Burza
***
Błysk. Tym razem uderzyło gdzieś blisko. Czarodziej zerwał się z łóżka dysząc ciężko. Jakby przez sen jeszcze, wyszeptał coś do siebie. Zamrugał oczami i zerwał się z łóżka wciąż mamrocząc coś pod nosem. Za oknami szalała burza. Świece w domu dogasały, gdy poprzez niedbale rozrzucone księgi biegł do pracowni. Z drżeniem rąk zapalił lampy i rozniecił ogień pod skomplikowanym systemem rurek i karafek. Różnokolorowe ciecze zaczęły bulgotać. Czarodziej gorączkowo szukał czegoś wśród wielu, niewielkich buteleczek, które zapełniały jego pracownie. Uważnie przeczytał napis na jednej z nich, odmierzył dawkę i wprowadził w obieg eliksirów. Patrzył ze skupieniem, jak wszelkie kolory powoli pochłania czerń. Rozlewała się po kolei na wszystkie połączone naczynia, roztaczając lekką czerwoną poświatę. Bulgotanie ustało. Czarodziej uśmiechnął się z niedowierzaniem i wyszeptał coś do siebie. Grzmot zagłuszył słowa. Trzy krótkie sylaby. Błysk.
***
Był piękny, słoneczny dzionek. Taki, jaki to zwykle w opowieściach bywa, gdy ma się zaczynać jakaś ciekawa przygoda. To jednak był Nokturn i po Nowym Ładzie - kiedy to wszelkie zło zostało pokonane, a wszyscy zaczęli żyć długo i szczęśliwie, nic takiego jak przygoda nie mogło mieć miejsca. Chmury płynęły leniwie po nieboskłonie, kurz wznosił się i opadał w podmuchach letniego wiatru, a ptaszęta śpiewały słodko swe melodie. Ostry, przeciągły dźwięk zmącił nagle spokój poranka. Wszystko co żywe uciekło przezornie. Znać było, iż zbliżają się poszukiwacze przygód - jak zwykło ich się kiedyś nazywać. Teraz, dla tych niewielu, którzy nie ustatkowali się jeszcze jak każdy porządny człowiek, preferowano bardziej dosadne określenia, z których awanturnik było najłagodniejszym. Nie licząc oczywiście tych sytuacji, kiedy zło i występek, co prawda ustawowo pokonane, przypominało sobie, że w końcu jest złem i za nic ma sobie ludzkie ustawy.
Jeśli - w samym środku pięknego dnia - ktoś wędrował bez celu, drogą na kompletnym pustkowiu, zamiast oddawać się uczciwej pracy, można było jeszcze pomyśleć, iż jest ekscentrycznym podróżnikiem. Ubiór i zachowanie tej czwórki nie pozostawiało jednak cienia wątpliwości. Byli to właśnie poszukiwacze przygód. Półnagi, chudy i żylasty drab, z kruczoczarnymi włosami poskręcanymi w brudne sznureczki i przystrzyżoną brodą okalającą pociągłą twarz na jej obrzeżach, z całych sił dął w zaimprowizowany flet. Był wnukiem czarownicy, o czym świadczył dobitnie jego długi nochal i skośne, trochę niesamowite, zielone oczy. Po babci talentu magicznego chyba jednak nie zdobył, choć jego towarzysze, nie raz mogli stwierdzić, iż posiadał niezwykłe wprost szczęście. Niektórzy dopatrywali się w tym magii. Potrzeba by jej chyba znacznie więcej, by zdołał on wydobyć z instrumentu jakikolwiek czysty dźwięk.
- Roland ! Na bogów, weź przestań wreszcie ! Zaraz zwariuje! - Adrianna rzuciła stek przekleństw w stronę grającego towarzysza. Roland jednak ani myślał przestać.- Skąd ty żeś znowu to wytrzasnął ?!
- Zrobiłem... - rzucił grajek i w podskokach odbiegł na bezpieczną odległość. Adrianna ze wzgórz Błękitnych - choć nosiła się po męsku, niepodważalnie była kobietą. Widać to było z każdym zamaszystym krokiem, w sposobie, w jaki falowały jej piersi. Widać było to w kobiecych, okrągłych kształtach. Widać w końcu było w sposobie, w jaki wiązała długie, kręcone, ciemne włosy w luźny warkocz. Była kobietą . Niektórzy rzekliby, iż nawet ładną. Inni, że miłą. Ale zdecydowanie nie rzekliby tego ci, którzy mieli okazje grać wkurzonej Adriannie nad uchem, w ciepły letni dzień. Wojowniczka zaczęła rozglądać się za jakimś kamieniem. Celnie rzucony kamień miał w wypadku Rolanda większą moc niż słowa. Obróciła się w poszukiwaniu pocisku i zamarła wpatrując się w drogę.
- On nadal za nami idzie... - powiedziała i jej towarzysze obrócili się momentalnie. Zapadła cisza... Istotnie na drodze stał człowiek. Przynajmniej wyglądał na człowieka. Miał ręce nogi i głowę na miejscu. Nawet z tej odległości widać było, że był dziwnie blady i potargany. Odziany w łachmany patrzył nieobecnym wzrokiem w stronę bohaterów. Jakby w niemym wyczekiwaniu. Wiatr zawiał i chmury przysłoniły na chwile słońce. Zimny dreszcz przeszył Adriannę.
- Dziwny ten włóczęga. Idzie, nic nie chce, nic nie mówi. Ty weź mu coś powiedz Arden.
- Mówiliśmy ci, żebyś za nami nie łaził ! Ogłuchłeś, czy jak ?? - wrzasnął facet zwany Ardenem, ale jakoś tak bez przekonania. Być może dlatego, że wołał już tak do włóczęgi parę razy wcześniej. - Wracaj skąd przyszedłeś!! Już !
Wędrowiec przekrzywił lekko głowę i nadal patrzał zamglonym wzrokiem na podróżników. Wiatr targał jego łachmanami, czochrał brudne włosy. Podkrążone oczy, na kredowo białej twarzy, ani nie mrugnęły. Nie drgnął ani jeden mięsień. Seen widział już takie rzeczy. Był magiem. Zdolnym magiem... no może nie bardzo pracowitym i wykształconym, ale na tyle, by domyślać się, że nie ściga ich żaden śmiertelnik. To mógł wyczuć nawet bez magii.
- Bogowie jak on śmierdzi ... - wciągnął powietrze nosem i skrzywił się z niesmakiem - Jak zwłoki, rozkładające się ciało...
Trzy pary oczu zwróciły się na niego z lekką podejrzliwością
- Co? - oburzył się mag - Znowu zaczynacie ?
- Więc twierdzisz Seen ...- zaczęła Adrianna -... że nigdy nie byłeś nekromantą ? Nawet na studiach ? Ani przez mały, tyci momencik swej praktyki nie pociągały cię trupy, rozkład, wiesz takie rzeczy...
Seen Posesstin podróżował z nimi już jakiś czas, tak długo jak Roland, jednak miał wciąż wrażenie, że mu nie ufają. Wciąż, nie wiedzieć czemu, podejrzewali go o konszachty z mroczną magią. Bali się jej jak wszyscy, to zrozumiałe, jednak w jego wypadku było to zupełnie nieuzasadnione. Owszem był chudy i wysoki, owszem miał długie, ciemne włosy, idealnie proste i błyszczące niezależnie od pogody. Owszem ubierał się w gustowne czernie i granaty. Miał długą, starannie przystrzyżoną bródkę i rzadko się uśmiechał. Kiedy już zaś to robił, jego uśmiech wyglądał jak grymas sardoniczny... Owszem miał...no dobra, może i wyglądał jak podręcznikowy nekromanta, ale nigdy, przenigdy nie miał z tą sztuką nic wspólnego i nie dał podstaw, by sądzić inaczej. Niemniej jednak przy każdej możliwej okazji trzy pary oczu gapiły się na niego z sadystyczną przyjemnością, i wciąż słyszał niedwuznaczne teksty. Poczucie humoru było dla Seena czystą abstrakcją, jeśli w grę wchodziła jego osoba.
- Przestańcie wreszcie ! - prychnął nerwowym śmiechem. - A ten obdartus naprawdę śmierdzi jak trup...
- Ja nic nie czuje - znacząco wywrócił oczami Arden.
- Ja też nie - dodał Roland i trzy pary oczu znów spojrzały na nieszczęsnego maga.
- Idzie z nami od samego Rhynu - zmienił temat Seen - Przecież w końcu się znudzi.
-Chodźmy już...
I poszli.
***
Słońce miało się już ku zachodowi. Pomarańczowa kula chowała się leniwie za pasmo drzew. Kurz powoli opadał z rozpalonej żarem drogi. Ptaki ucichły zmęczone. Przyroda zamarła w oczekiwaniu na nadejście wieczora. Miarowe kroki wędrowców wystukiwały marszowy, acz trochę leniwy takt na trakcie. Raz po raz towarzyszył im dźwięk upadającego kamienia - rzucał je Roland, co chwila schylając się po kolejne.
- Punkt dla włóczęgi. Zapomniał o flecie. - spojrzała na towarzyszy Adrianna.
- Wlecze się i milczy... czego on może chcieć ?? - Seen starał się nie obracać. Wtedy smród stawał się jeszcze bardziej nieznośny.
- Może ma po drodze - rzucił Arden wesoło uchylając rondo kapelusza i mrużąc, i tak już zawsze wyglądające, jak zmrużone niebieskie oczy. Mało co było w stanie wytrącić go z równowagi. Nie na darmo Ardena Batiste sławiono w pieśniach, jako najlepszego szermierza Nokturnu. Mało kto wiedział, że większość tych pieśni wymyślił sam Arden - był bowiem równie zdolnym pieśniarzem, co wojownikiem. Ktoś kto ubierał się tak, jak on, musiał umieć o siebie zadbać, chyba że chciał skończyć jako pośmiewisko. Szerokie kapelusze z piórem. Haftowane, długie kaftany i koszule z szerokimi rękawami. Długie, skórzane buty do kolan i czerwona kokarda, którą związywał w kitkę jasne, proste włosy. Choć normalnie pierwszy lepszy zbir rzuciłby się na tak wyglądającego fircyka, choćby dla samej zabawy, rapier przy pasie dawał im do myślenia. I nie był on tylko ozdobą. Wąsy i brodę Arden nosił zawsze starannie przystrzyżone i nawoskowane, często bowiem w stanie zadumy zwykł podkręcać wąsa, a ten stan zdarzał mu się nadzwyczaj często. Szczególnie, gdy wędrował, właściwie bez konkretnego celu i zmartwień, polną drogą, a ostatnie promienie słońca oświetlały jego twarz. Co tam włóczęga... A niech sobie idzie jeśli chce. Przecież to jeszcze nie wróży nic złego.
- I co poszedł sobie? - zapytał Rolanda wyrwawszy się nagle z zadumy.
- Nie, ale jak trafiłem mu w rękę to odpadła...
- Odpadła ?? - Wszyscy stanęli jak wryci gapiąc się na śledzącego ich osobnika. Nadal tam był, mimo że w pewnej odległości. Roland schylił się po kolejną porcje kamieni.
- Odpadła...ale podniósł i doczepił. Poczekamy co będzie jak trafie w głowę... - zamachnął się z pasją.
***
Świerszcze rozcykały się na dobre. Księżyc świecił jasno. Ciepły wiatr od czasu do czasu poruszał trawy. Pod rozległym dębem raźno płonęło ognisko. Czwórka wędrowców nie wyglądała jednak na wesołych. No przynajmniej trójka, bowiem Roland nie zważając na nic próbował zagrać jakąś melodyjkę na flecie. Jego towarzysze, otuleni kocami wpatrywali się w czerń nocy, gdzie w bezpiecznej odległości siedział włóczęga. Jego puste oczy zdawały się przenikać mrok i obserwować drużynę.
- Paskudztwo ! - skrzywiła się Adrianna - Nie będę spać, kiedy to... to coś tam siedzi i się gapi ...
- Czyżby cię strach obleciał ?? - uśmiechnął się złośliwie Arden.
- Nie, wcale nie...Ale to...TO nie jest normalne...
Mag odchrząknął i potrząsnął głową nie przestając obserwować prześladowcy.
- Nie no, dlaczego ? - przybrał bezwiednie rzeczowy ton - Zombie, ghoule, potępieńcy - nauka zna wiele takich istot. Nie mówcie, że jako doświadczeni poszukiwacze przygód, nigdy nie natknęliście się na ożywieńca. Każdy szanujący się mag potrafi animować zwłoki...
Flet ucichł i Seen znowu poczuł trzy pary oczu na swoich plecach.
- Oczywiście nie znaczy, że to robi. - dodał żarliwie - Większości nie interesują takie praktyki. Złe. Godne potępienia praktyki. Naganne... - podkreślił to słowo - To jak to z wami? Nigdy ?
Arden ściągnął kapelusz i podrapał się po głowie z zakłopotaniem.
- Łeno ba... Oczywistym jest, że tak ! - odparł - Ale jakby to rzec... tamte zachowywały się nieco inaczej. Tak specyficznie. Nie łaziły za tobą w milczeniu tylko tak wiesz...
- Przeważnie rzucały się na ciebie z wrzaskiem gdy tylko stanąłeś na ich drodze i próbowały rozszarpać ci gardło... - Adrianna przerwała mu beznamiętnie.
- O ! Tak było w istocie ! - Ucieszył się szermierz. Często trudno było mu znaleźć właściwe słowa, by wyrazić to co chciał . Mówił o czymś i mówił, godzinę lub dwie, a matoły, z którymi rozmawiał, nadal prosiły kogoś innego o wyjaśnienia.
- No to w czym problem ?! - wrócił do tematu Seen - Idźcie tam dzielni wojownicy i ukróćcie nieszczęsne męki tego nieszczęśnika...
Zapadło krępujące milczenie. Adrianna i Arden spojrzeli po sobie.
- Tylko widzisz. Jest tu pewien problem natury moralnej...
- A mianowicie?
- A mianowicie, że on nic nie zrobił. Nie zabiję człowieka... choćby i martwego za to tylko, że za mną chodzi...
- Arden ... - mag spojrzał mu w oczy z konsternacją - On śmierdzi !!! A poza tym już nie żyje!
- No właśnie ! - wyparował z ulgą szermierz - Skoro nie żyje, to i tak nie da się go zabić ! W końcu to nieumarły, nie?
- To jak, rozwalaliście te, z którymi walczyliście ?? - zapytał nagle Roland.
Adrianna oderwała wzrok od włóczęgi i spojrzała na Seena z posępnym uśmiechem. Nachyliła się nad ogniskiem i jej twarz przybrała upiorny wyraz.
- Przeważnie - wyszeptała do Maga złowrogo - był z nimi ten mag co je przywołał. Taki całkiem śmiertelny...
Dźwięk fletu zmącił cisze nocy...
***
Przez porośnięte rzadką trawą pustkowia biegła droga. Mało kto nią chodził. Wiatr rozgarniał tu kurz, gnając po niebie szare chmury. Zbierało się na deszcz. Szum wiatru wzmagał się z minuty na minutę, ale nawet on nie był w stanie zagłuszyć przeraźliwego dźwięku fletu, który rozbrzmiewał ochoczo mimo pogody.
- Rolandzie ! Jeśli natychmiast nie odłożysz tego fletu będziemy mieć tu dwa trupy...
Głos Adrianny wyłonił się z kurzawy, nim zrobiły to sylwetki czwórki wędrowców... i ich prześladowcy. Cisza jak burza zawisła w powietrzu. Maszerowali z lekkim znużeniem. Wiatr targał kapeluszem Ardena i tylko włosy Seena, jak zwykle pozostawały w nieskazitelnym porządku. Ich krok stracił lekkość, a pięści Adrianny zaciskały się nerwowo w oczekiwaniu na ostatnią krople, która przelała by czarę goryczy. Wiedziała, że zaraz to nastąpi. Roland nie potrafił zbyt długo siedzieć cicho. Po chwili, nieśmiało, z bezpiecznej odległości flet odezwał się znowu. Adrianna zatrzymała się i poczerwieniała ze złości.
- Koniec! Stop ! Nie zdzierżę ! - wybuchła w końcu - Próbowaliśmy już wszystkiego ! Wiązaliśmy go do drzewa, próbowaliśmy zgubić, sprzedać, zniszczyć i NIC ! To nadal za nami idzie !! Nawet ignorowanie go nie pomaga !!
- A kogo ? - Seen rozejrzał się wokoło z udanym zdziwieniem.
- Widzisz tam kogoś Adrianno ?? - Arden przysłonił oczy od kurzu i spojrzał w stronę śledzącej ich postaci. - Ja nie. O czym ona mówi Rolandzie ??
Wzruszył ramionami z wyraźnym rozbawieniem i spojrzał na Adriannę. Dziewczynie jednak nie było do śmiechu. Z okrzykiem tłumionej wściekłości kopnęła najbliżej niej stojącego Ardena w kostkę.
- Aua ! Za co ?! - podskoczył szermierz łapiąc się za bolące miejsce. - Wredne babsko !!
- TY ! - obróciła się w stronę Seena tak, że niebieskie wstążki w jej warkoczu zafurkotały na wietrze - Ty tu jesteś magiem !! Ty weź coś zrób ! Zrób coś z tym zombie, już !
- Ależ Adrianno... - triumfalnie podniósł brwi mag z ironicznym uśmiechem. - Ponoć praktyki nekromanckie są odrażające. Złe. Nieczyste. - podkreślił ostatnie słowo dobitnie.
- Ja osobiście nie mam z nimi nic wspólnego. Jestem porządnym, zwykłym magiem...
- Jeden pies ! - przerwała mu. Nie była w nastroju do pogawędki - Jesteś magiem, od tego z nami łazisz, żeby rozwiązywać takie sprawy !
- O przepraszam, chciałem przypomnieć, że znalazłem się w szacownym gronie w wyniku kilku nieszczęśliwych wypadków...
- Sam jesteś wypadek ! Niby taki mag, a nie potrafi umarlaka odesłać !!
Seen Posesstin nie cierpiał słowa „nie potrafi” - szczególnie w odniesieniu do jego osoby. Poczerwieniał na twarzy i jego szare oczy zapłonęły lekko metalicznie.
- O przepraszam ! Tego to ja nie mówiłem! Jasne, że potrafię odesłać umarlaka !! - trzy pary oczu spojrzały na niego z uwagą. Zmieszał się nieco - To znaczy nie, że wiem tak z racji profesji, czy coś... Ale znam pewien... hmmm... ludowy sposób !
Triumfalnie wyciągnął w górę palec.
***
Księżyc w pełni świecił prawie tak jasno jak słońce, oświetlając rozstaje srebrnym blaskiem. Rosochate wierzby wyciągały do niego swoje palczaste konary. Z ich przepastnych, czarnych dziupli coś zdawało się obserwować wędrowców. Nie było to nic nowego. Obserwowani czuli się już od ponad tygodnia, a ich obserwator mimo licznych wysiłków nadal trwał na stanowisku, teraz bezpiecznie schowany za przydrożnym kamieniem. Pogoda nie była dla niego łaskawa. Włosy pokrył kurz, ubranie też. Zapach rozkładającego się ciała stał się nawet bardziej wyraźny, co dla wrażliwego nosa Seena było prawdziwą udręką. Zapach ogniska czynił jednak tą torturę bardziej znośną. Siedzieli przy ogniu wpatrując się w płonące polana. Rozstaje zawsze były miejscem specjalnym dla magów, i dla wędrowców. Przebywanie na nich napawało ich pewnym niepokojem.
- Dziwna cisza... - mruknęła Adrianna przerywając milczenie - a gdzie Roland ?
Rozejrzeli się wokoło. Panował spokój, ale ich towarzysza nie było widać.
- Gdzieś polazł, jak to on . - Arden skubnął nerwowo brodę. Spojrzał znad ognia na Seena. Tez wydawał się spięty - Ty jesteś pewien, że on zniknie ?
- Powinien. - odparł mag - Pamiętam wyraźnie stare porzekadło \" Jeśli zjawę, jaką czy umarlaka odegnać pragniesz, idź z nim na rozstaje, gdy miesiączek w pełni i noc spokojnie przeczekaj... \"
- A to nie było coś z diabłem i duszą ?? - zastanowiła się Adrianna.
- Nie ...Nie ! - zniecierpliwił się - Na pewno z umarlakiem, przecież pamiętam ! Wystarczy do rana poczekać i już...
Arden i Adrianna spojrzeli na siebie i wzruszyli ramionami. Zapadła pełna skupienia cisza. Nawet iskry zdawały się strzelać bezgłośnie. Z napięciem obserwowali umarlaka. Tylko czekać i już...
***
Ranek był chłodny. Słońce dopiero wschodziło ogrzewając Adriannę pierwszymi promieniami i rozwiewając wszelką jej nadzieje. Arden pochrapywał z cicha, Seen zwinął się w kłębek pod kocem. Ogień dogasał. Tylko Roland siedział pod wierzbą grając na fujarce. Tym razem melodia płynęła sprawnie, a jego palce przebierały po instrumencie z niesamowitą sprawnością. Nawet ptaki umilkły i słuchały tego koncertu, czego Adrianna jednak nie zauważała. Jej uwaga bowiem skupiona była na siedzącym nieopodal, jak gdyby nigdy nic umarlakiem. Nie zniknął, ale gdyby wzrok Adrianny mógł zabijać, to na pewno padł by trupem . Choć w jego wypadku zbyt dużo by to nie dało, miałaby choć satysfakcję. Arden przeciągnął się z wolna i spojrzał w wiadomym kierunku. Westchnął z rezygnacją i szturchnął Seena. Zmierzył go krytycznym wzrokiem, ale mag tylko wzruszył ramionami. Nie znał już więcej sposobów na odpędzenie umarlaka. Zapadła martwa cisza. Sytuacja zaczynała być naprawdę nieznośna.
- Nie wiem jak wy - Roland wstał znienacka z podejrzanie zadowoloną miną - Ale ja muszę coś zrobić...
Uśmiechnął się , podszedł do najbliższej wierzby i rozwiązał rozporek spodni.
- No nie ! Roland wziął byś gdzieś dalej !! - przewrócił oczyma Arden i skrzywił się z niesmakiem - Toż to się nie godzi !
Chłopak zignorował go jednak. Zajrzał do dziupli ciekawie i z pełnym zadowoleniem podjął się realizacji swojego planu. Po chwili dało się słyszeć charakterystyczny odgłos spadającej cieczy. Roland zdecydowanie należał do ludzi, których ciężko wyprowadzić z równowagi. Czego nie dało się powiedzieć o osobach przebywających w jego obecności. Możliwość zaspokojenia podstawowych potrzeby fizjologicznych, spania i jedzenia w pełni wystarczała mu do szczęścia. Wszystko inne zaś traktował jak rozrywkę. To że nigdy nic złego mu się nie przydarzało Adrianna traktowała jako specyficzny talent magiczny, odziedziczony najwyraźniej po babci wiedźmie. Roland zdecydowanie należał do ludzi, którzy nawet na pustych rozdrożach, na końcu świata potrafili zrobić coś niestosownego....
- To już szczyt wszystkiego ! - rozległ się skrzekliwy głos z głębi dziupli - Szczyt wszystkiego!!
Kudłaty , rogaty łeb wyskoczył z drzewa i odepchnął z całej siły zdezorientowanego Rolanda. Chłopak ledwie zawiązał spodnie i patrzył osłupiały na niewielką istotę podskakującą wokoło niego z furią. Osobnik miał kudłatą głowę - prawie tak samo skołtunioną jak i on, długą zieloną kozią brodę i takież kozie nóżki. Pachniał nieszczególnie, ale z uwagi na postępek Rolanda było to zrozumiałe. Biegał dookoła nieszczęśnika wrzeszcząc przekleństwa i krzywiąc się przeraźliwie.
- Żeby pod moim drzewem, obdartusy jakieś !! Pod moim !! Moim własnym ! Cała noc siedzą, a nad ranem jeszcze to ! Szczyt wszystkiego ! Szczyt ! Oby ci przyrodzenie uschło, sieroto jedna ! Oby ci żyć spuchła !!
Stwór obrócił się z furia i spojrzał na osłupiałych podróżników, obserwujących całe zdarzenie. Nie wyglądał groźnie, choć bardzo się starał.
- A wy co się gapicie ? - skrzekliwie wrzasnął - Czego tu sterczą ? Domu nie mają ??
Arden zamrugał oczami.
- My tu przyszliśmy, że tak się wyrażę, odprawiać umarlaka...
- A to nie to porzekadło ! Na umarlaka to trza przez bród łazić ! Tu są rozdroża łamagi!
Adrianna spojrzała na Seena i prychnęła z pogardą. Mag skrzywił się mściwie i podrapał po głowie:
- Bród ? Nie słyszałem... To co niby z tym brodem ??
- A co to ja u licha , informacja jestem ? - piekliło się nadal licho - Wasz umarlak, to zabierać się stąd ! Śmierci się pytajcie, czemu go zabrać nie chce !!
Seen podniósł brwi ze zdziwieniem.
- Śmierci powiadasz? A gdzie ona chadza ??
- Tam jej pola się ciągną . Tam ona łazi w południe, plonu dogląda. A teraz jazda mi stąd z tym denatem, bo rogami pobodę!!
Nastawił się bojowo. Dosięgał Rolandowi zaledwie do połowy. Wystarczająco - stwierdził, by stanowić spore zagrożenie.
***
Pola rozciągały się aż po horyzont. Niebieskie niebo zdawało się z nimi stykać. Ciężkie, złote kłosy wyginały się w rytm delikatnego wiatru. Ich szum zdawał się pulsować. Słońce wznosiło się coraz wyżej i wyżej. Podróżnicy czekali cierpliwie. Adrianna przeżuwała kłos, bezmyślnie gapiąc się przed siebie. Roland latał jak szalony pomiędzy zbożem, zataczając coraz większe kręgi. Czekali cierpliwie... Czekali. Czekali...
- Ktoś chyba wywiódł nas w pole... - Mruknęła w końcu dziewczyna ocierając z czoła kropelki potu. Arden rozejrzał się i zmrużył w uśmiechu niebieskie oczy.
- Nie da się ukryć...
Roześmiali się wszyscy słabo. Słońce stanęło w zenicie. Czekali już pół dnia.
- Hej ! Zobaczcie co zrobiłem !! - wrzasnął Roland.
- Tak Rolandzie, bardzo ładne kręgi tylko kto to będzie oglądał... - Adrianna spojrzała sceptycznie na rozciągające się na polu sporej wielkości, symetryczne wzory w kształcie okręgów. Seen podniósł się zniecierpliwiony. Czerń i granat może były praktyczne, ale nie do siedzenia na polu, w pełnym słońcu, w samo południe.
- To na nic. - rzucił zrezygnowany - Nikogo tu nie ma ! To zwykłe pola i tyle ! Kozioł nas okłamał wracajmy !
- Taaa...
Adriannie było wszystko jedno. Podnieśli się leniwie i wyszli z pola na drogę . Po chwili zborze zaczęło falować i wyłonił się z niego umarlak, cierpliwie podążając za nimi. Adrianna przegryzła kłos zboża i wyrzuciła go pod nogi. Znikli za zakrętem. Z przełamanej łodygi powoli zaczęła sączyć się stróżka krwi. Pole zaszumiało głośnej. Ciężkie kłosy zakołysały się ....
***
Poszukiwacze przygód nie byli bezlitośni. Byli sympatyczni, zabawni. Potrafili być wielkoduszni , niektórych z nich nazwać można by nawet dobrymi ludźmi. Nigdy jednak, gdy chodziło o własny interes. Taki fach. Albo potrafisz być bezwzględny, gdy trzeba stosować przemoc, albo ktoś bezwzględnie tą przemoc zastosuje na tobie.
- No cóż , szkoda drzewka . Wierzba rosochata - mało już takich zostało...
Arden przymierzył się z rapierem na wierzbę. Pogładził ostrą klingę. I zamachnął złowrogo.
- Nieeee !! - wrzasnął z dziupli koziogłowy stwór - Nie, proszę ! Czego chcą ?! Powiedziałem prawdę , to pola śmierci , nie wiem czemu jej tam nie było. Nie wiem, gdzie ona chadza - spojrzał błagalnie w wiecznie zmrużone, niebieskie oczy Ardena - Ostawcie, proszę !!
Szermierz skrzywił się niecierpliwie.
- Szkoda...naprawdę szkoda... - mruknął pod wąsem i podniósł rapier.
- Wstrzymaj się !! Przestań !! Ja wiem ! - rzucił się na niego rogacz. Poszukiwacze przygód spojrzeli na niego z zainteresowaniem – Wiem, kto wiedzieć może!! Kogo zapytać!! On wie wszystko, wszystko i o niej wiedzieć będzie ...
- Słuchamy , słuchamy... - podkręcił wąsa Arden. Zastraszenie w jego wypadku zawsze odnosiło lepsze skutki niż długa, rzeczowa rozmowa. Choć Adrianna złośliwie twierdziła, że rozmowa z Ardenem, była znacznie bardziej okrutnym rozwiązaniem. Licho odetchnęło z ulgą .
- Wiatr... - powiedział cicho. - Wiatr północny, fleciarz północy co pieśni w koronach drzew gwiżdże. On będzie wiedział jego pytajcie...
***
Strumyk spływał po śliskich kamykach. Las był cienisty i trochę podmokły, ale polanę, na którą przybyli oświetlało słońce. Otaczał ją krąg niewielkich brzózek.
- Fletniarz zielony, wiatr północy. Kto im wymyśla takie durne przydomki...
Mruknęła pod nosem Adrianna. Rozejrzeli się wokoło. Przybyli na miejsce, ale rzeczonego osobnika nigdzie widać nie było.
- Hop, hop ...wietrze północny !! - Seen zawołał nieśmiało - Gdzie jesteś?!! Mamy pytanie!
Zapadła cisza. Nad zombie wesoło brzęczały muchy. Zebrało się ich już tak dużo, że nawet z tej odległości dało się je słyszeć. Arden westchnął zniecierpliwiony.
- Typowe! Znowu czekanie. Myślałby kto, że życie poszukiwacza przygód to same przygody, walki i napięcie... Jak mu się nie znudzi tak za nami łazić ?
Spojrzał na umarlaka, który z niezmiennie obojętnie zadowoloną miną gapił się w nich maślanym wzrokiem.
- Mi tam by się znudziło... - Roland wyciągnął flet, ale Adrianna zmroziła go wzrokiem , wiec/więc zaniechał tego procederu.
- On jest martwy. Martwi nic nie czują. - zamyślił się Seen - Choćby ożywieńcy... Wiecie, że pomimo wielu prób nie udało się stworzyć ożywieńca, który miałby jakiekolwiek uczucia?
Trzy pary oczu spojrzały na niego z uwagą.
- To znaczy, tak przynajmniej słyszałem... czytałem... Obiło mi się gdzieś o uszy, nie ...
Odchrząknął nerwowo. Zapadła cisza. Strumyk szumiał wesoło. Muchy brzęczały.
***
Słońce chyliło się już ku zachodowi. Bohaterowie rozłożyli się na miękkim mchu i zapadli w drzemkę. Płynąca woda i śpiew ptaków, po całym dniu siedzenia na słońcu, potrafił zdziałać cuda dla niespokojnego umysłu. No może nie dla każdego... Roland spojrzał na Adriannę. Spała. Ziewnął prezentując cały garnitur uzębienia, przeciągnął się i wyjął flet. Pomyślał chwilę i zaczął grać spokojną, jednostajną melodię. Po chwili wiatr wzmógł się dziwnie. Srebrne liście brzóz poruszyły się niespokojnie i dał się słyszeć cichutki akompaniament drugiego fletu zza drzew. Melodia na dwa flety płynęła spokojnie i leniwie...
- Słyszycie ? - Seen zerwał się z drzemki. Roland schował instrument patrząc niewinnie na zbudzonych towarzyszy. Wszyscy zastygli w milczeniu nadsłuchując. Ale usłyszeli jedynie szum strumyka i brzęczenie much...
- Nic nie słyszę... - przymknął z powrotem oczy Arden i nasunął kapelusz na twarz - Może to twoje myśli Seen. Nie bój się, myślenie to normalny proces, przyzwyczaisz się do tego dźwięku...
Seen obdarzył go najbardziej niemiłym wyrazem twarzy, jaki mógł wymyślić . Ale istotnie panowała cisza. Po chwili znużeni podróżnicy powrócili do drzemki. Na to tylko czekał Roland.
Melodia popłynęła znowu i tak jak poprzednio, ktoś zza drzew zdawał mu się akompaniować. Druga linia stawała się coraz bardziej wyraźna. Wiatr wzmagał się coraz bardziej. Seen otworzył jedno oko.
- Aha ! Nie mówiłem ! - Zaskoczył Rolanda nim ten zdołał schować flet, ale choć chłopak nie grał, dźwięki były nadal słyszalne. Po chwili jednak ucichły i wiatr ustał. Podróżnicy spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.
- Nie sądziłem że kiedykolwiek o to poproszę... - zastanowił się Seen - Ale graj Rolandzie, nie przestawaj !
Chłopak spojrzał triumfalnie na Adriannę i zaczął koncert. Muzyka płynęła lekko i sprawnie. Dźwięki obu fletów delikatnie splatały się w przeróżnych konfiguracjach. Roland przymknął oczy w skupieniu . Reszta słuchała zadziwiona i obserwowała polanę. Wiatr wzmagał się w rytm muzyki. Srebrne liście brzóz powiewały błyszcząc. Seen pociągnął nosem. Czuł magię. Zdecydowanie. Roland przestał grać . Skończył i spojrzał na Adriannę. Dziewczyna spoglądała na niego z szeroko otwartymi ustami i głupawą miną. Uśmiechnął się diabelsko i poruszył znacząco brwiami.
- Imponujące... - wiatr ustał i zza jednego z drzew dało się słyszeć oklaski. Spojrzeli w tę stronę, ale nikogo nie zobaczyli.
- Kto dotrzymuje kroku Zielonemu Fletniarzowi , wysłuchany być musi - rozległo się z drugiej strony polany, ale znów nim się obejrzeli rozmówca zniknął. Zielony kubrak mignął im za plecami, z jednego boku, z drugiego, za jednym drzewem, za drugim, aż w końcu sam Zielony Fletniarz pojawił się przed nimi. Miał zieloną skórę, jasne włosy, pociągłą twarz. Bardzo jasne oczy patrzyły uważnie. Nienaturalnie długie nogi odziane w zielone rajtuzy wyciągnął przed siebie. Popatrzył na Rolanda podejrzliwie i pogroził mu długim zielonym palcem.
- Całkiem nieźle... ALE ! Węszę w tym podstęp...
Chłopak zaczerwienił się tajemniczo. Seen zdziwił się i pociągnął nosem...
- To nie podstęp to nasz zombie...
Odparł krzywiąc się. Ale wiatr północny tylko się roześmiał. Popatrzył na przybyłych i podparł się pod brodę.
- Siedzą sobie... grają.....Wiatr wzywają. Nie dla przyjemności się to robi, oj nie, nie... Czego chcecie? Mówcie zaraz ! Po co z umarlakiem łażą ? Czego szukają ?!
Mag zastanowił się . Właściwe i treściwe sformułowanie tego, o co im chodzi, mogłoby zabrać całe popołudnie.
- Właściwie to ... Śmierci. - wyparował w końcu. Wiatr północny zdziwił się bezgranicznie.
- Śmierci chcecie ? Zły adres. Ja nie z takich... - potrząsnął głową - Trza wam smoka ! Behemota ! Lwa piekielnego ! Trucizny jakowej... choć niektórym z was zapewne wystarczy po prostu wyjść z domu...
Dodał po chwili spoglądając na bohaterów.
- Ale my nie po to!- zniecierpliwił się Seen - Szukamy śmierci, by z nią pogadać. Zdaje się zapominać o swych powinnościach - wskazał dobitnie na zombie. Umarlak podniósł rękę w półświadomym geście powitania - . Co nam niestety nie daje spokoju. Przychodzimy, by zabrała sobie to co do niej należy. Ponoć ty wiedzieć możesz, gdzie jej szukać...
Wiatr spojrzał na nich zakłopotany.
- Znaleźć Śmierć rzecz niełatwa. Nie zachodzi już na swe pola. Żniw nie dogląda. - zawiesił głos. Wyglądali na całkiem zdesperowanych. - Bywam tam i tu. Słyszę wszystko, widzę wszystko , jestem wszędzie... widziałem Śmierć cztery dni temu, nie dalej... Potem nie. Już nie. Więcej nie.
- Nie rozumiem . - Seen zmrużył szare oczy - To co się z nią stało ?
- Jeden z was. Z podobnych tobie. Taki jak ty ją zniewolił - przybrał zagadkowy ton. Drzewa poruszyły się niespokojnie. Lodowaty podmuch przeszył podróżników - Przejrzał ścieżki, odkrył zaklęcia. Poznał słowa śmierci. Teraz nie umrze. A czas jego nadszedł, a ona czeka ... Myśliwy - cierpliwy. Czekać będzie, póki przeznaczenie się nie dokona. Póki to nie nastąpi, zmarli nie dostąpią spoczynku. A ona za nim krok w krok chodzić będzie...
- Uparte te baby , niema co... - Arden spojrzał z przekąsem na Adriannę. Wojowniczka prychnęła pogardliwie i rzuciła od niechcenia :
- Ja tam jej chętnie pomogę. Tylko gdzie szukać tego maga ?
- Sprytny on. Niegłupi. Ukrył się zawczasu z dala od ludzi. By oczy zawistne, trujące mikstury czy ostrza zdradliwe go nie dościgły. W kniei się zaszył, a śmierć za nim, jak cień stąpa. Szukajcie jej, a nie znajdziecie. Ona sama was przywoła...
Wiatr zawiał z mocą zrzucając Ardenowi kapelusz i rozwiewając włosy. Drzewa zaszumiały złowrogo. Postać znikła.
***
Słońce zachodziło. Pomarańczowy blask przedzierał się przez drzewa. Kurz na leśnej drodze, którą szli, wznosił się i opadał. Roland pogrywał na flecie, ale jakoś nikt go już nie uciszał. Zrezygnowani bohaterowie szli bez konkretnego celu. Adrianna kopała z pasją jakąś szyszkę. Życie poszukiwacza przygód potrafiło być zaskakująco nudne.
Nagle z pobliskiej kępy krzaków wypadł jakiś wyrostek. Z dzikim wrzaskiem rzucił się na Seena i zaczął okładać go pięściami. Zaskoczony mag upadł na ziemie. Chłopak skoczył na niego z furią nie przestając go bić.
- Co się tak gapicie ?! - wrzasnął Seen do osłupiałych towarzyszy. Lecz nikt nie zareagował - Ratunku ! Pomocy! Odczep się szczeniaku !! Zabierzcie go, zabierzcie !!
Jakkolwiek żadne z nich nie należało do tchórzy, postępowanie z agresywnym dziesięciolatkiem wykraczało dalece poza kompetencje wojownika. Potrafiła to robić tylko jedna, elitarna grupa zwana w Nokturnie – nianiami, ale niewiele niań pozostało jeszcze przy życiu, po wyżu demograficznym, nastałym po wielkim ładzie. W końcu kopniakiem Seenowi udało się wyswobodzić. Odruchowo rozpostarł palce i zamierzył się do rzucenia czaru.
- Siedź, gdzie leżysz, albo już nie wstaniesz ! - wysapał ciężko - Gadaj kto ty ?!
Dzieciak zakrył się dłońmi w geście obronnym, spojrzał na maga i jakby zdawszy sobie sprawę z pomyłki zalał się łzami.
- Odpuście panie! Oszczędźcie biednego! Przypadkiem was wziąłem za kogo innego! Za mych nieszczęść sprawce! Ojca mego oprawce!
- Co? - zmarszczył czoło Seen - Gadaj jaśniej ... I przestań wierszować!!
Chłopak uspokoił się nieco, wytarł nos i spojrzał na zebranych.
- Ojciec mój szanowny panie, zabrał mnie na polowanie. Uciekł nam i lis i zając, jego tropem podążając poszlim w knieje, spiesząc kroku, błądziliśmy aż do zmroku. Kiedy dzień się w nockę zmienia, przyszło szukać nam schronienia. Jeszcze trochę zaszlim zatem, odnaleźlim jakąś chatę. Zapukałem razem z tatom, a tu mag wyleciał na to. Odżegnując z czci i wiary, zaczął rzucać straszne czary. Nie dał mówić ani słowa, krzyczał, że nas tu pochowa, że przybylim tu pewnikiem, by go zmieszać z obornikiem. By ukrócić mu żywota, i ze próżna to robota. Po czym rzucił coś takiego, co zabiło tatę mego. Ja się jakoś uchowałem, ale nogi za pas brałem. Z szoku teraz, jak się zdaje mówić wierszem nie przestaje...
- Boże to okropne ... - zamrugał oczami Seen z niedowierzaniem - Już do końca życia będzie mówił wierszem.
Towarzysze spojrzeli na niego ze zrozumieniem. Arden podrapał się w głowę.
- \"Ona sama was przywoła...\" - prychnął z pogardą wspominając słowa Wiatru Północnego - jakież to banalne...aż się wierzyć nie chce. Gdzie to było zatem synku ?
- Tam za górką , tam za gajem , jeszcze dalej dróg rozstaje. Potem sosna rozwalona - dalej mag ten - niechaj skona!
Splunął malec z pogardą.
- No to pięknie !- Seen otrzepał się z kurzu i spojrzał na chłopca. - Dziękujemy ładnie tobie, teraz idź do domu sobie.
Zrymował zadowolony z siebie. Ruszyli ochoczo we wskazanym kierunku. Rozwiązanie sprawy wydawało się być całkiem blisko. Zombie minął zdezorientowanego chłopaka i podążył za bohaterami. Dzieciak oprzytomniał :
- Ależ ruszam z wami zatem ! Muszę przecież pomścić tatę ! - zawołał biegnąc co sił w nogach w ich ślady. Seen obrócił się szykując dosadną rymowaną odpowiedź.
- Wybij sobie zemstę z głowy, przecież... - zastanowił się chwilę - przecież ... A spieprzaj smarkaczu do matki, bo cię umarlakiem poszczuje!!
***
Pędzel zamoczył się w fiolce. Czarny płyn nasączył włosie i skapnął do buteleczki. Nie mógł uronić ani kropli drogocennego naparu. Każda bowiem mogła oznaczać sekundę, minutę a może nawet godzinę jego życia. Życia na kredyt. Postarzał się, owszem. Ciemne włosy rozrzucone w nieładzie przeplatała siwizna. Cienie pod oczami znacznie się pogłębiły, rysy wyostrzyły. Nie przypominał już tego czarodzieja, który ponad 50 lat temu odkrył sekret samej śmierci. Oczy spoglądały nerwowo, na ustach majaczył uśmiech. Obserwowała go. Dobrze wiedział. Dlatego musiał pokryć zaklęciem każdą część swego ciała. Każdą wolną przestrzeń swej skóry. Zamaszystym ruchem skończył kreślić ostatnie słowo na kciuku lewej ręki. Jego ciało, twarz, szyję, ręce pokrywały napisy. Magiczne runy sporządzone eliksirem. Była to jedyna rzecz, jaka trzymała go teraz przy życiu. Bowiem teoretycznie już nie żył. On to wiedział. Wiedziała i ona, spoglądając spod powały małego myśliwskiego domku, w którym się zaszył.
- Nie znudzi ci się Jakubie ?
Jej słodki głos zaświdrował mu w głowie. Musiał przyznać że był bardzo kuszący, lecz on słyszał już go wiele razy. Nauczył się go ignorować. Zacisnął zęby. Odłożył pędzel i starannie zakręcił buteleczkę z magicznym inkaustem.
- Mam cały czas świata...mogę czekać. - nawet się nie odwracał - Mi się nigdy nie znudzi...
- Ukryłeś się. Nie śpisz. - głos odezwał się ponownie. - Boisz się, że ktoś przyjdzie , ktoś inny niż ja i mnie wyręczy. Siedzisz tu jak zaszczute zwierze, łapiąc zachłannie każdą chwilkę. Czy warto ??
Wahał się tylko chwilkę. Tę kwestię już dobrze przemyślał.
- Warto, warto ... Tyle spraw przede mną, tyle rzeczy niedokończonych, tyle zaklęć nie odkrytych. Przyszłaś nie w porę żniwiarko...
- Ciężko być na czas, przychodząc nie zaproszonym ...
- Jest tylu innych, czemu nie dasz mi spokoju. Nie zapomnisz ...
Obrócił się w jej stronę z żalem. Jej oblicze już nie wzbudzało w nim strachu. Przyzwyczaił się. Siedziała tam, pod dachem i tylko oczy jej świeciły.
- Wszystko ma swoją kolej. Teraz nadeszła twoja. Nie mogę zapomnieć, wiesz o tym -odrzekła z lodowatą stanowczością i niezmiennym spokojem. Czarodziej zacisnął pięść.
- Zatem czekaj ! Póki zaklęcia mnie chronią, możesz tylko to!!
Z mroku, w którym siedziała, wyłonił się trupi uśmiech białych zębisk. Oczy zaświeciły przebiegle. Jakub zamrugał tknięty nagłym przeczuciem. Zerwał się z krzesła.
***
Adrianna myślała, że nie może być rzeczy gorszej, niż być prześladowanym przez trupa. Niby nic nie mówi. Niby trzyma się z daleka. Jednak to ciągłe przeczucie, że gdy się odwrócisz on nadal tam będzie, stawało się z dnia na dzień coraz bardziej nie do zniesienia. Nie było gorszej rzeczy. Tak wydawało jej się do chwili, gdy nie zaczęły śledzić ich dwa trupy. Drugi , odziany w myśliwskie ubranie i całkiem świeży, pojawił się przed chwilą, gdy tylko zbliżyli się do malej chatki na środku polany. Dołączył do poprzedniego i teraz też wpatrywał się w nich z radośnie nieobecnym wyrazem twarzy. Adrianna tylko czekała, by zaczął mówić wierszem.
- A może by tak podłożyć ogień ? - zastanawiał się Seen półgłosem. W chacie paliło się światełko. Księżyc przyświecał przez drzewa, ale i tak niezbyt dobrze widział - Zadzierać z takim magiem jest bardzo nieostrożnie. Nie żebym był gorszy, nie. Ale dawno nie czarowałem.
- Cicho, wyleciał ! - syknął Arden chowając się za krzakiem. Drzwi chaty otworzyły się z impetem i w świetle ujrzeli wychudzoną postać. Jej ciało pokrywały tajemnicze rysunki.
- Łeee to tylko jakiś staruszek ! - prychnął Seen . Spodziewał się, że straszliwy czarodziej wyglądać będzie trochę inaczej niż jego profesorowie na uczelni. Osobnik rozejrzał się wokoło i zaciskając pięści ruszył szybkim krokiem w ich stronę. Wyraz jego twarzy nie był starczy. Nie przypominał już w niczym żadnego z profesorów, nawet najstraszniejszego. Seena wyczuł potężną magię. Oblał go zimny pot.
- Ty on tu idzie ! - prawie wrzasnął - Naprawdę idzie ! Arden zrób coś !!
Kurczowo schwycił szermierza i wpił paznokcie w jego ramię z paniką.
- Ja ? To ty jesteś magiem , weź no przestań się mnie czepiać - odepchnął szamoczącego się maga - ... Spadaj Seen ...
- Niedobrze ! Niedobrze! - Adrianna wyjrzała zza krzaków by ocenić sytuację - Bardzo źle ! Spadamy !
Czmychnęli czym prędzej w las . Roland przez chwilę wahał się, ważąc w ręce spory kamień.
- Łeee tam... - spojrzał za uciekającymi towarzyszami i po chwili zniknął w mroku.
***
Krzaki rozsunęły się. Czarodziej podniósł rękę, by rzucić zaklęcie na siedzące tam postacie, ale zawahał się chwilę. Straszliwy smród rozkładającego się ciała doszedł do jego nozdrzy. Dwa zombie siedziały nieruchomo wpatrując się w niego złowieszczo. Odetchnął z ulgą. Zawsze nie był to nikt żywy. Choć zadziwiało go jak bardzo złowieszczy potrafił być obojętny wyraz twarzy.
- Coraz was więcej co? - spojrzał na trupy - Przychodzicie mnie niepokoić? Że to niby moja wina, co?! Ale ja się tak łatwo nie poddam... możecie sobie sterczeć do woli. A to co ?
Pewien szczegół przykuł jego uwagę. Pochylił się i podniósł niewielki przedmiot. Flet . Powąchał go. Przymknął oczy. Rozejrzał się podejrzliwie wokoło. Uśmiechnął się niby do siebie.
- Mogłem się tego spodziewać... Nie poddajesz się łatwo...
Oczy zabłysnęły mu metalicznie, podobnie jak Seenowi gdy czarował, lecz z większą mocą. Z mroku za nim wyłoniły się wysokie cieniste postacie. Każda dzierżyła miecz.
- Przeszukać las, ktokolwiek tu był : Znajdźcie go ... i zabijcie.... - rozkazał mag, a zastanowiwszy się chwilę dodał. - No przynajmniej pozbawcie dotychczasowego żywota ... Ja poszukam na własną rękę...
***
Księżyc świecił jasno. Świerszcze cykały zawzięcie. Dalej na bagniskach, panny bagienne szeptały cicho swoje opowieści. To jednak nie działo się tutaj. Tutaj bowiem i teraz, łamały się gałęzie, paprocie upadały zdeptane, a drzewa chłonęły wilgotny strach. Pomiędzy drzewami przebiegły znajome postacie. Zatrzymały się zdyszane.
- To był on ?! - Adrianna z trudem łapała oddech.
- A ilu magów może ukrywać się w lesie ? - rzucił Seen - Przyjmując, że nie biegają z jakąś szaloną bandą po świecie ...
- Widział nas. Pewno już nas szuka. - Arden rozglądał się naokoło - Cholera ! Chce nas zgładzić nieśmiertelny mag ...
- Mogło by być gorzej... - zastanowił się Roland.
- To znaczy ?
- Mógłby nas ścigać niezniszczalny mag. - odparł z namysłem wznosząc palec - To dużo gorzej...
Obrócił się. Za jego plecami przemknął sporej wielkości cień. Nie było to zwierze . Zwierzęta nie noszą mieczy. I nie pachną magią. Seen wyczuł ją momentalnie.
- Nadchodzą !! Ratuj się kto może !
Zdążył krzyknąć nim powietrze zaiskrzyło i polanę przecięła smuga światła. Adrianna ledwie uskoczyła. Czar spalił ziemię w miejscu, gdzie stała. Przekoziołkowała pod jakiś krzak i wyciągnęła miecz. Cień przemknął tuż obok niej. Nie miała czasu rozglądać się za resztą. Rzuciła się w las , byle najdalej od maga. Mogła walczyć z czymś, co dzierżyło miecz, nawet jeśli było niematerialne. Przed magią zaś mogła tylko uciekać i miała nadzieje, że jej towarzysze robią to samo... Choć sądząc po odgłosach wybuchających zaklęć musieli to robić dwa razy szybciej.
***
Arden nie przytrzymywał już nawet kapelusza. Biegł co sił. Nie oglądał się za siebie. Oglądanie się za siebie, było w profesji poszukiwacza przygód bardzo nie pożądane. W najlepszym razie podczas oglądania się, wpadałeś na coś z przodu ... W najgorszym mogłeś ujrzeć któregoś ze swoich towarzyszy w sytuacji niezbyt godnej pozazdroszczenia. Pomijając fakt, iż sama taka sytuacja bywa niemiła dla oka, u poszukiwaczy wyzwala pragnienie pomocy, które nie było tym co Arden lubił najbardziej. Zawsze sprowadzało nowe kłopoty. Tym razem jednak nie musiał oglądać się za siebie. Roland biegł wielkimi susami przed nim, a sapanie Seena dobitnie świadczyło, iż nadal jest żywy. Choć sądząc po rozbrzmiewających coraz bliżej wybuchach ten stan mógł się szybko zmienić.
- Seen zrób coś! Za chwile nas dorwie! - wrzasnął szermierz, gdy łuna kolejnego czaru rozświetliła mrok całkiem blisko nich.
- Nie jestem jakimś pieprzonym efekciarzem!! - ledwie wydobył z siebie słowa pomiędzy kolejnym sapnięciem mag - Jestem szanującym się magiem, ja musze pomyśleć !!
- Myśl szybciej! Za chwile będziesz martwym szanującym się magiem...
Arden przeskoczył spróchniały konar. Zbiegli z wyznaczonego traktu i z trudem unikali potknięcia się. Wbiegli na jakieś wzgórze, co nie było dobrym pomysłem. Owszem widzieli stąd wiele, ale i byli dobrze widoczni. Arden nie zwalniał biegu. Musieli schować się w dolinie. Czym prędzej. Ale zbocze było zbyt strome, by ryzykować zbieganie nim, nawet przy tak jasnej nocy. Paprocie i pnącza czepiały się ubrania, jakby na złość chcąc ich zatrzymać. Oddech Seena stawał się coraz głośniejszy. To uświadomiło mu, że wybuchy ucichły. Ale nie przestawał biec. No może trochę zwolnił. Serce chciało wyskoczyć mu z piersi, a każdy wdech sprawiał nieznośny ból.
- Chyba ich zgubiliśmy... - wydobył z siebie mag w końcu i zatrzymał się. To był błąd, nie powinien się zatrzymywać. Arden obejrzał się za nim. I popełnił kolejny... Roland kątem oka dostrzegł za nim cień . Zarys postaci ciemniejszy niż noc. Krzyknął ale było za późno. Coś uderzyło Ardena z całej siły w plecy i zanurkowało w dół zbocza. Świat zawirował. Mężczyzna instynktownie zwinął się w kłębek i stracił poczucie rzeczywistości. Przekoziołkował dobre parę metrów w dół i upadł bezwładnie . Trzask łamanych gałęzi i spadającego ciała rozległ się w ciszy nocy wyraźnie. Zbyt wyraźnie.
Zdał sobie z tego sprawę on sam, gdy świadomość na chwilę powróciła. Zdali sobie sprawę też Seen i Roland stojąc na wzgórzu , próbując wypatrzyć w mroku jego osobę. Seen rozejrzał się trwożnie. Nasłuchiwał. Sam nie widział nadchodzącego wroga, czy jakiś oznak życia Ardena. Jedno i drugie nie następowało. Roland spojrzał na niego pytająco. Nie za bardzo wiedział co robić. Stali bez ruchu na wzniesieniu, księżyc oświetlał ich jasno. Gdzieś tam w mroku czaiło się to coś, co rzuciło się na Ardena i ścigający ich mag. Nawet on wiedział, że nie jest dobrze.
***
Szermierz otworzył oczy. Leżał w wysokich paprociach. Pochylały swoje palczaste liście nad nim , czyniąc go niewidocznym dla nikogo. Powoli dotknął ręką twarzy i wytarł krew z rozbitego nosa. Coś poruszyło się nieopodal. Wstrzymał oddech. Zastygł w oczekiwaniu obserwując przestrzeń dookoła siebie. Ciemna postać przesłoniła księżyc i przemknęła nieopodal. Miecz odbijał światło metalicznie. Cokolwiek to było, nie zauważyło go. Słyszał jak przeszukiwało okolice. Sięgnął po rapier. Przeanalizował swój stan. Bolało go wszystko, ale nic na tyle, by stwierdzić złamanie. Najbardziej bezszelestnie jak umiał, podniósł się i przykucnął oceniając sytuacje. Spojrzał w górę i powstrzymał się od przekleństwa. Idioci stali. Stali na wzgórzu i gapili się w dół zapewne szukając go. Wspaniała chęć pomocy zabijająca instynkt przetrwania. Cudowna i zasługująca niewątpliwie na pochwałę troska sprawiała, że stali tam jak kołki widoczni jak na dłoni w świetle księżyca. Istotnie godne podziwu. Widział ich pewnie i stwór, gdy przeszukiwał zarośla nieopodal Ardena. Zapewne jednak nie chodziło mu o nich. Gdyby było inaczej nie miałby ciężkiego zadania.
- Spadajcie patałachy!! - syknął próbując zamachać do nich z dołu. Jednak nie zauważyli go. Potwór za to zatrzymał się i nasłuchiwał. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Szermierz rozejrzał się naokoło.
- No pięknie - zaklął już całkiem wyraźnie. Zboczem , z jego strony całkiem widoczny wspinał się na górę mag. Nie zauważą go. Był tego pewien. Było tu zbyt stromo, a ta strona wzgórza była zacieniona. - No pięknie!
Powtórzył. Zacisnął dłoń na rękojeści rapiera i nie za bardzo wierząc w to co robi, wstał i zawołał do nich głośno i najwyraźniej jak potrafił:
- Zwiewajcie idioci!! On tam idzie!! Dam sobie rade!! - zdążył tylko tyle, nim cień nie rzucił się na niego powtórnie.
***
- Co on powiedział ?! - Roland nastawił ucha. Arden przeważnie mówił dość bełkotliwie , ale teraz chyba upadł na głowę wyjątkowo mocno. Seen obserwował go uważnie.
- No tak ... ściągnął na siebie uwagę tego czegoś! - syknął ze złością - Doświadczony poszukiwacz przygód! Proszę bardzo! Istotnie godne podziwu! Trzeba mu pomóc!
- Co on powiedział? - Roland nie dawał za wygraną. Mag spojrzał na niego z dezaprobatą.
- Czy to ważne??
- Ważne ... - obruszył się wnuk wiedźmy - Pierwsze zdania to było zwiewajcie idioci on tam idzie ... a potem nie dosłyszałem...
Mag zastygł w bezruchu patrząc tępo na towarzysza. Wciągnął powietrze i skupił się ... właściwie nie musiał. Zaklęcie już formułowało się w powietrzu. Złapał Rolanda i pociągnął w drugą stronę zbocza chwilę przed tym, jak kula ognia wybuchła tuż obok nich.
***
Adrianna nie lubiła ciemności. Dziwna przypadłość jak na poszukiwaczkę przygód. Nie sama ciemność jednak ją przerażała. Ciemność miejska oswojona , nie wzbudzała w niej strachu, ani ciemność traktów. Duszna ciemność pomieszczeń zamkniętych była dla niej prawie jak dom, bowiem za młodu często zamykano ją w komórce. Przerażała ją ciemność lasu. Bowiem las żył. W lesie za każdym drzewem czaiło się coś, czego Adrianna nie znała, a przed czym nie wiedziała, czy potrafi się obronić. Ta niewiedza ją przerażała. A im bardziej ją przerażała, tym bardziej chciała się jej pozbyć. Mrok ją ścigał. Coś ciemniejszego od samej nocy. Coś czego nie znała. A ona nie miała już siły uciekać. Siły ani ochoty. Zwolniła momentalnie. Wytężyła zmysły. Było tuż za nią. Czuła to, słyszała, wiedziała, że podnosi miecz, by ją uderzyć. Obróciła się na pięcie i wykorzystując impet, cięła wprost w półprzeźroczyste ciało. Stworzenie wrzasnęło przeraźliwie i odskoczyło zwijając się z bólu. A jednak można było je zranić. Wojowniczka zasłoniła się mieczem i wymierzyła mu solidnego kopniaka tam, gdzie jak sądziła, powinien być podbródek. Adrianna nie walczyła czysto. Arden często żartował, że walką to może i było, ale sztuką walki na pewno nie. Czymkolwiek by nie było, przynosiło rezultaty. Stwór upuścił oręż i upadł na murawę. Dziewczyna zamachnęła się mieczem i potężnym cięciem ukróciła jego konwulsyjne drgawki. Nieopodal niebo rozbłysło ogniem magii. Nie chowając miecza popędziła tam, czym prędzej.
***
Błysk oświetlił Ardenowi pole walki. Wielkie paprocie utrudniały mu szarże, ale walczył już w gorszych warunkach. Znacznie bardziej przeszkadzały mu poobijane kości, ale nie miał zbyt dużo czasu na myślenie. Sparował pierwszy cios stwora i odskoczył na bezpieczną odległość wywijając rapierem. Przeciwnik nie wyglądał na istotę ludzką. Właściwie to nie wyglądał w ogóle. Jego ciało było jakby, półprzeźroczystym cieniem, odcinało się wyraźnie na tle szarówki jasnej księżycowej nocy. Tym razem to Arden zaatakował. Ciął szybko i odskoczył od razu obserwując istotę uważnie. Stwór zasłonił się jednak, robił to mechanicznie. Bez konkretnej taktyki. Magia, która powołała go do życia, nie była wystarczająco potężna, by stworzyć istotę rozumną. Potwory takie zwykle mają jakiś zdefiniowany rytm zachowań determinujących ich działania, w części zależny od umysłu ich stwórcy. Na szczęście Ardena , stwórca jego przeciwnika zajęty był uganianiem się za dwójką jego przyjaciół. Poczekał, aż przystąpi do ataku. Sparował jego cios i szybko przypuścił swój. Przeciwnik nie zdążył odskoczyć, zasłonił się mieczem z góry. Szermierz nie cofnął się, jak po każdym swoim ciosie, lecz wygiął lekko do tyłu i zatoczył rapierem szybki łuk ponad ostrzem przeciwnika, i ciął tuż pod nim. Stwór wydał z siebie jęk i opuścił zasłonę instynktownie się cofając. Na to tylko czekał Arden. Wyprowadził szybkie cięcie od góry i głowa potwora potoczyła się wśród paproci... Ciało upadło głucho.
Kolejny wybuch rozległ się wyraźnie. Tym razem trochę dalej, z lewej strony. Szermierz podniósł z krzaków pomięty kapelusz. Westchnął ciężko i powlókł się najszybciej jak umiał w stronę, z której dobiegł odgłos.
***
Wybiegli na trakt prawie że jednocześnie. Każde z innej strony. Spojrzeli po sobie i wyprostowali, udając mniej zmęczonych niż w rzeczywistości.
- A gdzie reszta? - zapytała Adrianna . Zimny dreszcz przeszedł ją po plecach, ale Arden tylko wzruszył ramionami. Kolejny błysk przeszył niebo. Na końcu traktu dwie postacie przebiegły szybko.
- Biegnijmy! - rzucili jednocześnie. Po czym, jak najszybciej w swym obolałym stanie mogli, pokuśtykali w stronę wybuchów.
***
Czarownik nie spieszył się. Wiedział, że mu nie uciekną. Widać, że nie znali tych terenów dobrze. Miotali się bezsilnie i w efekcie wrócili do punktu wyjścia. Te okolice znał, jak własną kieszeń. Nie było z niej ucieczki. Liczne strumienie tworzyły tu małe, śmierdzące jeziorka , później zmieniając się w bagna. Zapędził ich w ślepy zaułek. Oni też to wiedzieli. Słyszał ich szepty. Czuł ich strach. Ale stąd nie było ucieczki. Chyba, że w mokradła. Rozejrzał się uważnie. Gdzieś się ukryli. Przeszedł niewielką kładką nad strumieniem. Nasłuchiwał. Woda zabulgotała niespokojnie. Uśmiechnął się pod nosem. Nie byli tacy głupi... Stanął na kładce i spojrzał w toń wody. Mógł poczekać, aż zabraknie im powietrza i się wynurzą... Powiedzieć wówczas sentencjonalną kwestię i zakończyć tę farsę jakimś zaklęciem. Czekanie było jego mocną stroną... nie chciało mu się jednak teraz czekać. Wciągnął powietrze i oczy zabłysły mu metalicznie... złożył ręce do zaklęcia. W ostatniej chwili poczuł ten zapach. Obce zaklęcie. Zmieszało się z jego, a jednak je wyczuł. Sprytne, choć magia była żenująco słaba. Zaśmiał się pogardliwie i obrócił w stronę rzucającego czar.
***
Seen był zdolny. Był nawet prymusem na uniwersytecie magicznym. Nie było lepszego od niego na roku... ani w całej szkole - tak przynajmniej wtedy myślał i tak mogło być. Tego się nie dowiedział , bowiem stwierdził, że szkoła ta niczego go już nie nauczy i przerwał studia po pierwszym roku. Efektem tego, większość jego słabszych kolegów rzucała teraz zaklęcia o wiele potężniejsze niż on. Potęga, jak zwykł jednak sobie mówić Seen nie świadczyła o poziomie maga. Świadczyło o nim to, by w odpowiednim czasie użyć odpowiedniej formuły.
Czar kinetyczny nie należał być może do najbardziej silnych czarów. Właściwie był jednym z pierwszych, jakie poznawał adept magii. Zwykle służył do otwierania drzwi, przesuwania przedmiotów... najczęściej do bitew na nie, gdy nauczyciel wyszedł z sali. Nie odznaczał się on wielką mocą. Jednak rzucony przez zdyszanego, przestraszonego Seena potrafił pchnąć z dużą siłą, sporej wielkości czarnoksiężnika, wystarczająco mocno, by ten spadł z kładki... Seen był zdolny. Potrafił też rozpoznać runy ochronne, gdziekolwiek były wpisane, nawet jeśli nie znał ich treści. ...
***
Czarownik nie zdołał rzucić zaklęcia. Nie zdołał właściwie zrobić już nic. Runy pokrywające jego ciało, rozpłynęły się w czarnych strugach, w spokojnej tafli sadzawki. Mógł tylko leżeć unosząc się bezwładnie na jej powierzchni i czuć jak życie opuszcza jego ciało wraz z magią na nim wypisaną. Kolory blakły. Głosy odchodziły w niebyt. Zapachy i nawet odczucia wydawały się dalekim snem. Chciał zamknąć oczy, ale już nie zdołał. Pojawiła się nad nim. Uśmiechnęła trupimi zębiskami wyszczerzonymi w makabrycznym grymasie. Jej głos... jej głos... Wyszeptała znany mu rytm... trzy krótkie sylaby. Błysk.
***
- Niby mag , a tak samo głupi jak wszyscy... - Roland usiadł na brzegu sadzawki trzęsąc się z zimna. Ociekał wodą szczękając głośno zębami. Trup czarownika pływał po powierzchni wody z szeroko otwartymi oczami. Seen podszedł do niego i strzepnął z dłoni niebieskie iskry. Jego szare oczy jeszcze błyszczały metalicznie. Starał się zachować spokój, jednak adrenalina krążyła w jego żyłach. Właśnie pokonał maga. Maga który poznał sekret nieśmiertelności, a klucz do niego właśnie rozpływał się w śmierdzącej wodzie strumyka.
- Pieprzony efekciarz... - mruknął pod nosem pogardliwie oddychając ciężko.
***
Słońce wschodziło. Ptaki zaczynały swój koncert. Rosa osadzała się na liściach. Świat , kolejny dzień budził się do życia, a las... las właściwie nigdy nie zasypiał. Usypali niewielki grób na środku polany, nieopodal domku gdzie ukrywał się mag. To ładne miejsce pomyślała Adrianna kładąc na nim kwiaty. Zasłużył na nie. Maga pochowali w brzydszym . Też na nie zasłużył.
- Wiecie co , jakoś mi go brakuje... - spojrzała ostatni raz na miejsce pochówku ich nareszcie umarłego towarzysza.- Nawet nie wiedzieliśmy kim był.
Towarzysze spojrzeli po sobie milcząc. Jakoś nie kleiła się im rozmowa, teraz gdy wydawało się, że nie mieli żadnych zmartwień. Postali jeszcze trochę i ruszyli w stronę traktu. Zaczynał się piękny dzień.
- Nawet Roland jakiś niewyraźny... - westchnęła Adrianna - Zagrałbyś coś... już ci tak dobrze szło.
Chłopak zatrzymał się nagle i spojrzał na nią dziwnym wzrokiem. Zwiesił smętnie nos i popatrzył na towarzyszy z wyraźnym poczuciem winy. To nie był dobry znak.
- Musimy wrócić na rozdroża... - wydukał w końcu.
- Na rozdroża ?? - Adrianna zawołała ze zniecierpliwieniem w głosie - Zwariowałeś ? Po co ?
- Coś tam zostawiłem ...
Powiedział cicho patrząc wymownie na Seena. Arden wzruszył ramionami. Mag zastanowił się przez chwilę. Podrapał po brodzie, po czym jęknął z rozpaczą i popatrzył na Rolanda surowo...
- Niech zgadnę ...u kolesia podczas pełni. Wysoki. Rogi, ogon, kopyta ? Pewnie trzymał widły...
Roland pokiwał smętnie głową.
- Ale chyba nic nie podpisywałeś?
Zapadła krępująca cisza...
- Wiedziałem! - wybuchnął Arden i ruszył traktem z powrotem. - To by było, kurde, zbyt pomyślne zakończenie, po prostu typowe...typowe....nie mogło być pięknie, nie...
Jego narzekania niosły się drogą jeszcze długo, nim zniknęli za horyzontem. A okoliczni mieszkańcy i zwierzyna od razu słyszeli, iż zbliżają się poszukiwacze przygód. Kłopoty...
DE END
Scenariusz z rozkładającym się ciałem z dedykacją dla Grzegorza K. pseudonim operacyjny \"KUŚ\"
ANEK 2005