Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Cena Wyzwolenia: Rozdział II - Nieproszony gość

ceandric ·

Nie potrafiłem wytrzymać w mieszkaniu, mając za swojego jedynego towarzysza tylko stary komputer. Dnie, kiedy było jasno, a na ulicach wciąż kręciło się mnóstwo ludzi, spędzałem w ukryciu. Nie chciałem igrać z losem, ktoś mógłby mnie zauważyć. Dopiero gdy zbliżał się zmrok, a większość mieszkańców miasta zapadała w błogi sen, wychodziłem.
Skacząc z jednego dachu, na drugi, miałem dużo czasu na różne przemyślenia. Moje myśli były wtedy swobodne jak ja. Zastanawiałem się nad samym sobą. Po kolei – byłem maszyną, od samego początku zaprogramowaną do zabijania. Ode mnie miał zacząć się koniec świata. Na dodatek zaczynam powoli bać się samego siebie, jak czegoś kompletnie nieznanego. U maszyny niedorzeczność, u człowieka – coś zupełnie normalnego, ten strach.
Powoli schodziłem po ścianie głową w dół. Krawędzie moich palców były dość cienkie i ostre, więc nie miałem problemów z wciskaniem ich w szczeliny i pęknięcia pomiędzy cegłami. Za wszystkimi oknami, obok których przechodziłem w swojej wędrówce, panowała ciemność. Tylko za jednym paliło się światło. Przystanąłem. Ostrożnie, jak drapieżnik podchodzący ofiarę, zbliżyłem się do niego i spojrzałem, ledwo wystając za ramę okna.
Zobaczyłem przez nie coś dziwnego. Młoda, szczupła kobieta, stojąca nago przed lustrem. Trzymała się za biodra i obracała nieznacznie w obie strony, oglądając swe odbicie. Także ja je widziałem i przez chwilę przyglądałem się dziewczynie bez wzajemności. Miała duże niebieskie oczy, drobną, okrągłą twarz, nieco zadarty nosek i usta, niczym szczególnym się nie wyróżniającymi. No, i była kompletnie naga. Nigdy nie widziałem nagiego człowieka, ale ten widok przy okazji coś mi uświadomił.
Cofnąłem się od okna i znieruchomiałem. Przez chwilę myślałem, choć moje myśli przestały już być tak swobodne. Każda chciała przekrzyczeć pozostałe. Z trudem sobie z nimi radziłem.
Wieżowiec naprzeciwko mnie cały wykonany był ze szkła. Kątem oka widziałem na jednym z segmentów dużą, pokraczną plamę. Wiedziony dziwnym przeczuciem, zadarłem głowę nieco do góry, by móc lepiej jej się przyjrzeć. Tak, dobre miałem przeczucia. Widziałem siebie. Nie mogłem porównać się do niczego, co do tej pory widziałem. Przypominałem nieco prostego ludzika, takiego, jakiego rysują małe dzieci: małe kółko jako głowa oraz pięć kresek zastępujących tyłów, nogi i ręce. W niczym nie byłem podobny człowieka.
Decyzję podjąłem niemal w tym samym momencie, kiedy się ujrzałem. Muszę wyglądać jak człowiek. Nie ze względów bezpieczeństwa; nie, bo tak będzie mi łatwiej wmieszać się w tłum. Chcę tego. Chcę, żeby ludzie patrzyli na mnie jak na żywą istotę, a nie maszynę. Bo oni wszystkich oceniają na pierwszy rzut oka; to, co w środku, wcale ich nie obchodzi.
Wlazłem z powrotem na dach i wybrałem drogę do domu. Musiałem się przygotować.

* * *

Sobotnia noc była wyjątkowo ciemna, jeszcze nigdy takiej nie widziałem. Lub może to mnie się tylko tak wydawało… Na cichy powrót do laboratorium była jednak w sam raz. Musiałem tam wrócić, bo tylko tam mogłem załatwić to, co chciałem.
Nie zdążył minąć tydzień od mojej ucieczki, a wojsko już chyba o mnie zapomniało. Rozerwałem siatkę grodzącą teren kompleksu i wczołgałem się przez dziurę do środka. Niezauważony przez strażników i wielkie reflektory, dobiegłem do najbliższej ściany i przywarłem do niej plecami. Mocniej ścisnąłem karabin w dłoniach, rozglądając się czujnie na boki. Nikt mnie nie zauważył. No, tak, pomyślałem z satysfakcją. Zapomnieli o mnie. Zgraja kretynów. Ale to i dobrze. Ostrożnie stąpając tuż przy ścianie, dotarłem do wylotu kanału, którym wcześnie zwiewałem. Wtedy zobaczyłem, że krata jest przyspawana do krawędzi otworu. A jednak są sprytni. Szkoda, że spryt nie zawsze idzie w parze z wiedzą. Musieliby zalać kanał tonami stali, żebym nie mógł się przez niego przebić.
Wyrwałem kratę jednym ruchem, wlazłem do kanału i zasłoniłem otwór. Ostrożność i przewidywanie – podstawowe cechy stratega. Wolałem nie ryzykować, że ktoś zauważy otwarte wejście i ściągnie kolegów. To by mi mogło bardzo utrudnić moje zadanie.
W środku budynku również nie było wielu ludzi. Ot, kilku tylko strażników, którzy i tak spali na służbie. Bez trudu ich omijałem. Miałem też tą przewagę nad nimi, że byłem nieco mniejszy i zwinniejszy niż przeciętny człowiek, cały czas wiedziałem, gdzie się znajduję i jakie może być najbliższe i najlepsze schronienie przed ich zaspanymi spojrzeniami. Mimo że nigdy nie szedłem tymi korytarzami, znałem je na pamięć.
Wiedziałem dokładnie, gdzie znajduje się mój cel. Była nim sala, gdzie przechowywane są medyczne aparaty do regeneracji. Przypomniały mi się materiały, które czytałem przed wyjściem. Przeglądałem je setki razy, ale jeszcze jeden raz, dla pewności, nie zaszkodzi. „Wykorzystując nanotechnologię udało nam się stworzyć implanty zakończeń nerwowych. – pisał jakiś zagraniczny naukowiec. Z jego pracy korzystał Ben, pisząc dla mnie materiały – Badania na myszach potwierdziły tę metodę w leczeniu niedowładów kończyn oraz budowaniu nowoczesnych protez kości. Dzięki temu, i procesowi regeneracji tkanek, możliwe jest zastąpienie stalowych protez naturalnymi mięśniami zbudowanymi tylko na stalowych kościach”. Czyli wychodzi na to, że całe moje ciało jest obecnie jedną wielką protezą.
Przed pokojem, do którego zmierzałem, stało dwóch cerberów. Zaczaiłem się w cieniu i na chłodno oceniłem całą sytuację. Rozmawiali, byli spokojni, rozluźnieni i całkowicie nie przygotowani do obrony. Na dodatek światło nieco nawalało i w całym korytarzu panował półmrok. Idealna sytuacja do ataku.
Nie usłyszeli mnie, gdy zachodziłem jednego z nich od tyłu. Złapałem go szybko za głowę i mocno przekręciłem w bok. Kręgi chrupnęły, a ciało człowieka zwiotczało. Drugi drgnął i wycelował w moją stronę swój karabin. Zanim zdążył wystrzelić złamałem mu rękę, kość przedramienia przebiła uniform. Żołnierz wybełkotał coś – bardziej z szoku i przerażenia, niż z bólu – i zemdlał. Zanim upadł, chwyciłem go za głowę, dwoma palcami rozchyliłem powieki jego prawego oka i zbliżyłem je do czytnika wzoru soczewki, wbudowanego w ścianę obok drzwi. Automat zapiszczał kilkakrotnie, drzwi rozsunęły się. Wtaszczyłem obu żołnierzy do pokoju.
Pomieszczenie było bardzo małe. Jak na jedno z bardziej znaczących miejsc w całym kompleksie – nawet zbyt małe. W końcu to właśnie tutaj leczono rannych żołnierzy. Niezależnie od tego, czy któryś z nich zaciął się w palec podczas krojenia chleba, czy też przypadkowy pocisk dum-dum oderwał mu nogę – tutaj pozbywano się takich dolegliwości. Od cholery powierzchni w pokoju zajmowały właśnie dwa aparaty, przeznaczone do sztucznej regeneracji – podłużne komory z leżankami, osadzone na stalowych pudłach i podłączone do komputerów sterujących.
Podszedłem do jednego z nich i włączyłem. Przez chwilę przyglądałem się automatycznie ukazującym się na ciemnym ekranie informacjom, zanim pojąłem, co one oznaczają. Aktualizacja plików, przygotowanie bazy danych – spokojnie czekałem, aż wszystko będzie gotowe. Czekałem, czekałem… czekałem. Długo czekałem. Aż wreszcie na ekranie zamigotało polecenie: „System gotowy, czytnik DNA sprawny. Podaj próbkę DNA”. Zastanowiłem się i spojrzałem na strażnika z otwartym złamaniem. Chyba umarł, więc nic już mu zaszkodzić nie może. Zanim jednak zdążyłem urwać mu połamaną rękę, by przeznaczyć ją na próbkę, dostrzegłem w rogu sali chłodziarkę – dużą, metalową szafę, z szkolnymi drzwiczkami. W jej wnętrzu unosił się siny obłok oparów azotu, kłębiący się wokół plastykowych płytek. W nich były zamknięte próbki DNA. Spojrzałem jeszcze raz na aparat regeneracyjny. No, tak – w jego bocznej ścianie tkwił cienki jak liść czytnik. Czyli urwana ręka była mi potrzebna, jak psu buty. Zacząłem przeglądać zawartość chłodziarki.
Każda płytka miała z jednej strony prostokątny, niewielki układ scalony. Zatem taka maszyna to już wyższa technologia. Tłumaczy kod genetyczny na kod komputerowy, a następnie z powrotem na kod genetyczny. Ciekawe. Nie dotykałem układów, mogłem je zniszczyć samym muśnięciem palca. Na awersach znajdowały się tabelki z danymi dawców oraz ich podobizny. To mnie interesowało najbardziej. Spostrzegłem, że jeden z nich jest mi bardzo znajomy. To ten sam, którego przed kilkoma minutami pozbawiłem życia, niezbyt długiego zresztą. Był bardzo młody, miał zaledwie dwadzieścia lat. Nie wyglądał jak super bohater, raczej przeciętniak - 181 cm wzrostu, 65 kilo wagi. Sam ważę tyle samo, czyli z jego mięśniami i skórą ważyłbym około stówy. Nie był zbudowany jak atleta, ani pospolity cherlak. Na szarego człowieka nadawał się w sam raz. Włosy czarne, średnie, cera zwyczajna, oczy szaro-niebieskie, znaków szczególnych brak. Jednym słowem - ideał szarego człowieka.
Nie mogłem jednak jeszcze wskoczyć do kabiny, bo ogłupiały system nie wiedziałby co ze mną zrobić i w efekcie nie zrobiłby nic. Wsadziłem do napędu pod ekranem dysk od Bena i odszukałem odpowiedni program. Napisał go specjalnie do tego celu – żeby zainstalować w komputerze odpowiednie dane. Po chwili wszystko było gotowe, dopiero wtedy wsunąłem do czytnika próbkę martwego strażnika i ustawiłem program szybkiej regeneracji tkanek. Kabina rozwarła się z cichym syczeniem, niczym paszcza jakiegoś stwora, wlazłem do niej i ułożyłem się na leżance. Gdy drzwiczki się zamknęły, pojawiła się nade mną długa lampa, która powoli zaczęła przesuwać się wzdłuż mojego ciała, emitując przy tym ogromne ilości oślepiającego światła. W ten oto sposób zostałem zeskanowany. Zaprogramowany aparat zaczął pracę.
Myślałem, że cały ten proces będzie nieco dłuższy, a czas w mojej sytuacji jest bezcenny. Nie poruszałem się, gdy koło mnie pojawiły się pokraczne mechaniczne ramiona ze skomplikowanymi chwytakami. W zadziwiającym tempie produkowały kolejne komórki, łączyły je w długie, delikatne nici, którymi następnie oplatały mój tytageniczny szkielet. Potem przyszła kolej na skórę, włosy i paznokcie. To przeszło bez problemu, w odbiciu wewnętrznej strony drzwiczek widziałem siebie jako młodego człowieka. Pozostały już tylko oczy. Bez nich, za to z twarzą człowieka, wyglądałem jak niedorobiony eksperyment. I to właśnie one sprawiły aparatowi najwięcej problemu. Robota musiała być wykonana perfekcyjnie i zgodnie z danymi programu – oczy miały wyglądać jak prawdziwe i przysłaniać czerwone fotoreceptory, a jednocześnie nie przeszkadzać w ich pracy.
Skończyło się. Trochę dziwnie się czułem. Przyzwyczajony do tego, że mam cienkie i lekkie ramiona oraz nogi, nagle musiałem przystosować się do nowych warunków. Pogładziłem się palcem po skórze na prawej dłoni. Czułem jej ciepło, miękkość i elastyczność, potrafiłem z zamkniętymi oczami namierzyć cienkie włoski na skórze. Technika potrafi czynić cuda.
Przyjrzałem się w drzwiczkach mojemu nowemu image. Dla pewności poprzewracałem nieco oczami, poruszałem nieco twarzą. Program postarał się o wszelkie szczegóły – w prawdziwych ustach, w prawdziwych dziąsłach, tkwiły dwa równe rzędy białych zębów, a pomiędzy nimi język, którym mogłem nawet poruszać. Do mowy był mi niepotrzebny, bo przecież nie miałem ani płuc, ani krtani. Wciąż musiałem polegać tylko na swoim syntezatorze mowy. No, i jeszcze trzeba się nauczyć poruszać nową twarzą, żeby podczas mowy nie wyglądało to jak angielski dubbing do japońskiego filmu.
Spojrzałem na martwego strażnika, mój pierwowzór. Jego ubranie może mi się przydać, przynajmniej na początek. Zdarłem z niego kurtkę, spodnie i buty. Na jego piersi połyskiwał stalowy nieśmiertelnik z wybitymi danymi.
-John Smith – mruknąłem do siebie, kręcąc głową z niedowierzaniem. Zbyt pospolite, pomyślałem. Nawet nie chodzi o to, że mi się nie podobało, bo było mi to akurat najbardziej obojętne. Ale nazwisko też powinno sprawiać jakieś wrażenie. Wygląd tego kolesia zaakceptowałem, nazwiska – nie. Poza tym wcześniej już o tym myślałem. Wezmę nazwisko po martwym przyjacielu – Stevenie. W ten sposób nigdy o nim nie zapomnę. Zasłużył na to.
Ubrany w mundur Johna Smitha, uzbrojony w jego karabin i z jego nieśmiertelnikiem na szyi, wyszedłem… kanałami. Po pierwsze - było szybciej i bliżej niż do wyjścia. Po drugie – w ten sposób nie igrałem z losem. Wciąż nie jestem całkowicie bezpieczny, a wykrycie w jakiś cudowny sposób jest mi teraz najmniej potrzebne.
Spodziewałem się, że na każdym rogu są kamery, że gdy tylko wyjdę z budynku, wyskoczy na mnie armia żołnierzy z ciężkim sprzętem. Nic takiego się nie zdarzyło. Albo mnie faktycznie nie zauważyli, albo kompletnie olewają moją obecność – co w takiej chwili jest przykładem tylko głupoty – albo taką mają taktykę: chcą, bym myślałem, że nikt mnie nie obserwuje. Gdzieś miałem to wszystko.
Gdy tylko opuściłem teren kompleksu, z obrzydzeniem zerwałem z kurtki naszywkę NSD i mściwie poszarpałem ją na strzępy. Jej kawałki rozrzuciłem po pustkowiu wokół. Pomyślałem, że niedługo to samo spotka samą korporację. Potrzebuję tylko na to nieco więcej czasu.

* * *

-Hej! – krzyknął gruby sprzedawca, gdy ledwo zdążyły się za mną zamknąć drzwi lokalu – Tu nie wolno wchodzić z bronią, ty łachudro niedorobiona! Myślisz, że gdzie jesteś?!
Zatrzymałem się w pół kroku i kilkakrotnie zamrugałem oczami. Nie zważając na jego słowa uważnie rozejrzałem się po zaopatrzeniu.
-Miałem nadzieję, że w sklepie odzieżowym. – wyznałem naiwnie.
-To złą miałeś nadzieję.
-Ale ja potrzebuję ubrań. – tłumaczyłem.
-Już ja ci dam ubrania. – schylił się pod ladę, jednak nie wyjął spod niej odzieży, tak jak obiecał, tylko ciężki pistolet z długą, szeroką lufą. Wycelował go we mnie, niedbale opierając łokieć o ladę.
-A teraz odłóż tą pukawkę, bandyto, i spadaj, to może nie zawołam policji. Liczę do trzech. Raz…
-Klientów traktuje się lepiej, chciałem zauważyć…
-Dwa! – wycedził, naciskając spust.
-I trzy!
Fiknąłem za ladę po mojej lewej zanim zdążył wystrzelić. Dwa pociski z pistoletu wbiły się w płaszcze na wieszaku przy drzwiach. Jednym, szybkim ruchem zgarnąłem z najbliższej półki parę czarnych dżinsów – na oko były dobre. Wsadziłem je sobie pod pachę, jeszcze dwie kule świsnęły mi nad głową. Zanim gruby do mnie dotarł, ja wyskoczyłem za lady i pociągnąłem mu krótką serią tuż nad głową. Ze strachu padł na podłogę, skulił się ze strachu i więcej już nie wyściubiał nosa. Szybko wybrałem sobie koszulę, buty, bluzę oraz długi płaszcz. Bardzo przydatny do chowania pod nim broni. Zwinąłem to wszystko w jeden kłębek i podszedłem do kasy.
Gruby trzęsącą się dłonią wycelował we mnie pistolet. Wyrwałem mu go i schowałem spokojnie do kieszeni. Rąbnąłem pięścią w klawiaturę kasy, szuflada z pieniędzmi niemal wyskoczyła na podłogę. Wybrałem z niej grubszą forsę, drobniaki tylko dzwonią i są praktycznie bez wartości. Od teraz byłem złodziejem, chociaż pieniądze były mi praktycznie niepotrzebne.
-Wezmę sobie jeszcze torebkę – oświadczyłem i zerwałem z wieszaka przy ladzie foliowy worek. Wsadziłem do niej wszystkie moje zakupy.
-A teraz spadam. Do widzenia.
Wyszedłem ze sklepu, nie starając się nawet ukryć karabinu, bo i tak nigdzie bym go nie zmieścił. Nikt nie zwracał na to uwagi, tak samo jak nikt zdawał się nie słyszeć strzelaniny. Widocznie takie ekscesy są już w tym mieście na porządku dziennym i nawet policja się nimi zbytnio nie przejmuje.
Nikt z przechodniów na ruchliwej ulicy nie zauważył, gdy otoczyło mnie nagle kilku bandziorków i zaczęli grozić mi nożami. Zauważyli to dopiero, gdy bandziorki stracili noże razem z zębami.

* * *

Wyobraźcie sobie taką scenę – nie umiejący pływać człowiek ostatkiem sił trzyma się dryfującego obok niego koła ratunkowego. Jest bezpieczny, nie utonie, jego ciało i umysł ogarnia błogi spokój. Wszystko będzie dobrze. I nagle znikąd pojawia się ktoś, kto wyrywa z jego dłoni koło. Tak właśnie się przez te kilka dni czułem. Początki życia wśród ludzi były dla mnie bardzo trudne – nie posiadając nikogo, kto wprowadziłby mnie w ich świat, czułem się jak człowiek rzucony na głęboką wodę bez koła ratunkowego. Rozpaczliwie próbowałem się temu przeciwstawić, ale ten świat coraz silniej trzymał mnie w swoich ciemnych głębinach.
Za nic nie potrafiłem pojąć pewnych ludzkich zachowań. Gdy raz szedłem ulicą, dostrzegłem po jej drugiej stronie ze dwa tuziny osób, stłoczone w szerokim pierścieniu. Jakieś krzyki, wrzaski, gwizdy… Zaciekawiony podszedłem bliżej. W środku kręgu biło się dwóch facetów. Nie, to że ludzie nie reagują na takie rzeczy inaczej niż kibicowaniem, pojąłem już dawno. Sam też byłem bierny. Chodzi o coś innego. Walka była ostra i niekoniecznie uczciwa. Obaj równo prali się po gębach, stosowali bandyckie, dzikie zagrywki, krew mieszała się z potem. Nie byli honorowi – tak mi się zdaje. Bójka skończy się chyba dopiero wtedy, kiedy jeden z przeciwników padnie trupem. Ale tu nawet nie o honor chodzi. W pewnym momencie jeden z nich z rozmachem zasunął drugiemu z kopa prosto między nogi. Jedynym, co tamten zrobił, było zsinienie na całej twarzy, chwycenie się za jaja i wydanie z siebie panicznego wrzasku: „Kuuuuuurwa mać!!!”
Rozumiem tą „mać”. Zawsze jest tak, że w trudnych chwilach ludzie wzywają najbliższą sobie osobę. A kto może być bliższy niż matka. Ale dlaczego akurat „kurwa”? Albo faktycznie taki zawód jego szanowna matka uprawia, albo za taką ją uważa. Gdyby tak nie było, to by jej przecież tak nie nazywał. Co nie zmienia faktu, że chyba tylko kompletny dupek obrażałby w taki sposób swoją własną rodzicielkę. A poza tym – czy musi się z tym tak obnosić, żeby wszyscy o tym wiedzieli? To mnie najbardziej intrygowało we wszystkich tych ludzkich dziwactwach.
Poza tym cały czas dziwnie się czułem. Miałem wrażenie jakbym był zamknięty w ruchomym więzieniu, które mnie ogranicza jak tylko może – jak to zwykle więzienia. Chodziło o moje ciało. Nie mogłem się przyzwyczaić, że będę teraz czuł wszystko, co dzieje się wokół mnie – najdrobniejszą kroplę deszczu, która spadnie mi na włosy, najdelikatniejszy powiew wiatru na twarzy, dym gryzący oczy na ulicy. Nie mogłem zatem nie poczuć, że na całym ciele czuję podłe swędzenie. Było to strasznie uciążliwe, dopóki nie odkryłem, jaki jestem brudny. Nie myłem się jeszcze nigdy.
W sklepie po drugiej stronie ulicy kupiłem sobie mydło i szampon. Na obu opakowaniach pisało: „nie testowane na zwierzętach”. Ha, pewnie, że nie testowane, bo skoro ludzie teraz za pół litra chętnie godzą się na dowolne tortury, to po co polować na jakiekolwiek zwierzęta? Zresztą chyba jedynymi istotami pozostałymi przy życiu na tej planecie, poza ludźmi, są tylko muchy lecące do smrodu miast, i pająki, żywiące się tymi pierwszymi. A na tych szamponu się raczej nie przetestuje.
Wreszcie okazało się, że mydło i szampon są mi i tak zbędne, bo w mieszkaniu nie mam dostępu do wody. Swędzenie doprowadzało mnie powoli do szału. Przetłuszczone włosy zaczynały mi wypadać całymi garściami, skóra złuszczyła się paskudnie. Nie miałem już innego wyjścia i pomysłu – wlazłem przez okno do mieszkania nade mną, gdy nikogo nie było, i tam się na chybcika wykąpałem. Świąd przeszedł, tak jednak dalej być nie mogło. Muszę myśleć przyszłościowo – kupię sobie legalne mieszkanie w jakiejś dobrej dzielnicy i będę miał święty spokój. Marzenia sobie, a życie sobie - pozostawał mi jeszcze problem finansowy. Żeby kupić mieszkanie, musiałem mieć więcej gotówki. Doszedłem zatem już do tego etapu uczłowieczania, w którym trzeba znaleźć sobie pracę.
Poszukiwania zacząłem z miejsca. Chciałem kupić gazetę, żeby sprawdzić w niej oferty pracy, ale doszedłem do ponurego wniosku, że już dawno przestano je drukować, bo nigdzie nie mogłem dostać ani jednej. Chyba jedynymi źródłami informacji dla ludu były olbrzymie telewimy na rogu każdej ulicy. Nieraz i nie dwa widziałem grupy ludzi zapamiętale gapiących się na reklamy, gdzie każdy produkt prezentowały urocze panienki. Tam raczej ofert pracy nie znajdę. Dziękuję, szukam dalej. Pozostawała jeszcze zwykła telewizja oraz Internet – miejsce, gdzie obok wiedzy skompilowana była cała potęga najgorszych ludzkich koszmarów i problemów. Tam, gdzie można było znaleźć drogę do świata, tam też można było znaleźć drogę wręcz odwrotną. Ponure to, ale tak… To było właśnie to, czego potrzebowałem. Bez zwłoki zabrałem się do przeglądania tego globalnego śmietnika.
Ludzka zapobiegliwość jest wręcz rozbrajająca i w pewnym sensie dołująca. Na każdej stronie z ofertami pracy, na samym wstępie, trzeba było się zalogować, podać numer swego dowodu osobistego, metryki urodzenia, przesłać swoje zdjęcie etc. Tylko to ostatnie mogłem na razie zrobić, musiałem tylko ukraść skądś aparat fotograficzny, bo nie zamierzam tracić pieniędzy jeszcze na fotografa. Praca legalna zatem odpadała do czasu, kiedy wyrobię sobie dokumenty. Jakoś, ale zrobię to…
Był wieczór, zerknąłem przez okno w poszukiwaniu pomysłu i natchnienia. Zobaczyłem, jak chodnikiem idzie banda wygolonych łebków z kijami. Idzie, jednocześnie rozwalając wszystko co spotka na swojej drodze – ławki, samochody, witryny sklepowe. Słowem - jak szarańcza. Zza rogu wyszedł jakiś młody chłopak, raczej mikrej postury. Skini dopadli go i przy akompaniamencie swego własnego rechotu i przekleństw, zdarli z niego całe ubranie i łaskawie puścili wolno. Zasuwał tak szybko, że jego nogi ledwo co dotykały chodnika.
Żal mi się go zrobiło. Jednocześnie oberwałem oświeceniem jak obuchem przez łeb. Skoro praca legalna odpada, trzeba wziąć się za pracę nielegalną. Genialnie. Zostanę zawodowym przestępcą, tylko takim z klasą. Będę działał dla mafii, wykonywał porządne zlecenia. Tylko konkurencja duża.

* * *

Jeśli naprawdę szukacie informacji i naprawdę ich potrzebujecie, to nie traćcie czasu na grzebanie w sieci. Nic nie znajdziecie. Najlepiej jest wyjść na miasto i popytać, oczywiście tych, co wiedzą nieco więcej niż zwykłe szaraki. To właśnie tacy ludzie dysponują najświeższymi informacjami, może nie ze świata, ale na pewno ze swej dzielnicy. Od kilku małolatów, ćpających pod murem dowiedziałem się, kto sprzedaje im dragi. Ich dobroczyńca w okolicy był znany jako Gorgoyle i przywodził małej, ale wzorowo rozwijającej się bandzie. Według małolatów mogę znaleźć go tylko w starej, zapuszczonej hali, służącej kiedyś jako magazyn fabryki produkującej batoniki. Wiedziałem, gdzie to jest, więc od razu ruszyłem w jej kierunku. Cały czas myślałem o jeszcze jednej uwadze ćpunów: Gorgoyle to straszny sukinsyn, własną matkę by sprzedał. Tak mi powiedzieli.
Stanąłem przed stalowymi drzwiami, tylnym wejściem do magazynu, i kilkakrotnie zapukałem. Przez chwilę panowała cisza, więc zapukałem ponownie, nieco mocniej. Dopiero po trzeciej próbie, już naprawdę mocnej, judasz w drzwiach odchylił się na bok. Zobaczyłem oko jakiegoś kolesia – tylko jedno, drugie miał zasłonięte czarną opaską. Ale tylko to jedno wystarczyło mi, bym pomyślał, że to sam Gorgoyle we własnej sukinsyńskiej osobie.
-Czołem, człowieku – uśmiechnąłem się krzywo. Udając luzaka mam większe szanse na przyjęcie do gangu – Zastałem może szefa? Zaraz, nic nie mów. Ty jesteś Gorgoyle, tak?
-Poszedł stąd, kapcanie zawszony! – warknął tamten i odsunął się nieco od drzwi – na tyle, by swobodnie wsadzić w otwór judasza lufę starej dwururki. Wycelował ją w moje czoło – Wypierdalaj i się tu nie pokazuj, bo nie będziesz już miał czym się tak głupio uśmiechać.
-Nie ma szefa?
Facet nie był zbyt uprzejmy – zamiast odpowiedzieć po ludzku, od razu nacisnął na spust. W ostatniej chwili zdołałem się uchylić, choć śrut i tak nieco drapnął mnie po grzbiecie.
Zanim zdołał przeładować, wziąłem potężny zamach i na wysokości jego brzucha przebiłem pięścią drzwi na wylot. Przy okazji podarłem sobie rękaw o ostre kawały blachy. Cały płaszcz na szmaty, cholera. Złapałem jednookiego kolesia za kurtkę i mocno pociągnąłem do siebie, aż drzwi zadudniły, gdy jego grube brzuszysko łupnęło o drzwi. Zawył z bólu, wyrżnąwszy w blachę twarzą.
-To jest ten szef? – pytałem, szarpiąc nim jak szmacianą lalką to w jedną, to w drugą stronę – Gadaj wreszcie, bo cię przecisnę przez tą dziurę jak przez sokowirówkę!
-Jest! – wrzasnął wreszcie, gdy po raz kolejny ciągnąłem go w swoją stronę. Jego twarz była już spuchnięta i czerwona jak burak – Puszczaj!
-Najpierw otwórz. – rozkazałem.
Otworzył, w drzwiach trzasnęły metalowe sztaby zamków. Ale odźwierny nadal był uparty. Gdy tylko go puściłem i wyjąłem rękę z dziury, ten znowu wycelował we mnie dubeltówkę. Wyrwałem mu ją, aż się zdziwił, i pokiwałem na przestrogę palcem. Przeszedłem przez drzwi.
Hala była nieco pustawa. W samym jej centrum stało kilka skrzyń i kontenerów, na których siedzieli członkowie bandy Gorgoyla. Wszyscy byli zwróceni twarzami do blaszanej beczki, w której płonął ogień.
Usłyszeli moje kroki, odwrócili się naraz w moją stronę i jak jeden mąż dobyli broni, kryjąc się za kontenerami.
-A ty kto? – ryknął na mnie jeden z nich, łysy Murzyn z bladą blizną biegnącą pod okiem i przez nasadę nosa. Stał najdalej ode mnie, celował do mnie z pistoletu o długiej lufie.
-Szukam Gorgoyla – wyjaśniłem, podnosząc ręce do góry. Odrzuciłem strzelbę wyrwaną odźwiernemu. Jednooki przebiegł obok mnie, chwycił swą broń i dołączył do reszty.
-A na chuja?
-Nie na chuja, tylko na polecenie – odparłem chłodno – Po prostu szukam Gorgoyla.
Murzyn spojrzał na jednookiego.
-Ty, Zazul – zaczął takim tonem, jakby miał zamiar go soczyście opierniczyć – Kogoś mi tu znowu wpuścił? Szpicel, czy kolejny naiwniak? Och ty, jak cię zaraz…
Uniósł dłoń, chcąc rąbnąć odźwiernego na odlew przez pysk. Ten cofnął się o krok z nieco przerażoną miną i podniósł dłonie do góry. Po chwili zbliżył się do niego i zaczął szeptać mu coś do ucha, od czasu do czasu wspomagając się gestami i wskazując na mnie. Murzyn popatrzył na mnie, pokiwał głową i zrobił zamyśloną minę. To, co przed chwilą usłyszał, musiało zrobić na nim wrażenie.
Wyszedł zza skrzyń i zbliżył się do mnie. Pistolet dla ostrożności cały czas trzymał w dłoni. Bardzo rozsądnie.
-Czego ode mnie chcesz? – zapytał groźnie.
-Więc to ty jesteś Gorgoyle?
-Hej, ty! – zdenerwował się - Jak ci zaraz zasunę, to przestaniesz się tak głupio pytać! Ty wpierw mi powiedz, kim jesteś.
-Nazywam się Steven Malone – odparłem, wcale nie przejmując się jego wybuchem – i chciałbym się do was dołączyć.
Usta Gorgoyle’a powoli wykrzywiły się w upiorny uśmieszek.
-Chłopaki, patrzcie go, cwaniaka. – odwrócił się do reszty i wskazał na mnie. Wszyscy zaczęli się cicho rechotać niczym tresowane szympansy na komendę – Chce się do nas dołączyć, słyszycie. Taki kozak, no, no. A jaki sprytny! Ciekawe, jak nas tu znalazł, co? Chciałbym to wiedzieć…
Z miejsca skoczył w moją stronę, złapał za kołnierz i przytknął do gardła lufę pistoletu. Wszyscy zamilkli jednocześnie. Murzyn wlepił we mnie swoje ciemne oczy i wykrzywił się gniewnie.
-Jak nas tu znalazłeś, sukinsynu? – ryknął mi prosto w twarz – Gadaj, bo łeb ci rozwalę!
Wszyscy są tu tacy sami, pomyślałem trzeźwo.
-I tylko tyle cię teraz obchodzi? – odparłem ze stoickim spokojem – Nie zapytasz mnie, kim naprawdę jestem? Zresztą – nawet gdybym wam powiedział, to co wy byście z tego teraz mieli?
Gorgoyle wkurzył się jeszcze bardziej. Wyszczerzył zęby jak wściekły pies, wytrzeszczył oczy. Już miał pociągnąć za spust, już słyszałem ten charakterystyczny trzask, gdy pocisk wchodzi do komory… Wtedy się rozmyślił i zwolnił palec ze spustu, lufę jednak nadal trzymał przy moim gardle.
-Gadane to ty masz – przyznał, kiwając głową – Ja ci lufę do łba przykładam, a tobie nawet głos nie drży. Twardziel z ciebie, nie ma co. Zatem skoro jesteś taki skory do gadania, to podaj mi choć jeden z rozsądnych powodów, dla których nie miałbym cię za te słowa teraz zabić?
-Mogę wam się przydać.
Zaśmiał się.
-Wiesz, co może mi się teraz najbardziej przydać? Prywatna willa na Majorce – o ile jeszcze Majorka istnieje – i kilka fajnych dup do towarzystwa. Ale gadaj dalej: do czego, oprócz poprawiania humoru, mógłbyś się nam przydać, co?
-Znam się na wszystkich dziedzinach humanistyki i nauk ścisłych. Ponadto medycyna, lingwistyka, informatyka…
Murzyn ryknął śmiechem tak mocno, że zachłysnął się powietrzem. Śmiech zmienił się w dziki kaszel. Puścił mój płaszcz i skulił się, charkając na podłogę i opierając dłonie na kolanach.
-No, nie wytrzymam – jęknął, wstając wreszcie i ocierając – Przypatrzcie mu się dobrze, chłopaki. Bo więcej takiego intelektualisty już za cholerę nie zobaczycie. Chyba, że się na starość wrócicie do szkoły, to tak.
Zakasłał po raz ostatni i soczyście splunął na podłogę.
-Chłopcze, z czym do ludzi? Bić się umiesz?
-Umiem.
-Wątpię – pokręcił głową – A strzelać umiesz?
-Pewnie, że umiem.
-Też wątpię, ale pokaż – zwrócił się do jednego ze swoich ludzi – Maverick, daj temu cacusiowi jakiegoś gnata.
Po chwili, jakby z powietrza, pojawił się mały człowieczek z twarzą przypominającą mordę psa rasy shar-pei. W dłoni trzymał pistolet.
-Ciężki – zauważyłem. Był z pewnością cięższy od tego, który zabrałem kilka dni temu sprzedawcy ciuchów.
-Nie narzekaj – odparł skrzekliwie pokurcz – Będziesz strzelał do tej puszki po piwie. O, tam, pod oknem.
Pod oknem, na drugim końcu hali, faktycznie stała puszka. Z miejsca, w którym stałem, dzieliła mnie od niej odległość koło trzydziestu metrów. Powiększyłem obraz, by dokładnie się jej przyjrzeć. Na boku widniał obrazek z wyszczerzoną gębą jakiegoś kowboja, trzymającego kufel piwa.
-Chyba wolę własną broń – powiedziałem, odchylając połę płaszcza i pokazując wszystkim swój zdobyczny karabin.
Wszyscy rozdziawili twarze na ten widok, znaczy wywarłem na nich dobre wrażenie. Karabinem takim jak ten – modelem SW-47 – posługują się tylko elitarne jednostki wojskowe, trzeba mieć niesamowite układy i naprawdę dużo kasy, by go zdobyć, albo… zatargi z wojskiem, tak jak ja. Posiadanie takiego cudeńka jest jednak oznaką nie tylko mistrzowskich umiejętności, ale i doświadczenia. Jest tym dla człowieka żyjącego z zabijania, czym trofeum dla myśliwego. Ma rewelacyjną szybkostrzelność, rdzeń nie przegrzewa się zbyt szybko nawet po długiej serii. Nie jest jednak zbyt celny. Ale dla chcącego nic trudnego. Jest jeszcze coś…
-Nie zrobisz tego… – pokręcił głową Gorgoyle – Nie zrobisz.
-Chyba się nie boisz? – zdziwiłem się, przygotowując karabin. Oparłem kolbę o ramię, przycisnąłem do niej policzek i przymknąłem oko. Już miałem puszkę na celowniku. Sięgnąłem palcem po spust…
-Stój! – zawył z przerażeniem – Nie z tej armaty! Stój, mówię! No i ch…
Było już za późno.
Wystrzeliłem pod adresem puszki krótką serię. Huk był przy tym niesamowity i właśnie tego obawiał się Gorgoyle. Pociski poszatkowały puszkę na drobne kawałeczki. To, co z niej zostało, czyli kilka powyginanych strzępów aluminiowej blachy, wyfrunęło przez dziurę w metalowej ścianie. Wcześniej jej nie było, również została wycięta przez pociski. Płat blachy, który wtedy od niej odpadł, wraz z puszką rąbnął w stojący na podwórzy wrak samochodu. Jakiś zabłąkany nabój również tam trafił. Ciekawe, co za osioł nie spuścił benzyny z baku, zanim porzucił samochód? Od wybuchu zbiornika z paliwem, w ścianie powstała jeszcze większa dziura.
Byłem tym pokazem bardzo usatysfakcjonowany. Uśmiechnąłem się pod nosem i spojrzałem na pozostałych. Oni nie podzielali mojego zadowolenia. Siedzieli, pochowani za skrzyniami, trzymali się za uszy i mocno zaciskali powieki. Gorgoyle wstał pierwszy. Porażony widokiem, który zobaczył, przez chwilę się nie poruszał. Wreszcie spojrzał na mnie. Był blady ze wściekłości. Dwoma susami znalazł się tuż przede mną.
-Popierdoliło cię! – ryknął mi prosto w twarz, rozdmuchując opadły na jego głowę pył – Zobacz, coś zrobił, debilu! Zaraz ściągniesz mi tu na łeb policję i całą okolicę!
-I tak wszyscy was tu znają – wzruszyłem ramionami i schowałem karabin pod płaszcz – To jak? Przyjmiecie mnie? Bo chyba przyznacie, że strzelać umiem…
-Nie! Masz szczęście, że mam dziś dobry humor i cię jednak nie zabiję. A teraz zabieraj swoje tłuste dupsko w troki i wynoś się, więcej mi się na oczy nie pokazuj, bo nie ręczę za siebie. Wypierdalaj, wypierdalaj, mówię! Ale już!
Zanim się wycofałem, jeden z bandytów wstał i otrzepał się kurzu. Był tu chyba najmniej doświadczony przez los i czas. Na jego twarzy nie zauważyłem ani jednej blizny, albo choćby maleńkiego zadrapania. Co nie oznacza, że facet był młody i przystojny.
Podszedł do Gorgoyla.
-Naprawdę by się przydał – powiedział, świszcząc przez zęby – Ma kawał smykałki. Z takiej pukawki zestrzelić puszkę znajdującą się poza zasięgiem, to już coś. Jest dobry. Ja bym go zatrzymał, choćby na krótki czas…
-Nie ty tu rządzisz, Horn – warknął Murzyn – więc się zamknij, bo ci wreszcie upitolę ten twój długi jęzor. A tobie już chyba coś powiedziałem, chłopcze… - wskazał mi drzwi za moimi plecami.
-Nie bądź głupi.
Tego mówić nie powinien. Gorgoyle błyskawicznie chwycił go za szyję. Znowu się wściekł.
-Coś powiedział? – wycedził przez zęby.
-Szefie, khh – wykrztusił tamten z trudem, oczy wyłaziły mu na wierzch z przerażenia lub z braku powietrza – Jeśli to, co mówi ten dzieciak, jest prawdą, to… Sam pomyśl… khhh… Może się przydać. Nie mamy lekarza, a poza tym wreszcie będziemy mogli działać mniej ryzykownie… hhh…
Gorgoyle się tym zainteresował. Zwolnił nieco uścisk. Horn nabrał łapczywie powietrza w płuca i mówił dalej, ledwo nadążając z braniem kolejnych oddechów:
-Będziemy wiedzieć, gdzie są największe zadymy i korzystać z nieobecności glin… Włamywać się przez sieć do sklepów i banków. Pomyśl! – zawołał rozpaczliwie – Przecież to szansa!
Przez chwilę panowała drętwa cisza. Murzyn wreszcie puścił, a raczej cisnął Horna na podłogę. Milczał. Tamten masował gardło i patrzył na niego bez zmrużenia powiek.
-Dla mnie to też nie jest zły pomysł – odezwał się ktoś. Wszyscy spojrzeli na niego. Człowiek z psią twarzą, Maverick, zabrał głos ze zdumiewającą pewnością siebie – Młody wygląda jak pół dupy zza krzaka, ale jak przeżyje jeszcze kilka tygodni, to okrzepnie. Ja też bym go wziął. Ale to twoja decyzja, szefie – dodał szybko, gdy poczuł na sobie spojrzenie Gorgoyle’a
Ten jeszcze przez chwilę milczał. Wreszcie sięgnął po pistolet. Więc jednak nie… Nastawiłem się na szybki unik. On jednak nie celował do mnie. Spojrzał na Horna leżącego na podłodze. I wystrzelił. Głowa mężczyzny pękła i rozpaskudziła się na ziemi jak stary pomidor.
-Dzięki za radę, przyjacielu – powiedział szef gangu – Ale nigdy więcej nie będziesz mnie nazywał głupim. Ani żaden z was – ostrzegł wszystkich, powiódłszy po nich lufą pistoletu – A ty, chłopcze…
Spojrzał na mnie chłodno.
-…jesteś przyjęty. – dokończył – Ale tylko na jakiś czas – dodał, widzą zadowolenie i ulgę na mojej twarzy. Zaraz spochmurniałem na pysku – Jeśli się sprawdzisz, zostaniesz. Jeśli nie – spotka cię to samo, co i jego.
-Rozumiem – skinąłem sztywno głową – I dziękuję.
-Przestań! Nie denerwuj mnie. Patrzcie go, jaki zgrywus.
Burknął jeszcze coś pod nosem i wskoczył na najbliższą skrzynię. Stamtąd spoglądał na mnie uważnie. Nie trzeba być filozofem, by stwierdzić, że moja obecność w jego grupie, była mu bardzo nie w smak. Ale jednak zgodził się, bym z nimi został, choć wszystkich tutaj trzyma za mordę żelazną łapą i właśnie dowiódł do czego jest zdolny wobec niesubordynacji i braku szacunku do jego osoby.
Horn go przekonał, samemu płacąc za to życiem. Już wiedziałem, że Gorgoyle nie wypuści mnie, dopóki nie osiągnie korzyści z moich umiejętności. Prędzej sam zdechnie. Dopiero wtedy, gdy sobie to wszystko dokładnie przemyślałem, doszedłem do wniosku, że wpakowałem się w niezłe szambo. I to na własne życzenie.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...