Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Kwiat Jednej Nocy

yod ·

- Słuchajcie mieszkańcy i przybysze wszelacy. Straszną wieść mam wam do obwieszczenia. Straszną tak, iż
nawet...
- Mów idioto – krzyknął ktoś z tłumu
- Królowa padła ofiarą zarazy panującej w okolicznych wsiach. – wyrecytował herold wyraźnie
naburmuszony - Błękitna Krew nie znosi chorób dlatego tylko jedna rzecz może uratować naszą Panią. Oto wy, zwykli... – herold ułożył usta do słowa wieśniacy, opanował się jednak w porę - ludzie macie okazje wykazać się i urosnąć w oczach królowej do bohaterów. Wystarczy tylko znaleźć Mehander. – zgromadzona na placu ludność ucichła nagle. - Zbliża się Nowy Rok. – kontynuował herold - Miasto nie będzie jednak go świętować, jeśli królowa nie wyzdrowieje. – Naraz cisza ciążąca w powietrzu ustąpiła miejsca głośnemu śmiechowi - W Noc Noworoczną wszystko jest magiczne, - krzyczał herold głosem swym wybijając się nad śmiejących się prostaków - wszystkie rozkwita. Właśnie w tę jedyną noc zakwita Mehander... jedyna nadzieja dla królowej. Ten, który odnajdzie Kwiat Jednej Nocy będzie mógł życzyć sobie czego chce, a Rodzina Królewska, w miarę rozsądku i możliwości spełni życzenie. Za dwa dni, w Nową Noc, całe miasto zbierze się tu, by poszukiwać Mehandru. Do tego czasu nikt nie ma prawa wejść do lasu, gdyż kwiat ma właściwości lecznicze tylko w tę jedną noc... – herold gadał i gadał, większość zgromadzonej ludności, nie słuchała go już. Wszyscy wiedzieli czego sobie zażyczą, wszyscy wiedzieli, że to oni znajdą kwiat, wszyscy wiedzieli, że to oni staną się bohaterami. Tłum szeptał, uśmiechał się chytrze, powoli rozchodząc się na różne strony.
Jeden już widział siebie na białym koniu, w srebrnej zbroi i z potężnym mieczem u boku, drugi spoglądał na ludność miasta z olbrzymiej wieży, równie magicznej co sam Mehander, trzeci stał przed katedrą obok księżniczki, patrząc na nią upojnie i nadzwyczaj spokojnie, czwarty... no właśnie...

***

Czwarty przeszedł przez bramę, ani słowem nie uraczył znudzonych strażników, wspierających się bezwładnie na halabardach. Kroczył drogą, obsianą kałużami, głębokimi aż po łydki. Księżyc odbijał się w małych taflach tych mizernych stawów, gwiazdy nie raczyły wyłaniać się zza chmur, tylko kilka co lepiej wychowanych przyglądało się czwartemu.
Las był coraz bliżej, na tle szarawego nieba czerniły się korony stuletnich drzew, wśród których mało kto mógłby znaleźć drogę. Jego uwagę przykuły ogniska, liczne ogniska na skraju lasu. Domyślał się... Był coraz bliżej... Przy każdym z ognisk kilka tęgich sylwetek siedziało, stało bądź miotało się w poszukiwaniu chrustu. Strażnicy. Stąd można było już rozróżnić poszczególnych nierobów, których czwarty znał zbyt dobrze. Czwarty rozglądał się nadal, spodziewał się tutaj kogoś innego.
Przy jednym z ognisk, wśród tęgich, wysokich gburowatych strażników jedna sylwetka miotała rękoma usilnie próbując wyperswadować coś tym nadzwyczaj tępym istotom. Czwarty uśmiechnął się, rozpoznał jej głos, jej sylwetkę, sposób gestykulowania, niepozorne ruchy dłoni. Zatrzymał się. Czekał...
- Co za gbury. Co za idioci. - powitała czwartego i ruszyła w stronę miasta - Nie wpuszczają do lasu
- Nic strasznego - czwarty uwielbiał słuchać jej wywodów, wiedział, że teraz się zacznie...
- Niby nic strasznego. Fakt. - nie pomylił się - Gdyby nie przyczyna tego zakazu, uznałabym go, jak większość rozkazów Kazmiera, za nieszkodliwy i głupi. Ten jednak przechodzi wszelkie granice. Co za idiotyczny pomysł - czwarty próbował zawadzić jej wzrok własnym, jednak oczy dziewczyny wędrowały gdzieś daleko w poszukiwaniu odpowiednich słów. - On zakazał wchodzić do lasu, bo... bo boi się, że zadeptają ten jego...
- Mehander – wtrącił nieśmiało
- Dokładnie. Czyż to nie głupie. - spojrzała na niego. Skinął. Włosy w nagłym powiewie wiatru pofrunęły do tyłu, odsłaniając spiczaste, Elfie uszy . Szybko zakryła je złotymi włosami, pełnymi szlachetności ale i młodzieńczego zapału. - Przecież przez cały bity rok ludzie mogli zadeptać ten kwiat, mając go za zwykły chwast, a teraz nagle coś go wzięło, nagle nawrócił się, zrozumiał swój błąd dopiero, gdy zło dotknęło jego. Rozumiem że chce ratować żonę, ale niech najpierw pomyśli, niech się zastanowi, niech zapyta o radę jeśli nie wie co robić. Na Boga, wszak ma na dworze czterech druidów, o Elfach już nie wspomnę. Elfy wiedzą więcej o lesie niż jakiś zadufany królewicz nie opuszczający nigdy zamku.
- Druidzi nie pozwoliliby na zerwanie kwiatu. - czwarty skorzystał z chwili ciszy – A Kasmier nie jest królewiczem...
- Fakt. – przerwała mu - Ale mniejsza z druidami. Chodzi mi o Elfy. Pomogłyby na pewno. Nie odmówią pomocy nawet człowiekowi.
- Nie mogłyby odmówić królowi. -
- Ludziom tylko zdaje się ze dominują. - mówiła jakby w ogóle nie słuchała czwartego - Gdyby Elf nie chciał służyć królowi już dawno odszedłby.
- El... – skinęła - Dlaczego więc... - przerwał. Zbliżali się do bramy. Dziewczyna poprawiła włosy, zasłoniła jeszcze bardziej wystające uszy. Spokojnie minęli strażników.
- Dlaczego więc nie odejdziesz wraz ze mną?
- Nici ze spaceru po lesie. - uśmiechnęła się udając, że nie słyszała pytania czwartego - Usiądźmy gdzieś.
W cieniu karczmy stała pojedyncza ławka, usiedli na niej. Spoglądali na siebie, nikt nie chciał przerwać przyjemnej ciszy, niezwykłej więzi, która plotła się z każdą sekunda coraz mocniej.
- Vaslav... - rzekła dziewczyna
- Tak?
- Ja nie mogę odejść. Nie chcę. Złożyłam śluby, będę służyć królowej aż do jej śmierci.
- Ale przecież ona jest na skraju...
- Nie.
- Ależ tak. Już nie długo będziesz mogła opuścić to nieszczęsne miasto. Ona umiera.
- Nie. Ona nie umrze. Powinieneś płakać, a upatrujesz własnych korzyści w jej śmierci.
- Ja...
- Wiem. Ty nie płaczesz. Nigdy. Mógłbyś jednak zrobić raz wyjątek.
- El. Ja nigdy jej nie widziałem. Jestem zwykłym obywatelem i nie kocham ani królowej ani króla. Nie znam ich i nie będę żałować śmierci ani jednego ani drugiego.
- Skończmy ten temat. Ona wyzdrowieje. Zobaczysz.
Zapadła cisza. Równie przyjemna co ostatnio. Przerwana jednak znacznie szybciej.
- Dlaczego królowej potrzebny jest Mehander? Przecież wieśniacy leczą się krowimi...
- Wiem czym leczą się wieśniacy. - Elena uraczyła go szczerym uśmiechem - Błękitna krew nie znosi chorób.
- Wiem. Tyle mówił herold.
- Rody królewskie zapadają na cięższe odmiany chorób. Ale nie będę cię zanudzać. Musimy umówić się na poszukiwania. - Vaslav rzucił jej pytające spojrzenie - Mehandru.
- Nigdzie się nie wybieram.
- A jeśli cię poproszę?
- Hm... Wtedy... Zastanowię się.
- Proszę - oczy jej uśmiechnęły się do niego.
- No dobrze. -
- Jesteś kochany - cmoknęła go w policzek
- Ja ciebie też..- wpatrzony w jej oczy odpłynął. Zawsze gubił się w ich głębi...

***

Wstał. Widział zieleń. Trawy falujące spokojnie na wietrze. Drzewa, wysokie, smukłe drzewa, zbrojne gęstymi liśćmi. Krzewy wyciągające łapczywie swe dłonie żądne uczucia.
Postąpił trzy kroki.
Wiatr zadął silniej, rzucił piasek prosto w oczy. Zamknął je na chwilę. Zamrugał. Otworzył… Czerwień spłynęła krwawo po liściach. Plamy deszczowe świeciły taflami. Krzewy upadły, zagubione, poddane. Drzewa trzymały się dzielnie. Liście nie, opadały spokojnie.
Kolejne trzy kroki.
Wiatr dmuchał jeszcze silniej, chłód ugodził ciało. Puch pokrył ziemię, nadal opadał na nią. Kałuże zastygły w mrozie, zamarzły. Drzewa, już łyse zostały gdzieś z tyłu. Krzewy też. Grota, ciemna jaskinia. W środku światło.

***

Tłumy ludzi przelewających się przez bramę, strażnicy krzyczący, nawołujący do spokoju pałkami i pochodniami, dzieci pędzące na oślep wprost w ciemny las, kobiety próbujące je dogonić, krzyczące na przestrogę, mężczyźni w sporych grupach, starcy, podpierający się na laskach, konni jeźdźcy królewscy, i tylko jeden, jedyny człowiek wciąż stojący przed bramą, wypatrujący kogoś w oddali...
Rozejrzał się po raz ostatni, nikt nie wychodził. Czuł na sobie wzrok strażników, szyderczy, nawołujący do drogi, twardy. Uległ mu. Ruszył. Powoli, snując się po drodze, na tyłach tłumu, opętanego żądzą bogactwa tłumu. Powoli wtapiał się w niego, w nadziei, że natrafi na nią. Wciąż świdrował wzrokiem każdą dziewczynę znikającą gdzieś w głębi lasu czy przechodzącą obok niego. Każda była podobna. Ta miała podobne włosy, tylko podobne. Tamta odpowiadała wzrostem, ale tylko wzrostem. Ta z kolei w zwiewnej sukni, podobnej do jej ulubionej. Każda była podobna, każda… ale żadna nie była nią.
Był już w lesie, wśród drzew. Ludzie, tłocznie tu zgromadzeni, miotający się chaotycznie ze zwieszonymi głowami penetrowali dno leśne w poszukiwaniu kwiatu. Szło to mozolnie, gdyż ciemności, rozjaśniane jedynie nikłymi światłami pochodni dzierżonymi przez niektórych, ukrywały skrzętnie cel wyprawy.
Tylko Vaslav nie patrzył pod nogi, co chwila potykał się o klęczących ludzi, wzrokiem poszukiwał Eleny. Wpatrywał się w każdą dziewczynę przejawiającą jakiekolwiek podobieństwo do Niej.
Utracił rachubę czasu. Nagle zasnął, zaginął w ciemnościach, by zbudzić się wciąż jednak brodząc w mroku nie do pokonania dla ludzkiego oka. Ciemność, hucząca aż od grozy, odbijająca się echem w ludzkiej duszy.
Gęste drzewa zastępowały mu drogę, korony owych drzew nie pozwalały światłu księżyca przebić się aż tutaj. Strach oplótł Vaslava swymi ramionami, przytrzymał go w miejscu. Patrzył niespokojnie przed siebie. Każdy szum potęgował jego strach, uczucie nabrzmiewało do granic możliwości. Aż pękło…
Ruszył pewnym krokiem, przesadzał spore korzenie całymi grupami, mocno stawiał stopę na niepewnym gruncie. Zobaczył ją… Serce się uśmiechnęło.
Siedziała oparta o konar drzewa, zupełnie nieruchoma, wpatrzona w dal. Wiatr rozwiewał jej włosy, mącił je. Siedziała na samym skraju lasu, dalej nie było już drzew, nie było ciemności.
Ledwo widoczny drzewiec utkwiony w jej piersi zatrząsł nim zupełnie, serce pękło w rozpaczy, rozum wiedział, ale nic nie mówił tak jak oczy...
Światło spadło na jej twarz. Struga czerwieni spływała po policzku, sięgając gardła znikała gdzieś za koszulą pozostawiając ślad na jej powierzchni.
Włosy zasłoniły bladą twarz zanim zbliżył się i odważył spojrzeć. Teraz patrzył już jej w twarz, włosy odsunął , by spojrzeć jej w oczy… Dusza, wzrok i rozum przemówiły. Serce wiedziało swoje.
To nie była Ona.
Dziewczyna już nie żyła. Zimny wzrok był nie do wytrzymania, dłonie raziły chłodem. Vaslav przymknął oczy, zacisnął wargi, wielki żal ogarnął jego serce, nie przywykł do takich widoków i do takich myśli. Powstrzymał łzę...
Vaslav otrząsnął się. Wyszedł z ciemności drzew, stanął w świetle księżyca i spojrzał przed siebie. Usiadł na kamieniu, wzrok zwiesił, zatonął w otchłani swych myśli nie mogąc złapać się niczego. Tonął w ciemnościach straszniejszych niż te leśne, w ciemnościach, które wciąż jednak fascynowały go swą tajemniczością. Zdawało mu się, że płynie, zanurza się w głębinie swych uczuć, by już nigdy stamtąd nie wrócić. Jednak wrócił...
Otworzył oczy. Tuż przed nim zionęła ciemnością jaskinia, jakaś grota emanująca siłą, zapraszająca go do siebie. Spojrzał w jej oczy, w ciemności niezmierzone, z nadzieją że rozświetlą się światłem. Nadzieja nie zawiodła go...
Mały płomyk odbijając się od ścian, pełznął ku wylocie jaskini. Zbliżał się, wraz z nim wędrował rechot, dziwny dźwięk tryumfu. Nierozpoznawalne słowa plątały się z wiatrem i odlatywały gdzieś w dal. Światło było coraz bliżej. Z ciemności wydobył się płomyk, tuż za nim dłoń, twarz i korpus. Mężczyzna zdawał się nie widzieć Vaslava, podskakując radośnie zbliżał się do wylotu jaskini, podśpiewywał przy tym jakieś piosnkę nie znaną Vaslavowi.
Zatrzymał się nagle. Zauważył. Mina spoważniała, ręka powoli wsunęła się do kieszeni, druga – z pochodnią – zniżyła się. Mężczyzna zbliżał się wolno, wlepił wzrok w ciemności lasu i zupełnie ignorował natrętny wzrok Vaslava. Gdy nieznajomy minął go, myśl nagła obróciła jego ciałem i kazała krzyknąć. Krzyknął. Zawtórował mu drugi krzyk, i świst… Jeden... Drugi.
Nieznajomy zachwiał się, padł na kolana. Wybełkotał jeszcze coś po czym padł na ziemię, łamiąc drzewce strzał wbitych w jego korpus. Vaslav zastygł w bezruchu...
Dwaj mężczyźni wydobyli się z lasu, oboje dzierżyli łuki a z kołczana u pasa wystawały strzały. Byli oszałamiająco podobni.
- Bracia Wilen – szepnął Vaslav
- We własnej osobie. – uśmiechnęli się krzywo – Pomożesz nam chłopcze...

***

Elena leżała na łożu, po szyje przykryta kołdrą. Uśmiechnęła się, gdy tylko wszedł. Przysiadł na skraju łoża i zaczął. Wąskie promyki światła przedzierały się przez zasłonę, padając na ścianę i posadzkę, czyniły komnatę piękniejszą.
- Znalazłem go... no wiesz. Mehander.
- Wiem. Świetnie – twarz jej mówiła coś innego
- Mam opowiadać?
- No tak! – rzuciła z dziecięcą wręcz ciekawością - Słucham...
- Jakby tu zacząć... No dobrze. Czekałem na ciebie, no ale się nie doczekałem. No więc poszedłem w las. Razem z tłumem. Było ciemno. No i szukałem i szukałem i zagłębiłem się bardzo daleko. Sam nie wiem, jak tam doszedłem. Byłem już sam, błąkałem się bez celu. Szukałem ciebie. No i kwiatu oczywiście. No i... Myślałem, że znalazłem.
- Kwiat?
- Nie. Ciebie. Całe szczęście, że się myliłem.
- Dlaczego?
- Nie ważne. – rzekł Valsav po chwili ciszy - Po prostu dobrze się złożyło. No, to wyszedłem z lasu i patrzę, a tu jakaś jaskinia. I światło w niej. I to światło się zbliżało. I wtedy. Wtedy ten gość się pojawił. Przestraszył się mnie. On miał Mehander. Myślał chyba, że mu go zabiorę, że go zabiję.
- Ale chyba tego nie zrobiłeś?
- Nie! Ale on i tak... Wyszedł z tej jaskini. Minął mnie i idzie w las. I nagle pada. Dostał dwie strzały w brzuch. – Elena wzdrygnęła się – Bracia Willen... To ich strzały. Kazali mi iść do pałacu i zażyczyć sobie za kwiat pełno złota. Nie mogą pokazywać się w mieście więc mi powiedzieli, że dostanę część nagrody. Podprowadzili mnie na sam skraj lasu.
- A straż? Nie złapała ich. Przecież mogła ich dorwać a wtedy...
- Mogła. I dorwała. Wydałem ich. – słowa te dumnie zabrzmiały w ustach Vaslava. - I nagrodę mamy dla siebie. To znaczy mieliśmy. Możemy wyjechać stąd. Królowa oprzytomniała i zezwoliła. Mehander już działa. Nie cieszysz się...
- Cieszę. A co z twoją pracą. Chyba straż nie przyjmie wymówienia.
- Co to też za praca. Chłopiec na posyłki. A zresztą... Już dawno wylali mnie, ale nie chciałem ci mówić.. A tak właściwie to czemu ty leżysz?
- Ja też ci czegoś nie powiedziałam...
- No to mów teraz. Śmiało.
- Ja jestem chora...
Do pokoju wpadła służka. Z trzaskiem rozwarła drzwi, szeroko otwartymi oczami ogarnęła komnatę. Z rumieńcem na twarzy i kroplą potu spływająca po czole, lepiącą się do włosów, rzekła:
- Królowa idzie. – zadyszana wyskoczyła z komnaty i pobiegła gdzieś korytarzem nie zamykając drzwi.
- Nie może cię tu być. – syknęła Elena
Vaslav skinął,. Rzucił się w kierunku drzwi, wyjrzał zza nich, po czym gwałtownie się cofnął.
- Pod łóżko. .
- Nie zmieszczę się.
- No to za zasłonę.
Królowa wkroczyła do komnaty, wyprostowana, silna, nie było po niej widać śladu choroby., która śmiercią zagroziła władczyni. Spojrzała krótko na falującą zasłonę, po czym wzrokiem i ruchem dłoni nakazała Elenie leżeć. Usiadła dokładnie tam, gdzie przed chwilą siedział Vaslav, zdawała się nie zauważać wgniecionego w tym miejscu prześcieradła.
- Wielce mi przykro, ma droga Eleno. – zaczęła mechanicznie - Los jaki nas spotkał nie jest życzliwy, pozwolił tylko jednej z nas na wybawienie. Jesteś młoda, tym bardziej żal mi owoców jaki twój żywot mógłby przynieść temu światu. – słowa te brzmiały dziwnie w jej ustach, tak jakby odklepywała przemówienie przygotowane dla głupawego ludu - Zaraziłaś się ode mnie. Chciałam cię przeprosić. – Vaslav wzdrygnął się. Królowa wzięła głęboki oddech – Dobrze. Wybacz mi, ale muszę już wracać do Kasmiera.
Królowa szybko wyszła, zamykając za sobą drzwi. Vaslav wyskoczył zza zasłony. Na jego twarzy malował się uśmiech.
- Ależ ona głupia. – mówił śmiejąc się –Przecież ty nie jesteś z rodziny królewskiej.
Elena zadrgała, oczy jej spoczęły na ziemi, usta ledwo się poruszyły.
- Jestem.
***
Vaslav wpadł do komnaty, twarz miał całą czerwoną, sapał ciężko, mamrotał coś pod nosem.
- Nie ma ani kropli! - krzyczał – Wszystko wykorzystane!– zaczął przechadzać się po pokoju. – Na Boga, co ja zrobiłem... Boże, pomóż nam teraz. Proszę cię. – nagle urwał. – To nie ma sensu!. On nie istnieje. Boga nie ma!!! Nie pozwolił by na coś takiego. Nikt nam już nie pomoże. Elena... El...
Rzucił się ku niej. Dotknął dłonią jej twarzy. Była zimna. Zawył z bólu... Nie żyła.
Obrócił się, ciemny las znów rozwierał swe ramiona, ku którym Vaslav ruszył natychmiast. Klęczał przed dziewczyną, patrzył w jej martwe oczy. Nie powstrzymał łzy. Spłynęła powoli po jego policzku, zahaczyła o usta i oderwawszy się od brody spadła na twarz martwej dziewczyny. Zamknął oczy. Wiosna pędząc przez las, rozsiewała czym prędzej zieleń i piękno. Przystanęła na chwile przy Vaslavie. Szepnęła coś po czym ruszyła dalej.
Kolejna łza popłynęła po twarzy. Zataczała półkola, powoli uciekała ku dołowi. Na brodzie zakołysała się, spadła... Wprost na twarz Eleny.
Nagle zalała się czerwienią, spłynęła w dół do ust. Vaslav obserwował każdy jej ruch, każde drgniecie.
- To jest wasz Kwiat Jednaj Nocy. – głos nakazał Vaslavowi się obrócić.
Królowa stała w drzwiach, wspierając się o futrynę spoglądała z ukosa, kryjąc cześć swojej twarzy czernią włosów. Młodzieniec skierował wzrok z powrotem ku Elenie.
Żyła. Oczy jej otwarły się szeroko a uśmiech wystąpił na twarz.
- To jest wasz Kwiat Jednej Nocy. – powtórzyła królowa – Dar od Boga...##edit_byatak 2006-08-11 18:57:17##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...