Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Przeklęta krew: rozdział II

artek ·

Poranek przywitał osadę bezchmurnym niebem i piękną pogoda. Przez uchylone okiennice domów, wdzierały się jasne strugi światła. Tylko w pomieszczeniu, w którym te noc spędził Izmel, było zupełnie ciemno.
-Ehhh... - podsumował miniona noc. Czuł się potwornie. Silny ból głowy, promieniował na cale jego osłabione i zdrętwiałe ciało. Męczył go silny głód i pragnienie. Chciał się podnieść z fotela, na którym spędził noc. Skórzane pasy, którymi skrępował się wieczorem, teraz rozszarpane i rozerwane na strzępy, nie stanowiły przeszkody, podobnie jak stalowe łańcuchy, z których bez problemu się wyślizgnął. Osunął się na podłogę, jednak szybko się podniósł. Nagle zakręciło mu się w głowie. Wsparł się na oparciu fotela, zamykając oczy i odczekując chwile. Następnie pozbierał strzępy swoich ubrań i butów z podłogi i fotela, westchnął jeszcze raz i wyszedł z pomieszczenia, otwierając zaryglowane od środka drzwi.
Wchodząc do jasno oświetlonej porannym słońcem kuchni, zbadał dłonią szyje. To zadziwiające, jak niezwykle zdolności regeneracyjne ma mój organizm, podczas przemiany - pomyślał smarując świeżo ukrojona kromkę wczorajszego chleba smalcem. Jadł dużo i zachłannie popijając mlekiem. Powoli dochodząc do siebie, przypomniał sobie o Henie. Musze do niej iść - pomyślał. Przegryzając ostatnia kromkę, ubrał nowa koszule, spodnie i buty. Wyszedł z domu i udał się prosto do gospodarstwa Berharda. W izbie zastał chora kobietę, leżąca na słomianym posłaniu i opiekującego się nią, jej męża.
-Witajcie! - Powiedział wesoło młodzieniec o ciemniej twarzy - przyszedłem zobaczyć jak czuje się chora.
-Witaj Izmelu - odpowiedział Berhard, a zaraz po nim Hena, dodając, iż czuje się kiepsko, ale przynajmniej ból ustąpił.
-Musze obejrzeć ranę - poinformował Izmel, podchodząc do kobiety i lekko odchylając zakrwawiony opatrunek. - Masz Heno wiele szczęścia, wygląda na to, że wszystko będzie się bardzo ładnie goiło. Rana jest sucha, nie widać śladów ropy, ani oznak infekcji, a tego się najbardziej obawiałem. Ani się nie obejrzysz, jak znów staniesz na nogi - uśmiechnął się. Następnie zmienił opatrunki i polecił pacjentce nie wstawać z łóżka. Gdy wracał już do siebie, na drodze dogonił go Berhard.
-Chciałbym ci podziękować - powiedział - i przeprosić... - wyjąkał – wiesz, że takie słowa z trudem przechodzą przez usta takiemu staremu, durnemu kowalowi jak ja. Dobrze ze przyłożyłeś mi wczoraj – zaczął, dotykając lekko sinego, lewego oka - chyba tylko w ten sposób, mogłeś wlać trochę rozsądku do tego starego, tępego łba.
-Przepraszam za tamto, ale nie miałem wyjścia.
-Wiem i rozumiem. No nic, nie będę cię zatrzymywał, gdybym się jakoś mógł odwdzięczyć, to wiesz gdzie mnie szukać - uśmiechnęli się do siebie nawzajem.
-Będę pamiętał, zegnaj.
-Zegnaj - odpowiedział Berhard. Resztę tego dnia Izmel spędził w swoim domu. Nie miał ochoty na niczyje towarzystwo. Nie potrafił tez na tyle się skoncentrować, by studiować którakolwiek ze swoich ksiąg, zabranych z rodzinnego kraju. Dziś zaniedbam groch - pomyślał - mam nadzieje, ze wybaczysz mi ten jeden dzień lenistwa ojcze - powiedział sam do siebie, spoglądając w błękitne niebo przez otwarta na oścież okiennice.
Tego dnia dużo się zastanawiał, bardzo lubił zatracać się w plątaninie własnych myśli, spostrzeżeń i wspomnień. Miał wyjątkowo bujna wyobraźnie, bawił się nią, była dla niego wrotami do nowego świata. Wiele myślał o sobie, o swojej przeszłości, o swoich wcześniejszych decyzjach, po stokroć osądzał ich trafność bądź błędność. Widział tez, że musi się czymś zająć, do tej pory cale dnie nie zajmował się niczym, poza ogrodem pełnym grochu i swoim pięknym rumakiem Ara'hirem. Będę leczył ludzi - pomyślał - w ten sposób zrobię cos dla tych ludzi. Kilka dni później, w jednym z pomieszczeń swojego domu, otworzył gabinet medyczny. Wieść o tym, rozniosła się po okolicznych wsiach, ludzie bardzo potrzebowali fachowej pomocy lekarza, do tej pory polegali jedynie na nie zawsze skutecznych, receptach swoich babek, przekazywanych wraz z rodzinna tradycja. Do Izmela ściągały tłumy potrzebujących, odwdzięczając się rożnymi formami drobnej zapłaty. Czasem sam udawał się do pacjentów na swoim dostojnym rumaku. Oczywiście, nie zapominał tez o swojej pierwszej, od dłuższego czasu, pacjentce Henie, którą odwiedzał kilka razy dziennie. Kochał swoja prace, był szczęśliwy, mimo różnicy w kolorze skory, ludzie darzyli go nadzwyczajnym zaufaniem. Szybko zdobył wysoką pozycję społeczna w wiosce. Nie miał już wrogów, za to przyjaciół wielu.
Gdy żona Berharda poczuła się już zupełnie dobrze, jej maż postanowił zorganizować huczna zabawę z tej okazji. Odbyła się w miejscowej gospodzie, prowadzonej przez Edgara. Edgar był mężczyzna w sile wieku. Uwielbiał zabawy, plotki i wszystko, co związane było z tawernianym życiem. Idealnie nadawał się do tej pracy.
-Bawmy się! - krzyknął Edgar, miejscowa orkiestra zagrała a na parkiecie zakotłowało od tańczących par. Nawet sam karczmarz podrygiwał w rytm muzyki, serwując kolejne kufle piwa.
-No dalej Izmel! Co jest z tobą? Baw się! - zaczął wyraźnie rozbawiony i roztańczony Mires, syn barmana i rówieśnik Izmela - Tańcz a nie siedzisz tutaj żłopiąc kolejny kufel piwa.
-Nie...nie mam ochoty - odrzekł Izmel.
-Jasne, może po prostu nie umiesz tańczyć - uśmiechnął się żartobliwie Mires, na co Izmel odpowiedział lekko głupawą mina - Ty naprawdę nie umiesz tańczyć - zaśmiał się towarzysz - Taki uzdolniony, ludziom życie ratuje a dziewki na parkiecie nie potrafi obracać - zaśmiał się, na co Izmel chciał cos odpowiedzieć, ale jedyne, na co było go stać to przełknąć jeszcze trochę piwa -To ja lecę się bawić, a ty tu siedź jak chcesz - dokończył, znikając w bawiącym się tłumie.
Izmel znowu skierował wzrok ku przedmiotowi swoich wcześniejszych obserwacji, ku Anie, córce Berharda. Była śliczna, miała długie czarne włosy, teraz rozpuszczone, cudownie falowały w tańcu. Miała zgrabna figurę i urocze, niebieskie oczy. Była kilka lat młodsza od niego. Delikatny uśmiech, którym darzyła towarzyszy w tańcu, powodował dreszcze na ciele Izmela. Jednak nie było stać go na nic więcej, poza zazdrosnymi spojrzeniami.
Następnego dnia wstał dość późno. Znowu towarzyszył mu potworny ból głowy, tym razem powód był zupełnie inny. Zjadł solidne śniadanie i przyjął starsza pacjentkę z pobliskiej wioski. Następnie popędził na polanę, na której od rana hasał Ara'hir. Bystry koń, przybiegł natychmiast do Izmela.
-No wierny przyjacielu, ruszamy na przejażdżkę – poklepał konia po pysku, założył siodło i wskoczył mu na grzbiet. Koń ochoczo ruszył w wybranym przez Izmela kierunku. Dróżka prowadziła do gęstego lasu, będącego fragmentem Wielkiej Puszczy, rozpościerającej się na cala krainę. Gęste korony leśnych drzew, skutecznie chroniły przed promieniami wiosennego słońca. Było chłodno i cicho. Tylko niekiedy jakiś ptak, głosem, przypominał o swojej obecności, a szelest wśród krzaków i traw uświadamiał wędrowcy o tętniącym tutaj życiu. Bogactwo leśnego runa, obfitującego w jagody, poziomki i maliny przyciągało tutaj wielu okolicznych mieszkańców. Izmel popędził rumaka, który zerwał się w szaleńczy pęd. Szybkość i uczucie pędu były teraz tym, czego potrzebował, aby wyzwolić się od wielu nurtujących go myśli.
Nagle, w oddali, zauważył dwóch konnych mężczyzn. Bez wątpienia byli do żołnierze, tutejszego księcia. Zatrzymał się w bezpiecznej odległości, żołnierze go jeszcze nie spostrzegli. Byli dobrze uzbrojeni. Przy pasie trzymali miecze, a z pochew przymocowanej do konia, strzelały pionowo w gore długie włócznie. Na głowach mieli szyszaki, a spod ubrania dostrzec można było elementy kolczug. Izmel doskonale wiedział jak ludzie z północnych krain traktują ciemnoskórych przybyszy, a zwłaszcza książęcy żołdacy. Bez namysłu zawrócił konia.
-Stać! – usłyszał głośny i zdecydowany rozkaz. Zmrużył oczy, wiedział, ze nie czeka go nic dobrego. Zdecydowanym ruchem popędził konia. Wierzchowiec zerwał się momentalnie do błyskawicznego galopu. Żołnierze popędzili za nim. Szum ciętego powietrza, tętent koni, świszczące gałęzie drzew. Izmel wiedział ze z Ara’Hirem, żaden z tych koni nie może się równać. Pościg tracił dystans z każda chwila, w końcu zagrożenie minęło zupełnie. Ara’Hir mógł zwolnić tempo. Jechali teraz spokojnie i bez obaw. I wtedy właśnie, ją spotkał, pochyloną nad krzakami jagód. Stal tak chwile, wpatrując się w nią jak w malowidło.
-Izmelu – zaczęła pierwsza – co ty tu robisz?
-Ara’Hir zabrał mnie na małą przejażdżkę – odpowiedział z uśmiechem – może zabierzesz się z nami? – zapytał trochę niepewnie.
-Z chęcią – zgodziła się – to chyba ciekawsze od zbierania jagód.
-Gwarantuje Ci, ze nie będziesz się nudzić. – obiecał Izmel i pomógł Anie wdrapać się na grzbiet wierzchowca.
Ara’Hir nie szczędził sił, gnał niczym śnieżnobiała błyskawica. Konary drzew i przedzierające się przez gałęzie promienie światła migały przed oczami podróżnych. Przegrywający w wyścigu wiatr smagał po twarzach i szumiał w uszach. Wolność, to było to uczucie, którego doświadczał każdy, kto dosiadał tego niezwykłego konia. Każdy, kto obserwował go w galopie, odnosił wrażenie, jakby jego kopyta nie dotykały ziemi, lecz lekko unosiły się w powietrzu. I rzeczywiście, poruszał się z niezwykła finezja, a zarazem zaskakiwał swa siłą. Towarzyszył Izmelowi od jego najmłodszych lat. To na nim uczył się jeździć, zanim jeszcze nauczył się dobrze chodzić. Byli przyjaciółmi. Ara’Hir czuł to instynktownie, ufali sobie nawzajem i mogli na sobie zawsze polegać.
No i jesteśmy – powiedział Izmel zatrzymując konia. Ana rozejrzała się po okolicy, poprawiając nachodzące na twarz włosy. Krajobraz był przepiękny. Niebo było błękitne, tylko czasem, sunął po nim leniwie biały obłok. Słońce święciło mocno, jak to popołudniową pora zwykło bywać w wiosenne dnie. W oddali, pokryte kwitnącym dywanem łąk, łagodne pagórki rysowały falującą linie horyzontu. Miedzy tymi wzniesieniami, niczym wąż, płynął wąski, ale wartki strumyk skapany w srebrzystych refleksach promieni słonecznych. Dookoła fruwały ptaki, brzęczały pszczoły, a świerszcze grały swoje, od wieków niezmienione, melodie. Para młodych usiadła pod rozłożystym drzewem, dającym trochę cienia, a Ara’Hir korzystając z chwili, kiedy nie musi nikogo nosić na grzbiecie, popędził w stronę strumienia.
-Tu jest pięknie, jak w bajce – rzekła urzeczona magia miejsca Ana.
-Bo to jest bajka. – uśmiechnął się Izmel – kraj, z którego pochodzę, nigdy nie oglądał tak pięknego krajobrazu.
-Nie zdążyłam ci podziękować – spoważniała nagle.
-Za co? – zdziwił się.
-Za to, że uratowałeś moja mamę.
-Nie musisz mi dziękować, to był mój obowiązek – odparł, odruchowo, kreśląc na ziemi, znalezionym obok kijkiem, przypadkowe znaki.
-Gdzie się tego wszystkiego nauczyłeś? – zaciekawiła się Ana.
-Wszystkiego, czyli czego? – zapytał Izmel
-Umiesz zapisywać słowa, potrafisz uzdrawiać ludzi i kto wie jeszcze, jakie zdolności przede mną ukrywasz – powiedziała z uśmiechem.
-Wszystkiego nauczył mnie mój ojciec – zaczął – był mentatem na dworze sułtana. Moja rodzina, od dawna, związana była z panującym w kraju władcą. I ja tez kiedyś miałem stać się prawa ręką kolejnego dziedzica tronu.
-Wiec, dlaczego znalazłeś się tutaj? – opowieść wydawała jej się coraz bardziej ciekawa.
-Szkolono mnie na mentata – kontynuował – musiałem zgłębić tajniki wielu dziedzin. Ojciec, od najmłodszych lat, wprawiał mnie w zdolnościach uzdrawiania, posługiwania się mieczem, sztuki prowadzenia wojny i dyplomacji. Pamiętam, jak zabierał mnie na pola bitew, bym z bezpiecznego miejsca przyglądał się tym rzezią.
-Jeźdźcy stepów! – Amuel zwrócił się do wojowników stojących w szyku, gotowych popędzić do boju na jedno tylko jego słowo – nadszedł nasz dzien. Oto przed wami stoi drżąca garstka Talibanow, morderców, którzy zabijali nasze kobiety i uprowadzali nasze córki. Palili domy i kradli dobytki. Nadeszła chwila zemsty! Jeźdźcy stepów! – powtórzył a glos jego niósł się w powietrzu, zagrzewając swoja armie i budząc przerażenie u wrogów – ruszajmy! Po zwycięstwo i po chwale! – tłum konnych zerwał się do straszliwego galopu.
-Kiedy jeźdźcy mojego ojca ruszali do ataku, ziemia drżała w posadach – nie przerywał opowiadania Izmel – widziałem las włóczni przeciwnika, czekających na spotkanie z jazda mojego ojca. Widziałem tez jak za jego przykładem, jeźdźcy dobywają łuków i w pędzie oddają morderczo celne strzały, w kierunku wroga. Widziałem jak spragnione krwi włócznie, jedna po drugiej osuwają się na ziemie. Widziałem jak jeźdźcy wznoszą teraz zamiast łuków, lśniące w słońcu sawanny ostrza swych mieczy. Jak bezlitosne uderzają w zdziesiątkowane wojsko przeciwnika. Słyszałem brzęk uderzających o siebie ostrzy, słyszałem wrzaski umierających, a potem widziałem, zbliżającego się w moim kierunku, ojca, zbrukanego krwią poległych, mówiącego mi „Przyjdzie czas synu, ze i ty będziesz zwyciężał”. Co to za zwycięstwo, gdy zginąć musza jedni by świętować mogli inni. Przysięgłem sobie, że nigdy nie będę taki, jak mój ojciec. Kochałem go, podziwiałem w wielu kwestiach. Często widziałem jak, dzięki swoim zdolnością uzdrowicielskim, ratuje życie innym. Tak często widziałem wtedy ciepły uśmiech na jego twarzy, zupełnie inny niż wtedy, gdy prowadzi wojska do boju. Wtedy stawał się innym człowiekiem, zimnym i niebezpiecznym. Nieczułym na bul i cierpienie, nieznającym trwogi ani strachu. I chyba właśnie dlatego, jego armia poszłaby za nim nawet w ogień. Wielu dowódców z bezpiecznej odległości obserwowało bitwy swoich żołnierzy, ale mój ojciec do nich nie należał. On zawsze, jako pierwszy, rzucał się w gwar walki. Zawsze, jako pierwszy, dosięgał przeciwnika. Wojownicy mu ufali, wiedzieli ze, jeśli popełni błąd zginie razem z nimi, jednak rzadko odnosił obrażenia. Zazwyczaj niewielkie draśnięcia.
-A twoja matka? – przerwała mu opowiadanie Ana – co z nią?
-Mój ojciec, nigdy, nie kochał żadnej kobiety. Moja matkę wybrał spośród wielu kandydatek, mających nadzieje na lepsze życie i awans społeczny. Chciał mieć gwarancje ze jego syn będzie inteligentny, silny i zdrowy. Wybór, co do mojej matki, był dla niego czysta kalkulacja. Nie pytaj, co, w naszej rodzinie, robiono z córkami – zakończył Izmel. Ana bala się o to zapytać.
-Nauczysz mnie pisać słowa? – zmieniła temat, widząc, że Izmela coraz bardziej przygnębiają wspomnienia.
-A w jakim języku miałabym cię uczyć? – spytał z uśmiechem, chcąc zaimponować towarzyszce.
-Na początek wystarczy w moim rodzimym – zaśmiała się. Izmel wziął patyk w dłoń i na piachu narysował pierwsza literę alfabetu. Potem polecił jej zrobić to samo.
-Dobrze? – spytała, po narysowaniu niezgrabnej litery „A”. Ale Izmel wcale nie patrzył na literę. Patrzył na nią. Na jej delikatna, jasna twarz, na jej długie, czarne włosy, na jej lekki uśmiech, widoczny tylko w kącikach ust. Spojrzała na niego. Nie powiedziała ani słowa. Jego usta, zbliżyły się ku jej ustom, by już po chwili całować je namiętnie. Objął ja i położył delikatnie na trawie. Chciała tego, oddala mu się całkowicie. Trzymając ją w objęciach, wiedział, ze jest teraz dla niego całym światem. Czuł, że pokochał ja. Pierwszy raz, w swoim życiu, pokochał kobietę i jak niczego innego, pragnął być z nią już zawsze.
-Co znaczy imię twego konia? – spytała, gdy Ara’Hir niósł ich wolnym krokiem w powrotna drogę.
-Władca wichrów – odparł Izmel – lecz nie ja go tak nazwałem. Otrzymałem go w prezencie od sułtana, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Od tej pory jesteśmy razem. Nigdy mnie nie zawiódł.
Jechali wolno, ciesząc się każda chwila spędzona ze sobą. Do wioski dotarli po zmroku.
-Dziękuję ci za wszystko. Do jutra – pożegnała go delikatnym pocałunkiem.
-Do jutra – odparł, odrywając od niej wzrok dopiero, gdy znikła za drewnianymi drzwiami swojego domu. Potem wrócił do siebie. Zmęczony, ale szczęśliwy. Położył się na łóżku i wyglądał przez otwarta na oścież okiennice. Noc była ciepła i spokojna. Świerszcze grały swoje melodie, a niebo usłały tysiące gwiazd. A pośród nich księżyc, już nie w pełni. Jego tarcza zaczęła się wpuklać. Myślał o niej i myślał o księżycu. Mając w pamięci niedawna przemianę, już myślał o następnej. Bał się zła, które ze sobą niesie. Jednak sen jeszcze nie miał nadejść.
-Wstawaj szybko – do domu Izmela wbiegł Mires - W gospodzie mojego ojca zaczął się właśnie wiec. Posłali mnie po ciebie. Berhard nalegał, abyś wziął w nim udział.
-Co się stało? Dlaczego zwołaliście wiec tak późną porą? – pytał zaskoczony Izmel.
-Chodź. Wszystkiego dowiesz się na miejscu.
Izmel wstał, ubrał się szybko i popędził na miejsce spotkania. Już z daleka, w otwartych okiennicach, dostrzegł sporo ludzkich postaci i usłyszał dochodzące stamtąd burzliwe dyskusje. Wchodząc, spostrzegł ku swojemu zdziwieniu, że na naradzie obecni są goście spoza wsi. Niektórych znał, odwiedzali czasem tą wieś, chociażby po to, by korzystać z jego medycznych umiejętności, innych widział po raz pierwszy. Obecna była już tam Ana. Jako jedyna nie siedziała i nie brała bezpośredniego udziału w dyskusjach, lecz usługiwała rozmówcą, częstując piwem i uśmiechając się życzliwie.
-Dobrze, ze jesteś – zaczął Berhard, który zazwyczaj przewodniczył takim spotkaniom.
-Córeczko – zwrócił się do Any – nalej Izmelowi kufel zimnego piwa. Wczoraj dobiegły nas wieści, że nasz wielce łaskawy książę – zwrócił się do Izmela – zamierzaj, po raz kolejny, podnieść wysokość danin.
-Nie pozwolimy dłużej się łupić temu złodziejowi! – wykrzyknął nieznany Izmelowi mężczyzna. – Chłopi, z okolicznych wsi, już niebawem sięgną po bron. Przyszliśmy was prosić, o przyłączenie się do nas – dokończył z powaga.
-Oczywiście, że nie będziemy przyglądać się bezczynnie, jak ten prosiak, pasie swoje tłuste dupsko, naszym kosztem! – zawtórował Edgar, właściciel gospody.
-Lada dzień wybuchnie bunt. Im więcej nas będzie, tym większe szanse mamy na sukces – podsumował mężczyzna z pobliskiej wsi.
-Izmel! Czy interesuje cię w ogóle, to o czym teraz debatujemy? – Berhard spytał Izmela, który w tym momencie zajęty był uśmiechaniem się do Any.
-Podurnieliście do reszty?! – wszystkich zaskoczyła reakcja Izmela – Chcecie przepłacić ten bunt własnym życiem?
-A wiec co według ciebie mamy począć? – zapytał zdezorientowany Berhard.
-Nie wiem. – odparł ściszając glos Izmel – Ale bunt na pewno nie jest dobrym rozwiązaniem.
-Jak możesz drwić z nas, samemu nie proponując żądnego rozwiązania?
-Co wy w ogóle chcecie osiągnąć?! – zapytał retorycznie – Obalić Dariusza?! Rzucić go na szafot?! A może tylko mu pogrozić?! Ludzie! Jak pokonacie jego konnice? Widłami? Czym rozłupiecie mury jego zamku? Paznokciami?
-A co ty możesz wiedzieć o walce?! – syknął rozwścieczony Berhard – Nigdy w twym ręku nie widziałem sierpa, a co dopiero miecza! – drzwi trzasnęły, z karczmy wybiegła Ana, Izmel chciał popędzić za nią – Myślisz, że chłopi nie wiedzą do czego służy miecz?!
-Wojna, to zło i najczęściej pożera własne dzieci – Izmel mówił już nieco spokojniej – Jeśli chcecie, to zabijajcie się o swoja własną głupotę, ale pamiętajcie, że was ostrzegałem.
-Widzę, ze marnuje czas, szukając wśród was sojuszników – skomentował jeden z przybyły, do wioski mężczyzn – Żegnamy was, nic tu po nas.
-Dorianie! Zaczekaj. Przyłączymy się do was – Edgar próbował ratować honor wioski.
-Cieszę się, iż nie z samymi tchórzami, mam tu do czynienia – podsumował Dorian.
-Nie jestem tchórzem! – Izmel poderwał się nagle. – I nie masz prawa tak o mnie mówić. – nie dając Dorianowi chwili na odpowiedz, wyszedł z gospody, trzaskając drzwiami. Jednak ta noc nie miała się jeszcze zakończyć. Niedługo po tym, jak Izmel opuścił gospodę i wrócił do domu, ktoś zaczął dobijać się do jego drzwi.
-Otwieraj! – słyszał, dochodzący do niego zza drewnianych drzwi, glos mężczyzny. Otworzył. Frontowa stronę domu otaczali uczestnicy w narady. Rozświetlali tą chłodną noc, trzymanymi w rękach, pochodniami. Przed nimi stał Berhard, wściekły jak lew. Nagle coś błysnęło w blasku pochodni. Po chwili rozległ się metaliczny brzęk stali uderzającej o wybrukowana ścieżkę. Izmel patrzył na leżący pod jego nogami, nagi miecz, którego ostrze zdawało się płonąć blaskiem otaczających je pochodni. Nie chciał go podnosić. „Nie zrobię tego” powtarzał w myślach, zaciskając zęby.
-Dobądź miecz i udowodnij, tu i teraz, że nie jesteś tchórzem – zaczął, drwiącym głosem, Bernard, trzymając w ręku drugi miecz. „Chyba nie mam wyjścia” uświadomił sobie Izmel, podnosząc w milczeniu broń. Z pewnością pochodziła z kowadła samego Bernarda. Niewątpliwie był niezwykle utalentowanym kowalem i wielu przyznawało, że marnuje się żyjąc pośród chłopów, jednak on sam, właśnie tutaj czul się najlepiej. Izmel zmierzył trzymany w dłoni miecz. Był dłuższy od tych, jakimi uczył się walczyć na południu, ostrze było zupełnie proste, obusieczne i ważyło znacznie więcej. Lekkim ruchem nadgarstka, obrócił mieczem w dłoni. Cały czas milcząc, zrobił kilka kroków, w kierunku Bernarda.
-Niech i tak będzie – wyszeptał, mierząc przeciwnika wzrokiem. Noc była już późna a większość wsi pogrążona była już w głębokim śnie, nie świadoma rozgrywających się tutaj wydarzeń. Stanęli naprzeciwko siebie, a reszta mężczyzn otoczyła ich szerokim okręgiem. Pierwszy zaatakował Bernard. Silne ramie kowala, cięło płasko na wysokości piersi przeciwnika. Izmel zareagował błyskawicznym odskokiem do tylu. Obaj zmierzyli się wzrokiem. Berhard uderzył drugi raz, pionowo, prosto w głowę przeciwnika. Izmel wykonał szybka zasłonę. Miecze odbiły się z brzękiem. Bernard wykonał pchniecie. Izmel szybkim ruchem uchylił się na bok i z wielka siła, uderzył w ostrze przeciwnika. Brzęk stali o stal. Uderzenie stali o kamienie. Miecz Berharda upadł na ziemię, a ostrze Izmela przy jego gardle. Obaj stali tak chwile, nieruchomo. Izmel wiedział, ze Berhard ma z nim niewiele szans. Będąc dzieckiem, często widział ojca w boju, walczył doskonale. U niego tez doskonale rozwinął się refleks i siła. Teraz, jego czarna jak noc, twarz wpatrywała się święcącymi w płomieniach pochodni oczami na drżąca twarz ojca Any. Po chwili, zdjął ostrze z jego szyi. Rzucił je na ziemie, a sam, odwracając się w druga stronę, wrócił do domu. Nikt nawet nie próbował go zatrzymać.
-Na Elemacha! – zaklął, zamykając za sobą drzwi, mimo, że sam w niego nie wierzył – Dlaczego, w żadnym zakątku świata, nie mogę znaleźć sobie miejsca dla siebie – Wiedział, że ta noc może przynieść, ze sobą, więcej niebezpieczeństwa, jednak nie przejmował się już tym. Nie zadał sobie nawet trudu wyjrzenia przez uchyloną okiennice i zorientowania się w zamiarach tych ludzi. Był obojętny, zupełnie obojętny. Na wszystko.
Następnego ranka przebudził się dość późno. I spałby pewnie jeszcze dłużej, gdyby nie niecodzienne poruszenie, jakie panowało we wsi. Czuł dziwny niepokój, lecz nie umiał go w żaden sposób nazwać. Wyszedł przed dom.
-No więc, gdzie on jest? – siedzący na rumaku rycerz skierował pytanie do stojącego przed nim Berharda. Reszta rycerzy milczała dumnie, trzymając ręce na, schowanych jeszcze, mieczach.
-Nie mamy pojęcia, o czym mówisz panie – przekonywał łagodnym głosem Berhard.
-Nie pytam, czy macie pojecie. Bo to już ustaliłem wcześniej. Pytam: gdzie – on – jest?
-Nie wiemy panie, kogo szukacie – spróbowała tym razem Ana, stojąc u boku ojca. Jednak milczący tłum, zdawał się nie potwierdzać tego.
-Jeśli natychmiast mi go nie wydacie…
-To nie będzie konieczne. Cokolwiek zamierzałeś uczynić tym poczciwym ludziom, z mojego powodu. – oczy wszystkich zwróciły się teraz w stronę podchodzącego Izmela – Zapewne to mnie szukacie – dodał.
-Zaiste – odparł rycerz, uśmiechając się z zadowoleniem spod wąsa – Jam jest sir Rowland, z Zakonu Świętej Inkwizycji – wydeklamował z dumą – Otrzymałem rozkaz doprowadzenia cię do siedziby zakonu. Straż – tym razem zwrócił się do swoich podwładnych – spętać go i prowadzić za koniem.
Jeden z milczących do tej pory rycerzy, zsiadł z rumaka, poprawił purpurowy płaszcz, zbliżył się do Izmela i grubym sznurem, skrępował mu ręce, wiążąc go do konia. Izmel spojrzał ze smutkiem, na przyglądających się, w milczeniu, ludzi ze wsi. Spojrzał na Berharda, ten ze smutkiem spuścił wzrok. Trzymał w objęciach córkę. Ana patrzyła na to wszystko z przerażeniem, z oczu leciały jej łzy. Jaka ona piękna - wyszeptał w sercu. Chciał jej cos powiedzieć, chciał jej powiedzieć bardzo wiele, tak bardzo ją pokochał, tak bardzo chciał być przy niej.
-Żegnaj Ano – jedyne, na co było stać jego dławiący się głos, gdy rycerz zawiązywał mu oczy opaska.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...