Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Nina

earlin ·

Rozdział I

Dziewczyna szła równym, spokojnym krokiem, co pewien czas kopiąc jakiś kamień. To nie był najlepszy dzień: pała z polskiego i uwaga od matematyczki. Nina westchnęła, gdy po naciśnięciu domofonu i odczekaniu kilku minut nikt się nie odezwał. Przerzuciła plecak na druga stronę płotu, rękami chwyciła za pręty. Jedną stopę ostrożnie usadowiła na kłódce od bramy, drugą przygotowując do mocnego wybicia ciała w górę.
„Raz, dwa, trzy.” Odliczyła w myślach i zgrabnie przeskoczyła na drugą stronę. Otrzepała dłonie z piachu, wzięła plecak i niewiele się zastanawiając, położyła na trawie.
Mieszkała w starym dworku na dużej posiadłości. Dom był zbudowany w stylu neogotyckim, choć mało osób poznawało, że to neogotyk, większość dała się nabierać na gotyk. W każdym bądź razie podobał jej się ten dom: strzeliste łuki nad oknami, wysokie schody, ganek... Wszystko smukłe, piękne, wyniosłe. W środku już nowocześniejsze, choć schody pozostały takie, jakie były dawniej. Ogólnie, nowoczesne było wyposażenie. Czasami dziewczyna czuła się w tym domu jak księżniczka w jakiejś bajce- był duży, mroczny, zdawał się skrywać wiele tajemnic. I posiadał olbrzymią bibliotekę, rodzinny skarb. Zawierała tak wiele ksiąg...
Podniosła się leniwie na dźwięk silnika i podnosząc plecak podeszła do auta.
W środku siedziała młoda kobieta z ciemnymi blond włosami i brązowymi oczami. Ubrana była w dżinsy i adidasy, na siedzeniu obok niej spoczywała torebka z H&M’u.
-Cześć Ninka! Ty już tutaj? –spojrzała na swój elektroniczny zegarek. –O cholera, spóźniłam się...
-Nic się nie stało ciociu, tylko teraz się pospiesz, bo umrę z głodu...
Dziewczyna zaśmiała się cicho, po czym pomogła cioci wnieść stertę zakupów do domu. Nie była zła na ciocię, wiedziała, jaka jest roztrzepana, za to ją zresztą ogromnie lubiła. Choć może czasami tęskniła do bardziej odpowiedzialnej opiekunki, jednak była skazana na ciotkę i to musiało jej wystarczyć. Musiało... Jak ona nienawidziła tego słowa. Zawsze coś „musiało”. Musiało jej pasować to, że mieszka tylko z ciocią, że sama sobie gotuje, że sama dba o konia, że ma pełno prac domowych. I nie było „ale”. Tak MUSIAŁO być. Coraz częściej łapała się na tym, że jest zła na rodziców za to, że zniknęli z jej życia, jak się wydawało, raz na zawsze. Zostawili ją cioci, gdy miała cztery lata. Do tej pory pamiętała jak mama ją przytuliła, dzień przed zniknięciem i powiedziała: „Daje ci to, nigdy tego nie zgub. On mi już niepotrzebny, a Tobie może kiedyś uratować życie. Namariee, córeczko.” Chodziło o wisiorek, który zawsze spoczywał na szyi dziewczyny. Był to srebrny sierp księżyca z gwiazdą. Co ciekawe, w dniu, gdy Nina otrzymała medalion, pokochała gwiazdy i teraz każdy wieczór spędzała patrząc na nie i opowiadając im różne rzeczy. A one słuchały.
Po zjedzeniu obiadu, zaniesieniu rzeczy i nakarmieniu jej klaczki, Azberi, Nina udała się do pokoju. Usiadła na łóżku, zastanawiając się, dlaczego rodzice odeszli. Robiła to prawie codziennie, ale zawsze pojawiały się jakieś pomysły- raz ktoś ich porywał, drugim razem uciekali z tego świata, żeby wieść żywot w dalekiej krainie, pełnej koników, kwiatków i ładnych drzewek. Tak było kiedyś, teraz przeważnie ginęli, lub zostawali zamordowani przez tajemniczego osobnika. Ów osobnik nie wziął się z chorej wyobraźni Niny, ale z jej życia. Dziewczyna, ilekroć pokazywała swój medalion (stwierdziła, że „medalion” brzmi lepiej i bardziej tajemniczo, niż „wisiorek”) czuła się obserwowana. Pewnego razu gdy szła na zakupy, uczucie się nasiliło. Medalion dyndał sobie wtedy spokojnie, połyskując w blasku zachodzącego słońca. Nagle, zza rogu wyskoczył jakiś mężczyzna, ubrany na czarno. Miał na sobie czarny płaszcz, trochę jak z Matrixa, i glany. Jakby tego wszystkiego było za mało, rzucił się na nią, próbując zerwać jej medalion. Nina odskoczyła do tyłu, potykając się o wystającą płytę chodnikową i upadła. Narobiła jednak przy tym tyle wrzasku, że policjant, stojący na skrzyżowaniu, krzyknął na napastnika i pobiegł w ich kierunku. Tajemniczy osobnik bezpowrotnie zniknął w cieniu. Jednak jego wspomnienie pozostało i dręczyło dziewczynę, która przemilczała całą sprawę przed ciocią. W miarę jak mijały lata stosunek Niny do tamtego wydarzenia coraz bardziej się zmieniał. Teraz, gdy skończyła już szesnaście lat myślała o tajemniczym nieznajomym bardziej pod kątem tego, że był przystojny. A raczej, pod kątem jego czarnych jak węgiel oczu i szarych włosów, opadających na ramiona. Tylko tyle widziała, a raczej, na to zwracała uwagę. Bo wyglądało to niesamowicie.
Siedząc tak i wspominając tego człowieka i ten dzień, gdy miała dziesięć lat, zatraciła się w marzeniach. Przypominała sobie rodziców, jednak bez zdjęcia, które stało na komodzie, szło jej to ciężko. Po raz nie wiadomo który przyjrzała się fotografii. Jej matka, Lili i ojciec, Karol, obejmowali się, uśmiechając się serdecznie. Matka była wysoką, szczupłą blondynką, uznawaną za piękność. Jej włosy były właściwie złote. Nina twierdziła, że to złoto odbija jej się na fotografii w oczach- widać było bowiem złote plamki na ciemnej zieleni dużych oczu Lili. Miała na sobie czarną, dopasowaną sukienkę. Ojciec miał czarne oczy i kruczoczarne, długie włosy. Pomimo tego, że chyba było ciepło, założył długi, również czarny płaszcz i glany. Nina nie potrafiła opisywać swoich rodziców, a raczej, już dawno przestała opisywać ich takimi, jakimi byli. Zawsze spotykała się z uwagami typu: „Ale przecież nie ma czegoś takiego jak złote plamki na oczach!”, „Nie istnieją czarne oczy, są tylko ciemno brązowe!” „Przynajmniej mnie nie okłamuj, dobrze?” I tym podobne. Po pewnym czasie więc po prostu opisywała ich: „blondynka, zielone oczy, brunet, ciemno brązowe oczy”. I wszyscy jej wierzyli.
Z cichym westchnieniem odłożyła zdjęcie i przebrała się w koszulę nocną. Ostatni raz spojrzała na gwiazdy, uśmiechając się do nich, po czym wskoczyła pod kołdrę. Była po prostu śpiąca.
***
Gdy obudziła się następnego dnia stwierdziła z zadowoleniem, że na dworze świeci słońce, niebo jest błękitne i chyba jest ciepło. Po prostu, że pogoda jest cudowna. Poleżała jeszcze trochę, pilotem włączając Wierzę HiFi i jej ulubioną płytę- American Idiot w wykonaniu Green Day’a.
„Don’t wanna be an American idiot...”
Oj, tak, nie chcę nim być...w myślach stwierdziła, że ta piosenka powinna zmienić świat. Oczywiście, gdyby nie był taki jaki jest teraz, czyli zapatrzony w siebie, Ameryka. Cały świat to Ameryka. Nina zbeształa sama siebie, choć bez większego przekonania, za te ponure refleksje. Wygramoliła się z łóżka i zakładając bluzkę zeszła na śniadanie. Ku jej wielkiemu zadowoleniu stało ono na stole, nie musiała już nic robić, jajecznica, jeszcze ciepła, grzała się na patelni. W jednej ręce trzymała patelnię, w drugiej karteczkę od cioci.
„Jajecznica jeszcze ciepła, smacznego. =)
Zostawiam Ci jeszcze trochę pieniędzy, kup sobie coś.
I nie zapomnij o koniu.
Miłego dnia
Anka”
Uśmiechnęła się i usiadła do stołu, była już naprawdę głodna...
Zegar wskazywał 12.00
***
Dziewczyna z długimi, ciemnymi włosami szła szybkim krokiem pomiędzy regałami Biblioteki Miejskiej. Jej czarny płaszcz powiewał za nią, a błyszczące glany bardzo dobrze prezentowały się w półmroku, który panował w tej nieznanej ludziom części biblioteki. Biblioteka Miejska była olbrzymim budynkiem, z niezliczoną ilością korytarzy, podziemi, pokoi. Jednak tylko jej niewielka część była ogólnie dostępna. Zaś w drugiej części przechowywano pamięć o dawnych czasach, wspomnienia wielkich przywódców, największe arcydzieła literatury, których twórcy nie chcieli, aby każdy mógł je czytać. Lub które ktoś chciał zniszczyć. Były tu książki starsze od tego kraju, pochodzące z czasów, gdy powstawały pierwsze pisma, z czasów, gdy wojna tak wiele z ich braci pozbawiła życia. Te książki żyły, pamiętały. I ubolewały nad tym, że tak mało osób może na nie patrzeć. Ale nie śmiały się sprzeciwić woli Pani, która je tu przywiodła. Jedynej osoby, która je wszystkie przeczytała, w której oczach widać było smutek ich treści, wiedzę wielu pokoleń i pamięć o tym, co już zapomniane. Pani o Szarych Oczach. Tak ją tu nazywano.
Anasea szła szybkim krokiem, wodząc wzrokiem po półkach. Szukała tego jedynego regału, obojętnie jaka książka, wszystkie mogły jej pomóc. Tak dużo czasu tu spędziła, najpierw żyjąc wśród książek, w zupełnym odosobnieniu od ludzi, teraz miało się to zmienić. Nie cieszyła się zbytnio- nigdy nie lubiła zgiełku, hałasu a już przede wszystkim tych tysięcy ludzkich oczu, wpatrujących się w nią, gdziekolwiek tylko poszła. Zawsze, ale to zawsze ludzie gapili się na nią i na jej szare oczy. Czy nikt tym zwierzętom nie tłumaczy, że tak nie ładnie? Gdyby w jej rodzinie ktoś śmiał się tak bezczelnie w nią wpatrywać, poniósł by karę, a już szczególnie, gdyby cokolwiek powiedział. Ale oni byli zbyt okrzesani, żeby coś takiego zrobić. A tu? Nic. Kompletne zero jeśli chodzi o stopień wychowania. No tak, w końcu ona też nie wychowała swojego chomika. Myśl o tym, że ludzie i chomiki to prawie to samo, wywołała delikatny uśmiech na jej smukłej twarzy.
Anasea była w miarę wysoka, zgrabna. Niewątpliwie z tłumu wyróżniała się swoja postawą- prawie zawsze niesamowicie poważna, jakoś tak smutno, ale nie „sztywno”, tak, jakby już nic nie miała, ale nie chciała się zabijać, nie chciała kończyć. Dla zasady. Biust miała wydatny, jednak zawsze starała się go jakoś zatuszować, prawie nigdy nie pokazywała, jakie posiada atrybuty. Na zgrabne ramiona opadały ciemne włosy, dziwnie kontrastując z jasną cerą dziewczyny. Nogi długie, ale nie chude jak patyki, tylko dobrze zbudowane, umięśnione, widać że jeździ konno i biega. Och, jak ona uwielbia biegać. I jeździć konno. Tak długo tego nie robiła... Aż jej szkoda, że zmarnowała tyle czasu. No, ale teraz, nareszcie, wyjdzie z tych podziemi na światło dzienne, zobaczy gwiazdy, słońce (do którego też już zdążyła się stęsknić) i drzewa, i kwiaty... Pojeździ, ale najpierw się przebiegnie. Zorganizuje sobie bieg po lesie, samotnie, śpiewając cicho swoja ulubiona piosenkę.
Niewątpliwie zapomniała (chociaż na chwilę, pierwszy i chyba ostatni raz) o kłopotach, troskach, zadaniach. Jednak uporczywe myśli powróciły, tym bardziej przygniatając ja swoim ciężarem.

„-Masz odnaleźć Dziedziczkę. Odnaleźć, przygotować i przyprowadzić do mnie. Wykorzystaj dary, które zostały Ci dane. I pamiętaj, to trudne zadanie... Choć wiemy, że jesteś bardzo uzdolniona, chcę Ci przydzielić kogoś do pomocy.
-Kogo? Chłód w głosie Anasei można było wyczuć wyraźnie. Zbyt wyraźnie. Kobieta w długiej, srebrnej szacie zmarszczyła brwi
-Hareusza. Młoda dziewczyna poczuła, że robi jej się zimno. Czy oni powariowali?! Rozmówczyni chyba wyczuła myśli swojej podopiecznej, bo odpowiedziała, zanim ta zdążyła głośno wyrazić swoja opinie na ten temat. Wiem, że on jest po przeciwnej stronie, ale zrozum, jest bardziej z Lareath, niż z Kendżelem...
-Chyba żartujesz! On mnie zabije, a ją zabierze do niej... Nie! Wolę iść sama!
-Jak chcesz. Dziwna uległość była już podejrzana, jednak wszystko się wyjaśniło za chwilę. Wiedziałam, że się nie zgodzisz, więc nie przejęłam się jego odmową. Anasea aż westchnęła, cała Turiel. Nie przejmuje się tym, że nic nie idzie tak jak ona tego chce, wie, że i tak co ma się stać, to się stanie.
-Więc idę. Masz coś dla mnie, co by mi ułatwiło zadanie?
-Dobre słowo.
Kolejny zawód. Przecież tak bardzo była pewna, że dostanie jakieś wspomagające zabaweczki, jakąś broń, miecze, pistolety chociażby... Jakieś zwoje, coś, co da jej potęgę... Coś, co pomoże spętać Los...
-Pamiętaj, nie próbuj otwarcie walczyć z Losem. Nie masz tej władzy. Ale rób to, co Ci każe rozum i serce, przeczuciem staraj się nie kierować, wiesz, kto za nie odpowiada... Choć czasami możesz spróbować, ale tylko wtedy, gdy nie masz innego wyjścia, lub po prostu wiesz, że będzie dobrze. Pamiętaj, że Ona też podlega Przeznaczeniu. A teraz idź. Z moim dobrym słowem. Dodała ironicznie i odwróciła się by odejść. Anasea jeszcze chwilę za nią patrzyła. Teraz dopiero dotarło do niej, jakie to wszystko skomplikowane. Rób, co Ci mówi serce, ale nie kieruj się przeczuciem. Dlaczego każda instrukcja musi być taka pokręcona?
Gdy w końcu dotarła do regału, którego szukała wzięła pierwszą książkę, której grzbiet ujrzała. Sprawdziła tytuł Aran ter un ven Dorol. „Może być.” Stwierdziła, po czym wzięła książkę ze sobą na górę. Idąc po długich, marmurowych schodach zaczęła zastanawiać się nad tym, jak uda jej się nakłonić Dziedziczkę do dołączenia do niej, jak zdobędzie sympatię tego dziecka... No tak, bo to przecież dziecko! Ta myśl była tak niespodziewana, tak nagła, że aż samą Anaseę zaskoczyła. Po chwili pojawiła się druga, bardziej już przemyślana „owszem, to dziecko, ale jej rodzice nie pozostaną obojętni...No tak, rodzice.. Ehhh... W co ja się wpakowałam? Dziewczyna że złością kopnęła w ścianę. Nie ma już teraz odwrotu, pewnie zginie. A wszystko przez to, że głupiemu dzieciakowi trzeba pomóc. Nie, to nie dzieciakowi... Ten dzieciak ma pomóc nam. To ją jeszcze bardziej zirytowało. Sam fakt, że jest ona zależna od jakiejś głupiej dziewczynki był denerwujący, upokarzający... „I Hareusz.” Tak, o nim też należało pamiętać. Najwierniejszy wychowanek ojca Nanor, bo tak się chyba nazywała dziewczyna był zakochany w Dziedziczce, a do tego potężny... A to „zakochanie” bardziej przypominało pożądanie i chęć zdobycia bogactw, więc Anasei niezbyt podobał się fakt, że może go spotkać. Trudno. Raz się żyje, stwierdziła przymykając na chwilę oczy, zupełnie, jakby chciała te myśli od siebie odpędzić…
Gdy znalazła się w swoim pokoju do drzwi ktoś zapukał. Najpierw nie odpowiadała, ale gdy pukanie nasiliło się, że zrezygnowaniem spojrzała na drewniane drzwi. Ani chwili odpoczynku.
-Kto zakłóca mój spokój? –starała się powiedzieć to możliwie jak najbardziej rozgniewanym głosem, może ów ktoś sobie po prostu pójdzie.
-To ja Pani, mam wieści od...
-Wejdź. –jeśli to poseł, jest dobrze. Gdyby nie był posłem od jej mentorki, nie zostałby wpuszczony aż tutaj. Jakie wieści przynosisz?
-Dobre, Pani.
W drzwiach nie stanął jednak elf, który zazwyczaj pełnił rolę posła, ale wysoki mężczyzna z czarnymi oczami i szarymi włosami. Była tylko jedna osoba na całym świecie, która mogła tak wyglądać. Co on tu robi?! W moim domu?! Przerażenie elfki chyba było mocno widoczne, bo na twarzy intruza pojawił się okrutny, bezlitosny i pełen satysfakcji uśmieszek.
-Nawet bardzo dobre, Anaseo. Pierwszą wspaniałą wiadomością jest sama moja wizyta tutaj, drugą zaś, wynikającą z pierwszej to, że w końcu jestem wolny. Uśmiechał się cały czas. Cicho zamknął drzwi i powoli, niby od niechcenia zbliżał się do elfki, której na chwilę odebrało mowę.
-Cóż, cieszę się. Czemu to zawdzięczam wizytę? Może... usiądziemy? Wzrokiem szukała broni, jakiejkolwiek drogi ucieczki. Liczyła się każda sekunda. Czas był cenny. Czas to życie.
-Nie, dziękuję, postoję, ale Ty możesz usiąść, jeśli tylko nogi by Cię bolały... Równo z tymi słowami, wypowiedzianymi tak od niechcenia, tak spokojnie, w nogach dziewczyny eksplodował ból. Upadła na podłogę. Chciała krzyknąć, ale tylko otworzyła usta w niemym wrzasku rozpaczy. Z oczu, mimo woli zaczęły jej płynąć łzy.
–Och, kochana... Po co było kłócić się ze mną? Podszedł do niej, dłonią otarł jej z policzków ślady łez. Zamachnęła się, uderzyła go w twarz, próbując wstać, jednak jedynym efektem był kolejny upadek. Mężczyzna dotknął policzka.
–To bolało, moja droga.. Nie ładnie tak, jestem Twoim gościem, prawda? Chwycił ją za ramiona i posadził na łóżku.
–Śliczna jesteś, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Tylko co ja teraz zrobię...? Anasea rozpaczliwie próbowała go uderzyć rękoma. Chwycił je i mocno wygiął do tyłu. Po chwili poczuła, że nie może nimi ruszać.
–Boli? Przepraszam, ale gdybyś chciała, to może byśmy się lepiej dogadali. A Ty cały czas mnie tak bardzo nie lubisz... Nie rozumiem dlaczego? Mocnym szarpnięciem zdarł z niej sukienkę. Dziewczyna rzuciła się, próbowała się mu wyrwać.
–Nie protestuj, laluniu, bo będzie bardziej boleć. W jego dłoni pojawił się nóż. Przybliżył go do jej piersi, czuł, jak bardzo się bała, widział dumną pogardę w jej oczach, ale widział też śmiertelne upokorzenie, które starała się ukrywać i przerażenie... Słodko, stwierdził. Dziewczyna nie mogła się ruszyć. Nożem rozciął jej sukienkę zupełnie. Widział w jej oczach tak wielką nienawiść, że aż go to rozbawiło.
-Nie złość się tak na mnie, maleńka. Zresztą nie powiesz, że Ci się nie podobam, co? Przybliżył się do jej nagiego ciała. Nóż przejechał po brzuchu, bez problemu rozcinając jej skórę.
–Nie martw się, nie pozwolę Ci zemdleć, nawet się o to nie bój... Nóż schodził coraz niżej, Anasea odchodziła od zmysłów. Jej oczy miotały się od noża, do oprawcy, potem do drzwi, po ścianach. Bólu już prawie nie czuła, widziała tylko to, co się działo. A to było o wiele gorsze od bólu, który czuła już od początku. Upokorzenie... Patrzyła na okrutną twarz mężczyzny. Jak można go kochać...? Sama przed sobą uciekała z myślą, że chciałaby, żeby się rozebrał, chciałaby go takiego zobaczyć... Usłyszał te myśli. Dotyk noża był nieznośny. Stal...zimna, bezlitosna stal... Pochylił się nad nią, przyciskając nóż bardziej do ciała. Jego twarz była tak blisko jej ust gorących od szaleństwa.
–Potraktuj to jako lekcję posłuszeństwa, koteczku. Odwrócił się i jak gdyby nic się nie stało podszedł do drzwi i wyszedł. Wychodząc odwrócił się na chwilę.
–Miła rozmowa, Pani.
Ból minął, gdy nieznajomy opuścił pokój. Elfka po prostu zaniosła się histerycznym płaczem. Skuliła się, kołdrą zatykając krwawiące miejsca zranienia...
***
Po śniadaniu Nina stwierdziła, że należałoby wziąć Azberię, na przejażdżkę do lasu. Przebrała się szybko w strój do jazdy konnej i wyszła do stajni, która stała obok domu.
Budynek był stary, cały z cegieł. Nad głównym wejściem znajdowała się głowa konia. Rzeźba była imponująca, a jej utrzymanie dosyć drogie, ale pomimo tego Nina i Ania zawsze uważały, że się opłaca.
-To dodaje tej stajni uroku, choć i tak jest ona jedną z najpiękniejszych. –Tak zazwyczaj mówiła jej ciotka, gdy pytano ja o sens utrzymywania tej rzeźby.
Kiedyś jej matka i ojciec mieli więcej koni, dlatego w stajni było około piętnastu boksów. Nie była to imponująca liczba, ale przecież ile można mieć koni na własny użytek? Gdy znajomi przyjeżdżali na koniach w odwiedziny, także zawsze było dla nich miejsce. Przezorność i upodobanie do dawnych czasów była u rodziców dziewczyny tak silna, że aż nienormalna. Każdy ma jakieś dziwactwa. W stajence znajdowała się też siodlarnia połączona z szatnią. Było to o tyle poręczne, że można było tam się przebierać i nie wchodzić do domu w obłoconych butach.
Podeszła do boksu, gdzie stała jej klaczka. Pogładziła ją po chrapach na przywitanie i przez chwile wpatrywała się w granatowoczarne, mądre oczy klaczy.
-Już idziemy, poczekaj chwilę.
Wyczyściła ja i osiodłała. Po raz pierwszy od jakiegoś tygodnia klacz wykazywała zniecierpliwienie i chęć biegu. Ostatnio była taka ospała...
Wyjechały przez bramę i skierowały się w stronę lasu. Gdy wjechały na leśną dróżkę, Nina zdecydowała się zakłusować. Im wjeżdżała głębiej do lasu, tym klacz szybciej biegła. Nie pomogło delikatne skracanie wodzy, potem mocniejsze przytrzymywanie. Klacz przeszła w galop, najpierw równy, potem coraz szybszy, szybszy aż wreszcie wyciągnęła nogi przed siebie, upajając się biegiem po równej, leśnej drodze. Nina z przerażeniem próbowała ją zatrzymać, a nuż trafił by się samochód! Niestety, im ona bardziej ciągnęła, tym koń biegł szybciej. Skarciła się w duchu za to, że nie wzięła toczka. Gdyby spadła, mogłaby sobie uszkodzić dosyć mocno głowę. W końcu odpuściła, nic nie mogła zrobić, oddała wodze i chwyciła się końskiej grzywy dłońmi, a kolanami mocniej ścisnęła siodło... Miała nadzieję, że Azberia się nad nią zlituje. Jakby na potwierdzenie, że klacz chce się pozbyć jeźdźca ta nagle skręciła w las. Nagły zakręt w pełnym galopie rzucił Niną w siodle, nogi wypadły ze strzemion. Kolejny zakręt, aby uniknąć zderzenia z drzewem spowodował mocne przekrzywienie się w bok. Nina wisiała, kurczowo trzymając się za przedni łęk siodła. Ostatnią rzeczą, którą zobaczyła była polanka.

Rozdział II

Najpierw zobaczyła błękitne niebo, a chmurki wydały jej się jakimiś postaciami. Wszystko wirowało, po chwili dopiero zamrugała oczami i zaczęła wracać do rzeczywistości. Przypomniała sobie, że spadła, a razem z tym wspomnieniem pojawił się ból w lewym boku. Coś bezlitośnie wbijało się jej w plecy, w głowie nadal jej się kręciło. Jęknęła i spojrzała na Azberię, ignorując ból w lewym boku, sądząc, że to na skutek stłuczenia.
-Jesteś z siebie dumna diablico?! Powoli przekręciła się na brzuch i wtedy ujrzała przyczynę bólu w boku. Oto na trawie leżał zeszyt w twardej okładce.
Był cały czarny, a na nim złotymi literami wygrawerowano napis:
„Araen Roh de Turamarth”
Nina jeszcze raz go przeczytała i jakby nie mogąc uwierzyć w to, co widzi powtarzała to wiele razy w myślach. Usiadła na trawie i choć obolałe części jej ciała dawały się we znaki, to chyba nie było tak źle, ostatecznie może jej przejdzie. Tym lepiej, jak się tu zatrzyma. Przypomniała sobie o koniu i poluzowała jej popręg, niech sobie poje trawę. Jedna ręka trzymała wodze przełożone przez szyję konia, kiedy klacz skubała trawę, a drugą otworzyła zeszyt...

Zapiski i Złote myśli Turamarth
„Dla mnie szaleństwem jest Twoja normalność”

Strona tytułowa... Nina otworzyła dalej, chciała to przeczytać, chociaż pierwsze strony....

„Czcijmy Loriaę Wznowicielkę, Królową Gwiazd, Wielką Jasną Panią! Pani o Śnieżnobiałych Dłoniach, zlituj się nad nami, okaż łaskę swoją... Otwórz bramy Teramni. Pozwól mi znów wejść do Termaru, pozwól podziwiać jasne oczy Twych Umiłowanych...! Pani, czy moja miłość była szkodą dla Was, Wielcy? Czy zawiniłam tak bardzo, że nie ujrzę Zielonych Ogrodów Kye`nu?
Pani... Jam jest Turamarth, Twoja Córka Umiłowana, Pani, pozwól mi znowu ujrzeć moje komnaty...

Och, jak bardzo tęsknię, tak tu szaro, zieleń wydaje się być wyblakła, niebieskie niebo zbyt często pokrywa warstwa burych obłoków... Góry, choć oni się nad nimi zachwycają, dla mnie są niczym małe pagórki, po których Pan Lasów goni leśną zwierzynę. Jedynie jeziora, rzeki i Morze wspaniałe przywodzi mi na myśl ten czas, gdy byliśmy razem, ja i Kendżel. Ja i On razem, szaleni, wolni, niezależni, okrutni, bezlitośni, piękni i straszni... Szum Morza przypomina mi śpiew ptaków, gdy stałam na brzegu urwiska patrząc daleko, na Zachód, ku domowi, potem zaś, słuchając cichego szemrania rzeki kierowałam się w stronę gór, gdzie brała ona początek. Tak jak ja zresztą- choć kochała góry, tak jak dziecko kocha matkę, to jednak wciąż biegła do Morza, ku tej przestrzeni i nieodpartemu urokowi sztormów, ku spokojnemu zachodowi słońca... Tak, ja i rzeki mamy dużo wspólnego, zawsze je lubiłam. Jednak najsmutniejsze historie opowiadają mi Gwiazdy, gdy już jasne Słońce schowa się, one zaczynają swą opowieść, płacząc nad moim i jego losem... Ach, jakże piękne są ich głosy, jak cudowne pieśni! Opowiadają mi o mnie, o tym co było, przestrzegają mnie i srogo karcą za to, co zrobiłam, ale też wiem, bo nawet one nie zatają przede mną tego, że w ich sercach pojawia się żal, gdy widzą jego- spętanego w żelaznych łańcuchach, skazanego na niewolę i mnie- pozornie wolną i niezależną, ale tak pustą i suchą z tęsknoty, jak niemy i pusty w swym pięknie jest kwiat pozbawiony słońca...Ból ściska moje serce, gdy widzę chłodne oblicza gwiazd, tak przecież umiłowane, one są mi najdroższe. Oczy zaś zachodzą łzami, gdy patrzę na oblicze mojego dawnego kochanka, pocieszyciela, patrona i Przyjaciela, jak jasny, samotny i cichy patrzy na mnie z góry, tym swoim martwym spojrzeniem i roni łzę za łzą, nie odzywając się do mnie. Och, jakże smutne są dni spędzone w tym raju cierpienia, jakże mi smutno bez śpiewu bardów, bez tańca elfów, bez tego hałasu z karczmy i bez tego wszystkiego, co mi odebrano.
Ale poznaję Prawdę, nikt nie doszedł tak blisko. Ja To osiągnę, będę rządzić triumfalnie...”

Nina zamyśliła się. Nie miała pojęcia, co to jest, ale wyglądało jak pamiętnik. I to pamiętnik, który należał do wyjątkowo dziwnej osoby... Może słowo „dziwnej” jest nie na miejscu, ale jak na razie nie nazwała tego inaczej. No trudno, trzeba było wracać do domu, tam przestudiuje pamiętnik. Tak porządnie, że nic się przed nią nie ukryje. Nic.

c.d.n.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...