Kociara
- Jak jej nie wstyd?
- Niech idzie precz, razem ze swoim zwierzyńcem!
- Kociara...
***
Obudziła się jak zwykle wraz z pierwszymi promieniami słońca. Cichutko wstała, poszła do kuchni. Nalewając mleko nuciła spokojną melodię, a jej lekki głos roznosił się jak delikatny wiatr po całym mieszkaniu. Postawiła tacę z mlekiem na podłodze i zabrała się do śniadania. Przez okno wpadała złota łuna świtu, a wraz z nią w kuchni pojawiły się koty.
- Ładny dzień – powiedziała Rell. O nogi otarło się jej rude stworzenie, które po chwili wskoczyło na stół. Duży kot wpatrywał się w dziewczynę swoimi złotymi ślepiami, jakby usilnie chciał jej o czymś przypomnieć.
- Nie patrz tak na mnie, Amicus. On nie wróci.
Kot miauknął, jakby zrozumiał, ale wciąż patrzył na opiekunkę. W końcu Rell wyszła, aby uciec przed oskarżającym wzrokiem. Wzięła ze sobą parę butelek mleka. O tej porze podwórko przed kamienicą było puste – tylko kilka osób, wychodzących wcześnie do pracy szło szarym chodnikiem, nie rozglądając się wkoło. Nieliczni tylko zerkali kątem oka na dziewczynę, która postawiła przy ławce miskę ze świeżym mlekiem i jakieś jedzenie, a sama usiadła i zajęła się czytaniem książki.
- Proszę pani – usłyszała nagle dziecięcy głos.- Czy mogę się przysiąść?
- Tak, oczywiście – odrzekła zdziwiona Rell, widząc jasnowłosego chłopca o dużych, szarobłękitnych oczach. Dzieci na ogół jej unikały, wierząc w gadania rodziców, którzy zwykle przedstawiali ją jako złą czarownicę. A koty jako jej diabelskie sługi.
- Bardzo chciałem się dowiedzieć – powiedział chłopiec – czy to prawda, że ma pani w domu aż dwieście kotów?
Rell chciała wrogo prychnąć i rzucić coś o głupim gadaniu starych plotkarek, ale powstrzymała się. Polubiła już w jakimś stopniu to dziecko i nie miała zamiaru spłoszyć go swym niemiłym tonem. Odpowiedziała więc przyjaznym głosem:
- Nie, skąd. Dwieście takich zwierząt w jednym mieszkaniu jest chyba niewykonalnym pomysłem, a gdyby się udało, to w domu panowałoby istne piekło. Nie wierz we wszystkie plotki. Mam trzynaście kotów.
- Tak właśnie pomyślałem – odparł chłopiec –, kiedy Artur mi to powiedział. Ale nie chciałem zaprzeczać, bo tak mu powiedziała jego mama. Od tego czasu myślałem, jak z panią porozmawiać i dowiedzieć się prawdy. Inne dzieci pani nie lubią, bo wierzą w to, co mówią ich rodzice. A ojciec nigdy nie mówił o pani nic złego.
Dziewczyna uśmiechnęła się, odwracając lekko głowę. Wyjątkowo miło brzmiały dla niej szczere wypowiedzi błękitnookiego chłopca, gdyż zwykle spotykała się z wrogimi spojrzeniami sąsiadów, czasem aluzjami. Lecz nikt nigdy nie powiedział jej wprost, co o niej myśli. Rell patrzyła już wiele razy w lustro, zastanawiając się, co ją różni od innych ludzi. Jej ubrania może nie były ostatnim krzykiem mody, ale wcale nie wyróżniały się w tłumie. Wygląd fizyczny też nie odbiegał szczególnie od przeciętnej osoby: szczupła, w miarę wysoka, o lekko opalonej skórze i średniej długości ciemnobrązowych włosach. Może tylko oczy jak dwa węgielki zwracały czasem uwagę. Ale co poza tym? Co oddzielało ją grubym murem od większości społeczeństwa? Odpowiedź była prosta.
Koty.
To one były jej przekleństwem. To one były towarzyszami jej najmłodszych lat. Za dnia bezszelestne, w nocy często odgrywały swe kocie koncerty. A Rell wychowała się wśród tych zwierząt, na ulicy, bo zawsze to lepiej, niż wrócić do znienawidzonego domu. Kiedy dziewięcioletnie dziecko przygarnęła miła, starsza kobieta, dziewczynka była wniebowzięta. Ale kobieta też miała kota...
Rell wyrwała się nagle z rozmyślań i stwierdziła, że chłopca już przy niej nie ma. Spojrzała na trzy kociaki stłoczone przy misce i ociągając się wróciła do domu. Usiadła przy komputerze i zajęła się tłumaczeniem, które miała oddać w poniedziałek. Zerknęła na pręgowanego kota, posiadacza dziwnej sierści o błękitnym odcieniu. Znalazła go dopiero tydzień temu i przygarnęła, ale z powodu braku czasu nie zajmowała się zbytnio nowym lokatorem.
- Trzeba cię jakoś nazwać – powiedziała do zwierzęcia.- Będziesz... hmm... – zamyśliła się, szukając odpowiedniego imienia – Makary. Dobrze?
Ale kot gdzieś zniknął.
***
Tej nocy powietrze nie było spokojne. Wiatr wył między oknami, szeleścił w zielonych jeszcze liściach i skradał się wśród traw. Rell obudziła się gwałtownie, całkowicie rozbudzona. Nie pamiętała koszmaru, ale myśl o nim wciąż napawała ją przerażeniem. Zamyśliła się. Jakiś wielki cień zbliżał się do niej, strasząc okrutnie. Po chwili namysłu przypomniała sobie, że cień miał kształt i sylwetkę kota. Nagle podskoczyła, widząc tuż obok siebie żółte oczy Amicusa.
- Przestraszyłeś mnie – powiedziała z lekkim wyrzutem. Dopiero teraz zorientowała się, że wszyscy jej podopieczni nie śpią. W milczeniu przyglądała się każdemu zwierzęciu, aż jej wzrok spoczął na pręgowanym, szaro-błękitnym kocie. Przez chwilę wydawało jej się, że stworzenie patrzy na nią, jakby bardzo dobrze rozumiało jej myśli.
- Nie panikuj, idiotko – mruknęła do siebie i położyła się znów pod kołdrę. Długi czas udawała, że śpi, póki jej myśli nie odpłynęły gdzieś daleko poza granice świadomości.
Następnego dnia znów wyszła na dwór, z nadzieją, że spotka jasnowłosego chłopca. Nie zawiodła się, dziecko czekało na nią przy ławce.
- Dzień dobry – powiedział. – Miło panią widzieć.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Nie nazywaj mnie panią. Mam na imię Rell, a ty?
- Jerzy. Po ojcu.
- Jerzy... powiedz, kim jest twój ojciec? – zapytała Rell, patrząc uważnie na chłopca. Ale Jerzy nie spuścił wzroku, nie posmutniał ani nie błysnął pełnym nienawiści czy smutku spojrzeniem. Spodziewała się więc najzwyklejszej odpowiedzi, że jest prawnikiem, inżynierem, lekarzem, nauczycielem lub kto wie co jeszcze. Zdziwiła się bardzo, słysząc słowa:
- Ojciec jest ojcem i nikim więcej. Kocham go w tym samym stopniu, co on mnie i obu nam jest z tym dobrze. Nie pytaj o ojca. Ojciec to ojciec.
Dziewczyna kiwnęła tylko głową. Nie mogła się pozbyć wrażenia, że głos chłopca stał się nagle twardy i zupełnie niepodobny do głosu dziecka.
- Przejdziemy się? – zapytał po chwili milczenia Jerzy, już normalnym tonem. Rell kiwnęła głową.
- Dawno tu nie byłam – powiedziała, kiedy szli już długą aleją do parku.
- Podoba mi się to miejsce – odrzekł chłopak. – Zupełnie nie pasuje do hałaśliwego miasta, a jednak nie można sobie wyobrazić, żeby tego parku nie było...
Dziewczyna spojrzała na chłopca. Zorientowała się nagle, że jak na swój wiek, jest wyjątkowo inteligentny. I dorosły.
- Gdzie chodzisz do szkoły, Jerzy?
- Ja... – Jerzy jakby zawahał się przez chwilę. – Do szkoły... do trójki. Tak, do trójki.
Podmuch zimnego wiatru poruszył niespodziewanie drzewa. Nad nimi zbierały się powoli ciemne chmury.
- Będzie padać – powiedziała Rell, patrząc w niebo. – Może lepiej wracajmy do domu.
Jakby na sygnał liście zaszeleściły pod ciężkimi kroplami. Dziewczyna zasłoniła twarz rękawem, ale chłopiec wydawał się przestraszony.
- Jerzy, to tylko deszcz! – krzyknęła, chwytając go i wciągając pod najbliższy daszek.
- Dz-dziękuję... – jęknął Jerzy. – Nie lubię deszczu...
Błyskawica przecięła niebo.
- Wracajmy!
Chłopakowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Rzucił się biegiem z taką szybkością, że Rell, która za szkolnych czasów wygrywała wszystkie zawody, ledwo mogła za nim nadążyć. Zatrzymała się nagle, widząc jak Jerzy wpada w ramiona wysokiego mężczyzny w kapturze. Kiedy podeszła kilka kroków dalej, zamarła zupełnie. Mężczyzna zrzucił kaptur, ukazując śniadą twarz ciemne włosy i ciemnozielone oczy.
- Arcanus?
- Rell?
- To jest właśnie ojciec – powiedział Jerzy, uśmiechając się lekko. Ulewa skończyła się tak samo szybko jak zaczęła, i teraz tylko szare chmury straszyły na niebie.
- Tak... – zająknęła się Rell. – Eee... Dobrze go widzieć...
Mężczyzna spuścił wzrok.
- Może... chodźmy do mnie? – Dziewczyna starała się przerwać milczenie. – Jeśli znów zacznie padać...
W drodze do domu starała się unikać spojrzeń mężczyzny. Zapomniała zupełnie, że ma na imię Jerzy, a Arcanus to tylko stary przydomek, którego zawsze używano. Może nie zdziwiłby jej tak bardzo fakt, że jest on ojcem – w końcu zawsze miał wiele tajemnic – gdyby nie to, że jest ojcem właśnie tego chłopca. Chłopca, którego lubiła, i który ją w pewnym sensie fascynował. Żadne inne dziecko nigdy nie rozmawiało z nią chętnie.
Gdy weszli na klatkę schodową, Rell spiorunowała wzrokiem Arcanusa, który stanął pod jej drzwiami, jakby bywał tam codziennie. Cóż, może i kiedyś bywał często. Kiedyś.
- Proszę, wchodźcie... Jerzy, a to są właśnie moje koty. Trzynaście. Nie, zaraz... Dwanaście. Makary najwyraźniej rozpłynął się w powietrzu.
- Mogę zostać tu z nimi?
- Oczywiście, jeśli chcesz. My pójdziemy do salonu – dziewczyna zerknęła niepewnie na ojca Jerzego, ale on kiwnął głową i poszedł za Rell. Kiedy usiadł w fotelu, Amicus wskoczył mu na kolana. Mężczyzna pogłaskał kota po rudej sierści, a ten zamruczał zadowolony.
- Nie wiedziałam, że jesteś ojcem – zaczęła cicho Rell.
- Jerzy nie jest moim synem. Opiekuję się nim. I nie tylko ja.
- Mówił, że ma imię po tobie.
- On ma wiele imion – odpowiedział Arcanus. – I wiele domów.
Wiedziała, co oznacza ten ton. Niczego więcej się nie dowie.
***
Kolejna noc była jeszcze bardziej zimna i niespokojna niż poprzednia. Rell dręczyły koszmary przerywane nagłym miauczeniem kotów, skrzypieniem drzwi lub łoskotem spadających z biurka książek, potrąconych przez Amicusa. W końcu podniosła się i poszła do kuchni. Zegar wskazywał kilka minut po trzeciej, na dworze wciąż panował nieprzejrzany mrok.
Nagle tknęło ją dziwne przeczucie. Ubrała się, zbiegła po schodach i wypadła na dwór. Obok ławki, przy której zawsze dokarmiała zwierzęta, plątał się jakiś cień – to ludzki, to znów koci. Wstrzymała oddech słysząc dziecięcy szept, który po chwili przemienił się w cichy jęk. Podeszła kilka korków dalej i ze zgrozą zobaczyła bezwładne ciało Jerzego leżące na trawie.
- Jerzy... Jerzy? Słyszysz mnie?
Nie słyszał. Rell wzięła chłopca na ręce, zaniosła do swojego mieszkania i położyła na łóżku. Sama dopadła do telefonu. Wybrała numer na pogotowie, ale nagle zawahała się. Jerzy nie oddychał. Zadzwoniła do Arcanusa.
- Słucham.
- Przyjedź... – szepnęła, nie panując nad głosem. – Ratuj Jerzego... Przyjedź...
Mężczyzna odłożył słuchawkę, a Rell wciąż łkała cicho przy telefonie. To wszystko było jak we śnie... Jak w koszmarze. W jednej chwili ucichła. Czy to koty? Niemożliwe. Spojrzała wystraszona w stronę łóżka. Jerzy otworzył zmęczone oczy.
- Trzynaście... – majaczył cichutko. – Makary... Jerzy... Trzynasty...
Dziewczyna podbiegła do posłania, ale zdawało się że chłopiec zapadł w sen. Siedziała tam cicho, wsłuchując się w płytki oddech. Czuła, że jeśli zakłóci jakimkolwiek odgłosem to tchnienie, nigdy więcej nie usłyszy już szelestu powietrza w jego ustach. Czekała tak długie minuty, obciążone zbyt sennym tykaniem zegara, czekała godzinę, dwie, a każda była jak wieczność. Nie słyszała kotów, nocnych odgłosów ani wiatru. Tylko zegar odmierzający czas do ranka i oddech chłopca odmierzający czas jego życia.
Wpatrzona w bladą twarzyczkę Jerzego, podskoczyła gwałtownie, słysząc przeciągliwy i głośny dźwięk dzwonka. W drzwiach stanął Arcanus.
- Dlaczego...
- Przepraszam. Byłem daleko poza miastem...
Ale w momencie przestały się dla nich liczyć wytłumaczenia. Z pokoju dobiegł cichutki dziecięcy jęk. A chwilę później miauczenie. Oboje wpadli do salonu. Na łóżku leżał pręgowany kot o błękitnej sierści.
- Dzięki Bogu... – szepnął, i nie zważając na zdumienie Rell, wziął kota w ramiona.
- Arcanus...
- To wszystko dzięki tobie.
- Ale jak... Co to wszystko znaczy...?
- Gdyby nie ty – mężczyzna objął ją w pasie – nie przeżyłby tej nocy.
- Ale kto?!
- Jerzy. Makary. On ma wiele imion. I wiele domów.
Blask świtu oświetlił ich twarze.
***
- Jerzy, jesteś pewien, że nic ci już nie jest?
- Czuję się świetnie – odparł chłopiec, idąc do salonu. Po chwili Rell weszła za nim i zastała Arcanusa, głaszczącego szarobłękitnego kota. Przypomniała sobie jego słowa: „On nad tym nie panuje...”. Nagle zwierzę wskoczyło na parapet, spojrzało na parę. Stali pośrodku pokoju, trzymając się za ręce, wpatrzeni w pręgowanego kota, którego oboje pokochali. Kota, który ma wiele imion. Wiele domów. Jeden z nich czas opuścić. Wskoczył na gałąź i po chwili zniknął w promieniach popołudniowego słońca.
- Odszedł – stwierdził Arcanus, patrząc w okno. Rell uśmiechnęła się.
- Wróci. Koty zawsze wracają.