Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Opowieść

kaxi ·

Zapadał zmierzch i granat nieba płynnie przechodził w czerń. Jednak nie wyglądało na to, by tej nocy w dolinie miał zapanować spokój. Pomiędzy ścianami lasu płonęły dziesiątki ognisk, stały setki namiotów i rozbrzmiewały tysiące głosów. Jak nakazywał zwyczaj, kiedy nadchodziła wojna najemnicy z całego kontynentu zjeżdżali do tej doliny, a tuż po nich przybywali wysłannicy zwaśnionych stron z kuframi wypełnionymi złotem. Każdy próbował przeciągnąć na swoją stronę jak największą liczbę wojowników, kusząc wysokim żołdem i wojennymi łupami. Dni targów były doskonałą okazją do wzbogacenia się także dla wszelkiej maści kupców i handlarzy oraz oczywiście dziwek, toteż w dolinie panował teraz większy tłok niż na ulicach niejednego grodu.
Wokół sporego ogniska gęstniał tłum. Stało tam już przynajmniej pół setki wojów, a wciąż dochodzili nowi. Między nimi przeciskały się dzieciaki, które przybyły wraz z wozami kupców, a nawet kilka wiedzionych ciekawością kobiet lżejszych obyczajów. Wszyscy chcieli znaleźć się jak najbliżej starszego mężczyzny, który siedział przy ogniu popijając wino. Chociaż jego głowę i brodę dawno przyprószyła siwizna, a twarz obok blizn poorały także zmarszczki, zachował potężną sylwetkę i niezrównaną siłę. Żaden z obecnych najemników nie chciałby się z nim zmierzyć, choć pewnie duża w tym była zasługa otaczających go legend. Niektórzy twierdzili, że Borric potrafił gołymi rękami pokonać trolla, inni opowiadali jak bez niczyjej pomocy uciekł z wioski kanibali. Nikt nie wiedział dokładnie ile jest w tych historiach prawdy, ale nie było wątpliwości, że to wielki wojownik. Zresztą świadczył o tym sam wiek, jakiego dożył mimo niebezpiecznego zajęcia.
Borric dopił wino i rozejrzał się wokoło. Zdawało się, że dopiero teraz spostrzegł zbierający się przy nim tłum. Wiedział, czego chcą i ucieszył się na myśl, że wciąż tyle osób jest gotowych go wysłuchać. Uwielbiał opowiadać przy ognisku czy kuflu piwa o przygodach, jakie przeżył w trakcie swego długiego życia. Zwłaszcza w czasie wojen, podczas morderczych marszów pozwalało mu to na chwilę oderwać się od problemów i nie postradać zmysłów. Zresztą wraz z kolejnymi latami na karku coraz bardziej cieszył się świadomością, że potrafi ludzi nie tylko zabijać, ale też zaciekawić czy zabawić gawędą.
Wstał i podniósł wysoko rękę na znak, że będzie mówił. Momentalnie wśród słuchaczy zapanowała cisza, tylko od pobliskich ognisk dolatywały odgłosy ożywionych alkoholem rozmów i śmiechy połączonych przez pieniądz kochanków.
- Moi drodzy – zaczął donośnym głosem Borric, - dziś siedzimy tutaj przy ogniu i winie jak przyjaciele, ciesząc się przyjemnym wieczorem. Jednak kto wie, czy za tydzień nie staniemy przeciwko sobie na polu bitwy. Wiedzcie, że kiedyś byłem taki, jak większość z was. Młody, żyjący z dnia na dzień, bez wahania chwytający się wszelkiej okazji do zarobienia kilku złotych monet. Jednak z każdą kolejną wiosną, a może przede wszystkim blizną na ciele, człowiek się zmienia. Zaczyna coraz częściej pamiętać o tym, że bóg wojny Tith-ka-nan oraz Dala Opiekunka – Tarcza Słabych – obserwują jego życie. I kiedy przyjdzie mu stanąć przed zimnym obliczem Lims-Kragmy, tylko oni będą mogli wpłynąć na jej wyrok. – Kilku z przysłuchujących się najemników w pośpiechu uczyniło znak odwracający wzrok Królowej Śmierci. Borric kontynuował: - Dlatego dzisiaj nie chcę zabawiać was kolejną historią, jak wpadłem w zasadzkę goblinów czy podobną bzdurą. Opowiem coś, o czym nie wspominałem nikomu przez te dwadzieścia lat, jakie upłynęło od tamtej chwili. Byłem wtedy u szczytu sławy, a mój miecz służył księciu Aranory...

***

Posuwaliśmy się wzdłuż rzeki Tir’anog, która wyznaczała granicę z Księstwem Olasko. Kilka miesięcy wcześniej, po zagadkowej śmierci poprzednika, na tron wstąpił tam Artur van Hoggen, który wprowadził względem państw ościennych bardzo agresywną politykę. Przy takim obrocie spraw książę Martin zdecydował się uszczuplić skarbiec Aranory i wzmocnić przygraniczne oddziały doświadczonymi najemnikami. Jako, że władca naprawdę wysoko cenił bezpieczeństwo kraju, znalazłem się wśród nich i ja.
Zatrzymaliśmy się, by odpocząć w cieniu drzew. Był środek lata i w południowym skwarze nie dało się maszerować, więc czekały nas teraz jakieś trzy godziny przymusowego wytchnienia. Zacząłem rozkulbaczać swojego wierzchowca, kiedy dotarł do mnie rozkaz – Ruthia, pani losu, sprawiła, że znalazłem się wśród wyznaczonych do pełnienia straży. Odłożyłem torby i ruszyłem we wskazanym kierunku, zagłębiając się w las. Po przejściu około dwustu kroków, ruszyłem wzdłuż obozu wypatrując zagrożenia. Patrolowałem obszar na zachód od miejsca, gdzie się zatrzymaliśmy, więc nie spodziewałem się żadnych kłopotów – Olasko leżało w przeciwnym kierunku. Jednak wiedziony wrodzoną podejrzliwością odszedłem jeszcze dalej, nie znajdując na szczęście niczego podejrzanego. Wszędzie tylko potężne drzewa i gęste krzewy, a pod stopami dywan z mchu. Do tego śpiew ptaków i słońce przebijające się przez zielony dach liści – gdybym nie był skurwysynem, który zarabia zarzynaniem ludzi, powiedziałbym, że było uroczo.
Nieco zawiedziony brakiem atrakcji, postanowiłem powrócić w pobliże obozu. Nie uszedłem jednak dziesięciu kroków, kiedy odruchowo skryłem się za szerokim pniem. Coś dużego poruszyło się przede mną. Wyjrzałem ostrożnie zza drzewa i dostrzegłem wojownika w barwach Olasko. Musiałem nieźle kluczyć, skoro nie wpadłem na niego wcześniej. Wartownik rozglądał się nerwowo na boki, kurczowo trzymając obnażony miecz, na dodatek uszkodzony. Żółtodziób, pomyślałem. I miałem rację. Kiedy udało mi się podejść bliżej, mogłem dokładniej przyjrzeć się przeciwnikowi. Dzieciak miał za sobą najwyżej szesnaście wiosen i sądząc po łachmanach wystających spod uniformu, był synem chłopa. Pewnie dopiero co oderwali go od ziemi, bo trząsł się jak dziewica w burdelu. Był tak przerażony, że nawet nie zauważył, kiedy znalazłem się tuż za jego plecami.
Bezszelestnie wysunąłem sztylet zza pasa i płynnym ruchem przycisnąłem młodzikowi do szyi. Sam wypuścił miecz z dłoni, nawet nie próbując się bronić. Nachyliłem się, by wyszeptać smarkaczowi prosto do ucha kilka ciepłych słów, zanim poderżnę mu gardło. Chciałem, żeby poczuł mój oddech na bladej ze strachu twarzy. Ale w tym momencie zapomniałem języka w gębie. Dzieciak, zamiast błagać o litość, modlił się do Lims-Kragmy. Wyraźnie słyszałem, jak lekko drżącym głosem godził się z losem. Jak prosił o szybką śmierć dla siebie, a dla matki i braci o łaskę długiego życia. Jak zdawał się na sprawiedliwy wyrok bogini...
Wtedy coś się zmieniło. Wraz z modlitwą chłopaka w mojej głowie rozbrzmiewały kolejne wątpliwości. Z każdym jego słowem czułem się mniej pewnie. Nagle zrozumiałem, że go nie zabiję. Dlaczego? Sporo nad tym myślałem, ale wciąż nie potrafię powiedzieć. Może dała o sobie znać dawno pogrzebana litość? Albo przypominał mi kogoś bliskiego? A może po prostu taka była wola bogów?
- Masz bezużyteczną broń – powiedziałem w końcu, żeby przerwać nieznośny monolog. – Twój miecz jest zbyt wyszczerbiony.
Dzieciak umilkł. Ostrze sztyletu poruszyło się lekko, kiedy przełykał ślinę.
- Po ojcu... – wydukał wreszcie.
Schowałem broń z powrotem za pas i popchnąłem chłopaka przed siebie. Po kilku krokach stracił równowagę i legł na ziemię. Obrócił się na plecy i podparł na łokciach, ale nie wstał. Zamarł w bezruchu, wpatrując się we mnie tępym wzrokiem. Pewnie myślał, jeśli w tej chwili w ogóle był w stanie myśleć, że chcę go zabić w bardziej wyrafinowany sposób.
Kucnąłem i podniosłem miecz, oglądając go dokładnie. Nie dość, że był wyszczerbiony, miał jeszcze solidnie pęknięcie w poprzek klingi. Złamałby się przy pierwszym zablokowanym ataku. Zapewne był w rodzinie młodzika od kilku pokoleń i stanowił jedyną prawdziwą broń w wiosce.
Podszedłem do chłopaka i schyliłem się nisko, by musiał patrzeć mi w twarz. Oczy wciąż miał wielkie jak monety, ale przynajmniej krył się w nich cień świadomości.
- Odejdę teraz, a ty nawet nie próbuj mnie śledzić – powiedziałem surowym tonem, choć wątpiłem, by taka myśl postała mu w głowie. – Kiedy skończysz wartę, wrócisz do swoich jak gdyby nigdy nic i nie wspomnisz ani słowem o naszym spotkaniu. Gdyby pytali się, czemuś taki wystraszony, powiedz, że zaatakował cię dzik. Rozumiesz? – Żadnej reakcji.
Wyprostowałem się i wbiłem pęknięty miecz w ziemię, tuż przy kroczu smarkacza. Drgnął i spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
- Rozumiesz? – syknąłem.
Kiwnął nerwowo głową.
- Dobrze. Wiedz, że jeśli spotkamy się na polu bitwy, nie będę miał dla ciebie żadnej litości. Módl się więc, byśmy się już nie zobaczyli.
Minąłem leżącego i skierowałem się w stronę, gdzie spodziewałem się znaleźć obóz. Po kilku krokach zatrzymałem się jednak.
- I poproś o nowy miecz – dodałem.
Dopiero wtedy ruszyłem w drogę powrotną.

***

- Chłopak nie doniósł o spotkaniu, a i ja trzymałem język za zębami. Podczas patrolowania granic nie natknęliśmy się na żaden wrogi oddział, nie słyszałem też, by inni mieli taką przyjemność. Zresztą miesiąc później nas odwołano, bo władcy Olasko przydarzył się bardzo nieszczęśliwy wypadek, a na tronie zasiadł przychylniejszy Aranorze kandydat. Jednak to już materiał na inną opowieść – zakończył Borric.
Odwrócił się i ruszył na poszukiwanie butelki wina, z którą mógłby spędzić resztę wieczoru. Nie miał ochoty odpowiadać na żadne pytania, bo ktoś by mógł jeszcze trafić w czułą strunę. Wolał zostawić słuchaczom tą historię do refleksji. Sam zresztą też musiał ją przemyśleć jeszcze raz. Który to już? Setny?
Kiedy się tak zastanawiał, za jego plecami rozległ się władczy głos:
- Zaczekaj!
Ktoś przeciskał się przez tłum, który kilka chwil wcześniej oblegał Borrica. Stary najemnik przystanął zaciekawiony, kto też śmie się tak do niego zwracać. W końcu spośród słuchaczy wyłonił się rosły mężczyzna.
- Książę! – rozległ się pomruk wśród gapiów.
Rzeczywiście było można się pomylić. Nieznajomy poruszał się dumnie, miał na sobie bardzo drogie odzienie, a przy boku bogato zdobiony miecz. Ale Borric wiedział, że to tylko najemnik. Z tym, że cholernie dobry. Poszczególne części garderoby przybysza, choć drogocenne, nie pasowały do siebie, więc musiały być zdobyczne.
Mężczyzna stanął przed nim. Był wyższy o głowę. W zwodniczym świetle ognisk stary gawędziarz nie mógł dobrze dostrzec jego twarzy, ale nie wydawała mu się znajoma.
- Kim jesteś? Czego chcesz? – spytał z nutą irytacji.
Nieznajomy nie odezwał się. Zdjął zawieszony na ramieniu tobołek, uklęknął na jedno kolano i pochyliwszy głowę podał zawiniątko Borricowi. Ten przyjął je z niepewnością i dopiero po chwili zastanowienia rozsunął ostrożnie tkaninę. Serce zamarło mu w piersi. Raz po raz spoglądał to na przybysza, to na trzymany w rękach miecz.
Miał pęknięcie w poprzek klingi.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...