Bal Cieni II
-Nie założę tego – powiedział Hackett stanowczym tonem, z obrzydzeniem spoglądając na ubranie, które Herward trzymał w dłoniach.
-Zlituj się, człowieku. – jęknął tamten, podtykając mu je pod nos.
- Sam się zlituj! Będę w tym wyglądał jak jakiś zboczeniec! Zresztą spójrz na siebie – dodał złośliwie rudobrody
-A wiesz jak będziesz wyglądał w tym swoim idiotycznym kapeluszu z piórkami? No już, zakładaj.
-Nie, powiedziałem!
Herward dał za wygraną, rzucił koszulę wraz ze spodniami i surdutem na łóżko i odwrócił się do lustra.
-Jak chcesz. – powiedział, zapinając złote guziki przy mankietach – Ale pani d’Amalrica się zmartwi, kiedy zobaczy, że nie chciałeś skorzystać z jej gestu.
Przygładzając dłonią wąsy i brodę zamaskował chytry uśmiech, który wykwitł mu na twarzy. Hackett z łatwością dał się zbić z tropu.
-No dobra – zdecydował niechętnie – Ale ostatni raz ubieram się w coś, co wybrała kobieta.
Porwał swój strój w ręce i udał się z nim za rozstawiony parawan.
-Hej, a coś ty się tak wstydliwy nagle zrobił? – zdumiał się Herward.
-Bo jakby ktoś tu bez pukania wszedł, to nie chciałbym mu gołą dupą po oczach świecić – burknął tamten, miotając się za parawanem – No cholera, przecież to jest dla mnie za małe! E, tam...!
-Nie jest za małe, takie ma być. Zakładaj.
Herward żeby zabić czas oczekiwania zaczął z wolna przechadzać się po pokoju, nucąc coś pod nosem. Po kilku bardzo długich chwilach Hackett wychynął zza parawanu i spojrzał spode łba na brata, oczekując gromkiej salwy śmiechu z jego strony. Ten jednak tylko się uśmiechnął i kiwnął głową.
-A zatem możemy iść – powiedział, podchodząc do drzwi i sięgając po klamkę.
-Ścieg wcina mi się w tyłek...
-Przyzwyczaisz się. I ani mi się waż dłubać tam ręką! – ostrzegł go, gdy ten tylko sięgnął dłonią pod poły surduta – No, idziemy.
Otworzył drzwi i obaj wyszli na galerię. Ku ich zdumieniu kręciło się tam już mnóstwo osób. Z góry widać było jeszcze więcej gości, dostrzegli też stojące po dwu stronach wielkiej sali długie stoły, zastawione wszelkiego rodzaju jadłem. Muzycy rozsiadali się na niewielkiej scenie tuż przy schodach, po raz ostatni dostrajając swe instrumenty. Z jednym z nich rozmawiała ubrana w ciemnoniebieską, połyskując suknię wysoka kobieta, w której Herward rozpoznał panią d’Amalrica.
-Słyszysz? Śmieją się z nas. – szepnął mu do ucha zrozpaczony Hackett. Kiedy przy schodach mijali grupkę młodych, elegancko wystrojonych kobiet, kilka z nich faktycznie zachichotało z uciechy.
-Nawet na nas nie spojrzały – odparł wojownik – Uspokój się i nie panikuj.
Zeszli na dół akurat w momencie, w którym Doraen skończyła rozmawiać z muzykami i odwróciła się w ich kierunku.
-Ach, panowie! – ucieszyła się na ich widok – Miło mi was widzieć. Pana Herwarda już znam, więc to zapewne jest...
-Hackett – rudobrody skłonił się nieco sztywno i niezdarnie ucałował wyciągniętą ku niemu dłoń. Herward ze zgrozą spostrzegł, ze jego brat z trudem odrywa wzrok od głębokiego dekoltu kobiety – Hacket Monn.
-Chciałam przywitać pana już dzisiaj rano, jednak pan tak wspaniale się bawił... – uśmiechnęła się i mrugnęła okiem pod adresem Herwarda – Niestety, teraz muszę was na chwilę opuścić, obowiązki wzywają. Tymczasem zapraszam do poczęstunku. Mamy wyśmienite krewetki.
Dygnęła dwornie i odeszła, znikając w tłumie gości. Muzycy zaczęli grać.
-O czym on mówiła? – odezwał się wreszcie Hackett.
-Hm? – zainteresował się Herward, jakby niedosłyszał.
-O czym ona mówiła! Kiedy się z nią widziałeś?
-No, dzisiaj rano, kiedy ty byłeś zajęty zabawą w szczupaka. Sam słyszałeś. Ale mnie ciekawi coś innego – dodał, podchodząc do stołu i sięgając po dzban z winem i dwa puchary – Polać?
-Polej. Co takiego?
-Ano to, że nie przedstawiałem jej się.
-Jak to? – oburzył się rudobrody, łyknąwszy jednym duszkiem zawartość swego pucharu.
-Tak to. Nie powiedziałem jej, jak mam na imię, nawet się o to nie zapytała. Tylko skąd wiedziała, że to ja jestem Herward, ty Hackett, a nie na odwrót?
-Może ktoś jej powiedział? – wzruszył ramionami tamten.
-Kto niby? - zapytał wojownik, krzywiąc się ironicznie - Przedstawiałeś się służbie?
Hackett nie odpowiedział na to pytanie.
-No właśnie, ja też nie.
Wypił do końca swoje wino, odstawił puchar na stół i zbliżył się do brata.
-Posłuchaj: czuję, że tu kroi się coś podejrzanego. Nie pij za dużo i miej oczy dookoła głowy.
-Taa, jasne.
-Poważnie mówię.
-A ja to nie?
Hackett wypił kolejny kielich wina i sięgnął po kiść winogron na paterze.
-O mnie się martwić nie musisz – rzekł odrywając owoce jeden za drugim i wrzucając je sobie do ust – Umiem o siebie zadbać. Zobacz! – gwałtownie chwycił Herwarda za ramię i obrócił go w drugą stronę – Widziałeś kiedyś coś takiego? Bogowie...
Obiektem zachwytu Hacketta była kobieta. Niezwykle urodziwa i atrakcyjna kobieta o pięknych, kasztanowych włosach, delikatnych rysach twarzy i cudownie szafirowych oczach, które Herward znał tak dobrze. Wyglądała dokładnie tak samo, kiedy widział ją ostatni raz. Grubo ponad rok temu.
-Przepraszam na moment – wymamrotał cicho i odtrącił dłoń Hacketta. Przez moment słyszał, że ten jeszcze coś do niego mówi, jednak cała jego uwaga skupiona była teraz na kobiecie, która właśnie była pogrążona w rozmowie z jakimś elfem. Nawiasem mówiąc wojownik jego również znał. Nigdy za sobą nie przepadali.
Szedł ku nim kilka sekund, jednak zdawało mu się że trwało to co najmniej tyle, co wyprawa za siódme morze. Przez ten czas zdążył przewałkować tony pomysłów, jak można do nich zagadać, żeby to zabawnie zabrzmiało ale żeby przy okazji nie wyszedł na idiotę.
Nie powiedział nic, gdy tamtych dwoje naraz odwróciło spojrzenie w jego stronę i zamilkło. Uśmiechy momentalnie zniknęły im z twarzy, na ich miejscu pojawiło się zakłopotanie. Milczenie zaczęło przedłużać się nieznośnie, aż wreszcie elf szepnął kobiecie coś do ucha i oddalił się, obdarzając jeszcze Herwarda niezbyt sympatycznym spojrzeniem.
Zostali sami. Reszta się nie liczyła, była niczym. Tylko ona i on.
Kobieta odezwała się pierwsza.
-Herward.
-Rhiana…
Zrobił jeszcze jeden krok w jej kierunku i wyciągnął rękę, ale z jej twardego spojrzenia wywnioskował, że nie ma ochoty na czułe powitanie. Uderzyło go to, lecz nie okazał po sobie najdrobniejszego zdumienia
-Nie sądziłem, że cię tu spotkam. – wyznał, uśmiechając się uprzejmie – Dobrze się bawicie z Elanorem?
-Dziękuję, nie najgorzej. Byłoby lepiej gdybyś się nie zjawił.
-Skąd ten chłód w twoim głosie?
-A jak myślisz?
Doskonale wiedział o co chodzi. Tylko nie spodziewał się, że po tak długim czasie jego niedoszła żona nadal będzie chować w sercu urazę, za to, co zrobił. Wiele razy próbował jej to wyjaśniać, jednak nie dawało żadnych pozytywnych skutków, a wręcz przeciwnie – im bardziej się starał, tym jego sytuacja zdawała się coraz bardziej pogarszać. Pomyślał, więc, że czas i spokój pozwoli Rhianie wszystko dokładnie przemyśleć i zrozumieć. Napisał list, gdzie po raz ostatni wszystko dokładnie opisał najpiękniej jak tylko potrafił i wyruszył w długą podróż, która skończyła się właśnie teraz. Jednak nie tak, jak to sobie wyobrażał.
Bez słowa chwycił ją za dłoń i wyprowadził na środek sali, gdzie kłębiły się wirujące w tańcu pary. Nie stawiała żadnego oporu, nie protestowała gdy mocno obejmował ją w talii. Trochę zbyt mocno. Herward wiedział, że elf ich widzi. Sprawiało mu to ogromną radość, a zarazem ból.
-Musimy porozmawiać. – powiedział, patrząc jej prosto w oczy.
-Nie mamy o czym.
-Mamy. Od kiedy jesteś z Elanorem?
-Ciebie to i tak nie interesuje. – odparła gniewnie.
Przez chwilę kołysali się do rytmu muzyki, nie odzywając się ani słowem.
-Zmieniłaś się – westchnął cicho.
-Ty już dawno się zmieniłeś.
Zwiesiła nieco głowę, unikając jego spojrzenia. Zawsze tak robiła, płacząc. Nigdy nie chciała pokazywać swych łez, uważając że płacz jest słabością. Natomiast Herward twierdził, że to niekobiece. Wiele razy się o to posprzeczali.
-Muszę już iść. – rzekła nieco łamiącym się głosem, i zdecydowanie wysunęła się z jego objęć.
-Nie, poczekaj...
-Nie mogę. – uśmiechnęła się smutno – Nasz czas już się skończył.
I odeszła, nie odwracając się nawet. Herward stał sam pośrodku parkietu, nie wiedząc, co ze sobą począć. Po głowie tłukło mu się multum myśli, jednak na żadnej z nich nie potrafił się teraz skupić. Żałował teraz tych wszystkich chwil które spędzili razem, wspólnych nocy i pocałunków. Żałował czasu, który stracił bez niej. Wszystko zmarnowane.
Z zamyślenia wyrwał go Elanor, stając przed nim.
-Wiem co chcesz mi powiedzieć, więc daruj sobie. – powiedział Herward sarkastycznie.
-Nie wiesz. – elf pokręcił powoli głową – Chce tylko dać ci radę: nie wymagaj zrozumienia od kogoś, kogo sam nie rozumiesz. Zapamiętaj to.
* * *
Kiedy Herward wrócił do Hacketta, po drodze rozważając słowa elfa, ten nie był sam. Obok niego stał krępy krasnolud o włosach i brodzie czarnych jak smoła, obaj rozmawiali zawzięcie, co drugie zdanie popijając wina z pucharów.
-Hoho – ucieszył się rudobrody, widząc swego brata i zatoczył się nieco - I jak poszło? Namówiłeś tę panienkę na romantyczny spacerek?
-Mówiłem ci, żebyś tyle nie pił – odparł tamten surowo.
Hackett uśmiechnął się do krasnoluda.
-Mój brat jest bardzo opiekuńczy. I dobrze – dodał, mocno klepnąwszy wojownika w ramię – To jest Tanford z tego, no... Skąd?
-Z Hesbergu– podpowiedział krasnolud.
-Tak jest, Tanford z Hesbergu. A to jest mój młodszy brat, Herward.
Wymienili uściski dłoni. Krasnolud uśmiechnął się przy tym szczerze, jednak wojownik nie odwzajemnił uśmiechu. Bez słowa podszedł do stołu przy którym stali, nalał wina do pucharu i wypił. Widać było po nim, że jest nieco roztrzęsiony.
-Co się stało? – spytał rudobrody, poważniejąc.
-Nic się nie stało. – odparł tamten, patrząc na swoje buty.
I to jest właśnie najgorsze, pomyślał z goryczą. Że nic się nie stało.
Podczas gdy on rozmyślał nad swoją niedolą i zastanawiał się, czy faktycznie jest już za późno by odkręcić to wszystko, za jego plecami znowu rozgorzała rozmowa. Nie przysłuchiwał się jej uważnie, bo mało go to teraz interesowało. Jednak pewna rzecz w końcu wyrwała go z zamyślenia...
Poczuł na sobie czyjeś spojrzenie, jednocześnie w twarz uderzył go podmuch lodowatego wiatru. Podniósł wzrok i przez rozchybotany płomień stojącej przed nim świecy, dojrzał postać stojącą w głębokim cieniu pod ścianą. Może było to spowodowane blaskiem płomienia, ale wydawało mu się, że postać nie miała wyraźnie określonych rysów. Zupełnie tak, jakby sama była cieniem.
Herward rozejrzał się dookoła, jednak wyglądało na to, że tylko on dostrzegł tajemniczą postać. Kiedy odwrócił się z powrotem w jej kierunku, ta nachylała się ku niemu przez stół. Z bliska zobaczył najstraszliwszą twarz, jaką mógłby sobie tylko wyobrazić.
Przerażony odskoczył do tyłu i upadł na podłogę u stóp Hacketta. Ten i kilka innych osób spojrzało na niego ze zdziwieniem, kilka innych zaśmiało się, nawet nie starając się tego ukryć. Natychmiast zerwał się na nogi, ale przy stole już nikogo nie było.
-A mnie mówiłeś, żebym nie pił za dużo. – odezwał się rudobrody z udawanym niesmakiem.
-Widziałeś go?
-Kogo?
Bogowie, co tu się dzieje?, pomyślał wojownik, ocierając pot z czoła. Najpierw koszmary, teraz przewidzenia. Nie zdarzało mu się to nigdy wcześniej. Dlaczego akurat teraz?
-Czy ty dobrze się czujesz? Pobladłeś...
Przytaknął skinąwszy głową, ale wiedział że nie wygląda to zbyt przekonywująco. Postanowił nie mówić bratu o tym, co zobaczył, zwłaszcza w obecności krasnoluda. Doskonale wiedział, że i tak mu nie uwierzą. Prędzej wezmą go za wariata, albo uznają to za bardzo dobry dowcip.
-To – zaczął, uśmiechając się wymuszenie – o czym rozmawialiście?
Hackett spojrzał na niego badawczo.
-Tanford właśnie opowiadał mi o poprzednim właścicielu zamku.
Krasnolud chrząknął w dłoń i zaczął swą opowieść.
-Nazywał się Oenn Sabelius, a mówiono o nim, że był najpotężniejszym czarodziejem wśród sobie współczesnych. Mimo to nie cieszył się wśród nich zbytnim szacunkiem. Był młody, ale jak na swój wiek osiągnął bardzo wiele. Pewnego dnia zjawił się w tym zamku, zrujnowanym po latach wojen z Luenorem i zamieszkał w nim. Sprowadził do niego nawet służbę, która zgodnie twierdziła że ich pan jest dziwakiem i mrukiem. Prawie całymi dniami siedział w swej pracowni lub bibliotece, często zapominając nawet o jedzeniu. Ale płacił dobrze, więc nikt nie narzekał.
Aż na zamku zjawiła się Ismeana, dziewczyna z pobliskiej wioski, prosząca Oenna o pomoc w uzdrowieniu młodszego brata, który zapadł na dziwaczną chorobę. Ten zgodził się, jednak postawił warunek – dziewczyna miała potem zostać z nim na zamku.
-Zgodziła się? – spytał Hackett.
-Chyba nie miała wyjścia – odparł krasnolud, łyknąwszy z pucharu – Sabelius był jedyną osobą w okolicy, która mogła pomóc jej bratu. Zresztą takie układy były wtedy na porządku dziennym. Na czym skończyłem? A, już wiem. Oennowi udało się wyleczyć konającego już chłopca, a Ismaena zgodnie z umową musiała przenieść się do zamku. Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Dziewczyna wniosła ze sobą w to miejsce dużo życia, a Oenn stał się zupełnie nowym człowiekiem – kazał odbudować zamek do końca, nie przesiadywał już całymi dniami w pracowni, choć z pracy nie zrezygnował.
-Czyli żyli długo i szczęśliwie. – podsumował rudobrody.
-Nie. – rzekł ponuro Tanford – Byłoby tak z pewnością, gdyby pewnego dnia Ismaena nie zniknęła. Tak po prostu – zniknęła, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Plotkowano, że uciekła, jednak wątpię żeby miała ku temu jakiś powód – żyła tu jak w raju, Sabelius kochał ją jak nikogo innego na świecie, a i ona sama zdawała się odwzajemniać to uczucie.
-Więc co się stało?
-Tego nikt nie wie. Ale od czasu jej zniknięcia na zamku zaczęły dziać się bardzo dziwne rzeczy. Służbę często nękały złe sny i przewidzenia, zwierzęta zdziczały i powoli zdychały. Jeden z młodych parobków ponoć zobaczył pewnego dnia, jak jakiś obcy wychodzi zamku i idzie w kierunku jeziora. Jednak rybacy, którzy tam zastawiali sieci nikogo nie zauważyli. Następnego dnia chłopak zginął, stratowany przez rozjuszonego konia.
Krasnolud zamilkł na chwilę i w zastanowieniu potarł czoło.
-A co się stało z Oennem? – spytał wreszcie młodszy braćmi.
-Oszalał. Znowu przesiadywał w swej pracowni, skąd dobiegały jakieś dziwne hałasy, prawie nie jadał i nie sypiał, a w nocy biegał po zamku, krzycząc przeraźliwie. Wśród służby mówiło się, że to właśnie on jest winny zaginięciu Ismeany i tym wszystkim wydarzeniom, które miały tu miejsce. Nikt jednak nie śmiał nic zrobić, wszyscy bali się go do tego stopnia, że woleli znosić to wszystko, niż narażać się na jego gniew. Miarka przebrała się, gdy jezioro wylało krwią...
Herwardowi stanął przed oczami obraz z jego snu. Po plecach przeszedł go gwałtowny dreszcz.
-Przerażeni służący uciekli, zostawiając w zamku cały swój dobytek, natomiast Oenn popełnił samobójstwo, rzucając się z najwyższej wieży zamku. Ponoć czasem w oknie pracowni widać jego ducha, patrzącego w stronę jeziora. Polej jeszcze, Hackett.
* * *
Drzwi do piwnicy otworzyły się z łomotem, wpuszczając do środka szeroką smugę światła. Młoda dziewczyna o płomieniście rudych włosach zbiegła po kamiennych schodach, ciągnąc za sobą łysawego mężczyznę i chichocząc wesoło.
-Wolniej, bogowie! – sapnął jej towarzysz, gdy wreszcie stoczyli się na dół i zachwiał się, zdradzając, że jest już nieco podpity Dziewczyna zaśmiała się pięknie i podstawiła mu krzesło. Gdy wreszcie udało mu się na nim normalnie usiąść, rozejrzał się mętnym wzrokiem po stojących w pomieszczeni stelażach, na których w ciepłych słomianych gniazdkach spoczywały ciemne, omszałe butelki.
-Wszystkie pewnie starsze ode mnie. – westchnął – Twoja pani dba o gości...
Dziewczyna chwyciła jedną z butelek, nadzwyczaj zręcznie wyrwał korek i usiadła mężczyźnie okrakiem na kolanach. Chwycił ją mocno obiema dłońmi za smukłe biodra i wypił nieco podstawionego mu po nos wina. Następnie patrzył, jak i ona przytyka sobie butelkę do swych pełnych, karminowych ust.
-Jak masz na imię? – spytał, gdy przestała pić.
-I tak nie będziesz tego pamiętał. – odparła, upuszczając na podłogę pustą butelkę, która rozprysła się na setki lśniących kawałków. Położyła dłonie na jego ramionach, mocniej zacisnęła uda wokół jego talii i oblizała wargi, zbliżając twarz do jego twarzy. Nie pocałowała go jednak w usta, tak jak sobie wyobrażał. Zamiast tego zaczęła delikatnie muskać ustami jego szyję.
-Już nic nie będziesz pamiętał – dodała.
Chciał krzyknąć, gdy ostre jak sztylety kły przebiły mu tętnice, lecz dziewczyna mocno przycisnęła mu usta dłonią. Mógł teraz jedynie jęczeć rozpaczliwie przez jej palce podczas gdy ona śmiała się donośnie, pozwalając jego krwi spływać na podlogę
-Nawet nie tknęłabym twojej plugawej krwi, starcze – powiedziała, patrząc mu prosto w zachodzące mgłą oczy – Masz szczeście.
W tym momencie drzwi piwnicy rozwarły się tak samo gwałtownie jak poprzednio. Stał w nich wysoki mężczyzna ubrany w liberię kamerdynera, przez chwilę lustrując zastaną scenę.
-Sayalle – rzekł z chłodnym spokojem – Mogę wiedzieć, co ty robisz? Pani przecież wyraźnie zabroniła...
Dziewczyna zeszła ze swego martwego kochanka, powoli podeszła do mężczyzny i założyła mu nogę na biodro, odrzucając do tyłu zmierzwione włosy.
-Tak długo nie byliśmy razem. Zróbmy to teraz. Tu.
Położył dłoń na jej gładkim kolanie i opuścił ją w dół.
-Jesteś cała we krwi. – odparł beznamiętnym tonem - Idź się umyj i przebierz.
Obrzuciła go pogardliwym, złym spojrzeniem, z rozmachem uderzyła otwartą dłonią w twarz i wyszła. To zachowanie nie wytrąciło go z równowagi, nie drgnął nawet, jego twarz wydawała się być wyciosana w kamieniu, choć na policzku został mu wielki ślad po uderzeniu. Wyszedł za Sayalle, dokładnie zamykając za sobą drzwi. Ani on, ani ona nie zauważyli, że krew martwego mężczyzny, której wielka kałuża rozlana była po podłodze, zniknęła.