Cena Wyzwolenia- Rozdział 3- Poznanie ofiary
To wszystko miało być inaczej, mówiłem do siebie, gdy zostawałem sam. Chyba zawsze byłem sam, mimo że wokół mnie zawsze się ktoś kręcił. Ta myśl stale drążyła mi wielką dziurę w mózgu. Nie dawała mi ani chwili wytchnienia, ani chwili spokoju. Tak chyba wyglądają wyrzuty sumienia.
Inaczej sobie to wszystko wymyśliłem.
Chciałem po prostu zrobić coś ze sobą, żeby już nie czuć się jak porzucony śmieć; uporządkować swoje życie – nie takie znowu długie, ale i tak dające mi się we znaki. Myślałem, że kiedy znajdę jakieś zajęcie i przestanę się użalać nad własnym losem, wszystko jakoś się ułoży i będzie w porządku. A gdy już zająłem się tym, do czego w pewnym sensie zostałem stworzony, okazało się, że nie zmieniło to niczego. Przynajmniej na dobre.
Z naszej kompanii odszedł Zazul. Odszedł, i już więcej nie wróci. Nie kochałem tego tłuściocha, płakać za nim nie będę. Nawet gdybym potrafił, to i tak bym za nim nie płakał… Ale – jak to mówią – niech mu ziemia lekką będzie… gdziekolwiek leży. Zginął od kuli. Kula musiała być cholernie twarda, a staruszek, który się na niej opierał, diablo silny i - wbrew pozorom – równie zręczny.
Myślałem, że będzie inaczej.
Praca była… hm, brudna. Nie lubiłem brudu. Ale trzeba przyznać, że miała swoją osobliwą klasę i styl. Objawiało się to tym, że do mądrego gadania zabierała się banda głąbów, która o niczym nie miała pojęcia. Nawet jeśli już udało się im wymyślić rozsądny plan, który, z bożą pomocą, mógłby wypalić, to i tak wszystko się w praniu prędzej czy później rozpieprzało. Tak jak domek z kart, gdy jakiś idiota postanowi wyjąć z jego środka którąś z kart.
Mieliśmy działać po cichu. Można było przewidzieć, że zaraz coś wybuchnie, ktoś zacznie się drzeć, ktoś zawoła policję… A co mi tam, miałem po prostu działać z planem. Razem z Buldogiem – największym gabarytowo bandziorem w naszej grupie – zajechałem pod tylne wejście do magazynu hipermarketu z sąsiedniej dzielnicy. Reszta wchodzi do środka i szybko zabiera to, co uzna za cenne, ładujemy to wszystko na pakę i już nas tam nie ma. Niby proste…
Następnego dnia, z samego rana, podjąłem decyzję: rezygnuję z takiej roboty. Chrzanię to wszystko, nie mam zamiaru dłużej sprzątać po innych i w ogóle znosić ich obecność. Sam odejdę, nie będą musieli próbować się mnie pozbyć. Chyba, że będą na tyle głupi, żeby jednak spróbować… Po takich jak oni spodziewać się można wszystkiego.
Zanim zdążyłem przekazać tą wiadomości Gorgoylowi, ten powiedział, z jakiegoś powodu bardzo podniecony:
-Nie uwierzysz, młody, co ci zaraz powiem. Mamy zlecenie. Po raz pierwszy, kurwa, w życiu mamy jakieś porządne zlecenie na robotę.
Był z tego powodu tak dumny, że chyba zapomniał o wczorajszej wpadce w hipermarkecie. Nie będę mu przypominał.
-Tak? A co trzeba zrobić? – spytałem, nie przejawiając żadnego zniecierpliwienia. Ja mam czas, bardzo dużo czasu. Jest mi całkowicie obojętne, czy to ja wysłucham wpierw jego, czy on mnie.
-Ech, delikatnie mówiąc, to mamy jednemu takiemu kolesiowi, bardzo niewygodnemu dla innych kolesi, zapewnić urlop. Wieczny odpoczynek, że tak powiem, he, he…
Pośmiał się chwilę i mówił dalej:
-Wiesz co to jest Wyzwolenie?
-Wiem. – żachnąłem się. Pytanie mnie o coś takiego, graniczy z chamstwem - Jeszcze jedna mafia, jakich teraz pełno. I co w związku z tym?
Gorgoyle pokręcił głową i uśmiechnął się groteskowo.
-Gówno zatem wiesz. – prychnął z ironią – Oglądasz za dużo telewizji, a za mało słuchasz tych, co wiedzą. Siadaj i uważnie słuchaj, bo nie chce mi się tego znowu tłumaczyć.
-Wyzwolenie – podjął temat, uprzednio wypiwszy z butelki kilka łyków piwa – to, najprościej rzecz ujmując, paramilitarna, nieoficjalna partia polityczna. No, coś w tym stylu, a działa to już przeszło cztery lata. Celem jej członków jest obalenie rządów korporacji i przywrócenie do życia prawdziwej demokracji. Amerykański styl życia i inne takie, prehistoryczne pierdoły… Nie muszę ci chyba wyjaśniać, że gdyby do tego doszło, byłoby to dla nas bardzo uciążliwe?
-Nie musisz. – przytaknąłem.
-No, wreszcie ktoś! – zawołał z radością – O to właśnie chodzi! Ty jako jedyny z tych wszystkich debili, którzy ze mną pracują, pojąłeś o czym do ciebie mówię i nie zadawałeś głupich pytań. Dlatego ciebie wyznaczyłem do tego zadania. Wiedziałem, że się nadasz – poklepał mnie po ramieniu.
Wzdrygnąłem się lekko po jego ostatnich słowach.
-J-ja? – wydusiłem wreszcie.
-Nie, kurwa, czarny pudel z Gwadelupy! – zaśmiał się – Przecież mówię, że ty. – i dodał tonem takim, jakby wszystko było już ustalone – Przewodniczący Wyzwolenia nazywa się Falcon, to oczywiście taki pseudonim dla niepoznaki. Jak się dobrze postarasz, to jego zlikwidowanie nie powinno ci sprawić problemu. A zresztą, co ja ci będę mówił – spotkasz się z naszym pracodawcą i on ci wszystko dokładnie wyjaśni. A teraz zjeżdżaj, do roboty. Chcę zostać sam.
Odwrócił się do mnie plecami, wyrzucił butelkę do otwartego kontenera. Przez chwilę stałem nieruchomo gdy naszły mnie wątpliwości. Potem naszła mnie ochota na złapanie sukinsyna za kark i skręcenia mu go. Miałem ich wszystkich już dość. Jednak zastanowiłem się jeszcze chwilę i zrezygnowałem, na jego szczęście. Taka robota może być tym, czego potrzebowałem. Tak, chyba warto spróbować.
-A gdzie mam szukać tego… pracodawcy?
Rzucił mi przez ramię karteczkę z napisanym adresem.
-Tylko nie nawal – ostrzegł mnie – Bo ci jaja urwę, chłopcze.
Tak, tak, przechwalaj się, pomyślałem idąc w kierunku tylnych drzwi. Przechwalaj się, dopóki jeszcze mam cierpliwość.
* * *
Z człowiekiem, który zlecił nam, to znaczy mnie, zadanie zabicia Falcona, miałem się spotkać w małej spelunie na przedmieściach. Speluna nosiła uroczą nazwę „Teddy Beer” a nad wejściem wisiał migoczący neon w kształcie miśka trzymającego kufel piwa. Spotykali się tam ludzie, którzy albo byli bardzo pewni siebie, albo mieli bardzo dobre stosunki z resztą bywalców, albo tacy, którym, delikatnie mówiąc, już się nie podobało na tym świecie.
Ledwo tam wszedłem, drogę zastąpiło mi kilku facetów. Gdy już z nimi skończyłem i zabrałem im to całe żelastwo, które przy sobie mieli, podszedłem do baru. Na umówione hasło barman wskazał mi zleceniodawcę. Siedział przy stoliku i chyba już od dłuższej chwili przyglądał mi się.
-Od razu wiedziałem, że to ty jesteś tym gościem, na którego czekam – powiedział, gdy zbliżyłem się do jego stolika – Jak tylko tu wszedłeś i poradziłeś sobie z tamtymi oberwańcami. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że dla Gorgoyle’a pracują tacy jak ty…
-Nie chcę marnować swojego czasu na próżne gadanie. – powiedziałem chłodno – Gdzie znajdę Falcona i jego ludzi?
-Od razu do rzeczy, co? – pokiwał z uśmiechem głową – W porządku. Ich główna siedziba znajduje się w starym hotelu w centrum miasta, trudno nie trafić, choć wygląd budynku może cię zwieść. Najpewniej to właśnie tam znajdziesz Falcona. Najprostszą metodą przeprowadzenia zamachu byłoby zaczajenie się ze snajperką na dachu któregoś z sąsiednich wieżowców. Są jednak dwa, malutkie „ale”. Po pierwsze - ludzie Falcona mają na oku niemal całą dzielnicę i z pewnością zauważą snajpera. A po drugie – nigdy nie ma pewności, czy nie zabezpieczyli się przed taką okolicznością. Mogą mieć kuloodporne okna… A wtedy cały wysiłek pójdzie psu w dupę.
-W takim razie co mam robić?
-Już to przemyślałem. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest nawiązanie z Wyzwoleniem kontaktu, wmieszanie się w ich otoczenie i dotarcie jak najbliżej Falcona. Jeśli ci się powiedzie pierwszy etap planu, będziesz już zdany wyłącznie na siebie. Wiesz chyba, co w wtedy? – wykonał przy swojej skroni jednoznaczny gest - Dasz sobie radę?
-Myślę, że tak. Potrzebuję jeszcze tylko jakichś konkretnych wskazówek. Jak mam do nich dotrzeć?
-Już mówię. Te mendy mają bardzo dobrą ochronę, niemal nie do przejścia dla jednego człowieka. Chyba, że masz na wyposażeniu mały czołg. Wejść do hotelu w bezpieczny sposób możesz tylko po podaniu hasła. „Ceną Wyzwolenia jest walka”. Tak brzmi to hasło, dobrze je zapamiętaj. Jeśli cię spytają, kto cię przysłał, odpowiedz, że Stan.
-Ty jesteś Stan?
-Gówno cię to obchodzi – warknął cicho przez zęby, patrząc na mnie surowym wzrokiem – To nasze jedyne spotkanie, nie przewiduję kolejnych. Ja nie znam ciebie, tylko dla mnie pracujesz; ty nie znasz mnie, ja ci tylko zlecam robotę. Kapiszi? Zabijesz Falcona i dostarczysz swojemu szefowi jakiś dowód. Wtedy prześlę na wasze konto należną sumę.
-Jaki dowód? – zdziwiłem się. Nie było mowy o żadnych dowodach.
-Nie wiem. – wzruszył obojętnie ramionami - Język, albo coś w tym stylu. Wymyślisz coś.
-Ta robota wygląda na brudniejszą niż myślałem – stwierdziłem po chwili namysłu. Pomysł z ucinaniem trupom języków, lub czegoś w tym stylu, nie był mi zbyt miły – Ale dobra, co mi tam. Będziesz miał swój dowód. Ile dostanę za to zlecenie?
-To już zależy tylko od ciebie – uśmiechnął się złośliwie – Bazowa stawka wynosi siedemset patyków. Z każdym kolejnym dniem, który minie od tej rozmowy, będę odejmował od tej sumy pięć tysięcy. Więc się pospiesz, jeżeli chcesz mieć co żreć przez zimę.
Spojrzałem na zegarek, który ukradłem, nie pamiętam nawet kiedy, i wyszedłem, zostawiając przy pustym stoliku tego nadętego kurdupla. Nie pożegnałem się, bo miałem ważniejsze sprawy. Poza tym – on też by mnie nie uraczył nawet cichym „pocałuj mnie w dupę, głupi blaszaku”.
* * *
Było już dobrze po zmroku, gdy dotarłem do centrum miasta. Hotel znalazłem od razu. Nie było z tym większego problemu, bo trudno przeoczyć wysoki na trzydzieści pięć pięter, górujący nad całym otoczeniem budynek, którego jedyną wyróżnikiem były powybijane okna i odrapane mury. Cały wieżowiec ogólnie wyglądał na przeznaczony do rozbiórki, ale komu chciałoby się to robić, kto za to zapłaci? Chyba to miał na myśli Stan, gdy ostrzegał mnie, przed zwiedzeniem. Nikomu przecież nie przejdzie przez myśl, kto może urzędować w tej ruinie. Pewnie dlatego właśnie to miejsce zostało wybrane na siedzibę moich przyszłych „przyjaciół”.
Do środka od ulicy prowadziły jedynie obrotowe drzwi. Obrotowe to one były tylko z definicji, tak naprawdę to musiałem przecisnąć się przez wybitą w nich szybę. Uważnie rozejrzałem się po hallu. Wewnątrz wyglądało to dużo lepiej niż na zewnątrz. Było w miarę czysto, ładnie, stylowe schody były zadbane, podłoga i ściany również. Naprzeciwko wejścia stał kontuar jakby żywcem wyjęty z jakiegoś starego filmu – dębowy, szeroki, mocny, z błyszczącym dzwonkiem. Ciekawe tylko czy jeszcze działającym. Za kontuarem, przy ścianie stał wieszak na klucze, a ponad nim żyrandol. Był imponujący - zbudowany z setek malutkich kryształków, wyglądał jak odwrócona czubkiem do dołu, aztecka piramida. To zapewne jeden z nielicznych reliktów minionej epoki, który przetrwał kataklizm i nie został dotąd skradziony. Ciekawe, na ile kawałków by się rozsypał, gdyby teraz spadł na podłogę? I ile czasu zajęłoby jego posprzątanie?
Tak czy siak – hotel nie wyglądał na opuszczony, przynajmniej w środku. Nie widziałem co prawda żadnych ludzi w okolicy, ale przecież ktoś musiał o to wszystko zadbać. W każdej innej sytuacji skłony byłbym pomyśleć, że hotel funkcjonuje tak jak mu Pan Bóg oraz jego budowniczowie przykazali.
W każdej innej, ale nie w mojej.
Hotel za swego życia był chyba najdroższym i najbardziej luksusowym przybytkiem w całym mieście. Obchodząc parter w poszukiwaniu ludzi, stwierdziłem, że jest wyposażony w ogromną kuchnię, pracować w niej musiało chyba z trzydziestu kucharzy; dwie jeszcze większe jadalnie, wyposażone w eleganckie meble, salony oraz kasyno, lub może raczej to, co z niego zostało. To wszystko tylko na parterze!
Na wyższych poziomach już nie widziałem takiego bogactwa, choć pokoje i korytarze nie były jeszcze złe. Nie wdziałem także żadnych objawów występowania w tym budynku życia w jakiejkolwiek formie. Powoli zaczynałem powątpiewać w sens mojego bycia tu.
Wreszcie na ósmym piętrze...
Ledwo zdążyłem wyjść zza rogu i kątem oka złapać obraz za nim, a obok mnie w ścianie pojawiła się bardzo brzydka, bardzo wielka, osmolona dziura. Po chwili ktoś przystawił mi do skroni ciężką, policyjną strzelbę do rozwalania zamków. Sprzęt był kompletnie przeterminowany, bo każdy normalny człowiek ma w mieszkaniu nawet najtańsze zamki elektroniczne lub elektromagnetyczne. Ale taka pukawka idealnie nadaje się jeszcze do rozwalania ludzkich głów. Te nie zmieniły się przez wieki.
-Nie ruszaj się, chłopie – warknął jasnowłosy mężczyzna trzymający broń. Dosłownie warknął. Jego głos przypominał zwierzęcy pomruk – Wlazłeś nie na swój teren, wiesz o tym? Kim jesteś?
Podniosłem do góry obie ręce i spoglądając na niego kątem oka, spokojnie odparłem:
-Nazywam się Steven Malone i nie mam wrogich zamiarów. Stan mnie przysłał.
-Hasło?
Lufa strzelby mocniej dźgnęła mnie w głowę.
-Ceną wyzwolenia jest walka – wyrecytowałem.
Odsunął broń, ale wciąż do mnie mierzył. Mimo rzucenia hasła i powołania się na Stana, nadal był podejrzliwy. Widziałem to w jego oczach, mrużących się, gdy na mnie patrzył. Widziałem także coś jeszcze – jego źrenice były czerwone, prześwietlonych tęczówek nie było widać w ogóle. Białe włosy, czerwone oczy… Albinos. Nigdy jeszcze nie widziałem prawdziwego albinosa.
Był z nim jeszcze jeden człowiek, ten jednak nie miał żadnych skaz. W przeciwieństwie do kolegi, wysokiego i barczystego, ten wyglądał jak przeciętny facet w średnim wieku – nieco łysiejący, z dość odstającym brzuchem. W garści trzymał niewielki karabinek. Jedyną rzeczą jaka ich do siebie upodobniała były jednakowe stroje, przypominające krojem wojskowe uniformy. Taki sam miałem w mieszkaniu w szafie.
-Trzeba kiedyś wreszcie zmienić to durne hasło – burknął albinos do łysawego – Niedługo każdy dupek z ulicy będzie mógł tu wejść. Powoli stajemy się coraz bardziej przewidywalni… Ceną Wyzwolenia jest walka. Wielkie odkrycie!
Westchnął i spojrzał na mnie, tym razem już bez podejrzliwości. Nawet zaczął się lekko uśmiechać.
-Ale takie są zasady. Czego od nas chcesz?
-Chciałbym do was dołączyć. Mogę wam pomóc...
-W czym niby? Potrafisz robić coś, czego my nie potrafimy?
-Strzelać... – odparłem, nauczony doświadczeniem.
Jasnowłosy uśmiechnął się szeroko i odwrócił do towarzysza, również nieźle ubawionego.
-To potrafi każdy z nas – wyjaśnił – Myślisz, że to wystarczy by wejść w nasze szeregi? To źle cię Stan skierował… Potrafisz coś jeszcze? Jeśli nie – to niestety będziemy musieli cię zabić. Nie możemy pozwolić, by…
-Oczywiście – przerwałem mu gestem i jednym pociągnięciem wyrecytowałem – Znam się na informatyce, anatomii, mechanice, militariach, taktyce i sztuce walki, a „Partyzantów” i „Igłę” czytałem po sto osiemdziesiąt razy, za każdym razem były coraz śmieszniejsze.
Zapadła chwila ciszy. Obaj patrzyli na mnie – albinos z twarzą jak z kamienia, łysy z twarzą jak z ciasta.
-No i jak? – spytałem po chwili przerwy – Nadaję się do tej roboty?
-Nie rób sobie ze mnie jaj. – warknął – Bo zaraz nie będziesz ich miał, gówniarzu…
-Dobra, w takim razie mnie zabij. – zripostowałem bez złości, po chwili dodając – Zastanów się tylko, co będzie, gdy z gry odpadnie jeden z was i nie będziecie mieli kim go zastąpić. Pomyślicie sobie pewnie tak: „a, był tu taki jeden mądrala. Szkoda że teraz gryzie glebę, bo przydałby się”. Ciekawe, co zrobi twój szef, gdy dowie się, że sprzątnąłeś mu sprzed nosa uniwersalnego specjalistę.
Był już porządnie wnerwiony, było to widać po jego minie. Powstrzymując odruchy, odwrócił się do kolegi i powiedział:
-John, zabierz naszego „uniwersalnego specjalistę” do reszty. Ja muszę porozmawiać z szefem. Niedługo przyniosę ci odpowiedź – wycelował we mnie spojrzenie swoich nienaturalnych oczu – Lepiej módl się, żebym jednak nie miał żadnych powodów, by cię zabijać.
Przeszedł obok mnie i skierował się prosto na ścianę. Jeszcze dwa kroki i zaraz wyrżnie w nią pyskiem, pomyślałem ze zdumieniem. Jeszcze krok… Faktura muru zafalowała nagle jak powierzchnia wody, a albinos… zniknął. Normalnie wtopił się w mur i go nie było.
-Idziemy. – powiedział łysy, machając na mnie ręką uzbrojoną w karabin. Jeszcze raz spojrzałem na tamtą ścianę. Coś tu nie gra, myślałem, coś tu nie jest tym, czym powinno być.
Ruszyłem za tamtym drugim wzdłuż korytarza. Szedł przede mną, pewny że nie odważę się go teraz zaatakować. W sumie to miał rację – po co miałbym to robić? Zwłaszcza, że już nabrałem podejrzeń co do tego miejsca. Nie wiedziałem kamer, nie widziałem automatycznych dział, ale skoro tamten zniknął, to równie dobrze coś może się pojawić.
Dotarliśmy do końca korytarza, ale nie zwalnialiśmy kroku. John również wpadł na ścianę i zniknął. Wiedziałem że tak będzie. Nie wiedziałem tylko co mam dalej robić. Iść za nim, czy może dać sobie z tym spokój? A co mnie obchodzą te siedemset patyków, co mi tam Gorgoyle… Idę stąd, mam to wszystko głęboko…
-Idziesz, czy nie?
Ze ściany wychyliła się głowa Johna i patrzyła na mnie. Rozmyśliłem się.
-Idę.
Łysy cofnął się, wszedłem na ścianę. Nic przy przechodzeniu nie czułem, niepotrzebnie zamykałem oczy. Gdy je otworzyłem ujrzałem Johna, stojącego w windzie o surowym wystroju. Wszystkie jej ściany, sufit i podłoga były stalowe i błyszczące, pozbawione zadrapań. Naprzeciwko drzwi było lustro, w jego odbiciu widziałem siebie i Johna a za nami… korytarz.
-Gotowy? – spytał łysy, podchodząc do pulpitu przy drzwiach - No to jedziemy.
Wcisnął jeden z przycisków u dołu konsolety, drzwi się zamknęły. Winda bezgłośnie i bez szarpnięcia ruszyła w dół.
-Co to było? – spytałem, przerywając milczenie i odwracając jego uwagę od wbudowanego nad drzwiami licznika pięter.
-Co?
-Hologram? To w ścianie…
-Tak, hologram.
Tyle było jego odpowiedzi. Ponownie zapadła cisza, John znowu wbił wzrok w licznik. Swoją drogą cyfry na ekranie były coraz mniejsze. Byliśmy na ósmym piętrze, więc jazda nie powinna trwać długo. Tymczasem jechaliśmy już dłuższy czas, stale w dół.
-A co z pozostałymi windami? Tymi nie chronionymi hologramem?
-Nie bądź taki ciekawski. – burknął.
Cisza. Zastanowienie. Hm… To bez sensu. Na całym ósmym piętrze są najmniej dwie windy, inne mogą być tak samo ukryte, lub może ich nie być w ogóle. W całym budynku także może ich być więcej. No i w porządku. Tylko idąc tu widziałem masę wind niezabezpieczonych. Co prawda mogą być nieczynne i nie ma potrzeby ich ukrywania, ale…
-To puste szyby – powiedziałem cicho, bardziej do siebie samego, niż do towarzyszącego mi Johna. Do tej pory obaj obojętnie patrzyliśmy na wskaźnik. Dopiero moje słowa go ożywiły. Spojrzał na mnie zdumiony.
-Co?
-Puste szyby – powtórzyłem – Nie chronione przez hologram windy w rzeczywistości same są hologramami-pułapkami, kryjącymi za sobą puste szyby. Ktoś, kto o nich nie wie, a zechce skorzystać z widocznej windy, przejdzie przez jej drzwi i spadnie w dół. Och, jak to dobrze, że jednak poszedłem schodami…
Kilkakrotnie zamrugał oczami ze zdumienia, ale zaraz przybrał poprzednią pozycję i wlepił oczy we wskaźnik. Nie skomentował mojej bystrości i zapobiegliwości. Mogę się jednak założyć, że cały ten budynek jest chroniony w ten sam sposób, a to co widać z ulicy, również jest tylko iluzją. Żeby nikomu nie chciało się tu wchodzić.
Winda wreszcie się zatrzymała, drzwi się rozchyliły, ukazując to, co za nimi. Nie był to widok ani imponujący, ani szokujący.
Weszliśmy w korytarz, taki sam jak w górnych partiach budynku. Czyli wszystko to, choć ładne, nie robiło już na mnie żadnego wrażenia. Ściany były tak samo wytapetowane jak wszędzie – w beżowo-białe, pionowe pasy, na ścianach wisiały takie same kinkiety. Na podłodze była taka sama wykładzina – jeśli przymrużyć oczy, wyglądała jak kałuża błota, lub kolosalnej wielkości, rozsmarowane gówno. Wszystko takie samo. Tylko widok za oknem… Do jasnej cholery, pomyślałem z niedowierzaniem. Chyba zwariowałem.
Za oknem widziałem… miasto. Miasto z perspektywy gdzieś tak dwudziestego piętra. A przecież wyraźnie czułem, że jedziemy w dół! Jak to możliwe?
Rozważyłem wszystkie możliwości, nawet taką, iż winda poruszała się z prędkością, dzięki której doszło nagle do załamania czasoprzestrzeni i spadliśmy na dwudzieste piętro hotelu… z nieba. Potem ochrzaniłem się w duchu za takie niedorzeczności.
Nawet nie zwróciłem uwagi, gdy weszliśmy do jednego z pokoi na piętrze.
-Zatkało, co? – spytał z satysfakcją John – Zatkało, mam rację, panie mądry?
Spojrzałem na niego. Ma rację – zatkało.
-Ale…jak…? Przecież jechaliśmy w dół… Nie rozumiem…
-Nie musisz – odparł – Na razie nic nie musisz rozumieć. Przestań o tym myśleć, bo takie gówno potrafi zostać we łbie na dłużej. A skoro jesteś taki mózgowiec, to szkoda by było, żebyś miał tam tylko nasrane, no nie? – popukał się palcem w skroń i uśmiechnął dziwnie.
To była ironia. I zaczynała mnie powoli denerwować.
Cały czas byliśmy w pokoju. Dopiero teraz, gdy już nie miałem nad czym się zastanawiać, to zauważyłem. Pokój właściwie był czymś jak duży salon, złożony z mniejszych pomieszczeń z wyburzonymi ścianami. Był nawet nieźle wyposażony – w nowe meble, telewizor, stół bilardowy… Jedynym, co mnie teraz zastanawiało, była obecność ludzi w tym pomieszczeniu. Nie, to że byli tam ludzie, jest jak najbardziej normalne. Pytanie tylko – kim są ci ludzie.
-To biedacy – odparł John, gdy zadałem mu to pytanie. Rozsiadł się w fotelu pod ścianą, oparł karabinek o kolana, zabezpieczywszy go uprzednio, i wyjął z kieszeni pogiętą paczkę papierosów – Tacy, którym już nic nie może zaszkodzić na tym świecie. Palisz?
-Biedacy? – uważniej im się przyjrzałem – Nie wyglądając na biednych. Wręcz przeciwnie.
-Każdemu zapewniamy opiekę – wyjaśnił – Stać nas, żeby dać im jedzenie, ubranie i dach nad głową. Wyobrażasz sobie, żeby biedak utrzymywał biedaka? Bo ja nie. To jak – palisz czy nie?
-Nie, dzięki. A ci, co trzymają broń? To też jacyś biedacy? Specjalna bojowa jednostka biedoty?
-Nie, to są nasi agenci. – odparł, zapalając zapalniczkę i osłaniając płomień dłonią. W pomieszczeniu był drobny przeciąg.
-Mocne słowo – zauważyłem.
Nie skomentował uwagi. Usiadłem w fotelu obok niego, w milczeniu patrzyliśmy na ludzi. Cały czas palił to rakotwórcze gówno – jemu sprawiało to niejaką przyjemność. Ja musiałem to znosić.
-Widzisz tego chłopaka z gitarą? – wskazał mi dłonią na młodego Murzyna pochylonego nad instrumentem – To Sidney. Koleś rewelacyjnie gra. Kiedyś brał udział w naszych akcjach, ale raz zawalił sprawę… Znaczy – to nie była jego wina… ale zginął jeden z naszych.
-Chłopak się załamał i zamknął w sobie… - dopowiedziałem.
John spojrzał na mnie.
-Na psychologii też się znasz – pokiwał głową.
-Trochę. Tłumaczyliście mu, że to nie jego wina?
-Nie chciał słuchać. Zrezygnował. Siedzi tylko i gra. Do nikogo się nie odzywa.
Chłopak wyglądał jak po terapii psychotropami. Zresztą nie on jeden. Niemal wszyscy tu byli ponurzy i apatyczni. Do głowy przyszło mi niemiłe skojarzenie z więzieniem dla psychicznie chorych. Wiedziałem, że ci ludzie są tu, bo nigdzie indziej nie będą mieli szansy przetrwać, a ci z bronią są tu po to, by ich bronić. Ale wyobraźnia potrafi czasem płatać figle i podsuwać różne dziwne i szalone myśli.
-A ten mężczyzna przy oknie? – spytałem – Jak tu trafił?
-Nie uwierzysz, ale kiedyś to był jeden z bogatszych ludzi w tym kraju. Ale wspólnicy go wydudkali, żona wyrzuciła z domu, nawet nie zdążył się spakować. Nie próbuj z nim rozmawiać – ostrzegł po chwili - bo po tym wszystkim jest bardzo nerwowy i nawet za drobnostkę zamaluje cię w pysk. Taki jest…
Wypalił papierosa i zgniótł w go z popielniczce.
-No? – powiedział z uśmiechem, jakby chciał mnie zachęcić.
-Co – no? – zdziwiłem się.
-Dlaczego o nią nie spytasz?
-O kogo?
-Nie leć w głąba. O nią.
Skierował wzrok na dziewczynę, na którą faktycznie patrzyłem już od jakiegoś czasu. Siedziała w kącie na podłodze, opierała ręce o zgięte nogi, patrzyła na kawałek wykładziny między swymi bosymi stopami. Z fryzury raczej trudno byłoby się domyślić, że to dziewczyna, miała dość krótkie, czarne włosy. Krótkie, ale i tak dostatecznie długie, by zasłaniać jej twarz, gdy opuszczała głowę. Jedynym, co ją zdradzało, była figura – szczupła, zgrabna, z długimi i kształtnymi nogami.
-No, dobrze. Kto to jest?
-Oto jest pytanie – odparł ponuro – Wiem o niej tylko tyle, że nazywa się Jennifer i ma siedemnaście lat. A dlaczego całymi dniami siedzi i milczy… Chyba tylko szef to wie, rozmawiał z nią. Kiedyś…
Zapalił kolejnego papierosa, nałogowiec cholerny.
-Ale mimo wszystko lubię ją – powiedział.
To wyznanie obudziło we mnie dziwne podejrzenia. Lubi ją…
-Nie, to nie to co myślisz. Mimo niepozornego wyglądu potrafi się odgryźć za krzywdę. Sam widziałem. Gdy ją znalazłem, biła się z jakimś zboczeńcem. Nieźle go pogoniła, nie ma co. Zwiewał aż się kurzyło. Przy okazji też bym oberwał.
Uśmiechnął się w taki sposób, w jaki uśmiechają się ludzie do własnych przyjemnych wspomnień.
-Pod porcelanową skorupką kryje się bestia – stwierdziłem.
-Można i tak powiedzieć – pokiwał głową – Ale bestia zbudzi się tylko wtedy, gdy ktoś nieostrożny stłucze skorupkę. Więc nie tłucz w nią zbyt mocno.
Cały czas patrzyliśmy na dziewczynę. Chyba dzięki jakiejś telepatii w końcu to odkryła. Podniosła głowę i spojrzała na nas. Miała drobną, ale ładną twarz, w której tkwiły duże, częściowo skryte pod grzywką, oczy koloru lodowatego błękitu. Były głębokie, ale jednocześnie puste, jakby ktoś wpakował do jej głowy mnóstwo uczuć i wspomnień, a później wziął magiczną zapałkę… Wszystko się w niej wypaliło. Musiała dużo w życiu wycierpieć.
Z pewnością nie lubiła, gdy na nią patrzono. Wstała z podłogi i wyszła. W drzwiach rozminęła się z albinosem. Ten nie zwrócił na nią wielkiej uwagi, jedynie co ustąpił pierwszeństwa i podszedł do nas. W dłoni trzymał laptopa.
-Szef daje ci szansę – oświadczył, kładąc komputer na stoliku przed nami i otwierając go – Potrzebujemy zdolnego hakera do łamania zabezpieczeń…
-Zatem pomyliliście mnie z kimś innymi. – założyłem ręce na piersi – Ja nie jestem hakerem, tylko informatykiem.
-Świetnie. W takim razie zawleczemy cię do piwnicy i tam zastrzelimy. – odparł spokojnie i z niejaką satysfakcją – Sam mówiłeś, że możesz nam się przydać, więc nie pierdol mi tutaj teraz o jakiejś moralności, tylko bierz się do roboty!
-Dobra, w porządku, bez nerwów – obruszyłem się – Tylko żartowałem. Co mam zrobić?
-Na razie postarasz się włamać na nasz serwer – wyjaśnił, dalej spokojny – Jeśli uda cię się przejść niezauważonym obok naszych ludzi i przedrzeć przez firewall’e – jesteś przyjęty.
Zdjąłem płaszcz i położyłem go na oparciu fotela. Przystąpiłem do pracy. Cyfry i komunikaty pojawiające się na monitorze były dla mnie jak litery alfabetu. Wystarczy tylko ułożyć je w słowa, słowa z wersy. A z wersów stworzyć poezję…
-Uprzedzam – odezwał się albinos podchodząc i patrząc mi na dłonie – Jeśli planujesz jakiś sabotaż, to… I przestań nucić, denerwuje mnie to.
-A ja zrazu przepraszam za moje poczucie humoru. – odparłem – I za nucenie.
Wreszcie nadszedł kres mojej walki z komputerem. Po raz ostatni w tej potyczce wcisnąłem „Enter”. Ułamek sekundy potem usłyszałem spanikowane krzyki:
-Co się dzieje? Kurwa, auuu!
-Uważaj! Co tu się dzieje?!
Tylko ja to wiedziałem. W całym budynku zwariowało oświetlenie, sterowane przez komputer, w którym przed chwila zmieniłem kilka linijek programu. Nie było to tak trudne, jak mi się wydawało, ale niosło za sobą fajne efekty. Cały pokój wyglądał teraz jak mini dyskoteka.
Pilnujący mnie albinos też zwietrzył, co się święci. Podniósł strzelbę do góry.
Tak po prawdzie, to mógłbym teraz spokojnie rzucić się w bok. Światło błyskało i gasło na zmianę bardzo szybko i nieco nieregularnie, ludzkie oko w takich warunkach widzi tak, jakby całe otoczenia spowolniło. Ale uratowało mnie co innego. W kieszeni bladego gościa zadzwoniła komórka. Nie pociągnął za spust, był na to zbyt rozsądny. Nadal celując do mnie, sięgnął dłonią po telefon i przyłożył go do ucha. Nic nie mówił, czoło mu się zmarszczyło. Na koniec pokiwał głową.
-To do ciebie – podał mi komórkę. Ze zdziwieniem przejąłem aparat.
-Halo?
-Posłuchaj, młody człowieku – zwrócił się do mnie koleś po drugiej stronie. Był bardzo spokojny, a nawet powiedzieć by można – obojętny – Jak na razie zostałeś przyjęty, bo najwyraźniej jesteś zdolny, a ja lubię zdolnych ludzi. Z tym światłem jednak już przesadziłeś. Nie lubię, gdy ktoś robi sobie głupie dowcipy. Następnym razem nie zniosę tego tak spokojnie. Teraz zmienisz wszystko tak, jak to było na początku, a Henry zaprowadzi cię do Centrum. Do roboty.
-Tak jest. – odparłem sucho.
Albinos Henry wziął ode mnie telefon i wymownie wskazał na klawiaturę laptopa. Mój wyczyn zrobił wrażenie chyba na wszystkich obecnych w budynku – tylko nie na nim. Już wiem, jak będę go nazywał – Kamienna Twarz. Na razie jednak zostało mi jeszcze trochę roboty z przyprowadzaniem systemu do poprzedniego stanu. Gdy skończyłem, a światło paliło się już normalnie, wstałem i razem z Henrym wyszedłem z pokoju. Po drodze słyszałem, jak młody Sidney gra na gitarze tą samą melodię, którą nuciłem sobie pod nosem, a której rytm specjalnie wprowadziłem do programu sterującego światłem. Bystry i zdolny dzieciak, pomyślałem i uśmiechnąłem się do niego. Zauważył to.
Ale już nie odpowiedział tym samym.
* * *
Domyślałem się, że mężczyzną, z którym rozmawiałem przez telefon, był Falcon we własnej osobie. Trudno zatem nie pomyśleć, że w Centrum miałem się spotkać właśnie z nim. Gdyby tak było naprawdę, a na moim miejscu jakimś cudem znalazł się Gorgoyle lub jeden z jego ludzi, z pewnością nie zmarnowaliby takiej okazji na wykonanie zlecenia. Ale ja nie byłem głupi. Nie byłem nimi. Jeszcze za wcześnie. Co najwyżej przepadnie kilka tysięcy. Nie dbam o to.
Po co zresztą myślę o tym, co oni by zrobili na moim miejscu, skoro to nie z Falconem się spotkałem? Okazało się, że to nawet nie z nim rozmawiałem przez telefon, tylko z jednym z jego ludzi.
Do spotkania doszło w Centrum, wiele metrów pod ziemią. Ta głęboko, że powietrze było do niego dostarczane od oczyszczaczy przez wielkie kanały wentylacyjne, a nie z powierzchni. Czuć było tą różnicę – to powietrze było czystsze.
Centrum wywarło na mnie już spore wrażenie. Po wyjściu z windy znaleźliśmy się na niewielkiej kładce, a kilka metrów pod naszymi stopami rozciągała się ogromna hala, wzdłuż i wszerz zastawiona nowoczesnymi komputerami. Nie takimi, jaki miałem w domu, i z jakiego przed kilkoma minutami włamałem się na serwer. Te, nie dość że wyglądały ładniej, to z pewnością pracowały o kilka machów szybciej. Przy niemal każdym z nich ktoś pracował, ktoś tam dokądś dzwonił, coś zapisywał na kartce, znowu dzwonił, siadał na stanowisku… Tak w kółko. Robił się przy tym gwar jak w mrowisku. Przypominało mi to obsługę naziemną na kosmodromie. Tyle że na wielokrotnie większą skalę. Imponowało mi – ile w zbudowanie czegoś takiego musiało pójść pracy oraz pieniędzy. A ile wysiłku wymaga kontrola nad tym wszystkim żeby grało jak w zegarku… Trudno sobie wyobrazić.
-Raczej nie zrobiłem na nich wrażenia… - powiedziałem cicho do Henry’ego, gdy przechodziliśmy przez środek hali, w kierunku pancernych drzwi – Szkoda, bo już myślałem…
-Zrobiłeś tu więcej zamieszania i popłochu, niż lecąca w kierunku miasta bomba atomowa – przerwał mi – Zwykle siedzi tu połowa tych wszystkich ludzi, a i tak nie mają wiele do roboty.
Moje uszy łowiły wśród chaotycznego szumu fragmenty wypowiedzi, które, ku mojej uciesze, były na temat mojego „ataku”. Wziąłem ich z zaskoczenia, mimo że na wszystko byli przygotowani. Przekradłem się niezauważenie między nimi, mimo że mieli oczy dookoła głowy. Gdy uderzyłem, zrobiłem to raz i skutecznie, z niebywałą precyzją – tam, gdzie się tego najmniej spodziewali, a gdzie mieli najmniej ochrony. Było zbyt późno, by coś zrobić.
-Dobrze, że to wszystko było tylko na niby. – powiedział jakiś facet, trzymający między bladymi, kościstymi palcami papierosa – Gdyby naprawdę zaatakował nasz system, już byśmy byli odcięci od świata…
Chyba czas zacząć myśleć o pseudonimie operacyjnym?, pomyślałem z satysfakcją. Na przykład Duch albo Cień? Co atakuje znienacka, a zabija perfekcyjnie? Może Orzeł?
-Mnie ciekawi tylko jedno – mówił drugi facet – Jak on to zrobił tak szybko?
Bardzo prosto, kolego.
-A skąd wiesz, że to był on? – zaprotestowała jakaś młoda blondynka.
No, właśnie. Skąd?
Nie zwracałem uwagi na to, co mówili dalej, ale zdaje się, że się pokłócili. No, no, nie spodziewałem się, że ktokolwiek się o mnie pokłóci, jak o jakiegoś idola. Niektórzy ludzie oddaliby za swoich ulubieńców życie… Cholera, przypomniałem sobie o Benny’m i reszcie. Od tylu dni starałem się o tym nie myśleć. Byle głupia sytuacja, z pozoru nieznaczne skojarzenie, a cały dzień się wali.
Albinos spojrzał na jednego z informatyków, siedzącego z dala od reszty przed komputerem i w zamyśleniu sączącego herbatę z dużego kubka.
-Peter.
Ten powoli odwrócił się od monitora i spojrzał na nas. Jego uwagę szczególnie przykuła moja osoba. Pojął znak dawany mu przez Henry’ego.
-Aha, więc to jest nasz nowy geniusz? – głos był identyczny do tego, który słyszałem przez telefon. Jego właściciel wstał i podszedł bliżej, wyciągając w moją stronę swą dłoń.
-Peter Dallas. Jestem tu, że tak powiem, administratorem.
-Steven Malone – skinąłem głową – Miło mi.
-Jasne – rzucił z przekąsem – Chodź, usiądziemy sobie. A ty, Henry, idź i sprawdź czy cię na górze nie ma przypadkiem. No, - podjął, gdy usiedliśmy przy jego stanowisku. Siorbnął łyczek z kubka – No, to teraz oświeć mnie, jakim cudem w ogóle wlazłeś na nasz serwer?
Chodź mówił cicho, kilka osób spojrzało w naszym kierunku i przyglądało się z zaciekawieniem.
-Czego tu szukacie? Do roboty! A ty mów.
-Nie ma o czym… To było proste. – spojrzał na mnie surowo – Przeciążyłem serwer stale wysyłającymi się wiadomościami. Wiedziałem, że nie uwierzysz…
-Co? – zawołał wzburzony – I to wszystko?! Tylko tyle?!
-Przecież mówiłem, że to było proste. Na każdą waszą skrzynkę mailową nałożony jest filtr, który ogranicza napływanie mniej ważnych wiadomości. Co nie oznacza, że nie obciążają one systemu.
-Niemożliwe. – wciąż protestował - Nasz serwer jest zbyt mocny. Nawet gdybyś na niego w tym samym momencie wysłał z każdego komputera na świecie wiadomość, nic by ci to nie dało.
-Nie słuchasz mnie. – uśmiechnąłem się – Te wiadomości automatycznie i wciąż się powielały. Po kilku sekundach mojego działania, wasz serwer przesiewał trzydzieści osiem milionów nic nie znaczących plików. Nie powiem ci, ile ich było, gdy kończyłem po trzech minutach.
Peter zmrużył oczy, zaczął gładzić się po wąsach i brodzie. Patrzył na mnie, rozważając moje słowa.
-No, dobra. Przyjmiemy że w ten sposób przeciążyłeś serwer, zabezpieczenia nie zadziałały jak należy. W takim razie powiedz mi teraz, w jaki sposób ominąłeś pilnujących systemu SysOp-ów?
-Znowu się będziesz denerwował – ostrzegłem go.
-Mów.
-To był Trojan – wirus podający się za inny program, albo maila…
-Wiem, co to jest Trojan! Jezu...
Oparł łokcie o blat stołu, o mało co nie wylewając herbaty z trąconego kubka i schował twarz w dłoniach. Zaskoczył mnie tym. Nie spodziewałem się, że tak na to zareaguje.
-Zawirusowałeś nam system – jęknął głucho.
-To był prosty algorytm, nawet nie do końca wirus. Zrobił, co miał do zrobienia i sam się skasował. Tak jak i pozostałe – pocieszyłem go.
Podniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy. Trwaliśmy tak w milczeniu przez kilka chwil. Wreszcie bez słowa sięgnął po telefon na stojaku wbudowanym w biurko, i szybko wstukał na nim numer. Nie rozmawiał jednak, tylko z powrotem odłożył aparat na miejsce.
-Wracaj na górę – polecił głosem, wydawało mi się, nieco zrezygnowanym, zmęczonym – Henry znajdzie ci tam jakieś miejsce. Niedługo dowiesz się, co cię dalej czeka.
-Ale nadal jestem z wami? – upewniłem się.
Odkleił wzrok od blatu biurka i spojrzał na mnie.
-Tak. Idź i… i czekaj.
* * *
Gdy wróciłem na górę, prawie nikogo tam nie było. John siedział w dziwacznej pozycji szmacianej lalki i pochrapywał cicho. Obok niego siedział Henry i w zamyśleniu popijał kawkę z filiżanki. Zauważył mnie, jak wchodziłem do pomieszczenia, wpuszczając do salonu strugę światła z korytarza.
-No i co? – spytał.
-Muszę czekać. – odparłem, siadając w fotelu naprzeciwko niego – Peter powiedział mi, żebym czekał…
-Aha. – skinął głową – Jak tak mówią, to znaczy że nie masz się czym przejmować. Ja musiałem przechodzić kilkutygodniowe testy, żeby się przekonać czy nadaję się do takiej roboty. A tak w ogóle – Henry jestem. Henry Grunt. Ale i tak wszyscy tutaj mówią na mnie Oczko. Sam nie wiem czemu...
Uśmiechnął się, więc i ja to zrobiłem. Nic nie powiedziałem na temat jego oczek. Zapadła cisza.
-Czym się zajmujesz?
-Czym popadnie. – odparłem cicho – Nie mam stałego zajęcia.
-Teraz będziesz miał. – oświadczył - Nie dadzą ci chwili odpoczynku. Ech, jak to dobrze, że ja tu fizyczny jestem, a nie umysłowy.
Przymrużył oczy i z westchnieniem rozciągnął nogi. Zaraz zasnął, mimo że przed chwilą wypił całą filiżankę kawy. Musiał być już bardzo zmęczony. Ale nie był ostatnim, który zasnął tego wieczora. Ktoś jeszcze trzymał się na nogach.
Poszedłem do pomieszczenia, w którym paliło się światło, przepuszczane jedynie przez szparę między drzwiami a podłogą. Znalazłem się w przestronnej kuchni, błyszczącej czystością, jakiej do tej pory nie widziałem jeszcze nigdy.
Przy stole stojącym dokładnie pośrodku siedziała Jennifer, dłońmi obejmując kubek nad którym toczyły się obłoczki pary. Spojrzała na mnie przelotnie, nie odzywając się, i wbiła wzrok w szafki naprzeciwko siebie. Jej puste, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu oczy nadawały jej wyglądu wraku człowieka. Czystej esencji cichej rozpaczy
Nieswojo się poczułem, jej zachowanie jakoś mnie zaniepokoiło. Czułem w sobie dziwny ciąg, który zmuszał mnie, bym coś zrobił. Nie wiedziałem, co konkretnie, ale nawet gdybym wiedział to i tak, znając swoje szczęście, niewiele by mi z tego wyszło. A czy w ogóle musiałem coś robić? Nie, skąd. Ale chciałem, jak cholera chciałem. Jakoś tak… Wydawała mi się sympatyczna i… bardzo podobna do mnie. Tyle że pod skorupką nie było nawet malutkiej bestii.
Usiadłem na krześle, zasłaniając jej szafki.
-Cześć – uśmiechnąłem się ciepło – Nazywam się Steven, a ty jesteś Jennifer, tak?
Popatrzyła na mnie nieco dłużej, jej oczy ożywiły się z lekka, a spojrzenie nabrało badawczego wyrazu, ale i tak w końcu odwróciła się ode mnie i zaczęła patrzeć na nocne niebo za oknem. Nie odpowiedziała, z góry zakładałem, że tego nie zrobi. Ta rozmowa będzie chyba trudniejsza niż z początku podejrzewałem, pomyślałem z zawodem. Już co prawda z nie takimi problemami sobie radziłem, tylko że wtedy nie wdawałem się w dysputy tylko od razu strzelałem. Jest to jakaś różnica, może nie dla wszystkich, ale jednak jest…
-Piękna noc. – stwierdziłem, patrząc przez okno – Nie jesteś zbyt rozmowna – dodałem, nie doczekawszy się żadnego odzewu z jej strony.
Wstałem i przyklęknąłem przed nią, musiałem teraz patrzeć na nią nieco z dołu. Była zdumiona moim zachowaniem, oczy jej się szerzej rozwarły. Odwróciła się do mnie plecami i skuliła, pochylając głowę.
-Co ci się stało? Dlaczego jesteś stale taka przygnębiona?
-A co? – spytała. Jej głos, choć zabarwiony nutą irytacji, był przyjemny dla ucha – Psychologiem jesteś, że chcesz to wiedzieć?
-Nie, psychologiem nie jestem – odparłem, okrążając stół i stając przed nią – Ale może mógłbym być twoim przyjacielem, co? Chciałabyś?
Chcesz tego, na pewno chcesz. To jedyna rzecz, jakiej teraz potrzebujesz. Jakiej ja potrzebuję.
-Nie – rzuciła.
Jakbym dostał obuchem przez łeb. Tym jednym, krótkim i cichym „nie” wprawiła mnie w zdumienie, graniczące z niedowierzaniem. Byłem więcej niż pewien, że powie „tak”, albo w ogóle nic nie powie. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że taka będzie jej decyzja. Cała moja wiedza na temat psychologii skończyła się niespodziewanie jak papier toaletowy, procesor dostał skrętu obwodów, a wszystkie moje nadzieje związane z jej osobą legły w gruzach.
Nie wiedziałem, co dalej mogę zrobić. Jedynym rozsądnym wyjściem okazała się ucieczka. Tak, ucieczka. Wstałem i skierowałem się do drzwi.
-Nie obwiniaj się, proszę – szepnęła cicho i powoli, gdy już trzymałem w dłoni klamkę – to nie twoja wina. Ja nie potrafię być niczyim przyjacielem. Wolę zostać sama. Przepraszam, jeśli…
Zabrakło jej słów, a może i tchu, by dokończyć.
-W każdym razie – uśmiechnąłem się i odwróciłem do niej – miło było cię poznać, Jen. Dobranoc.
Kto powiedział, że noc jest piękna? Zdaję się, że ja. A teraz powiem, że to wszystko gówno prawda. Była taka sama jak i inne – te przed nią i te po niej. Wszystkie są takie same – ciemne, ciche i puste. Dlaczego więc ludzie mówią, że są piękne? Co w nich takiego? Chyba tylko to, że są najlepszą z najgorszych rzeczy w świecie. A to naprawdę nic takiego, czym warto się zachwycać.
Usiadłem w wolnym fotelu przy drzwiach balkonowych i z nudów zacząłem liczyć gwiazdy. Dzieliłem koncentrację pomiędzy tym, a myśleniem o Jennifer i rozpaczaniem, że mój plan się nie powiódł.##edit_bysclavia 2005-11-20 12:21:58##ed_end##