Jej imie
Nagle drzwi otworzyły się i weszła do środka pięcioosobowa grupka ludzi - dwoje dorosłych i trójka dzieci. Mężczyzna , zapewne ojciec rodziny podszedł do karczmarza.
„Znowu jacyś włóczędzy”- pomyślał ten ,na widok odzienia przybysza, które z pewnością pamiętało lepsze czasy.
- Szanowny gospodarzu , czy zechcesz nas ugościć?- uprzejme słowa i ton z jakim zostały wypowiedziane wprowadziły karczmarza w zakłopotanie-Jestem Ryszard Van Deyck a to moja rodzina , podróżujemy do mych rodowych włości- jeszcze jakieś cztery, pięć dni stąd .Niestety ,pod Ravensbergiem napadli na s zbójcy, zdrowiem i życiem tylko darowawszy i tak już cztery dni tułamy się po kraju w nadziei szybkiego dotarcia do zamku Earling.
- A czymże to wielmożny panie zapłacicie grosza przy sobie nie mając?- zapytał karczmarz.
- Fakt, gotowizny ci u mnie brak , ale daję ci słowo i papier dać mogę ,że po powrocie do swych włości zwrócę ci dług poczwórnie-odparł szlachcic.
- Mowa – trawa, słowo- wiatr - filozoficznie stwierdził gospodarz- jak wy to mówicie……....szlachectwo zobowiązuje?.. tylko wiecie co, jaśnie panie szlachetnie urodzony ? Ja to sobie z waszych słów niewiele robię , bo wielu już tu wypowiadało piękne i wzruszające słowa a jak przychodziło do płacenia to …..- mężczyzna splunął i lekceważąco machnął ręką - tyle warte to wasze szlachectwo ..- dorzucił z pogardą.
Van Deyck spąsowiał, ręką sięgnął ku prawemu bokowi, lecz natrafiwszy na pustkę z rezygnacją rzekł:
- Głód po krainie srogi, nawet korzonków i runa leśnego nie stało, miejcież więc choć litość nad dziatkami i niewiastą.….
W chytrych oczkach karczmarza zamigotały przewrotne błyski
- I pewnie panie wszystko byście dla nich zrobili ……??
- Tak.
- No to może się znajdzie jakiś sposób na waszą biedę- rzekł z diabolicznym uśmiechem – ale wyjdźmy na majdan.
Po chwili karczmarz stojąc przed budynkiem wskazał rycerzowi wznoszącą się niedaleko wysoką górę o ostrym szczycie i urwistych zboczach.
- Widzicie panie rycerzu tę górę?- spytał – rzućcie się z niej , a ja nakarmię waszą rodzinę..
Rycerz popatrzył na górę , potem na rozmówcę, po chwili skinął głową na znak zgody i wszedł do karczmy.
****
- Słuchaj Ellis dostaniecie jedzenie ,a gdy odzyskacie siły, to za jakieś cztery ,pięć dni dotrzecie do Earling.
- A ty Ryszardzie ?
- Ja muszę podążyć inną stronę.......to moja zapłata….
- Kiedy się spotkamy najdroższy?
Van Deyck spuścił głowę , Nie chciał jej martwić , ale nie chciał też powiedzieć prawdy…
- Nie wiem najmilsza, może już niedługo………..a może…- nie dokończył
Kobieta podniosła rękoma jego głowę i spojrzała w oczy, głęboko, do samego środka duszy.
Jej błękitne lśniące dotychczas oczy zmatowiały , a na pięknej twarzy odbił się wyraz zrozumienia
- Ryszardzie…….
- Ellis….
- Nie trzeba…
-Trzeba…
-Ale…
-Nie!- uciął krótko- nie ma innego wyjścia, dzieci pędzą ostatkiem sił , tobie też niewiele brakuje- zawahał się i dodał już łagodniej - nie mógłbym patrzeć na was nie mogąc pomóc…
- Ale może ktoś będzie przejeżdżał i…
- Powiedz mi , ilu podróżnych widzieliśmy przez te cztery ostatnie dni??
-…………..
-No właśnie
Mężczyzna wstał z ławy i podszedł do dzieci stojących przy drzwiach .Chwilę z każdym porozmawiał , coś szepnął do ucha , a gdy każde z nich poważnie skinęło głową podszedł jeszcze raz do żony.
-Żegnaj Ellis.- rzekł krótko, po czym pocałował ją i wyszedł na zewnątrz.
****
Nagi szczyt był coraz bliżej. Pomimo upalnego dnia, ostry wiatr ciął niemiłosiernie z każdej strony, wciskał się w każda szparę podartego ubrania. Im bliżej szczytu tym było zimniej.
„Jeszcze trochę …..”- pomyślał Ryszard wyrzucając ręce do góry by uchwycić kolejny występ skalny……….
****
Ellis podniosła głowę , wydawało jej się ,ze dostrzega Ryszarda stojącego na szczycie. Tak. Podniósł rękę w ostatnim pożegnalnym salucie gestem tak dobrze jej znanym ………
****
Stojąc na skraju przepaści Van Deyck opuścił rękę. Nie żałował niczego. Miał ciekawe życie, piękną i oddana żonę , udane dzieci…..A w końcu czyż można byłoby życzyć sobie lepszej śmierci niż zginąć dla tych , których kocha się ponad wszystko? A , że nie od miecza? To i co z tego.….?
-Ellis…..- wymówił jej imię , z uśmiechem , z głębi serca i ruszył naprzód………
„….Ellis….Ellis…..Ellis…”- wiatr powtarzał cicho jego słowa by na wieki je zapamiętać.
„….Ellis….Ellis…..Ellis…”- zaszumiały drzewa , żłobiąc w korze żywicznymi łzami runy potęgi miłości.
„….Ellis….Ellis…..Ellis…”- zatrzęsła się ziemia mocą kruchego stworzenia.
„….Ellis….Ellis…..Ellis…”- wzniosło się ponad chmury , a bogowie zadziwieni spłynęli ku ziemi niczym lekkie płatki śniegu….
„….Ellis….Ellis…..Ellis…”- jak echo niebiańskiej muzyki zabrzmiały w uszach ostatnie słowa jej życia…………..
****
Świat zawirował, zaiskrzył feerią barw, huknął grzmotem odległej burzy .Ugiął się miękko pod tchnieniem północnego wiatru i zamarł w porażającej chwili niebytu.
Wokół karczmy pojawiły się dziwaczne postacie. Półprzeźroczyste, w powłóczystych szatach, zdawały się płynąć w powietrzu, delikatnie pieszcząc trawę miękkością ubioru.
Zjawy otoczyły przerażonego karczmarza.
- Czy godzien jest życia człowiek bez miłości ? - zapytała łagodnie pierwsza postać. Pozostałe przecząco pokręciły głowami.
- Czy godzien jest życia człowiek bez bez litości ?- zapytała następna postać. Taka sama odpowiedź.
- Czy godzien jest życia człowiek bez człowieczeństwa ?
- Czy godzien jest życia........?
- Czy godzien jest życia......... ?
- Czy godzien jest życia............?
Pytania, niczym echo w kamiennym kanionie, padały jedno po drugim, lecz każde kwitowane było tym samym, złowieszczym, odbierającym nadzieję przeczeniem.
Istoty chwyciły się za ręce i zaczęły krążyć tworząc wokół ludzkiej postaci srebrzysty pierścień. Pierścień wirował ,coraz prędzej , prędzej i prędzej, aż obraz karczmarza rozmył się w utworzonym nagle kokonie, który , zasyczał, rozbłysnął żarem strzelających iskier głusząc zamierający krzyk trwogi zatracanego człowieka ---- i wszystko znikło. Pozostały tylko duchy , które zbliżyły się do trójki wylęknionych dzieci.
- Jakie są wasze życzenia?- zapytał jeden z duchów
- Życzenia?? – odparł zdziwiony chór trójki dzieci
- Tak –potwierdziła zjawa
Dzieci oszołomione jeszcze, ale już spokojne, popatrzyły po sobie.
-My chcemy…..do taty i do mamy…..-wyjąkał najstarszy, około ośmioletni chłopiec, a rodzeństwo energicznie kiwając głowami potwierdziło decyzję.
-Niech więc tak będzie…- odpowiedziała zjawa, a coś na kształt uśmiechu uznania przemknęło po nieziemskim obliczu.
Istoty wzniosły ręce, zakołysały się w rytmie dobiegającej niewiadomo skąd cichej, łagodnie urzekającej muzyki .Całun kolorowej mgły otulił wszystkie postacie. Muzyka narastała, przybierając coraz to tkliwsze tony. Świat znów zatrzymał się w niemym zachwycie i podziwie, a Miłość, i Poświęcenie uśmiechnęły się promiennie przemieniając, choć na chwilę, ziemię w raj………..
****
Nieopodal Przeklętej Polany wznosi się wysoka góra o ostrym szczycie i urwistych zboczach. U jej podnóża znajduje się wielka osobliwość tej krainy. W załamaniu ściany skalnej , wprost z litego kamienia wyrasta pięć gęstych ,wiecznie kwitnących, krzewów różanych o kwiatach barwy krwistej czerwieni. Starzy ludzie powiadają ,że w ich cieniu usłyszeć można czasem cichą, upojną muzykę. Opowiadają również o niezwykłych właściwościach różanych kwiatów , które zdobyć mogą tylko ludzie szczerze kochający. Podobno, dopóty zachowują świeżość, barwę i zapach , dopóki trwa miłość w sercu człowieka , który je zerwał.