Przeklęta Krew III
Nagle usłyszał, że mężczyźni zatrzymują konie. Umilkły też odgłosy kopyt. On sam także stanął. Ktoś zeskoczył z grzbietu konia, zbliżył się do niego, szarpnął za linę, chwilę się z nią szamocząc.
-Za mną – rozkazał, ciągnąc zdecydowanie za linę, wyznaczając w ten sposób kierunek, w którym ma podążać więzień. Izmel, bez słowa ruszył, w określoną, przez mężczyznę, stronę. Po chwili, wprowadził go do czegoś, w rodzaju drewnianego wozu. Był on obudowany i prawdopodobnie miał sufit. Na koniec, mężczyzna podał mu bukłak z wodą. Wysuszone i pełne pyłu, rozpylanego spod końskich kopyt w trakcie podróży, usta piły łapczywie, krztusząc się przy tym, co chwilę. Po chwili, mężczyzna zabrał bukłak spod jego ust, ściągnął opaskę z jego oczu, rozpętał węzły krępujące mu dłonie a następnie, bez słowa, wyszedł z wozu, zamykając drzwi na kłódkę. Teraz Izmel wiedział, gdzie się dokładnie znajduje, masywnie zabudowany wóz z dwoma tylko niewielkimi, okratowanymi otworami, z przodu i z tylu, nie pozostawiały wątpliwości, co do szansy ucieczki. Po chwili, konie ruszyły a wraz z nimi wóz.
-Dlaczego ja się na to zgodziłem – zaklął Arhennius, pochylając się nad stołem, pełnym fiolek i wywarów. – Przecież dobrze wiesz, ty stary durniu, że taki eliksir nie istnieje i istnieć nie może – powtarzał sam sobie – to zaprzecza elementarnym prawom przyrody. A praw przyrody złamać się po prostu nie da! Dariusz nie daruje mi, jeśli tak jak to było ustalone, do jutrzejszego zachodu eliksir nie będzie gotów. – Arhennius, nie raz, widział jak kończyli ci, którzy nie wywiązywali się ze zobowiązań względem władcy. Zaczął poważnie zastanawiać się nad ucieczką. Jednak wiedział, że z wieży zostanie wypuszczony dopiero po wypełnieniu obietnicy. Wtedy przyszedł mu do głowy lepszy pomysł. Szybko zabrał się do pracy. Jako wielki uczony i doświadczony alchemik, doskonale orientował się, w jaki sposób nadać substancji określone właściwości wizualne. Z dostępnych, w laboratorium, substancji sporządził błękitna miksturę. Dodał ostatni, sproszkowany reagent i obserwował, jak wewnątrz szklanego naczynia, w cieczy unosi się delikatna mgiełka. Efekt powinien utrzymać się najkrócej do jutra. W razie czego, dodam jeszcze trochę tych soli – skomentował w myślach Arhennius. Nie sądził oczywiście, że Dariusz jest tak naiwny, aby zaraz po wręczeniu eliksiru, wynagrodził go obiecanym złotem, a przede wszystkim zwrócił mu wolność. Jednak stary alchemik, wiedział, że efekt, jakiego spodziewa się król, nie nastąpi od razu, a przy odrobinie szczęścia, może liczyć na trochę więcej swobody i tym samym będzie miał szanse na ucieczkę. Nagle do uszu starego człowieka dotarły odgłosy czyichś kroków. Niewątpliwie, ktoś szedł schodami w górę wieży. Po chwili usłyszał pukanie do drzwi, jednak gość nie czekał na zaproszenie. Zanim Arhennius zdążył cokolwiek powiedzieć, ten stał już w otwartych drzwiach.
- Witaj Arhenniusue – zaczął.
-Witaj – alchemik, lekko drżącym głosem, odpowiedział stojącemu w drzwiach mężczyźnie. Mimo, iż twarz jego zakrywał kaptur, starzec poznał go bez problemu.
-Przyszedłem sprawdzić, jak mają się twoje prace i przypomnieć ci, że król z niecierpliwością wyczekuje ich zakończenia. A chyba wiesz, że termin mija jutro wieczorem.
-Widzisz…-zająknął się starzec – to bardzo trudna formuła, wyszukane komponenty. Wielu uznałoby za niemożliwe stworzenie eliksiru…
-Arhenniusie, drogi Arhenniusie – mężczyzna zbliżył się do swojego rozmówcy – przecież wiesz, że nasz Jaśnie Oświecony Pan nie toleruje niepowodzeń. Dostałeś wszystko, czego chciałeś. Laboratorium, o jakim na akademii mógłbyś tylko pomarzyć, prywatną bibliotekę, a nawet serce smoka – faktycznie, środki miał nieograniczone. Stary alchemik do tej pory nie mógł się nadziwić, gdzie wysłannicy monarchy wytropili smoka i jak w ogóle udało im się uśmiercić tak prastarą istotę. To właśnie wielkie serce, przywleczone pewnego dnia do laboratorium, przekreśliło niemożność kontynuowania prac, ze względu na brak kluczowego składnika. W istocie, serce to nie było mu do niczego potrzebne, nie istniała nawet receptura, którą mógłby się posłużyć w swoich pracach. Wizja szybkiego zdobycia bogactwa na kolejnym bezmózgim, nieumiejącym nawet czytać królu, szybko przerodziła się w dramatyczną walkę o własne życie. Jednym słowem, Archennius nie docenił swojego zleceniodawcy.
-W zasadzie mogę powiedzieć, że preparat już sporządziłem, jutro przekaże go naszemu panu – były profesor Akademii Sztuk Mistycznych wskazał na leżącą na stole, zamocowaną w metalowym statywie fiolkę.
-Doskonale – w glosie tajemniczego mężczyzny słychać było zadowolenie – A ha, mam do ciebie jeszcze jedną prośbę, od wczoraj dręczy mnie potworny ból głowy, czy mógłbyś temu jakoś zaradzić?
-Oczywiście – ucieszył się alchemik, mając szansę zdobyć, choć odrobinę, zaufania i uznania w jego oczach – zaraz czegoś poszukam. – Korzystając z okazji, że Arhennius zajęty był szperaniem po szufladach i regałach w innej części laboratorium, tajemniczy mężczyzna dyskretnie zbliżył się do statywu z eliksirem i odwracając się do niego tyłem, dosypał nieco białego proszku, wyciągniętego z szerokiej kieszeni swojego płaszcza.
-O znalazłem! To powinno pomóc. Mi zawsze pomaga.
-Dziękuję ci drogi Arhenniusie. Na mnie już czas. Życzę owocnych prac – zakończył mężczyzna, opuszczając laboratorium.
Do celu swojej podróży dotarli następnego dnia wieczorem. Izmel, zza krat, na tle ciemnogranatowego już nieba, dostrzegł kontury wielkiego zamku. Stał na szczycie wzgórza i sprawiał wrażenie, jakby wzrokiem swym obejmował całą krainę. Monumentalna budowla z pewnością budziła lęk w sercach wielu. Teraz, dodatkowo posępności całej konstrukcji dodawał zmierzch, który powoli, ale konsekwentnie spowijał kraj. Grube czarne mury, z pewnością były niezwykle trudne do sforsowania przez potencjalnego najeźdźcę, a kolosalne wieże wyrastające z ziemi, pięły się wysoko ku niebu.
-To zapewne tutaj – pomyślał – Zakon Świętej Inkwizycji, słuch o nim sięga dalej, niż groza przed imperium Dariusza. Konie stanęły, wóz tak samo, wrota zamku rozwarły się ze zgrzytem. Wóz, w którym przetrzymywano Izmela wjechał do środka. Tam czekało już kilku rycerzy, wyprowadzili Izmela i skuli jego ręce i nogi stalowymi kajdanami. Następnie zaprowadzili go do piwnic zamkowych, gdzie znajdowały się lochy. Ciemne, chłodne i wilgotne podzamcze, nie było miejscem gościnnym. Zewsząd echo niosło dziwne odgłosy, czasem nawet krzyki tak potworne, iż można by uznać to miejsce za przedsionek piekieł. To tutaj trafiali najwięksi szaleńcy, obłąkani, mordercy i parający się, przynajmniej w opinii zakonu, mocami szeroko rozumianego zła. Izmel szedł korytarzem, szedł, bo silnymi popchnięciami zmuszali go do tego strażnicy. Ukradkiem tylko spoglądał, na cele i więźniów.
-Stój – nagle usłyszał wyraźny rozkaz – właź tu – strażnik przekręcił klucz w kłódce i otworzył żelazna kratę. W środku, spał mężczyzna. Natychmiast przebudził się i podniósł z drewnianej pryczy, na której drzemał. Kamiennym wzrokiem wpatrywał się w nowego więźnia. Izmel zawahał się przez moment, ale strażnikom widocznie bardzo się śpieszyło.
-Właź czarnuchu – strażnicy wepchnęli go do środka. Izmel natychmiast poczuł wszechobecny swąd rozkładających się ludzkich odchodów. W jednym z rogów celi zobaczył to, co spodziewał się zobaczyć. Gdy tylko żołnierze zamknęli kraty i odeszli, więzień podniósł się ze swojej pryczy, eksponując swoja słuszna budowę ciała. Włosy, podobnie jak brodę, miał długie i niezbadane. Zbliżył się do Izmela, śmierdział potwornie, zresztą jak cała cela. Nagle więzień splunął mu na twarz, Izmel nie zawahał się ani chwili, zacisnął pięść, i z całej siły uderzył go w brzuch. I wtedy zrozumiał, że nie docenił przeciwnika, który potężnym uściskiem pochwycił Izmela, i pchnął nim o ścianę. Uderzenie głową o kamienny mur oszołomiło go na chwilę. Napastnik nie zamierzał na tym skończyć, pochwycił go od tyłu za szuję swoimi silnymi ramionami. Izmel niewiele mógł zrobić, przeciwnik jednym ruchem mógł pozbawić go życia. Nie zrobił tego. Dlaczego?
-Nie zabiję cię, chociaż mógłbym to uczynić – rzekł grubym głosem. Izmel, przez ściśnięte gardło, nie mógł nic odpowiedzieć – Wyglądasz mi na czarownika, a takich bardzo nie lubię. Wydostaniesz nas stad, przy pomocy czarów, a ja po prostu daruje ci życie – rozumiesz? – Izmel lekko drgnął głową na znak zgody. Wtedy mężczyzna zwolnił uścisk, Izmel osunął się na ziemię, z trudem łapiąc oddech.
-Potrzebuję doby na zregenerowanie sił – powiedział po chwili Izmel – jutro cię stąd wydostane – dokończył cicho.
W tym momencie, do celi zbliżyło się pięciu uzbrojonych mężczyzn. Jednego z nich zdążył już wcześniej poznać, Rowland, rycerz, który go aresztował. Obok niego, stali dwaj strażnicy więzienni i żołnierze z naładowanymi kuszami.
-Oharze – rzekł z niezwykłą podniosłością Rowland – egzekucja twojego wyroku zostaje przyśpieszona – Mężczyzna z celi Izmela otworzył lekko usta z zaskoczenia, lecz nie powiedział ani słowa – Zbliż się do krat celi i wysuń ręce przed siebie. Ohar w milczeniu wykonał polecenie. Jeden ze strażników, zatrzasnął mu na przegubach dłoni i na nogach stalowe kajdany, które umożliwiały jedynie powolne przemieszczanie. Dopiero teraz drugi ze strażników, ściągnął z szyi pęczek kluczy, męcząc się przez chwilę z zardzewiałą kłódką otworzył kraty. Ohara wyprowadzono z celi, został tylko jeden strażnik, mocujący się z, za nic w świecie, nie chcącą się zamknąć, kłódką. Izmel zrozumiał, że to może być szansa, może jedyna. Błyskawicznie doskoczył do krat, łapiąc oburącz strażnika znajdującego się po drugiej stronie, uderzył go z całej siły o żelazne pręty. Ten, z paskudnie krwawiącą raną na czole, osunął się na ziemię. Izmel otworzył kraty, wychylił się i spojrzał na korytarz. W zasięgu wzroku nie było strażników, jednak jego wyczyn szybko dostrzegli więźniowie z celi naprzeciwko, rzucając się do krat z prośbą o klucze. Izmel spełnił prośbę, jednocześnie zabierając z ciała zabitego strażnika miecz i nóż. Wiedział, że nie ma czasu do stracenia, pobiegł szybko, w przypadkowo wybranym kierunku. Plątanina korytarzy, doprowadziła go do drzwi, będących wyjściem z lochów. Jednak natknął się tam na Rowlanda, jego strażników i więzionego Ohara.
-Zabić go – usłyszał głośny rozkaz rycerza. Ledwie zdążył ukryć się za rogiem korytarza, przed strzałem kusznika. Usłyszał tylko, jak pocisk roztrzaskuje się o ścianę. Drugiego strzału nie było, bo Ohar, korzystając z zamieszania chwycił drugiego strzelca łańcuchem kajdan za szyję i zaczął dusić. Szybko jednak zareagował na to Rowland, przebijając więźniowi brzuch, swoim wyciągniętym mieczem. Izmel pobiegł w innym kierunku, nie wiedział gdzie, nie znał tych podziemi. Dawał sobie niewielkie szanse, ale nie miał już odwrotu. Chowając się w ślepym zaułku, jednego z korytarzy, dysząc ze zmęczenia i strachu usłyszał czyjeś kroki, ktoś szybko biegł. Opanował na chwilę oddech i zacisnął mocno pięść na sztylecie. W odpowiednim momencie wyskoczył za przeciwnikiem, chwytając go jedną ręką za brodę, a sztylet przyciskając do gardła. Poznał swoją ofiarę. Obaj dyszeli.
-No proszę, sir Rowland – zaczął z wielką satysfakcją Izmel – ale już nie taki dumny jak zwykle. Bo widzisz mości rycerzu – kontynuował z ironią – szczęście bywa przewrotne. Teraz ja jestem panem twojego nędznego życia – dokończył zaciskając zęby ze złością.
-Nie…proszę – wyjąkał rycerz, czując jak po szyi spływa mu strużka ciepłej jeszcze krwi, lekko skręcającej na wysokości krtani, potem miedzy obojczykami i mostkiem w kierunku brzucha. Tam dopiero przesiąka nią ubranie, barwiąc na czerwono jego dworskie szaty.
-A niby czemu nie, ty byś mi darował? Tak…z pewnością - syknął Izmel.
-Jeśli zostawisz mnie przy życiu, dopilnuję abyś wyszedł stąd żywy. Moje życie nie jest im obojętne. Nie zaryzykują.
-Dobrze więc – w sercu Izmela pojawiła się nadzieja. Chciał żyć. Zdecydowanym ruchem pchnął go do przodu, prowadząc ku wyjściu z lochów. Widzący obezwładnionego Rowladna, z ostrzem na szyi, nie odważyli się stawiać oporu.
-Biegnij przygotować mi rączego konia, gdy wyjdziemy przed bramę, ma być gotowy – Izmel zwrócił się do jednego ze strażników – tylko bez sztuczek, chyba życie waszego dowódcy jest tyle warte – dokończył. Po chwili wydostali się na zewnątrz. Była już głęboka noc. Przed otwartą brama stał biały, osiodłany koń. Wciąż trzymając ostrze na szyi Rowland, zbliżył się do konia. Zdawał sobie sprawę, że wsiadając na niego da szansę zakładnikowi na ucieczkę a nawet atak. Odprowadził więc konia na większą odległość od murów zamku. Dopiero teraz silnym uderzeniem w kark ogłuszył rycerza, który natychmiast zwalił się na ziemię. Mógł go zabić, chciał go zabić, ale był człowiekiem honoru, obiecał, że daruje mu życie, więc nie mógł postąpić inaczej. Błyskawicznie wsiadł na konia, licząc, że pod osłoną nocy uda mu się uciec. Szybko jednak zorientował się, że był w błędzie. Nagle koń wydał z siebie przeraźliwy odgłos i upadł na ziemię. Izmel zareagował błyskawicznie, inaczej zostałby przygnieciony przez ciało konającego zwierzęcia. Wiedział, że bełt, który powalił wierzchowca, zarezerwowany był dla niego. Szybko się podniósł, szansę ujścia z życiem widział w pobliskim lesie. Bez namysły, pobiegł w tamtym kierunku. Już po chwili, usłyszał za sobą odgłosy pościgu i szczekanie psów gończych. Biegł przed siebie, był bardzo szybki, jednak psy z łatwością go doganiały. Wbiegł do gęstego lasu, psy były tuż za nim, słyszał ich warczenie niemalże na plecach. Wiedział, że nie uda mu się przed nimi uciec. Nagle odwrócił się gwałtownie, instynktownie wytrzeszczył oczy i otworzył usta wydając z siebie potężne warknięcie. Wszystkie trzy psy stanęły jak wryte, po chwili, skamlając, rzuciły się do ucieczki. Sam Izmel też był bardzo zdziwiony tym, co się stało, czuł, że przemówił przez niego instynkt bestii, pierwszy raz, doświadczył czegoś podobnego. Bał się teraz nie tylko pościgu, ale i samego siebie. Po dłuższej chwili, oprzytomniał i chciał rzucić się z powrotem do ucieczki. Jednak było już za późno. Z gęstego lasu wyłonili się trzej żołnierze, mierząc do niego z kusz. Nie miał wyjścia, poddał się.
Tymczasem, w jednej z komnat zamku Zakonu Świętej Inkwizycji, przygotowanej specjalnie by gościć wielkiego monarchę i jego małżonkę:
-Oto eliksir, o który mnie prosiłeś królu – Arhennius podał fiolkę niezwykle wyglądającego płynu, Dariuszowi, kłaniając się przy tym lekko.
-Dziękuję ci. Jeśli udało ci się stworzyć to, o co prosiłem zostaniesz sowicie nagrodzony – Dariusz wziął ostrożnie fiolkę z rąk Arhenniusa, którego dłonie delikatnie, ale nerwowo drżały – Możesz odejść Arhenniusie – alchemik ukłonił się i w towarzystwie straży wrócił do swojej wieży. Dariusz został teraz sam, a przynajmniej tak mu się zdawało, bo nie wiedział o przysłuchującej się całej rozmowie, z komnaty obok, jego żonie Arianie. Dariusz w pośpiechu ukrył eliksir, w jednej z szafek, pod starannie ułożonymi tam, jedwabnymi szatami. Nim wypije miksturę, chciał jeszcze poradzić się człowieka, który tak często służył mu nieocenioną radą. Wyszedł z komnaty, w poszukiwaniu Marcusa. Korzystając z okazji, Ariana niepostrzeżenie weszła do komnaty króla, niestrzeżonej przez strażników, których król odesłał jeszcze przez rozmową z Arhenniusem. Żona monarchy, bez problemów, odnalazła eliksir i spokojnie wróciła do swojej komnaty, zamykając ja od środka. Usiadła wygodnie na swoim posłaniu, uważnie przyglądając się eliksirowi. Wyciągnęła, zalakowany woskiem i pieczęcią Arhenniusa, korek. Nieufnie powąchała jasnoniebieska miksturę, nie krzywiąc się przy tym ani trochę. Nic dziwnego, substancja, znajdująca się wewnątrz, nie miała żadnej specyficznej woni. Nie tracąc już ani chwili, wypiła zawartość fiolki. Pustą fiolkę postanowiła wyrzucić do pobliskiej rzeki. Jednak, gdy tylko podniosła się z łoża poczuła dziwne odrętwienie stóp. Stan ten zaczął ogarniać kolejne części jej ciała. Po chwili poczuła problemy z oddechem. Zrozumiała swój błąd. Chciała się ratować, wybiec z komnaty i szukać pomocy u znachorów, jednak kolejna próba wstania z łoża, zakończyła się bezwładnym upadkiem na podłogę. Nie mogąc wykonać najmniejszego już ruchu, zgiąć palca czy poruszyć ustami, leżała tak bezradnie. I tylko w jej szklących się oczach, widać było przerażenie i zbliżającą się śmierć, którą już za moment spowoduje paraliż układu oddechowego.
Izmel wisiał rozciągnięty na ścianie. Kończyny miał skrępowane grubymi sznurami. Rozebrano go niemalże do naga. Jego stopy z trudem dotykały podłogi, w dużej mierze, ciężar jego ciała, spoczywał na przywiązanych do ściany dłoniach. Twarde sznury, niemiłosiernie wbijały się w ciało. Czuł, jak mięśnie i ścięgna jego rąk balansują na granicy wytrzymałości. Pilnowało go dwóch strażników, trzymających w rękach skórzane baty. Spod koszuli poszarpanej ostrymi, metalowymi zakończeniami batów, spływały stróżki krwi.. Nagle, do ciemnej marnie oświetlonej, nielicznymi pochodniami, celi wszedł starszy mężczyzna ubrany w białe szaty i trzymający w ręce bogato zdobioną laskę. Zbliżył się do Izmela, spojrzał mu prosto w twarz.
-Strażnicy donieśli, że psy gończe uciekały przed tobą jak szczenięta. Czy to prawda? Te krwiożercze bestie, jeszcze nigdy nie zlękły się żadnego człowieka. Chyba, że ty nie jesteś człowiekiem – zasugerował, świdrując wzrokiem więźnia. Izmel podniósł z wysiłkiem wzrok, lecz po chwili z powrotem opuścił głowę w milczeniu – Chyba nie wiesz, z kim rozmawiasz. Jestem najstarszym kapłanem zakonu, ode mnie zależą twoje dalsze losy. Winien, żeś mi szacunek! – Izmel nie zareagował – Sprowadźcie Arhenniusa – zwrócił się do jednego ze strażników – niech wykona próbę krwi – jeden ze strażników pośpiesznym krokiem opuścił komnatę, ale echo jego kroków niosło się jeszcze przez dłuższą chwilę z zamkowych korytarzy.
-Nie licz na to, że darujemy ci życie – zakonnik uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem – grożenie śmiercią sir Rowlandowi, jest już wystarczającym powodem, aby skazać cię na śmierć. Próba przesądzi czy zginiesz jak zwykły przestępca, szybko i bezboleśnie czy jak czarownik, zostaniesz strawiony w płomieniach – dokończył śmiejąc się lekko.
Już po chwili, w komnacie zjawił się stary alchemik. Miał ze sobą sztylet i szklane naczynie.
-Dobrze, że jesteś drogi Arhenniusie, więzień wymaga próby krwi – zwrócił się do niego mistrz zakonu.
-Do usług panie – alchemik skłonił się lekko, po raz kolejny przeklinając, w sercu, dzień, w którym rzucił wdzięczną posadę profesora na akademii i przybył tutaj. Zbliżył się do Izmela, nacinając lekko jedno z naczyń krwionośnych na przegubie jego lewej dłoni. Sączącą się krew, skierował prosto do fiolki.
-Za chwilę będą wyniki – poinformował.
-Będziemy czekać z niecierpliwością – odpowiedział kapłan. Arhennius zakorkował fiolkę, po czym włożył ją do kieszeni i w pośpiechu opuścił komnatę. Jestem przekonany, że jedyną winą tego człowieka, jest jego kolor skóry i to, że w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie trafił na ludzi z zakonu. Pewnie znowu spadnie kolejna niewinna głowa, a ja w tym wszystkim muszę brać udział – pomyślał z przerażeniem. Doszedł do swojego laboratorium, usiadł przy stole, nad którym ostatnio zwykł tak wiele czasu przesiadywać. Jednym, posuwistym ruchem dłoni, zrobił sobie nieco miejsca, odgarniając bezużyteczne w tym momencie przedmioty zalegające na blacie stołu. Był bałaganiarzem, od młodości.
-Zobaczmy – powiedział sam do siebie otwierając zakorkowaną fiolkę. Rozmazał nieco krwi na szklanej płytce, którą znalazł gdzieś w tym bałaganie, teraz wstał i zastanowił się przez chwilę.
Ach tak! – przypomniał sobie i sięgnął do jednej z szuflad wyciągając odpowiedni odczynnik – wyciąg z ilmahiru górskiego, zaraz zobaczymy, co nam powie ciekawego. Dodał jedną kroplę do rozmazu krwi i w tym momencie, na twarzy starego profesora alchemii, namalowało się nie lada zaskoczenie. Czerwony kolor krwi ustąpił teraz czarnemu.
-Czy to możliwe? – zapytał sam siebie. Wiedział, co oznacza ten kolor, jednak zjawisko znał jedynie od strony teoretycznej, nigdy w życiu nie miał podobnego przypadku. Widocznie nie do końca ufał swojemu umysłowi. Chciał się upewnić, sięgnął po grubą, starą księgę o drewnianych okładkach, obitych skórą i stalowymi okuciami. Bez problemy, odnalazł odpowiednią stronicę. W tym samym momencie drzwi jego laboratorium otworzyły się z hukiem. Pojawili się w nich dwaj strażnicy a za nimi mężczyzna w kapturze, którego Arhennius dobrze znał.
-Bierzcie go! – rozkazał.
-Ależ Marcusie. Co się stało? – zapytał zaskoczony Arhennius, nie uzyskał jednak odpowiedzi. Dwóch strażników natychmiast pochwyciło go zapinając w kajdany i wyprowadzając z laboratorium. Marcus nie był zadowolony, jego plany nie powiodły się. Ale przynajmniej w oczach króla, nadal jestem jego wiernym doradcą i przyjacielem – zaśmiał się, na pocieszenie, w sercu. Miał już wychodzić z laboratorium, jednak jego uwagę zwróciła próba wykonywana przez Arhenniusa, wiedział, na czym ona polegała i czemu miała służyć. Zobaczył też otwartą księgę. Zbliżył się do stołu laboratoryjnego. Całą lewą stronicę zajmowała rycina ilustrująca fizjonomię potężnej bestii o kształtach człowieka, lecz ciele pokrytym grubą sierścią i głowie przypominającej wilczą.
-Wilkołak – zdziwił się Marcus – czy to możliwe, aby tym durniom udało się pojmać jakiegoś likantropa? – Nie tracąc czasu, udał się do komnaty gdzie właśnie przetrzymywano Izmela. Otworzył drzwi i poprosił na korytarz przesłuchującego go właśnie kapłana.
-Cóż to takiego, niecierpiącego zwłoki, stało się, że nie może poczekać aż skończę? – zapytał mężczyzna w białych szatach, wychodząc z komnaty i zamykając drzwi.
-Ktoś próbował otruć króla, na szczęście jest cały i zdrowy – poinformował Marcus.
-Kto się ośmielił tego dopuścić? – spytał zaskoczony mistrz zakonu.
-Dowiesz się wszystkiego od króla, myślę, że powinieneś się niezwłocznie do niego udać. Ja zajmę się więźniem.
-Masz rację, dziękuję ci za informacje – kapłan oddalił się w pośpiechu. Natomiast Marcus, wszedł do pomieszczenia gdzie sądzono Izmela, zbliżył się do więźnia, który kątem oka spostrzegł nową postać, uniósł lekko wzrok. Jednak kaptur, nakrywający jego głowę, rzucał jakiś nienaturalny cień, który okazał się nie do sforsowania dla wzroku Izmela. Nie widział jego twarzy, mimo to czuł na sobie jego wnikliwe spojrzenie. Po chwili milczenia, wraz z jednym ze strażników, opuścił pomieszczenie, każąc umieścić więźnia w osobnej celi, z w miarę możliwymi warunkami. Strażnik polecenie niezwłocznie wypełnił. Izmel trafił do osobnej celi, o wiele czystszej niż ta poprzednia. Niewielka ilość słomy, jaka znajdowała się na drewnianej pryczy, sprawiła, że zmęczonemu i poranionemu Izmelowi spało się o wiele lepiej. Marcus na to właśnie liczył. Doskonale wiedział, że sen i deprywacja sensoryczna sprawia, że umysł skupia się na głębszych pokładach swojej świadomości. Jeszcze tej samej nocy, na placu zamkowym, powieszono Arhenniusa, jednego z najwybitniejszych alchemików tamtych czasów.
Następnego dnia, Izmel obudził się z bólem głowy i lekko oszołomiony. Wiedział, że tej nocy miał wiele snów, a raczej koszmarów. Niewiele z nich pamiętał, ale już sama myśl o nich wywoływała w jego sercu przerażenie. Cela, w której się znajdował, zdawała się być odosobnionym pomieszczeniem. Stalowe drzwi, z niewielkim tylko otworem, na wysokości głowy i masywne, kamienne mury pozbawiały więźnia wszelkich złudzeń, co do szansy ucieczki.
Mijały dni, Izmel powoli tracił rachubę. Poranione ciało zdążyło się już w znacznej mierze wygoić. Mimo niehigienicznych warunków nie wdała się żadna infekcja. Zresztą Izmel niespecjalnie się o to martwił. Wiedział, że jego organizm ma dość imponujące zdolności regeneracyjne i wysoką odporność na infekcje. Zdawać się mogło, że wszyscy o nim zapomnieli. Nawet kapłan, który z taką satysfakcją obiecywał mu rychłą śmierć. Tylko raz dziennie, przychodził do niego strażnik i przez niewielki otwór w drzwiach, wrzucał mu trochę nędznej karmy. Dnie ciągnęły się w nieskończoność, za to noce bywały prawdziwymi koszmarami. Bał się zasypiać, lecz czasem zmęczony organizm, zmuszał go do tego. I właśnie wtedy, w jego umyśle rodziły się demony. Potem budził się i poza pojedynczymi obrazami i uczuciem przerażenia, nie pamiętał nic. Miał wrażenie jak gdyby ktoś bawił się jego świadomością, gdy on pogrążał się w śnie.
Pewnego dnia jednak coś się zmieniło. Do jego celi przyszło kilku mężczyzn, prawdopodobnie rycerzy, uzbrojonych po zęby. Jeden z nich, skuł Izmelowi ręce i nogi, po czym wyprowadził z celi. Prowadzili go korytarzem na zewnątrz. Gdy wreszcie, po raz pierwszy, od dłuższego już czasu, ujrzał niebo, zorientował się w zamiarach zakonu. Odruchowo szarpnął dłońmi, jednak stalowe kajdany nie pozwalały na wiele. Oto przed nim, na placu zamkowym, przy którym zgromadziła się spora ilość rycerzy, kilku kapłanów i sporo bliżej nieokreślonych osób, wznosił się stos, ułożony z drzewa, gałęzi i słomy. Po środku stał gruby pal. Izmel spuścił wzrok, ręce drżały mu ze strachu. Bał się, bał się potwornie. Nie chciał umierać, a już na pewno nie w płomieniach. Tłum obserwował go w milczeniu, rycerze wprowadzili go na drewniany podest, który prowadził wprost na stos. Przywiązali go do grubego drewnianego pala. Gałęzie, na których stał lekko uginały się pod ciężarem jego ciała. Dopiero teraz spostrzegł, że jest już wieczór, po chwili spostrzegł coś więcej. Księżyc! – zauważył – dziś jest pełnia. Nie wiedział, czy powinien się cieszyć czy nie. Kapłan zbliżył się do stosu i przy pomocy zupełnie obcego Izmelowi języka, zaczął odprawiać jakieś obrzędy. Wtedy właśnie, poczuł nagły skurcz żołądka. Kaszlnął a z ust wypłynęła mu piana. Zaczęło się! – pomyślał. Siłą umysłu, potrafił opóźnić nieco przemianę, jednak w tej sytuacji, nie zamierzał. Nagle poczuł liczniejsze skurcze w trzewiach. Jęknął lekko, kapłan nie przerywał obrzędu. Silny ból ściął go z nóg, jednak przywiązane do pala ręce utrzymywały go w pozycji stojącej. Teraz już, na własne oczy, widział jak kości i mięśnie jego nóg, ramion, klatki piersiowej i całego ciała rozrastają się do nienaturalnych rozmiarów. Powoli tracił świadomość a kontrolę nad jego ciałem, przejmował zwierzęcy instynkt. Słyszał jeszcze odgłosy przerażonych ludzi i pękający sznur, którym związane były, jego dłonie a raczej już szpony. Szaleńczy metabolizm, w jaki wpędziło jego własny organizm odziedziczone po ojcu przekleństwo, po raz kolejny zaowocowało przemianą w przerażającą, trzymetrową bestię. Spanikowany tłum zaczął uciekać. Pierwszą ofiarą był najwyższy kapłan, który nie zdążył dokończyć obrzędu. Kilku odważniejszych rycerzy, sięgnęło po broń, jednak w konfrontacji z bestią nie mieli szans. Wilkołak w dzikim szale, jednym uderzeniem wielkiej łapy z długimi szponami, przebił zbroję i ciało jednego z rycerzy. Drugim ruchem, rozszarpał to ciało na kawałki. Ciosy, które próbowali zadawać mu pozostali rycerze, w efekcie pozostawiały na ciele wilkołaka jedynie niewielkie draśnięcia. Gęsta sierść i gruba skóra nie dawała przeciwnikom żadnych szans. Bestia owładnięta dziką furią szalała po placu zamkowym, mordując kolejne osoby. Nikt w zamku, tego wieczora nie spał spokojnie, nikt z wyjątkiem jednej osoby. Marcus wychylił się przez wąskie okno jednej z komnat na szczycie wieży. Spojrzał na plac i uśmiechnął się z satysfakcją. Po chwili, wrota, strzegące wstępu za mury zamku, rozwarły się z głośnym chrzęstem. Widocznie jacyś strażnicy, mający głowy na karkach, zachowali nieco zimnej krwi. Bestia instynktownie czując możliwość ucieczki, przestała mordować, odwróciła się i wybiegła, kierując się w stronę lasu. Kobieta, w kierunku której jeszcze przed chwilą wymierzone były wielkie kły i zakrwawione szpony, mogła mówić o wielkim szczęściu. Marcus, obserwując całą sytuację z bezpiecznego miejsca, przyglądał się pędzącej istocie, do chwili, gdy zniknęła za mroczną ścianą lasu.
-Możesz biec, możesz uciekać. Ale przede mną nie znajdziesz schronienia, nawet na końcu świata – powiedział cicho – zwróciłem ci wolność, jesteś mi coś winien – dokończył, po czym zakrył swoją, pozbawioną włosów, głowę ciemnym kapturem, odwrócił się i znikł z cieniu komnaty.