Ćwierć Przekleństwa- Część I
- Przepraszam... –mruknął wędrowiec damskim głosem i niezgrabnie podniósł się z bruku- Przepraszam... To pana sakiewka?- Zakapturzony podróżnik trzymał w ręku niewielki woreczek ze skóry. Handlarz przyjrzał się mu i skinął głową.
- Ohh... proszę... –wędrowiec wepchnął tłuściochowi sakiewkę w rękę i oddalił się pospiesznie. Grubas pokręcił głową i otworzył ją, chcąc sprawdzić zawartość. Nagle krzyknął zduszonym głosem- sakiewka rozpłynęła się pod wpływem jego dotyku. Rozejrzał się za wędrowcem- ten też zniknął. Ku własnemu zdziwieniu, zorientował się, że na gościńcu nie ma nikogo...
***
Zbliżał się wieczór. W stronę Adry podążali ostatni, spóźnieni wędrowcy. Miasto oświetlone złotymi jeszcze promieniami słońca, położone niczym wyspa w bezludnej okolicy, wydawało się być raczej ogromną skałą, niż siedzibą ludzką. Położony na granicy wyżyny Korthen, z przepływającą przez nie Cibią i Radun, gród stanowił ważny ośrodek handlowy, bogacący się na eksporcie wapienia i marmuru. Miasto Dwóch Rzek, najdalej wysunięty na północ port rzeczny na Cibii Za Kataraktami, otoczony ogromnymi murami, wyrastającymi z zielonych wzgórz, porośniętych częściowo drzewami i niewielkim lasem na wschodzie, wyglądał w wieczornym świetle imponująco. Lądem dostać się do niego można było tylko przez trzy ogromne wrota, umiejscowione w strategicznych punktach miasta. Największa, główna brama wybudowana była na małej, sztucznej wyspie powstałej przez wykopanie rowu między łączącymi się w pobliżu wodami Cibii i Winny- niewielkiej, lecz żeglownej rzeki płynącej z Etharionu. Ogromne żelazne wrota, misternie wykute przez krasnoludzkich rzemieślników, strzegły dostępu do fortecy.
W krzakach przy głównym wejściu do miasta siedziała wysoka elfka o ciemnych włosach i niespokojnie spoglądała na budkę wartowników, ledwie widoczną zza skrzydła bramy. Strażnik jednak siedział w niej uparcie i beznamiętnie spoglądał na gościniec. Jego kompan w tym czasie uważnie, lecz życzliwie przyglądał się przejeżdżającym podróżnym. W tym momencie mierzył wzrokiem tłustego handlarza, którego nie tak dawno okradła Lao. Kupiec wjechał spokojnie wraz ze swoim wozem do miasta. Strażnicy wpuścili jeszcze kilka osób, głównie miejscowych i powoli przymierzali się do zamknięcia ogromnych, żelaznych wrót, strzegących wejścia do jednego z najpotężniejszych miast Garathu. ‘Jeszcze nie, nie zamykajcie!’ krzyczała w duchu elfka przyczajona w krzakach. Od kilkugodzinnego siedzenia zdrętwiały jej nogi, a miała nadzieję jeszcze dziś wejść do fortecy. W końcu stało się to, na co czekała- zmiana warty. To jedyny moment, w którym miało się jakieś szanse na wkradnięcie się do miasta. Poprawiła sakwę, chuchnęła w dłonie i spojrzała z nadzieją na gościniec. Strażnicy zapominając o ochronie bramy weszli do miasta, by przekazać swoim zmiennikom broń i złożyć raport. Lao skrzętnie wykorzystała moment nieuwagi. Wyskoczyła z krzaków i chyłkiem przemknęła za plecami straży. Skoczyła za bramę i spojrzała przelotnie za siebie. Mężczyźni nawet nie zauważyli jej. Uśmiechnęła się w duchu, przechodząc przez most łączący dzielnice miasta, i powędrowała główną ulicą w kierunku gospody.
Dachy Miasta Dwóch Rzek skąpane były w czerwonych blaskach zachodzącego słońca. Ludzie jak mrówki chodzili po białych, wybrukowanych ulicach metropolii, załatwiając swoje dzienne sprawy. Mimo późnej pory, miasto tętniło życiem. Lao zdecydowała nie iść od razu do karczmy- jej sakiewka świeciła pustkami po ostatnich eskapadach, a mieszkańcy nie wydawali się specjalnie zainteresowani losem własnych trzosów. Elfka udała się najspokojniej w świecie w kierunku rynku, raz po raz zabierając sakiewki niczego niepodejrzewającym ofiarom kradzieży. Nagle stanęła jak wryta na środku ulicy. Przed nią, na starej, porosłej mchem kamienicy widniało namalowane ogromne oko z kocimi źrenicami. Dziewczynie przeszedł po plecach zimny dreszcz. Znak Cytadeli... Czy po tylu latach, po przebyciu tylu kilometrów przeszłość wciąż będzie o sobie przypominać?... Lao wzdrygnęła się i rozejrzała. Wszyscy ludzie otaczający ją zdawali się nie zauważać ogromnego bohomazu. Lao zdumiona tym faktem podniosła wzrok i nagle zrozumiała- oko świeciło się niezdrowym, żółtawym światłem... Czyli tylko osoby, które były w Cytadeli mogą je zobaczyć. Ostatni raz spojrzała na budynek, odwróciła się na pięcie i poszła szukać noclegu. Po zobaczeniu znaku odechciało jej się kraść.
Gospoda „U Yuno” położona była w południowej części miasta, przy skrzyżowaniu gościńca prowadzącego do Anthem i starego szlaku handlowego łączącego kraj elfów Dammah z Deisem, niewielką, krasnoludzką mieściną, leżącą u podnóża gór Mokkoru. Duży, dwupiętrowy budynek o przyjemnej dla oka, skromnej elewacji, zapraszał do wejścia. Karczma wybudowana została w Dawnych Latach, gdy Cytadela była jeszcze nic nieznaczącą szkołą dla magów. Świadczyła o tym wybitnie aura czasu, przygniatająca wszystko w okolicy budowli. Gospodę otaczały wysokie budynki, stłoczone jakby ktoś nagle ścisnął je na zbyt małej powierzchni. Wąskie, zbudowane z ciemnego kamienia domy, kontrastowały z jasnym brukiem na niezbyt szerokiej, pustej ulicy.
Nagle, w nieruchomym do tej pory powietrzu uliczki, rozległy się głośne, spokojne kroki- w stronę gospody zmierzała Lao w swoim zniszczonym płaszczu i z podróżną sakwą przy boku. Elfka za pas zatknęła sobie niewielki sztylet, mając jednak nadzieję, że nie będzie musiała go używać. Drugie, jeszcze mniejsze ostrze, schowała w bucie. Idąc do gospody, trzymała w ręku pustą sakiewkę oraz zwitek papieru. Ktoś nabazgrał na nim dużymi, kształtnymi runami: „Wiem, że to Ty, ciemnowłosa elfko, ukradłaś moją sakiewkę. Spotkajmy się w gospodzie „U Yuno” przy zamku”. Nie było podpisu. Dziewczynie przeszedł zimny dreszcz po plecach. Znak Cytadeli na zwykłej kamienicy, liścik do niej w cudzej sakiewce. Co to wszystko ma znaczyć?
Przy karczmie stały przywiązane cztery konie. Lao przechodząc obok spojrzała przelotnie na znaki, wypalone im na zadach, jednocześnie odruchowo oceniając zwierzęta. Pierwszy, z dużym Y wpisanym w E, wyglądał na rasowego Oryxa- długie nogi, zgrabne ciało, wąska głowa. Urodzony biegacz. Drugi miał ten sam znak, był najprawdopodobniej tej samej rasy, jednak jego barwa zdradzała mieszankę- Oryxy nigdy nie są bułane. Trzeci i czwarty wyglądały na lokalne rasy- niskie i krępe, o krótkiej szyi i niewielkim łbie. Dziewczyna zmięła trzymaną w ręku karteczkę i weszła do karczmy.
Budynek był w środku równie zadbany jak na zewnątrz. Niewielkie, pozasłaniane okna dawały mało światła. Dużą salę zajmowało kilka stolików wraz z krzesłami i dwa lub trzy stoły przy ścianie budynku. Po prawej stronie ścianę zajmował bar. Był fascynujący- wprost majstersztyk. Grube, pozornie nieociosane bale stykały się ze sobą tak mocno, że między deski nie dałoby się włożyć ostrza noża. Nad wypolerowaną ladą, na półce podtrzymywanej przez gruby bal na końcu barku, stały ozdobne kufle, mające co najmniej kilka setek lat. Każdy był wypolerowany i zadbany, nie widać na nich było nawet cienia zużycia. Ścianę za barem przykrywało duże, brązowe lustro, nienaturalnie powiększające pokój. Obok baru zostały wstawione duże, dębowe drzwi- najwyraźniej wejście do kuchni lub na piętro. Ściany lokalu pokrywały poblakłe płótna i gobeliny z zamierzchłych czasów.
Na pierwszy rzut oka knajpa wydawała się być pusta, jednak Lao dostrzegła przy jednej z ław kilku mężczyzn. Odruchowo skierowała swoje kroki ku ladzie, usiadła na wysokim krześle i zamówiła piwo. Gdy tłusty karczmarz nalewał jej trunku do kufla, dziewczyna przejrzała niespokojnie kartkę. Jednak nic na niej się nie zmieniło, nie było nawet najmniejszych wskazówek dotyczących autora tekstu, prócz tego, iż najwyraźniej był to mężczyzna. Dziewczyna na pewno przekazałaby tę informacje w bardziej... delikatny sposób.
Barman podsunął elfce piwo pod nos. Dziewczyna zapłaciła i pociągnęła duży łyk chłodnego napoju. Nie wiedziała, na co tu czeka. Była niemal pewna, że ktoś stroi sobie z niej żarty. Niewybredne żarty. Autorowi, jeśli go spotka, nie puści tego płazem.
Lao kończyła piwo, gdy ktoś delikatnie dotknął jej ramienia. Dziewczyna zadrżała i spojrzała na wysokiego, barczystego mężczyznę o kruczoczarnych włosach i jasnoniebieskich, hipnotyzujących oczach, który jakby nigdy nic usiadł obok niej. Elfka nie kryjąc zdziwienia, opróżniła kufel.
Człowiek siedzący obok niej wziął kieliszek wina i uśmiechnął się.
- Nazywasz się Lao Hirane, tak?- spytał nie oczekując odpowiedzi.- Nazywam się Vultur Gryph. To ode mnie masz tę kartkę- wskazał głową na papierek, który Lao wciąż trzymała w dłoni.
Elfka uśmiechnęła się uprzejmie.
- Czego pan ode mnie chce? –spytała ostrożnie.
- Niczego, co by ci się nie spodobało- odparł zręcznie Vultur- Lecz na pewno nie będą to miłe rzeczy.
- Czyli?
- Hmm... od czego zacząć.... Więc, jak pewnie wiesz, Cytadela prowadzi wojnę z Anthem... -Lao skinęła głową. Vultur kontynuował, jednocześnie podciągając rękaw na prawej ręce- Jak zapewne słyszałaś, elfy zamierzają przyłączyć się do tej rozgrywki.
Lao otworzyła szeroko oczy. Elfy?... W walce z Cytadelą?!
Kultur, nie zawracając uwagi na jej reakcję, nadal spokojnie podwijał rękaw. Gdy dotarł do łokcia, zatrzymał się, wypił łyk wina i spojrzał Lao w oczy.
- Zapewne dziwisz się skąd to wiem... –Elfka nie odpowiedziała. Kultur, wciąż patrząc jej w oczy, odwrócił rękę. Na wewnętrznej stronie dłoni i na nadgarstku miał dwa znaki- na dłoni krzyż i kilka run, na nadgarstku Numon- liście wychodziły z podstawy łodygi, kwiat był niewielki i zakończony szpicem. Lao spojrzała na rękę mężczyzny i omal nie spadła z krzesła.
- CO?! Ty... Ty... Ty tam byłeś?! I jeszcze... W Radzie?!
Vultur spokojnie pokiwał głową. Elfka mimowolnie zaczęła się od niego odsuwać.
- Nie uciekaj mi, ja jeszcze nie skończyłem... I dobrze, że powiedziałaś „byłeś” a nie „jesteś”- dodał z uśmiechem.
- Dlaczego?
- Bo opuściłem Cytadelę.
Gdyby nie refleks Vultura, Lao już by leżała na ziemi. Spojrzała ze zdziwieniem na mężczyznę. Ten umięśniony bydlak był w Radzie... Opuścił warownię... I wciąż żyje. Niemożliwe.
- Blefujesz. –Lao spojrzała na niego krzywo. Vultur spokojnie wypił wino i spojrzał na swoje odbicie w lustrze.
- Nie kłamię.- w zamyśleniu przeczesał włosy.- Nie mam powodu, by kłamać.
Lao to jednak nie przekonało. Na kilka długich minut zapadła cisza. Karczmarz spokojnie zabrał puste naczynia i zaniósł na zaplecze. Wrócił z tacą pełną czystych kufli, postawił na ladzie, wyciągnął szmatę i zaczął je polerować. Lao przyglądała się temu beznamiętnie. W głowie miała pełno pytań. Nie wiedziała które zadać pierwsze. Siedzący obok niej Vultur również nie przejawiał ochoty do dalszej rozmowy. Nie powiedział jeszcze elfce, dlaczego chciał się z nią widzieć. Był to banalny wręcz powód, ale to może dla niej będzie ważne.
Ciszę, która stawała się coraz bardziej nieznośna, przerwało przybycie do karczmy posłańca. Był to młody chłopak, ubrany w charakterystyczny, jasny strój. Luźna bluza spięta na biodrach pasem zachodziła na obcisłe spodnie, których nogawki ukryte były w wysokich, skórzanych butach. Końcówki rękawów i dolna część bluzy obszyta była zielonym materiałem, który ostrymi zębami wbijał się w beżową tkaninę. Posłaniec przeszedł pospiesznie karczmę i nachylił się nad ladą.
- Jest pani Yuno Arayama?
Karczmarz spojrzał leniwie na chłopaka.
- Jest, ale zajęta- odburknął.
- A nie może pan jej zawołać? Mam pilny list, który muszę oddać do rąk własnych- pokazał tłuściochowi zalakowaną kopertę z doczepionym do niej niewielkim świstkiem. Mężczyzna spojrzał na list, mruknął coś pod nosem, i pospiesznie zniknął za drzwiami prowadzącymi na piętro. Lao spojrzała na chłopaka, który usiadł wygodnie na krześle przy barze, i jakby nigdy nic, nalał sobie wina.
- Hej... czy to tak ładnie? –spytała zaczepnie. Chłopak spojrzał na nią z ukosa.
- Muszę mieć przecież coś za to, że chodzę po całym mieście- odparł spokojnie i wypił trunek. Po chwili nalał sobie następny kieliszek. Elfka zmarszczyła nos.
- Nie za dużo? Nie masz chyba 20 lat... – mruknęła w zamyśleniu.
Posłaniec wzdrygnął się i spojrzał groźnie na brunetkę. Nie zauważył jej spiczastych uszu. Lao odwróciła się i spojrzała na Vultura, który uważnie przysłuchiwał się rozmowie. Ten zmierzył ją wzrokiem i coś nabazgrał przywołanym z nicości piórem na pergaminie, który znienacka pojawił mu się w dłoniach. W tym momencie drzwi otwarły się z hukiem i za bar weszła krągła, młoda kobieta o długich, kręconych, czarnych włosach upiętych niedbale w kok, ubrana w prostą, ciemną suknię, znakomicie podkreślającą jej kształty. Posłaniec zerwał się z krzesła i podał jej list. Yuno zerwała pieczęć i przejechała wzrokiem po tekście. Vultur czując kłopoty, wręczył Lao kartkę.
- Jak będziesz w Ismaros, wpadnij do mojej kuźni... –mruknął i zniknął na schodach. Lao schowała papier do kieszeni.
- Ty się nazywasz Dante, tak?- niezbyt wysoki, przyjemny głos należał do zgrabnej kobiety. Posłaniec pokiwał głową.
- No więc, pójdziesz teraz do nadawcy tego twojego listu, i przekażesz mu „nie dostaniesz nikogo ani niczego co jest w mojej karczmie”. Zrozumiano?- głos karczmarki nie znosił sprzeciwu. Chłopak niechętnie zgodził się i powoli opuścił gospodę. Lao spojrzała ze zdumieniem na Yuno, która zaczęła jakby nigdy nic poprawiać fryzurę.
- Ehh... kto wymyślił takich posłańców?...- kobieta mruknęła prawie od niechcenia i zauważyła Lao.
- Ohh... przepraszam... Podać pani coś?- spytała z miłym uśmiechem. Elfka grzecznie odmówiła. Karczmarka usiadła na krześle naprzeciwko Lao i przyjrzała się jej. Lao również spojrzała badawczym wzrokiem na kobietę. Ta nagle uśmiechnęła się.
- Jesteś z daleka, prawda? –elfka skinęła głową.
- Tak myślałam... pachniesz lasem. Powiedz, na długo tu przybyłaś?
Lao zawahała się. Powiedzieć, nie powiedzieć?
- No cóż... Jeszcze nad tym nie myślałam. – skłamała z uśmiechem na twarzy.
- Nie myślałaś? Naprawdę?
- Naprawdę.
- A powiedz mi jeszcze... Miałaś kiedyś problemy z prawem?
Lao roześmiała się w duchu. Spojrzała na kobietę z błyskiem w oku.
- Wiesz... Zależy jakie.
Yuno przysunęła się do Lao.
- To nieważne jakie. Po prostu chcę ci przekazać, że zaraz będzie tu oddział zbrojnych, którzy mają cię pojmać. Jesteś poszukiwana za morderstwo i kradzież.
Lao przeklnęła. W tym momencie drzwi karczmy otworzyły się i do środka wcisnęło się dziesięciu uzbrojonych żołnierzy wraz z dowódcą. Yuno rzuciła na nich przerażone spojrzenie. Lao zerwała się z krzesła.
Mężczyźni zbliżali się powoli, pewni swej wygranej. Lao w tym momencie omiotła spojrzeniem pomieszczenie, w którym była. Na oko wysokie na jakieś trzy metry, sufit wybudowany za pomocą grubych bali... kilka w poprzek, i na nich reszta wzdłuż pokoju. Okna niezbyt duże, lecz raczej się w nie zmieści. Spojrzała jeszcze raz na wojów. Byli już krok od niej, gdy ta skoczyła naprzód. Błyskawicznie kopnęła jednego w podbrzusze. Gdy ten się zwinął, wskoczyła mu na plecy i złapała jeden z bali na suficie. Mężczyźni zaatakowali ją, lecz elfka była szybsza. Skoczyła przed siebie, dotknęła ziemi już za oddziałem i dała nura w okno, rozbijając szybę.
W deszczu szkła wypadła z okna i odruchowo zrobiła przewrót przez bark. Spojrzała szybko za siebie i nie czekając na dalszy rozwój wypadków pomknęła traktem w stronę murów miejskich.
Lao biegała nadzwyczaj szybko, jednak nie była mieszkanką Adry. Nie znała skrótów ani planu miasta. Biegła prosto przed siebie, mając nadzieję, że nie wpadnie w jakiś ślepy zaułek. W końcu przed nią wyrosły ogromne, kamienne mury, chroniące miasto od niepamiętnych czasów. Elfka nie miała jednak czasu na podziwianie architektury- strażnicy korzystający ze skrótów deptali jej po piętach. Nie posiadając czasu na szukanie wejść, przejść lub bram, Lao najzwyczajniej w świecie wskoczyła na mur i niczym pająk wspięła się po nim. Wojownicy, którzy byli pewni zwycięstwa, wytrzeszczyli oczy. Elfka stanęła na szczycie murów i nie patrząc na nic, zeskoczyła z nich prosto w las, który porastał południową część miasta.
Elfka skoczyła na stok. Nie wyhamowała pędu upadku i powoli sturlała się na dół, po drodze nieprzyjemnie uderzając głową w duży kamień. Zatrzymała się w rowie, na samym dole. Nie było widać stąd nawet podstaw murów Adry. Zakrwawiona próbowała wstać, gdy coś złapało ją za kark i podniosło jak worek ziemniaków. Lao jęknęła z rozpaczy. Wpadła wprost w obozowisko orków.##edit_bysclavia 2005-11-22 01:52:26##ed_end##