Przeklęta krew
Gdy tylko slonce wychylilo sie zza horyzontu i skompalo w sloncu zaspana kraine, przeganiajac leniwe obloki porannej mgly, a w powietrzu rozleglo sie pianie kura wies, powoli zaczynala budzic sie do zycia. Gwar i krzatanina przy porannych pracach w gospodarstwach, odglosy zwierzat domowych i pokrzykiwania, bawiacych sie na podworzu dzieci, to wszystko co przywitalo wedrowca. Nigdy wczesniej go tu nie widziano. Gdy po raz pierwszy pojawil sie we wsi, dosiadal bialego wierzchowca, a dlugi czarny plaszcz i kaptur skutecznie chronily oblicze obcego przed ciekawskimi spojrzeniami mieszkancow osady, podsycajac ich ciekawosc ale i obawy. Nieznajomy zajal dom, w ktorym do niedawna mieszkala zmarla tej zimy samotna kobieta.
Jakze wielkie bylo zaskoczenie mieszkancow, kiedy po raz pierwszy ujrzeli przybysza bez plaszcza. Skora jego twarzy i rak byla ciemna! Prawdopodobnie rzecz tak samo miala sie z calym jego cialem. Czasem, do wioski docieraly opowiesci o ludziach z poludnia o czarnej skorze, lecz traktowane byly jako zmyslone opowiesci kupcow przemierzajacych lady w zdloz i w szerz, ktorymi chetnie uraczali ludnosc w celach zarobkowych. Cala wioska pamietala, jak kilka wiosen temu odwiedzil ich podroznik, handlujacy przeroznymi przedmiotami. Zaintrygowal wtedy mieszkancow osady niezwykla i zapierajaca dech w piersiach opowiescia o czlowieku ktory potrafil zmieniac sie w wilka. Po tej opowiesci w wrecz blyskawicznym tepie sprzedal rzemyki z oprawionymi klami tego stwora, zabitego ponoc przez przypadkowego mysliwego, w zwierzecej postaci. Amulet mial ponoc dawac niezwykla ochrone przed wyglodnialymi wilkami z pobliskiego lasu. Zdarzenie to w dziwny sposob zbieglo sie z masowym zaginieciem kilku psow z pobliskiej wioski.
Z biegiem czasu, nowy mieszkaniec wioski budzil coraz mniej ciekawosci, ludzie przyzwyczaili sie do jego obecnosci. Czesciej niz inni, udawal sie na grzbiecie swojego snieznobialego rumaka, w kilkudniowe podroze do odlelego miasta zwanego Bremen. Za kazdym razem przywozil ze soba rozne przedmioty, zywnosc i nasiona. Byl milym i zyczliwym czlowiekem, przedstawial sie jako Izmel i tak tez go nazywano. Wbrew pierwszemu wrazeniu wygladal bardziej na mlodzienca, niz doroslego mezczyzne, sam twierdzil ze jego oczy widzialy do tej pory zaledwie dwadziescia jeden wiosen. Zadko i niechetnie mowil jednak o swojej przeszlosci, o tym skad pochodzi i dlaczego trafil wlasnie tutaj. Pytany o swoje wczesniejsze zycie zawsze odpowiadal z lekkim usmiechem, ze nie nalezy odwracac sie za siebie, lecz zyc dniem dzisiejszym i tym co dla nas szykuje los. Spalil za soba wszystkie mosty, zamknal za soba wszystkie drzwii, za to byl towarzyski, lubial wszelkie zabawy, zwlaszcza te mocno zakrapiane alkoholem, uczestniczyl w wiecach, ale nigdy nie zaprosil nikogo do swojego domu. Byli tacy ktorzy mu nie ufali, tacy ktorzy sie go wrecz bali, oskarzali o konszachty z diabelskimi mocami, jednak bylo ich niewielu, a ich glosy rozplywaly sie w gwarze sympatii jaka palala do niego cala wies. Chodowal groch, duzo grochu, cale pole grochu. Codziennie biegal jak szaleniec pomiedzy grzadkami z piorem i arkuszami papieru, liczyl i zapisywal. Nikt nie wiedzial w jakim celu go uprawia, sam Izmel nigdy tez nie dal jednoznacznej odpowiedzi.
***
Dzien zblizal sie juz ku wieczorowi, Izmel byl niespokojny, wiedzial ze nadchodzi ta noc. Otworzyl swoj notatnik, ale to tylko upewnilo go w przekonaniu. Byl przygotowany, mimo to mial zle przeczucia. Niespokojny i poddenerwowany, podniosl sie ze swojego slomianego loza i udal sie do pokoju w ktorym tak zadko przebywal, ktorego nikt inny nigdy nie widzial, ktory byl zamkniety na klucz. Niewielkie pomieszczenie o drewnianych scianach i podlodze, sluzace niegdys zapewne swojej poprzedniej wlascicielce za schowek teraz bylo praktycznie puste, wszelkie otwory, ktore mogloby wposcic do srodka chociaz struzke swiatla byly szczelnie zabite deskami. I tylko trzymana przez Izmela w rece swieca pozwalala dostrzec stojacy na srodku olbrzymi drewniany, wzmacniany stalowymi okuciami fotel. Byl znacznie wiekszy, niz przecietny mebel tego typu. Mogly sie w nim zmiescic bez scisku dwie osoby. Zapewne, uwage kazdego goszczacego w tym pomieszczeniu zworcilby uderzajacy szczegol. Fotel mial mnostwo pasow, zapewne sluzacych do krepowania ciala siedzacego na nim czlowieka. Na kazda konczyne, tulow, szyje i czolo przypadaly po dwa pasy. Jeden cienszy, skorzany o srednicy dopasowanej do rozmiarow przecietnego czlowieka i drugi stalowy i masywny o wiele wiekszej srednicy, zbyt luzny aby uniemozliwic oswobodzenie sie komukoliwek. Dodatkowo lancuch opasajacy szyje uzbrojony byl w ostre kolce skierowane do wewnatrz, z pewnoscia majace na celu zadawanie cierpienia.
Izmel spojrzal na delikatnie rozswietlony drzacym plomieniem swiecy fotel po raz ostatni i zamknal pomieszczenie na klucz, wieszajac go nastepnie na szyi przy pomocy rzemienia i ukrywajac pod ubraniem Wiedzial, ze jeszcze nie czas...
Ta tylko pozornie spokojna chylaca sie ku wieczorowi chwile przerwal straszliwy, niosacy ze soba bol wrzask. Izmel szybko wybiegl przed dom w ktorym mieszkal. Krzyki dochodzili ze stojacej nieco dalej chaty. Bez chwili zastanowienia, pobiegl w tamtym kierunku. Gdy dotarl do srodka, bylo juz tam kilka osob. Otaczali oni slomiane poslanie na ktorym lezala Hena, starsza kobieta wrzeszczasa i zwijajaca sie w strasznym cierpieniu. Stal nad nia jej maz Berhard, bezradnie trzymajac ja za reke i starajac sie ja uspokoic.
Izmel wiedzial, ze nie ma czasu do stracenia, popedzil szybko do swojej gospody. Wydobyl szybko z szafy szklane naczynie z zasuszonymi i roztartymi roslinami, opatrzone opisem w jezyku, jakiego nikt w tej wiosce, a moze nawet w calej krainie, poza nim nie znal. Przesypal troche zawartosci do glinianego naczynia, tak ostroznie dawkujac ilosc ziela, jakby mialo to olbrzymie znaczenie. Nastepnie zalal je wrzaca woda, ktora podgrzewal na piecu. Woda szybko nabrala lekko brazowawego koloru i ostrego zapachu. Nie tracac czasu, zabral ze soba wrzacy wywar i popedzil do cierpiacej kobiety.
-Berhardzie! - krzyknal - przytrzymaj jej glowe tak abym mogl podac jej wywar!
-Czym ty chcesz ja poić diable! - sprzeciwil sie przerazony Berhard, nalezal wlasnie do tych nielicznych mieszkancow wioski odnoszacych sie z nieufnoscia do czarnego przybysza.
-Zaufa mi! - powiedzial spokojnie Izmel - chce pomoc twej zonie. - Berhard nie mial wyboru, sam niewiele mogl wskurac, wiec bez slowa sprzeciwu, przytrzymal glowe zony, odgarnal z ust potargane przez szamoczaca sie kobiete wlosy. W tym czasie, Izmel podawal jej gliniana lyzka brunatny napoj. Juz po kilku porcjach kobieta uspokoila sie i zapadla w gleboki sen.
-Na co skarzyla sie zona? - zapytal teraz Izmel
-Potwornie bolal ja brzuch - odpowiedzial maz z nieco wieksza ufnoscia
-A wiec klatwa rzeczywiscie ciazy na naszej rodzinie - wybuchnela placzem mloda przerazona dziewczyna do tej pory nie zwracajaca na siebie niczyjej uwagi. Byla to corka Heny, Ana.
-O czym ty mowisz Ano? - zapytal zainteresowany Izmel
-Nie ma zadnej klatwy! - wykrzyknal drzacym glosem Berhard.
-A wlasnie ze jest! - ze lzami w oczach sprzeciwila sie ojcu corka - Tak samo zmarla moja babcia i tak samo pomre i ja! - dokonczyla wybiegajac z pokoju. Izmel podniusl koszule uspionej kobiety. Brzuch miala rozdety i twardy.
-To pewnie pecherz moczowy - stwierdzil z niepokojem Izmel - ale dlaczego akurat dzis... - dokonczyl zdanie w myslach - Sprobuje jej pomoc, ale musicie mi zaufac i zostawic nas samych - nie czekajac na odpowiedz polecil przygotowac duzo wrzatku i pobiegl do swojego domu. Odszukal skorzana torbe, jego przeczucie ze moze mu byc jeszcze kiedys potrzebna sprawdzilo sie. Popedzi spowrotem. Obok lozka lezalo juz naczynie z wrzaca woda. Pierwszym bledem jaki popelnil, bylo otwarcie torby w obecnosci Berharda, Any i jeszcze kilku sasiadow ktorzy zbiegli sie z okolicznych domow.
-Nie pozwole abys cial moja zone, ty szatanski czarowniku - Berhard chwycil go i przyparl do sciany. W tej chwili Izmel wypuscil z rak torbe, wyslizgnal sie z uscisku Berharda i uderzyl go w glowe tak ze przeciwnik osunal sie nieprzytomny na ziemie.
-Uwierzcie, jesli jej nie pomoge, umrze - powiedzial spokojnie Izmel, reszta czy to ze strachu czy z zaufania posluchala go i wyszla.
-Dlaczego wlasnie dzis...wyszeptal sam do siebie - wycierajac pot z czola i spogladaja przez okiennice na nieublagalnie zblizajacy sie wieczor. Otworzyl skorzana torbe po raz drugi, wyciagnal z niej stalowe przyzady medyczne i wszystko wygotowal we wrzacej wodzie, podobnie jak opatrunki. Zabieg zaczal od naciecia skury na dolnej czesci brzucha. W ten sposob dostal sie do jamy brzusznej. Musial bardzo uwazac na delikatne naczynia krwionosne. Uszkodzenie ktoregos z wiekszych, niechybnie zakonczyloby sie smiercia Heny. Gdy dotarl do pecherza moczowego, potwierdzily sie jego przypuszczenia. Tuz ponizej pecherza, w okolicy gruczolu krokowego zauwarzyl dziwna narosl. To ona uniemozliwiala usuwanie moczu, ktory gromadzil sie w pecherzu i w efekcie spowodowalby jego pekniecie, infekcje organizmu i smierc. Oto cala tajemnica klatwy - pomyslal - ocierajac coraz bardziej drzaca dlonia nienaturalnie pocace sie czolo. Musze zdazyc - zebral sie w sobie. Na szczescie narosl byla mala i nieukrwiona, dzieki czemu szybko udalo mu sie ja usunac. W pewnym momecie, nagly bol spenetrowal cale cialo Izmela, ktory niemalze upuscil skalpel w ciele pacjentki. Zakrztusil sie jakas nienaturalna wydzielina, a z jego ust wyplynela piana. Szybko jednak opanowal swoj stan, wiedzial ze musi chociaz zamknac rane. Chwycil za odpowiednie przyzady i rekami nad ktorymi juz ledwie panowal zaszyl rane. Oblozyl brzuch Hany bandarzami i szybko wybiegl z domu. Byla juz noc, bal sie ze nie zdazy. Musial zdazyc! Pobiegl do swojego domu, otworzyl zamkniety pokoj i zatrzasnal za soba drzwi.
Ta noc minela mieszkanca wsi spokojnie. Tylko Berhard nie spal tej nocy czuwajac przy malzonce. Jedynie konie i psy wyczuwaly instynktownie niepokuj i niebezpieczenstwo, rżac i wyjac ostrzegawczo. Gdyby ktos tej nocy zblizyl sie do domu Izmela i w ciszy nasluchiwal dotarloby do jego uszu ciche charczenie, jednak nikt nie nasluchiwal i nikt nic nie uslyszal...