Ozyrys
Ozyrys jak zawsze o tej porze siedział na dachu wieżowca, na obrzeżach Madrytu. Nie rozmyślał, nie miał o czym. Słońce już dawno schowało się za horyzontem, który i tak stanowiły fabryki, bloki, olbrzymie wysypisko śmieci, zapewne większe od samej metropolii. Gdzie niegdzie można było dostrzec parki ze sztucznie wyhodowanych drzew, którym nie przeszkadzały zanieczyszczenia, ale Ozyrys odpoczywał, nie był zainteresowany tym, co go otacza, popadł w letarg, niezwykle przez niego kochany. Do szczęścia wystarczał mu spokój i odpoczynek.
W pewnej chwili rozbudził go odruch bezwarunkowy, zobaczył człowieka podobnego do siebie. Człowiek ten nie zatrzymując się, bez najmniejszego strachu przeszedł przez niezwykle ruchliwą ulicę, a samochody nawet nie musiały zwalniać. Ozyrys zrozumiał, że obecność innego Mózga nie wróży nic dobrego. Z tym widokiem powróciły bolesne wspomnienia z dzieciństwa, natychmiast je zdławił, przeszkadzały mu w polowaniu.
Wyjął, a następnie wbił swój miecz w zaciemnioną ścianę wieżowca. Zjeżdżając w ten sposób, w parę sekund był już na dole. Schował broń do pochwy i z niezwykłą zwinnością pobiegł w kierunku celu tamtego. Wyłaniając się zza rogu obleśnej uliczki zobaczył przerażający widok. Wysoki człowiek, umięśniony i ubrany jak on na czarno, stał nad kobietą z zakrwawionym mieczem. Kobieta z pewnością była martwa, nieopodal płakało dziecko, chłopiec, na pewno jej syn. To, co zobaczył zmotywowało go do działania, postanowił wykonać sprawiedliwość.
Ponownie wyciągnął swój miecz i ostrzem wskazał na przeciwnika. Tamten zrozumiał i uczynił ten sam gest. Obaj byli świadomi, że walczą z godnym siebie przeciwnikiem.
- Nazywam się Teutates, znaj imię tego, który cię zabije - powiedział do Ozyrysa jego przeciwnik, następnie trzymając w prawej ręce miecz a lewą wyjmując jakąś jednoręczną broń maszynową zaatakował.
Teutates strzelił serią w Ozyrysa, lecz ten już ułożył swój miecz na torze lotu pocisków. Udało mu się rykoszetem skierować dwa naboje w twarz przeciwnika, ale ten nie gorzej był wyszkolony, bez problemu odbił kontratak. Morderca nie zrezygnował z walki na dystans, strzelił znowu serią pocisków. I tu zobaczył coś, czego nigdy nie widział. Ozyrys wyjętą przed chwilą bronią strzelił w nadlatujące pociski i odbił je wszystkie. Teutates poczuł coś, czego nigdy wcześniej nie czuł - strach. Strach, który normalnemu człowiekowi odebrałby zdolność myślenia, ale nie jemu, był uczony pokonywać uczucia a zwłaszcza przerażenie, lecz przecież tamto uczucie podczas treningu, które miało być wymazane było inne - nierealne. Postanowił atakować z bliska, dalsza walka z dystansu mogła się dla niego źle skończyć. Zaczął biec, nie panował już nad przepływem adrenaliny. Postawił wszystko na jedną kartę.
Ozyrys bez najmniejszego problemu zrozumiał to, co działo się w jego przeciwniku, lecz nie mógł już zmienić decyzji, postanowił go zabić. Odrzucił pistolet i z całych sił ściskając swój dwuręczny miecz biegł na Sąd Boży. Udało mu się sparować atak mordercy. Chciał wykorzystać ten moment do ataku, lecz jego przeciwnik zrobił coś czego się nie spodziewał, lewą ręką dźgnął go wcześniej wyciągniętym stalowym sztyletem prosto w serce.
Sztylet, ku zdziwieniu Teutatesa, odbił się. Miał zmiażdżone ostrze. Ozyrys nie mógł nie wykorzystać, roztargnienia przeciwnika spowodowanego tym zdarzeniem, zadał śmiertelny cios.
Teutates padł, jeszcze nie martwy, ale już jego los był przesądzony. Zwycięzca zdjął płaszcz i pokazał kolczugę zrobioną z tego samego pierwiastka, co miecz. Przegrany rozumiał swój los i to, że nie tylko był słabszy od Ozyrysa, ale i miał mniej doświadczenia w walce.
Spojrzał ostatni raz w niebo, choć były gęste chmury i dzień, widział gwizdy. Piękne, lśniące, migoczące, wieczne. Zaczęły się zlewać w jedną wielką, wszystko w koło zamieniło się w kosmos, a następnie w otchłań z dnem wypełnionym światłością. Wydawało mu się, że spada, przyjemny letni wiaterek z dziecinnych lat delikatnie smagał mu twarz. Wszystko pamiętał, wszystkim się cieszył, każdą sekundą życia, każdą porażką, każdym bólem, każdą swoją wadą i zaletą. Na końcu przeżywał wszystkie radosne chwile swego życia, poczuł się naprawdę szczęśliwy, był gotowy na śmierć, ze spokojem stał się jednością ze Światłem.
II
Ozyrys stanął nad truchłem przeciwnika, choć zadał jedną ranę wkoło rozciągała się kałuża krwi wielokrotnie większa od samego ciała. Zabrał mu miecz, trupowi już nie był potrzebny. Schował go za płaszcz, do specjalnie przystosowanej kieszeni, swoją broń schował do pochwy. Był gotowy odejść i w tym momencie jego wzrok spoczął na dziecku. Chłopiec około dziesięciu lat o brązowych włosach trząsł się i nie panował już od dawna nad pęcherzem. Siedział skulony trzymając za rękę mamę. Ozyrys postanowił zapewnić bezpieczeństwo chłopcu, który wydawał mu się znajomy. Mając tak niezwykle rozwiniętą fotograficzną pamięć nie mógł kogoś nie pamiętać, to było coś innego. Zaciekawiło go to, więc postanowił porozmawiać z chłopcem.
- Kim jesteś? - zapytał, lecz nie otrzymał odpowiedzi, nawet spojrzenia. Postanowił działać, jeżeli jego ciało się nie uspokoi, taka trauma może poważnie uszkodzić umysł dziecka. Jego zdolności hipnotyzujące zostawiały wiele do życzenia, więc jedyne, co mógł zrobić to wprowadzić jego ciało w stan sprzed tych zajść.
Ukucnął, wyciągnął rękę w stronę chłopca i czekał. Minutę, dwie, trzy, aż wreszcie chłopiec podniósł wzrok. Ozyrys spojrzał mu głęboko w oczy i wykonał sztukę znaną niewielu ludziom na świecie, zahipnotyzował inną istotę. Przywrócił zwykłe funkcje życiowe, aby hipnoza dała jakiś efekt na parę minut wprowadził chłopca w stan paraliżu, od szyi w dół.
- Kim jesteś? - Zapytał ponownie.
- Nazywam się Alonzo Anubis - po usłyszeniu tych słów wszystko stało się dla Ozyrysa jasne. To syn jego kompana od małego, jednego ze \"Stu\" i członka ostatniej suwerennej organizacji zrzeszającej wolnych Mózgów. I tu naszły go myśli nie wróżące nic dobrego, jeżeli Anubis nie bronił swojego jedynego syna to gdzie on jest.
- Gdzie jest twój ojciec? - zauważył, że zadrgał mu głos, jemu, temu niewzruszonemu Mózgowi, o którym mówią, że jest bez serca, zabija ludzi jak robale. Poczuł wstyd, nie hamował uczuć jak kiedyś podczas treningu, przyświecają mu już inne cele.
- Moi rodzice nie żyją, zostali zabici przez niego - chłopak odwrócił głowę w stronę Teutatesa i zamilkł, nadal wpatrując się w trupa. Ozyrys zrozumiał, że musi go stąd zabrać, ale dokąd. Rozważania te przerwał mu chłopiec.
- Czy to nie dziwne, że po takich wydarzeniach nic nie czuje? Żadnego bólu, złości, strachu, przygnębienia.
- To hipnoza, chwilowo odbiera twojemu ciału większość zmysłów i uczuć. Wprowadziłem cię w taki stan, abyś lepiej zniósł to, co się stało. Jesteś tchórzliwym mięczakiem - wyjaśnił mu wojownik, nie okazując żadnych emocji.
- Ty jesteś Ozyrys, tak?- po kiwnięciu przez Mózga głową, Alonzo kontynuował. - Tata mi o was opowiadał, tylko ty zabijasz wszystkich napotkanych, podporządkowanych Mózgów i nigdy nie masz skrupułów. Zostaw mnie – krzyknął. - Wszyscy, którzy są za mną giną!
- Nie, mam dług wobec twojego ojca, znajdę ci bezpieczne schronienie - powiedział beznamiętnie Ozyrys.
- Nie ma dla mnie bezpiecznego schronienia - odbąknął chłopiec, zamknął oczy i zasnął.
Trochę ucieszyło go, że wreszcie nie musi rozmawiać. Dał sygnał reszcie swoich sojuszników, aby spotkali się w jednej z kryjówek. A dokładniej w starym baraku, którego przeznaczeniem było mieszkanie dla bezdomnych. Zawsze niedaleko kręci się tam, jakiś jego sprzymierzeniec, więc w razie ataku będzie mu łatwiej obronić chłopca. Zarzucił sparaliżowane ciało chłopca na bark i odszedł z tego ponurego miejsca.
Przebył wolnym krokiem parę dzielnic slumsów, widział chałupy, które trzymały się na paru linkach, przecząc prawom fizyki, ludzi ubranych w szmaty, brudnych, śmierdzących. Widok ten sprawił, że Ozyrys pomyślał o kimś innym, niż sobie. Wiedział, że jakby zostawił chłopca samemu sobie, to w przypadku, gdyby nie umarł z głodu to skończyłby w taki sposób. Trochę go to zdziwiło, życiowe powiązania to jedno, ale myślenie o drugim człowieku to nie tylko wbrew jego charakterowi, ale i bezsensowne. Rzadko zdarzały się momenty, że czegoś nie rozumiał właśnie teraz taka chwila nastąpiła.
Po niecałej godzinie był już na miejscu, żywy pakunek obudził się pół godziny wcześniej, ale nie chciał rozmawiać. Tragarz nie dziwił mu się, pomyślał, że tacy ludzie jak on nie są w stanie przyjąć straty, obojętnie jak wielka by ona była. Postawił go ostrożnie na ziemi i obaj spojrzeli na stary metalowy, w całości zardzewiały barak.
Alonza ogarnął niepokój, starał się nie myśleć o wydarzeniach sprzed godziny, ale widok tej budy, przywoływał wszystkie złe wspomnienia, nastrój pogarszał jeszcze mdlący, a zarazem żrący zapach odchodów.
III
Ozyrys podszedł do metalowych wrót, a następnie energicznym ruchem pchnął je do środka, widać było ślad na podłodze po torze, jaki przebyły. Jakaś lepka maź utrudniała ich otwarcie. Wojownik bez obaw zanurzył stopy w tym świństwie, co innego Alonzo, przypuszczał, że właśnie ono tak śmierdziało. Zaciekawiło go pochodzenie tego dziwactwa. Zauważył, że znalazł się sam, musiał pokonać obrzydzenie i wejść do środka, z jednej strony naturalny odruch nie pozwalał mu przestąpić progu, ale z drugiej strony taka samotność wzbudzała w nim strach, wolał być przy dziwnym wojowniku, niż sam. Rozmyślania przerwał mu Ozyrys. Wyłonił się z baraku i powiedział:
- Właź, nie będziemy na Ciebie czekać i tak już tym śmierdzisz. - Alonzo postanowił wejść.
Barak wydawał się mniejszy niż był rzeczywiście. Od środka wcale nie rdzewiał. Jedyne światło dawały szpary między dachem, a trzema ze ścian, przy czwartej brakowało takiego otworu. Alonzo był już pewien, że ta maź to zmieszane zwierzęce gówna. Rozejrzał się dokładniej i zobaczył siedzącego nieopodal Ozyrysa na jednej ze skrzyń mężczyznę. Nic by nie było w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że wkoło niego od góry latały ptaki od zwykłych wróbli po olbrzymie dwa sokoły, były też gołębie i mniejsze ptaki drapieżne. Przebywały tam również inne zwierzęta, przy jego stopach spał wielki dzik z dziwnie lśniącymi i nienaturalnie wielkimi kłami, biegało też mnóstwo psów, wyróżniał się jeden, miał wysokość dorosłego człowieka i był cały biały. Alonzo widział też inne zwierzęta, ale wszystkie się skupiały w koło tej tajemniczej osoby. Chłopiec wiedział, że to Ares jeden ze \"Stu\" i wolny Mózg. Słyszał od ojca, że lubi zwierzęta, ale nie przypuszczał, że do takiego stopnia. Nagle odezwał się dziwniejszy jeszcze od Ozyrysa człowiek:
- Spóźniliście się, umówiłem się z tobą trzy minuty temu, ale dobra inni i tak jeszcze nie przyszli, czyli to jest syn Anubisa. Dam mu prezent - po wypowiedzeniu tych słów zaśmiał się w przerażająco dziwny sposób.
- Wnerwia mnie twoja punktualność, ale cóż muszę z tobą chwilę wytrzymać. Zawsze, jak ty jesteś wkoło wszystko śmierdzi - zamarudził Ozyrys.
- Nikt cię o zdanie nie pytał - Ares prawie krzyknął i zupełnie innym, pogodnym tonem powiedział do chłopca: - Podejdź tu, a przynajmniej wyjdź z tych gówien, jak już mówiłem mam coś dla Ciebie.
Wtedy Alonzo zauważył, że odchody nie zapełniają całego pomieszczenia, a środek jest cały czysty, Ozyrys stał poza linią odchodów. Nie zastanawiając się podszedł do Mózga opiekującego się zwierzętami i czekał, było mu obojętne, co dostanie i czy w ogóle coś dostanie. Chciał tylko wyjść z tego czegoś, w czym miał umorusane całe buty i końcówki spodni. Ares nie dał długo czekać.
- Dostaniesz ode mnie zwierzątko - powiedział i złożył usta w dziwną minę, a następnie szybko wypuścił powietrze lekko opluwając chłopca, zagwizdał z niesłyszalną częstotliwością. Natychmiast po tym zabiegu podbiegł mały kundel podobny do owczarka niemieckiego.
- Nazywa się... - chciał kontynuować, lecz przerwał mu głos dobiegający z dziwnej kieszeni w jego fioletowym płaszczu.
- Nie, ja pójdę - powiedział głos, po tych słowach z kieszeni wynurzył się zielonoszary szczur.
- Czyli mnie zostawiasz? - Ares wypowiadając te słowa wyglądał jakby płakał, lecz bez łez.
- Nie będziesz sam, masz jeszcze Łunę - wymijająco odpowiedziało zwierzę i spojrzało się na wielkiego psa.
- Co ty znowu insynuujesz? Nie jestem zoofilem, chyba to już ci wytłumaczyłem - odparł urażony, ale już spokojniej Mózg patrząc się na swoje ramię, na którym stał gryzoń. - Dobra idź - dodał i sam wziął zwierzątko i położył na ramieniu Alonza.
- Nie potrzebuję twojego pozwolenia, mam rozum, ale dzięki - po tych słowach na mordce myszy pojawiło się coś, co można było nazwać uśmiechem. - Nazywam się Morgoth, będę Ci towarzyszył - tym razem zwrócił się do chłopca.
Alonzo znowu był w szoku, nie dość, że zobaczył, to jeszcze poznał mówiące zwierzę. Nie wiedział, co powiedzieć i w ogóle jak się powinno zwracać do myszy.
- No dobra, później pogadamy, nie masz żadnej porządnej kieszeni, więc będę Ci siedział na ramieniu. Nie bój się nie spadnę - po wypowiedzeniu tych słów Morgoth znowu zrobił ten dziwny wyraz mordki. Nowy pan zwierzęcia zauważył, że Ozyrys nawet nie zwraca uwagi na to, co się dzieje, a przynajmniej chce, aby go tak odebrano. Siedzi na jednej ze skrzyń z nałożonym kapturem na oczy i rękami za głową, tworzącymi prowizoryczne oparcie.
Monotonną, niewymuszoną i nikomu nie przeszkadzającą ciszę przerwał huk, którego powodem były bardzo szybko otwarcie, zapewne kopniakiem, drzwi. W skąpanym w świetle otworze pojawiła się kobieta, średniego wzrostu o długich ciemnobrązowych włosach. Jej ubranie stanowiła rozpięta czarna, skórzana kurtka, i tego samego koloru również skórzane spodnie oraz bluzka. Na dwóch bardzo kontrastujących z ciemną cerą kobiety i ogólnie wyglądem białych pasach wisiały dwa miecze, jakimi posługują się Mózgowie w walce. Były dość cienkie, Alonzo domyślił się, że ta osoba musi używać ich jednocześnie. Była bardzo podobna do Ozyrysa, jedyną różnicą pomijając płeć, były sprawy związane z bronią. Ona w przeciwieństwie do swojego kompana nie chowała oręża i najwidoczniej nie używała broni palnej, gdyż nie było takiej widać w jej ekwipunku.
Wydawała się Alonzemu miłą osobą. Po wejściu uśmiechnęła się szeroko do niego i stanęła przy wejściu w bardzo władczy sposób, rozstawiła szeroko nogi, założyła ręce na biodra i nagle zrobiła bardzo zaskoczoną, a potem złą minę, zdała sobie sprawę, w czym stoi. Natychmiast wyszła z gówna, wzięła oddech i na jej twarzy powrócił humor. Spojrzała na chłopca i powiedziała:
- Ty jesteś Alonzo, tak mi przykro, że straciłeś rodziców, nie martw się zaopiekujemy się tobą - po tych słowach, jej twarz wyrażała szczere ubolewanie. Alonza to wcale nie pocieszyło, choć była jak dotąd jedyną osobą, która go pocieszała w odpowiedni sposób. Nie zmieniając wyrazu twarzy powoli wyciągnęła w jego stronę ręce, chłopiec domyślił się jej planów. Chciała go przytulić, on tego wcale nie popierał, ale jakaś wewnętrzna siła kazała mu ulec. Nawet zauważył, że się do niej przybliża, przez chwilę widział Ozyrysa, który przerwał swój letarg i obojętnym wzrokiem wpatrywał się w scenę.
W tym momencie Morgoth zeskoczył z jego ramienia, a Alonzo zobaczył tylko jedną rękę kobiety zmierzającą w jego twarz. Potem nastąpiła ciemność, ocknął się na podłodze z głową w odchodach, dostał z otwartej dłoni. Mieszały się w nim uczucia, głupiał, sam nie wiedział, co czuje. Kobieta powiedziała do obserwujących zajście Mózgów:
- Ma dobry refleks, ale zbyt bardzo wierzy ludziom, jest po prostu naiwny - po tych słowach spojrzała przygaszonym wzrokiem na Alonza.
- Hero przesadziłaś, on nie jest nami i nigdy nie będzie - spokojnie skarcił kobietę Ares. Ozyrys milczał.
Hera obejrzała się na Alonza, który nadal zmieszany leżał w odchodach. Podeszła do niego i powiedziała szczerym głosem:
- Przepraszam, chciałam cię tylko sprawdzić, nie jesteś taki zły.
Tym razem podała mu rękę. Chłopiec wahał się. Hera uśmiechnęła się szerzej i wyciągnęła ręką trochę dalej. Dziecko drgnęło, ale nie cofnęło się, wreszcie wyciągnęło swoją rękę. W tym momencie kobieta zbliżyła się w mgnieniu oka do Alonza i znowu zamachnęła się ręką, chciał uniknąć ciosu, lecz był zbyt szybki. Tym razem nie upadł, tylko podparł się ręką podłogi, już wiedział, co czuje, to była złość, nienawiść, chciał się zemścić na tej kobiecie, przypomniała mu matkę, a potem tak perfidnie potraktowała. Wstał na równe nogi, uśmiechał się szaleńczo, już wiedział, co zrobi, da jej nauczkę, wiedział, że musi skoczyć, aby ją dosięgnąć. Spojrzał się jej głęboko w oczy, nadal szczerząc zęby i zaczął biec, biegł bardzo szybko, pomyślał, że to przez adrenalinę. Skoczył, zacisnął prawą pięść jak tylko mógł silnie i z nie mniejszą siłą uderzył Herę. „Udało się” - pomyślał.
Nagle wszystko się zmieniło, Alonzo zauważył, że nadal stoi w miejscu przed atakiem. Dziwnie się czuł, od śmierci matki nie było mu tak lekko, prawie całą złość wyładował na tej kobiecie. W tej właśnie chwili zauważył, że ona też nie zmieniła swojego miejsca stania. Był bardzo zmieszany.
To zmieszanie wykorzystała Hera z niewiarygodną szybkością podeszła do chłopca i przytuliła go, tym razem naprawdę.
Alonzo nie bronił się, było my wszystko obojętne. Bardzo go zaskoczył czyn kobiety, której przed chwilą nienawidził. Wiedział już, że użyła na nim hipnozy, to nie było najważniejsze, czuł się wtedy wspaniale. Choć wiedział, że to nie jego matka, to mu ją bardzo przypominała. Poczuł ciepło nie tylko fizyczne, ale i duchowe, ogrzało go, dało mu siłę, czuł się jakby mógł góry przenosić. Chciał, aby ta chwila trwała wiecznie, przez ten okres był po prostu szczęśliwy.
IV
Alonzo po chwili euforii, sprawionej czynem Hery, czuł się o wiele lepiej. Nie na tyle aby się śmiać, czy rozmawiać z innymi ludźmi. Wiedział też, że nie może liczyć na normalną rozmowę z żadnym z Mózgów. Do jak na razie jedynej przez niego kobiety – Mózga czuł coś podobnego do zaufania, ale wiedział, że i tak musi liczyć na siebie.
Nie wiedział co robić. Tkwił nadal w ramionach Hery. Nie był pewien, czy tego chce, czy nie. Wiedział, że może w każdej chwili wyjść z jej uścisku, ale co potem? Będzie stał?
Rozwiązała problem sama jego twórczyni. Rozluźniając ręce, wypuściła go z nich, a następnie złapała za jedną rękę chłopca i zaprowadziła na go na pobliską skrzynię. Usiadła razem z nim na niej. Alonza zdziwiło jak dobrze zna ona jego uczucia i myśli. Nie przeszkadzało mu to tym bardziej, że usadowiła go na optymalnej odległości od wszystkich Mózgów. Panowała cisza, która bardzo wszystkim odpowiadała. Nawet Morgoth gdy wrócił na ramię chłopca, nic nie mówił, tylko drzemał, co jakiś czas tylko kichając w bardzo piszczący sposób.
Znowu zapanował spokój. Z zewnątrz nie dobiegały żadne dźwięki. Alonzo o niczym nie myślał, zdał sobie z tego sprawę i trochę go to zdziwiło, ale nie przeszkadzało.
Nagle w jednej z przestrzeni, między dachem a ścianą , wychyliła się męska głowa. Miała bardzo wyraźne rysy i niewiele włosów. Jej twarz przecinała blizna biegnąca między oczami. Głowa zaczęła zsuwać się w stronę ziemi a za nią cała postać. Człowiek ten zawisnął na rękach głową w dół, a następnie puścił się. Zrobił pół salto w powietrzu i spadł z wysokości pięciu metrów na ziemię. Upadł poza odchodami.
Żaden z Mózgów nawet się nie poruszył. Alonzo uznał, że też tak zrobił, oczekiwał następnego dziwnego kolesia o jeszcze dziwniejszym charakterze. Tajemniczy Mózg stanął w takiej samej pozycji, co wcześniej Hera i uśmiechnął się w ten sam sposób. Chłopiec zrozumiał, że on coś chce zrobić. Nie zamierzał mu ufać, a tym bardziej podawać ręki, czy nawet się do niego zbliżać.
Niespodziewanie odezwał się jedyny stojący Mózg:
- Jestem Cernunnos, giń!
Alonzem wstrząsnęło, zrozumiał, że te słowa były do niego. Przeszył go strach. Widział już biegnącego ku niemu Mózga. Nie wiedział, co zrobić. Był pewien, że tak wytrenowany Mózg, na pewno nie spudłuje i odetnie mu głowę. Właśnie w takiej pozycji ustawił miecz, gotowy do cięcia. Po sekundzie namysłu zrozumiał, że jedyna szansa na przeżycie to uniknięcie ciosu w ostatnim momencie. Wiedział, że jest za wolny, ale Alonzo wolał umrzeć z przeciętą tętnicą niż z odrąbaną głową.
Chłopiec nie mógł się ruszyć. Wiedział, że nawet jak byłby wstanie się odsunąć to i tak Cernunnos był zbyt blisko. Właśnie napastnik zrobił trzeci krok i był już wstanie zaatakować. Miecz miał tak ustawiony, że nie musiał się zamachnąć. Wystarczyły tylko trochę go przesunąć, aby dokończyć śmiercionośny cios.
Alonzo już postanowił co zrobi. Ostrze już mknęło ku jego szyi. Zamknął oczy i jak mógł najszybciej cofnął głowę. Nie wiedział co się dzieję. Myślał tylko o tym, aby przeżyć.
Nagle upadł plecami na skrzynię – przeżył. Był w jednym kawałku, zdziwiło go to. Miał nadzieję, że jak uniknął pierwszego ataku to inni Mózgowie go obronią. Mylił się, wszyscy siedzieli w tych samych miejscach, a napastnik śmiał się. Wtedy Alonzo zdał sobie sprawę, że Cernunnos to jeden z Wolnych Mózgów. Był wściekły.
Nagle odezwała się Hera:
- Idioto, co ty robisz do cholery? To dziecko, ma jakieś dziesięć lat, a ty go testujesz jak dorosłego Mózga.
- Ale zdał. Nie oczekiwałem, że mu się uda - zaśmiał się Cernunnos i tym razem zwrócił się do chłopca. – Sorki mały, musisz przywyknąć do tego jak chcesz być Mózgiem..
- Nie chcę być żadnym zasranym Mózgiem, tym bardziej jeżeli mam być taki jak wy – wrzasnął Alonzo, a wszyscy Mózgowie patrzyli się na niego kątem oka. Żaden nie patrzył mu w oczy.- Nie jesteście normalni. Ja chce być normalny, chce wrócić do domu, do mamy i taty. Chcę, żeby było tak jak przedtem.
- Nie będzie już nigdy normalnie, mój drogi. Nigdy nie będziesz już ze swoją rodziną. Tamten czas się skończył – uświadomił go niedawny napastnik. Następnie kontynuował.- I będziesz Mózgiem, czy ci się to podoba, czy nie. Nawet jak nie przejdziesz żadnego szkolenia. Masz wyjątkowy refleks i inteligencję. Mogę się założyć, że wyróżniasz się znacznie na tle rówieśników. Już jesteś jednym z nas.
Dla Alonza to było zbyt wiele, rzeczywiście zawsze był inny od kolegów. Szybszy, silniejszy, mądrzejszy, myślał, że to naturalne. Jednak nie, jest Mózgiem i nic tego nie zmieni. Po tych rozmyślaniach postanowił się nie odzywać, tylko uprzedzić następnych, którzy przyjdą, żeby tylko go nie testowali.
Usiadł tym razem na najwyższej ze skrzyń i spoglądał na innych. Oni też nie zamierzali nic mówić. Morgoth się obudził, przez całe zdarzenie siedział na jego ramieniu i rzeczywiście nie spadł. Chłopiec popadł w rozmyślania. Myślał o wszystkim, co usłyszał i co się wydarzyło. Swoją przyszłość widział tylko w ciemnych barwach. Wiedział, że będzie ciężko, ale nie myślał o tego typu trudnościach. Wyobrażał sobie sierociniec i użeranie się z jakąś tamtejszą szajką, ale nie walkę z innymi Mózgami, choćby nawet w jakimś teście. Myślał jeszcze o innych sprawach. Jak wygląda reszta Mózgów i co do cholery się wkoło niego dzieje. Nigdy nie bluźnił, nawet w myślach, ale w takich wypadkach uważał to jak najbardziej na miejscu.
Znowu zapanowała cisza. Co jakiś czas Cernunnos jako jedyny próbował to zmienić mówiąc jakiś bezsensowny żart albo kogoś zagadując. Nie rozumiał, że nikt nie chce z nim, ani z nikim innym rozmawiać. Również nie był świadom tego, że jego czyn był zły.
Parę chwil później cisza została przerwana. Jedynymi drzwiami, weszły dwie kobiety. Jedna ubrana na biało, a druga na szaro. O dziwo rozmawiały ze sobą, nie zważając na innych. Robiły to w taki sposób, że nikt nic nie słyszał. Od razu po przekroczeniu progu obydwie wykonały sporych rozmiarów skok, przez odchody. Z perspektywy Alonza wyglądały, jakby wiedziały o wszystkim, co się wydarzyło. Jedna z nich, ta w szarym, tylko się z nim przywitała na odległość. Druga go zignorowała i usiadła razem z pierwszą.
Zanim Alonzo przyjrzał się tym kobietom, jak dla niego niezbyt ekscentrycznym w porównaniu do Ozyrysa, Aresa, czy Cernunnosa albo przynajmniej Hery, weszli następni Mózgowie. Chłopiec ich nie rozpoznawał, mniej więcej znał ich imiona, ale większość zapomniał.
Pierwszy po kobietach wszedł barczysty niski mężczyzna. Miał wielką głowę pokrytą niezbyt gęstym włosami i brązowy płaszcz. Po zdjęciu odzienia dziecko zauważyło, że jego ekwipunek bez wyrzutów sumienia można było porównać do zbrojowni. Miał nawet małe rakiety, nigdzie nie było widać miecza. Przywitał się z Cernunnosem i popadł z nim w niezbyt inteligentną pogawędkę, polegającą głównie na powodowaniu skojarzeń u drugiego rozmówcy. Speszyła trochę chłopca.
Następną osobą jaką zobaczył Alonzo również był mężczyzna. Wysoki i chudy, jako jedyny z Mózgów nosił okulary. Szedł pewnym, władczym krokiem, również przeskoczył odchody. Upadł w bezpieczny sposób jedynie lekko się pochylając, a następnie posłał Aresowi gniewne spojrzenie. Tamten odpowiedział szerokim, sztucznym uśmiechem. Wyróżniał go też granatowy garnitur i cienki, widoczny, w ogóle nie pasujący do ubrania miecz. Rozejrzał się po baraku i powiedział:
- Wszyscy są. Bardzo dobrze - po tych słowach odwrócił się do Alonza i dodał: – Nazywam się Perun. Odpowiadam za działanie tej całej organizacji, to jest, dbam o wszystkie sprawy Wolnych Mózgów, którymi nikt nie chciał się zająć. Dzięki temu ja tu dowodzę - Uczynił pozę, która chłopcowi kojarzyła się tylko z dumą.
- Taa, dowodzisz i to jak…- przewał mu Ares i znowu wykonał ten pokazowy uśmiech.
- Zamknij się, nikt cię nie pytał - powiedział niezmienionym tonem dumny człowiek. I zwrócił się znowu do chłopca. – Zejdź tutaj, porozmawiamy.
Alonzo postanowił to zrobić. Nie sądził, że taka osoba jak on może mu coś zrobić, ale był też świadom, że nie raz się pomylił. Zszedł i stanął koło Peruna. Czekał na reakcję Mózga.
- No dobra mały, teraz ci wszystkich przedstawię, nie sądzę, że oni to zrobili - powiedział i odwrócił się do reszty. Następnie kontynuował: - Ten na samym końcu po lewej w całym czarnym ubraniu to Ozyrys. Ten fioletowy zoofil to Ares - przedstawiając wysłał odpowiedniemu Mózgowi złośliwe spojrzenie. Nie zważając na obelgę w odpowiedzi kontynuował.- Między tym fioletowym a Ozyrysem siedzi Hera. Ten wielki i mały facet to odpowiednio Cernunnos i Uranos. A tamte dwie dziewczyny to Nyks i Gaj. Nyks to ta w białym.
Po długim monologu Perun wyglądał na dumnego. Alonzo pomyślał, że czeka na jakiś rodzaj pochwały, więc lekko zmieszany powiedział:
- Dzięki, ale co…
Perun nie pozwolił mu dokończyć, schylił się do jego wysokości i powiedział o wiele poważniejszym tonem:
- Teraz mały, zdecydujemy o twojej przyszłości.