończył, wolnym krokiem zbliżył się do stołu. Postacie nie drgnęły nawet. Przypuszczał, że gdyby przyszedł odziany w żółty strój kurczaka z trąbką i balonikami sposób ich zachowania nie zmienił by się.
- Proszę spocząć – zimny, bezuczuciowy głos wydobył się z pod kaptura znajdującego się po środku – może raczy się pan czegoś napić??
- Nie... dziękuję – zawsze mówił nie, wiedział, że nie każdy klient lubi po wykonaniu zadania płacić. Trucizna jest dobrym rzeczą zastępczą dla pieniędzy, i nie brudzi.
-Czy ma pan to o co prosiliśmy?? – niski, basowy głos odezwał się z prawej strony tego zimnego.
- Tak oczywiście – zastanawiał się jakby zareagowali gdyby powiedział - ,,nie mam, ale chciałem zobaczyć wasze zawiedzione miny”. Złodziej zajął miejsce dokładnie naprzeciwko głosu przewodniego. Zastanawiał się jak oni to robią?? Taki efekt przy tak skromnym budżecie. Po chwili marzeń opamiętał się, sięgnął do sakwy. Małe zawiniątko zostało położona na stole. Od strony ciemnych kreatur dało się słyszeć cichą, tajemniczą mieszaninę ochów i achów. Od strony zaś owego zawiniątka promieniowało dziwne uczucie. Można by je porównać do pszczoły. Jednej latającej w koło nas się nie boimy, a nawet staramy się prowadzić równą walkę, ale gdy pojawia się rój wiadomo, że trzeba się bać. Zawiniątko to łączyło cechy obu przypadków. Było niepozorne jak jedna pszczoła, a mordercze jak rój. Dziwne uczucie.
Złodziej wolnym, ale nie wzbudzającym nawet najmniejszych podejrzeń ruchem pchnął przedmiot transakcji ku środkowi stołu. Trzy postacie zdawały się chłonąć każdą najmniejszą dyslokację pakunku. Widział już takich, fanatyków bezgranicznie wpatrzonych w obiekt kultu, powstrzymał ochotę wykonania paru ósemek dziennikiem. Przedmiot wreszcie dotarł do swego punktu docelowego. Środkowy zakapturzony podniósł rękę, jego dłoń także skryta była w mieszance cienia. Gdyby on, jako złodziej posiadał takie niesamowite zdolności jak ten jegomość niewielkim problemem była by dla niego praca w zawodzie.
-Tak... to rzeczywiście to! Mamy to Bif!! – tu złodziej się zdziwił. Wiele już takich transakcji przeżył, ale czegoś takiego jeszcze nie widział, a konkretniej nie słyszał. Było to całkowicie wbrew konwencji. Głos, który odezwał się z lewej strony absolutnie nie pasował do zaistniałej sytuacji. Przywodził na myśl miłego ekspedienta ze sklepu jakiegoś prowincjonalnego miasteczka. Zakapturzeni towarzysze zakapturzonego także byli zbulwersowani.
-Co się stało z twoim Diabelskim Głosem??!! – siedzący w środku zaczął syczeć z przejęcia – Tyle się szykowaliśmy, żeby zrobić dobre wrażenie a ty wszystko psujesz!! I nie mów do mnie Bif, jestem Alfashadron Wielki!!
- Daj spokój Bif.. znaczy Alfashadronie... to jego pierwszy raz.... mógł się chyba pomylić....
-A... ale przecież masz na imię Bif.. – nie ustępował głos wesołego sklepikarza- zresztą od Diabelskiego Głosu boli mnie gardło...
-Ciągle byś narzekał, nie ubiorę czarnej szaty bo mnie pogrubia, nie będę mówił Diabelskim Głosem...!!
-Nie martw się Bartolby, Alfashadron ma dziś zły dzień, wiesz jak on się przejmuje.. To jego pierwszy Ciemny i Zły Plan...
Dopiero w tym momencie, gdy wszystkie już elementy stylu zostały przeinaczone albo zniszczone trzej zakapturzeni zorientowali się, że naprzeciwko nich ktoś siedzi. Gdyby nie wszędobylski cień, każdy z nich wyglądał jak mocno dojrzały burak. Złodziej przez cały czas trwania tej jakże barwnej i ciekawej wymiany zdań nie wymówił nic. Z twarzą wyrażającą pełne zdziwienie, podobną do kogoś kto właśnie się dowiedział, że dopiero co zjedzony posiłek to jego pies, wodził oczyma po każdej z sylwetek. Środkowy, nazwany Alfashadronem zrozumiał, że mała wioska szacunku, którą udało mu się wznieść w umyśle włamywacza padła właśnie pod jednoczesnym działaniem wielu czynników atmosferyczno-estetycznych, jej resztki spływają właśnie do doliny pożałowania i drwin. Postanowił ostatnimi siłami zatrzymać chociaż jeden domek. Wysilił się i najlepszą odmianą swego Diabelskiego Głosu powiedział:
-T...tak, młodzi adepci mojej złej i NA PEWNO diabolicznej szkoły jeszcze nie przywykli do panujących norm. ... – szybkim ruchem zabrał książeczkę ze stołu- tak to by było już...
Gdy ją chował, nagle zatrzymał się. Wyglądało to tak jakby ktoś, albo coś wstrzymało jego ruchy. Jako, że jest to opowieść mogę nadmienić, że jego skryte w mroku oczy patrzyły w konkretną stronę, patrzyły na kogoś albo na coś, a usta bezszelestnie wypowiadały słowa. Całość pokazu trwała niewiele dłużej niż wychylenie kufla przez spragnionego poszukiwacza przygód. Gdy zakapturzony powrócił już do zmysłów zdawał się mocno zatrwożony. Powiedział Głosem, ale teraz raczej Diabelskim Głosem Myszy:
-A.. a masz... drugą część naszej umowy?? – z trudem słowa te opuściły krtań Alfashadrona.
Złodziej przywyknął już do nowej sytuacji. W duchu cieszył się, że dzisiejsi klienci dostarczają mu więcej rozrywki, niż tydzień na Festiwalu Kamiennych Błaznów.
-Ach tak już już, jak to się nazywało?? Moc Nieśmiertelnej?? –nie szczędził sił by słowa jego zabrzmiały jak najbardziej cukierkowo. Nie dotrzymawszy odpowiedzi z drugiej strony westchnął. Rozchylił połę swojego płaszcza, wzniósł ku górze wskazujący palec odziany, jak i cała dłoń, w srebrzystą rękawicę doprawioną czarnymi, roślinnymi haftami. Nad palcem zaiskrzyła bladobiała sfera, która swą poświatą rozjaśniła klimatyczne mroki pokoju. Twarze zleceniodawców oparły się nawet takiemu rodzajowi światła. Bijąca od nich czerń pochłaniała blask. Włamywacz skinieniem ręki posłał sferę ku zakapturzonym. W tym samym momencie worek pełen brzęczących monet szybował ku złodziejowi. Pulsująca kula dotarła przed Alfashadrona i jaśniejszym błyskiem oznajmiła koniec podróży. Zakapturzony osobnik otworzył dziennik na jednej ze stron i ułożył go pod energią. Ta zanurzyła się w rzędy czarnych liter. Nagle almanach rozbłysnął czerwienią. Wszelkie litery, na każdej ze stron strzeliły karminem. W każde słowo wpojona została treść, a każde zdanie treść ową kierowało. Ładunek grozy, który w tej samej chwili uwolnił się z pradawnych kart w metaforycznym sensie przecinał wszystko i wszystkich, pozostawiając strach i skręcając trzewia. Trwało to niestety tak krótko, że większość mieszkańców Krainy uznała to za drobne kłopoty żołądkowe.
-Hmm... muszę przestać jeść co popadnie – pomyślał złodziej w reakcji na niedawny pokaz mocy zła. Obdarzony jakby własną jaźnią dziennik wyrywał się z rąk i groźnie kłapał okładkami sypiąc iskry czerwonej mocy. Cała trójka kapturów obwiązała księgę pasami, które sądząc po niebieskawych, świecących runach mało miały w sobie ze zwyczajnych podtrzymywaczy spodni.
- Nareszcie – Diaboliczny Głos znów powrócił do ust Alfashadrona – wreszcie jesteśmy w stanie....
- Tak Wielki Alfashadronie, nareszcie możemy!! – basowemu głosowi także udzieliła się euforia.
- Ty to zrobiłeś Bif??
-.........................
-.........................
-Słucham Bif??
Panującą ciszę, pełną sztyletów zwróconych w stronę sklepikarza przerwał basista.
-To może my już sobie pójdziemy??
Wielki Alfashadron uznał to za odpowiednią rzecz do uczynienia. Odwrócił się do ściany.
- Teraz będzie scena opuszczania miejsca transakcji – zanotował w myślach złodziej – ciekawe czy skorzystają z klasycznego teleportu??
Alfashadron zakreślił przed sobą krąg, w tym samym czasie niewidoczne, astralne pióro czyniło to samo przed nim pozostawiając za sobą iskrzącą się, niebieską łunę. Gdy krąg został zamknięty, wypełnił się różnymi odcieniami błysków zatapiając pomieszczenie w jednorodnej błękitnej tonacji. Po kolei postacie zaczęły wkraczać w teleport, by rozmyć się dla oczu...
- No to na razie – ekspedient zamachał na pożegnanie.
-BARTOLBY RUSZ SIĘ WRESZCIE!!!
-Już idę... idę Bif!!
-MAM NA IMIĘ ALFASHADRON!! – słowa tę wypowiedziane jakby z oddali odbiły się kilkukrotnie od astralnych korytarzy portalu by pojawić się w małym pokoiku. Złodziej siedział jeszcze chwilę w fotelu. Z dokładnością pani na poczcie zważył na ręce mieszek pieniędzy. Czas na wakacje. Gorąca wyspa zagubiona gdzieś między archipelagami
Ta – ma – Oa, prywatny domek pełen prywatnych, pasujących do klimatu kobiet. W tej chwili nawet mu na myśl nie przyszło, że najprawdopodobniej wyda je w jakiejś podrzędnej spelunie pokroju ,, Kantyny Królewskiej” na nie przedniej jakości trunki, a następnego dnia obudzi się w ramionach trolla, który dopiero po dłuższej lustracji okazał by się kobietą. Jednak Los nadal grał w tę grę, jak historia za chwilę pokaże wielce prawdopodobne jest, że nic nie wyda, w tym to bowiem momencie drzwi tawerny wylatują z hukiem w konkretną stronę powietrza, by roztrzaskać się o najbliższą belkę wspornikową, a przez stworzone w ten sposób niekonwencjonalne przejście wbiega kolejna już tajemnicza sylwetka i jednoznacznie kieruje się ku bocznemu pokoikowi za kotarą.....