Noc diabła
W jednym z poniemieckich bliźniaków mieszkał Jarek. Przeciętny piętnastolatek o typowo skandynawskiej urodzie chodził do niewielkiej szkoły, która była jednocześnie podstawówką, gimnazjum i liceum. Kończyły ją już trzy pokolenia Złotniczan, a pracujący w niej nauczyciela również byli mieszkańcami tego niezwykłego osiedla. Dom Jarka leżał niedaleko zniszczonego stadionu, na którym w czasach komunizmu trenował pobliski klub piłkarski, a teraz stał się głównym miejscem spotkań okolicznej młodzieży. Tam też zazwyczaj zbierał się wraz z przyjaciółmi. Najczęściej żeby pokopać piłkę, choć czasem przychodziły im pomysły na nietypowe spędzenie czasu. Teraz, gdy pogoda była pod psem, zdarzało się to coraz częściej. Poprzedniego dnia nieźle zaszaleli, ale dziś było dziś i należało wymyślić coś ciekawego. A najlepiej myślało im się w grupie. Jarek miał już pewien plan, ale musiał zaczekać, aż reszta ekipy wróci ze szkoły. Gapił się właśnie w telewizor, kiedy w kuchni zadzwonił telefon.
- Do ciebie! – usłyszał wołanie matki.
Podniósł się niechętnie z fotela i podbiegł do aparatu.
- Halo? – spytał machinalnie.
- Cześć. Tu Jędrek. Mam genialny pomysł na dzisiejszy wieczór. Padniesz z wrażenia...
Po pięciu minutach Jarek ze zdziwioną miną odłożył słuchawkę. Jędrek był bardzo tajemniczy i za nic nie chciał zdradzić, co przygotował. W każdym razie był bardzo podekscytowany. Stanęło na tym, że Jarek mam zabrać ze sobą resztę grupy oraz kilka przedmiotów i spotkać się u Jędrka koło osiemnastej.
Paweł i Andrzej raczej sceptycznie zareagowali, kiedy przyszedł po nich Jarek, ale nie mieli właściwie nic do roboty. Wzięli rzeczy, o które poprosił Jędrzej i poszli. Wiał zimny wiatr i wszędzie było pełno kałuż, ale przynajmniej nie padało. Było już dość ciemno, by na czystym niebie dostrzec jaśniejsze gwiazdy. Przechodzili właśnie obok niewielkiej biblioteki, kiedy odezwał się starszy o dwa lata od reszty Andrzej:
- Zawsze kiedy patrzę na nocne niebo, przychodzą mi na myśl same makabryczne historie. Zwłaszcza jak nie ma księżyca.
- Właśnie dziś nie ma księżyca. – zauważył Paweł, rówieśnik Jarka.
- Dlatego o tym mówię. Przypomniało mi się teraz, jak dwa lata temu Krzysiek z Jarkiem znaleźli w rowie trupa.
Paweł zrobił dziwną minę i po chwili ciszy powiedział:
- Serio? Nigdy mi nie mówiliście!
- No jakoś tak wyszło, ale to prawda. – wtrącił się Jarek. – Wracaliśmy razem ze szkoły, a że był piątek, tak jak dziś, nie śpieszyło się nam. Postanowiliśmy więc pójść wzdłuż rowu, przez park. Patrząc uważnie pod nogi, by nie wpaść do płynącej w nim wody, gadaliśmy sobie w najlepsze o grach. W strumyczku pływało wiele rozmaitych śmieci, więc na stertę jakichś szmat nie zwróciliśmy uwagi. Dopóki nie podeszliśmy bliżej. Okazało się, że to były ubrania. Krzychu zapytał mnie, co tam wśród nich leży. Zszedłem niżej i odgarnąłem nogą strzęp koszuli. Pod nią była ludzka czaszka! Odskoczyłem odruchowo i zawołałem Krzyśka. Obejrzał szkielet i powiedział, że sądząc po wielkości to chyba było dziecko. Tak gdzieś w naszym wieku. A na pewno leżało tam od bardzo dawna, bo nie widać w ogóle ciała, więc musiało zdążyć się rozłożyć. Dziwne, że nikt tego wcześniej nie znalazł. Ale w tamtym miejscu park jest gęsty, więc może nikt nie chciał przedzierać się przez krzaki.
- No i co dalej? – dopytywał się Paweł.
- Jak to co? Nic.
- Nikogo nie zawiadomiliście?
- Krzychu opowiadał, że jak powiedział wszystko rodzicom, to stwierdzili, że ktoś po prostu zrobił sobie taką marzannę. – odpowiedział za Jarka Andrzej – I dlatego kości leżały w wodzie. – chciał się zaśmiać, ale dziwna atmosfera nie pozwoliła mu na to.
Wszyscy sposępnieli. Opowiadanie tej historii w tym momencie to był zły pomysł. Nikt się do tego nie przyznał, ale ogarnął ich strach. Idąc niemal pustymi ulicami, rozglądali się nerwowo na boki. Jednak do domu Jędrka dotarli szczęśliwie. Otworzyli furtkę i w milczeniu weszli na podwórze. Po kilkunastu sekundach od naciśnięcia dzwonka, weszli do środka.
W domu nie było nikogo, oprócz ich kumpla. Zasłony były zaciągnięte, a na niewysokim stoliku w salonie stały świecie. Ustawiono je w czworobok, a przed każdą z nich na podłodze położono poduszkę. Na samym środku stołu leżała figurka, przedstawiająca ludzką czaszkę w niemieckim hełmie.
- Macie wszystko? – spytał Jędrek.
Bez słowa powyciągali z kieszeń kilka drobiazgów i podali je gospodarzowi. Ten ustawił je na stole, każdy przy jednej świecy.
- Po co kazałeś nam przynieść nasze talizmany? I co my mamy w ogóle robić?
W pierwszej momencie Jędrek uśmiechnął się szeroko z widoczną dumą, ale po chwili wyjaśnił:
- Z tymi rzeczami jesteście związani emocjonalnie i są one niezbędne, by seans się udał?
- Chcesz powiedzieć, że będziemy wywoływać duchy? – niedowierzał Paweł.
- Klawo, nie?
Zapanowało grobowe milczenie, ale kilka chwil później wszyscy zgodzili się, że może być fajnie. Usiedli na poduszkach, a Jędrek zapalił świeczki, wyłączył żarówkę, po czym dołączył do nich.
- No dobra. Od teraz wszyscy są śmiertelnie poważni i robią tylko to, co powiem, okay? – rozkazał.
Wszyscy z akceptacją pokiwali głowami. Prowadzący położył dłonie na stole tak, by pomiędzy nimi znajdował się jego talizman. Potem reszta kumpli zrobiła to samo.
- Od teraz absolutna cisza! – ostrzegł ostatni raz Jędrek.
Skupił wzrok na płomieniu świecy. Wpatrywał się jakiś czas, po czym nie odrywając wzroku zaczął mówić:
- Duchu, usłysz nas! Przybądź tu na Ziemię i okaż się nam. Prosimy cię, usłysz nasz głos. Daj jakiś znak, ze tu jesteś. Usłysz nas! – gestem dłoni nakazał im powtórzyć chórem jego ostatnie zdanie.
Czekali tak nieruchomo przez kwadrans, widząc jedynie oświetlone drgającym płomieniem swoje twarze. Kiedy nic się nie wydarzyło, Jędrek spróbował jeszcze raz.
- Duchu, przybądź do nas i daj nam znak! Daj znak, żebyśmy wiedzieli, że nas słyszysz. Zbłąkana duszo, okaż się nam. Duchu, usłysz nas!
- Usłysz nas! – powtórzyła reszta.
I znów oczekiwanie. Kolejne piętnaście minut nie przyniosło nic ciekawego. Jędrek westchnął z rezygnacją i poszedł zapalić światło. Nie zdążył wrócić do stolika, kiedy przyklejony taśmą na szafie plakat podwiało do góry, po czym szarpnęło w dół i zerwało. Kawałek papieru spokojnie opadł na podłogę. Patrzyli, nie śmiąc się ruszyć czy odezwać. W końcu trochę się opanowali.
- To był przeciąg, prawda Jędrek? – zapytał zdezorientowany Jarek.
- Wątpię. Wszystkie okna i drzwi są zamknięte.
- Zasłony i firanki nawet nie drgnęły. – zauważył trzeźwo Andrzej – Wiem, bo specjalnie je obserwowałem.
Paweł zebrał się w sobie i podszedł do leżącego plakatu.
- Kiedy go wieszałeś?
- Wczoraj. – odparł Jędrzej – Powinien dobrze się trzymać.
- No właśnie. – potwierdził, sprawdzając klej na taśmie.
Rozsiedli się na fotelach, patrząc po sobie pytająco. Nikt nie wykluczał, że może się udać, ale stanięcie twarzą w twarz z faktem przerosło ich możliwości. Stary zegar irytująco tykał, ale oprócz tego panowała niczym niezmącona cisza. Działała im na nerwy i jeszcze bardziej potęgowała niepokój. Nie wytrzymał w końcu tego Jędrek; wstał i spojrzał przez okno. Po chwili zawołał:
- Sprzątamy stolik, szybko! Chyba mój ojciec wrócił.
Wzięli się do roboty i kilku minutach nie było śladu po seansie. Jednak do drzwi nikt nie zadzwonił.
- Mówiłeś, że przyszedł twój tata. – odezwał się Andrzej.
- No, tak. Chwila, może poszedł jeszcze po coś do garażu.
Jednak kolejne minuty przyniosły tylko ciszę.
- Coś ty właściwie widział przez to okno? – spytał Jarek z odrobiną złości.
- Cień rzucony na ścianę garażu. Cień mężczyzny. Myślałem, że to mój ojciec.
- Mam nadzieję, że to był on. – powiedział pół żartem pół serio Paweł.
- Co masz na myśli?
Jędrek nie zdążył niestety usłyszeć odpowiedzi, bo wszyscy spojrzeli na Jarka, który wrzeszczał na cały głos. Wzrok miał wbity w meble stojące pod ścianą. Spojrzeli tam, ale nie zobaczyli nic nadzwyczajnego. Uciszyli go i zaczęli wypytywać. Najpierw wcale nie reagował, ale wreszcie doszedł do siebie.
- Widziałem... – wykrztusił – Widziałem wyraźny cień, wysuwający się zza biurka. Miał głowę i dwie ręce. Jak zacząłem krzyczeć, zniknął.
Przyjaciele nie wiedzieli jak zareagować. Paweł uśmiechnął się niewyraźnie, ale ten grymas szybko zniknął z jego twarzy. Nie mieli pojęcia, co powiedzieć.
- Wy nas chyba w konia robicie! – wzburzył się Andrzej – Najpierw ten widzi ojca, a potem ty kogoś za meblami.
- Ale przecież wszyscy widzieliśmy plakat! – zaoponował Jarek.
- Może to mimo wszystko był przeciąg.
Znowu zamilkli. Atmosfera zrobiła się nieprzyjemna. Nawet Jędrzej dziwnie czuł się we własnym domu.
- Myślcie, co chcecie, ale nie mam ochoty tu dłużej siedzieć. Wracam na chatę. – rzekł Paweł i poszedł założyć buty.
Jarek i Andrzej doszli do wniosku, że również nic ich tu nie trzyma i poszli w ślady kolegi. Jędrek zrobił dziwną minę. Widać nie uśmiechała mu się myśl, że ma zostać sam. Rodzice mieli wrócić planowo dopiero za dwie godziny, a po tych wydarzenia było to zdecydowanie o dwie za dużo. Gdy przyjaciele zbierali się do wyjścia, zapytał się, czy może zajść do Jarka. A później podjadą po niego autem starzy. W normalnej sytuacji zapewne zaśmialiby się z cykora kolegi, ale teraz dobrze go rozumieli.
Wyszli na ulicę. Szybko doszli, że to nie był najlepszy pomysł. W międzyczasie zrobiło się już całkiem ciemno, a ulice kompletnie opustoszały. Nie było widać nawet samochodów. Szli w zwartą grupą, ale z jakichś przyczyn nie rozmawiali głośno. Wiedzieli, że to głupie, ale woleli nie zwracać na siebie uwagi.
- To dziwne... – zaczął Jędrek – Rozumiem, że latarnia może nie świecić, ale żeby na wszystkie?
Rzeczywiście, w zasięgu wzroku żadna nie działała. Skręcili w główną ulicę, ale tu było to samo. Do ich domów został jeszcze ponad kilometr. Przeklinali teraz fakt, że Jędrek musiał mieszkać akurat na drugim końcu osiedla.
- Chłopaki! Przestaje mi się to podobać. Czemu w żadnym oknie nie pali się światło? Przecież niemożliwe, żeby wszyscy spali. Tak późno jeszcze nie jest! – panikował Jarek.
- Hej, spójrzcie na niebo! – dodał swoje trzy grosze Paweł.
Wszyscy zadarli głowy do góry i wpatrywali się tak, aż ich nie zaczęły boleć karki. Z nocnym niebem było coś nie tak. Aż po horyzont rozciągała się wielka, czarna chmura. W każdym razie tak to wyglądało, bo nie widzieli żadnej. Jednak dokładnie nad nimi niebo przybrało odcień krwistoczerwony.
- Co to? – zapytał jeden z chłopców.
- Wygląda, jakby ten fragment chmur oświetlało słońce, ale to niemożliwe. A nawet jakby, to kolor powinien być jaśniejszy. – zgadywał Andrzej.
- Nie wiem jak wy, ale ja chcę jak najszybciej być w domu, więc chodźmy.
Ruszyli szybszym krokiem. Przez kilka minut nie odzywali się wcale – każdy sam próbował uporządkować swoje myśli. W końcu idący odrobinę z przodu Paweł zauważył coś kątem oka i spojrzał za siebie. Nic tam nie było. Najgorsze, że nie było też Jędrka! Ułamek sekundy później zauważyli to również Jarek oraz Andrzej. Rozejrzeli się wokół, ale nie dość, że nie znaleźli kumpla, to także miejsca, gdzie mógłby się schować, by im zrobić kawał. Za nic w świecie nie chcieli schodzić z drogi ani się wracać, więc ustalili, że idą dalej.
- Nikogo oprócz nas nie widzieliśmy, a zatem nikt go nie porwał. A jak dojdziemy do domów, to do niego zadzwonimy. – przekonywał najbardziej z nich przerażony Paweł.
Szli dalej. Na skrzyżowaniu dwóch większych ulic skręcili w prawo i niedługo potem znaleźli się koło biblioteki. W środku świecił się światło. Podbiegli więc prędko z nadzieją i zajrzeli przez szybę. Nie dostrzegli jednak w środku znajomej bibliotekarki.
- Patrzcie! – zawołał ciut głośniej Jarek.
Ów czerwona plamka, którą widzieli na niebie powiększyła się i zmieniła kształt. Teraz przypominała bardziej gwiazdę bądź pentagram. Przypatrując się osobliwemu zjawisku, Andrzej zaproponował:
- Wchodzimy?
- Ja jestem na tak. Tam jest przynajmniej. I pewnie kobieta ma telefon; zadzwonimy po starych. A ty jak myślisz, Paweł?
Nie otrzymali odpowiedzi, więc powtórzyli pytanie. Gdy znowu nic nie usłyszeli, oderwali oczy od kształtu na niebie i gwałtownie spojrzeli w miejsce, gdzie przed chwilą stał ich kolega. Już nie było. Rozpłynął się tak samo, jak wcześniej Jędrek. Za to z coś sterczało z ziemi. Andrzej przykucnął i przyjrzał się uważnie. Ktoś postawioną na sztorc kosę wbił ostrzem w grunt. Ale kto? I kiedy? Przecież by usłyszeli! Andrzej dalej badał niezwykły przedmiot. Metal był w idealnym stanie, ale wypalono w nim jakieś znaki. Wyglądały jak runy. Na samym dole widniały cyfry. Trzy szóstki...
Andrzej błyskawicznie wyprostował się i podbiegł do drzwi biblioteki. Szarpnął za klamkę. Było otwarte. Niemal wepchnął Jarka do środka i dokładnie zamknął. Bibliotekarki nadal nie było widać. Zaczęli więc wołać, ale bezskutecznie – nikt nie odpowiedział. Zaglądali między regały, ale nikogo nie znaleźli. Pozostał tylko schowek. Uchylili drzwiczki i odskoczyli z przerażenia...
Następnego dnia całe Złotniki aż wrzały od emocji. Tłum mieszkańców tłoczył się za taśmą, jaką rozwinęła policja wokół biblioteki. Do karetki wkładano właśnie w czarnym worku ciało bibliotekarki. Lekarze nie chcieli nic mówić, ale mężczyzna, który je rano znalazł, opowiadał, że było okropnie zmasakrowane i zgięte w pół. Pasowało to nawet do kształtu worka.
Nazajutrz o morderstwie wiedział już cały Wrocław, a lokalne gazety drążyły temat przez kolejny tydzień. Miasto huczało od plotek i domysłów, a młodzież straszyła mniejsze dzieci potworem ze Złotnik.
Po dwóch miesiącach sprawę umorzono z braku dowodów. Policjanci nie znaleźli na miejscu zbrodni dosłownie nic, co by wskazywało podejrzanego. Bibliotekę zamknięto, bo nikt nie chciał się podjąć pracy w niej. Do dziś mieszkańcy osiedla mijają niszczejący budynek drugą stroną ulicy, a dzieciom zabraniają tamtędy przechodzić po zmroku. Reszta miasta już zapomniała, a dziennikarze znaleźli sobie ciekawsze tematy. I tylko kilkunastu Złotniczan pamięta, że tej samej nocy zaginęło czterech młodych chłopców. Nigdy nie odkryto jakichkolwiek śladów czy poszlak, a zaaferowani brutalnym mordem sąsiedzi nawet nie zainteresowali się pogrążonymi w rozpaczy rodzinami.
(opowiadanie oparte na prawdziwych wydarzeniach)