Róża
Drogę przecinał płytki strumyk. Elana nie zatrzymywała się, biegła...
- Zatrzymaj się!
Biegła
- Zatrzymaj się, mówię ci! Zatrzymaj się!
Biegła
- Nie przejdziesz –
Wbiła stopę w wody strumienia, zatrzymała się.
Wiatr zadął jeszcze silniej, chłodniej. Płomienie zachwiały się, cofnęły kilka kroków. Strumyk zastygł w mrozie, więżąc nieopatrznie postawioną stopę. Krzyk Eleny rozdarł powietrze...
***
...powietrze zasyfiałej oberży uderzyło nozdrza Vaslava gdy tylko odwrócił twarz od okna. Tłum spoconych, tłustych obwiesiów aż huczał. Chłopi olbrzymimi łapskami rąbali w blaty stołów popuszczając ze śmiechu co nieco w portki, co chwilę uzupełniając stracone płyny piwem. Po ladzie spacerował jakiś chudzielec w zielonym kubraku i przedziwnym kapeluszu na głowie, parodiując króla Kasmiera. Vaslav nie miał pojęcia skąd taki wsiór mógł wiedzieć jak porusza się, mówi czy gestykuluje król, którego sam Vaslav nigdy na oczy nie ujrzał, choć w stolicy mieszkał odkąd pamięta. Nie miał też pojęcia z czego śmieją się wieśniacy.
Na blat wskoczyła jakaś skąpo odziana dziewoja. Co bliżej siedzący wieśniacy wychylali głowy by zajrzeć pod krótką sukienkę owej panny. Jeden z odważnych wychylił głowę za bardzo... Dostał w twarz...
***
Policzek poczerwieniał. Oczy, zamknięte, zaciśnięte mocno, nabrzmiałe łzami. Wargi zagryzione.
- Po tym wszystkim co dla ciebie zrobiłam... – oczy jej płonęły wściekłością – Po tym wszystkim...
Vaslav podniósł głowę wykrzywioną od uderzenia. Kątem oka dostrzegł stojące w cieniu gospody dzieci, przyglądające się uważnie „teatrowi środka drogi”. Spojrzał na wieszającą na drewnianym płocie kobietę, na starca siedzącego na ławce przed chałupą. Wszyscy patrzyli na nich.
- El... – szepnął Vaslav krępując się obecnością tylu gapiów
- Nie mów tak do mnie! – wrzasnęła Elena nie robiąc sobie nic z widzów
- Ja już cię... – Vaslav nadal szeptał, ściszał głos, zdawało mu się, iż rumieniec wystąpił na jego twarz
- Jak możesz? Co ja teraz mam zrobić? Zostawisz mnie w tej cholernej wiosce? Tak? – widzowie z oburzeniem spojrzeli na Elenę– Odpowiedz!
- Tak! – wykrzyknął Vaslav. Zimnym, obcym wzrokiem złagodził płomień w jej oczach – Zostawię cię tu. I nie wypominaj mi tego bo... ja tobie nie wypominam, że mnie wiodłaś przez lasy, że budziłaś w nocy z krzykiem, że... – zacisnął zęby, rzucił nienawistnym wzorkiem po dzieciach kryjących rozbawienie – To... nie była... To nie było uczucie. Przynajmniej z twojej strony...
- Tak więc co to było?!
- Kalkulacja. Zimna kalkulacja... nie wiem... rozsądek. Nie będę tego ciągnął na siłę. Nie będę ciągnął ciebie... skoro tak się zapierasz.
- Więc idź... – kropla w kąciku oka zgasiła płomień – Teraz już mnie nie obchodzisz – Valsav obrócił się, ruszył przed siebie. Okazało się, że jeszcze więcej gapiów zgromadziło się za nim. Stali w drzwiach gospody, na środku drogi na jej krańcach, wszędzie. Patrzyli swymi chłonnymi oczami, uszami nasłuchiwali najskrytszych emocji.
– Myślałam, że jesteś inny.
- Inny... – obrócił się ku niej, spojrzał w jej oczy i nic już nie robił sobie z gapiów – Szukałaś tej inności zbyt natarczywie. A we mnie jej nie ma, nie znajdziesz jej. Jestem nikim. Nie odróżnisz mnie od zgrai zwykłych ludzi. Jestem człowiekiem. Człowiekiem nieodpowiednim dla elfa.
- Tak... Szerokiej drogi –
- Nie dziękuję – odwrócił się na pięcie. Ruszył demonstracyjnym krokiem wprost w tłum.
- Zabije ją... – szepnęła pod nosem
Vaslav nie reagował.
- Zabiję tą szmatę!
Szedł dalej
- Suka! Zdzira!
- Nie waż się o niej tak mówić – rzucił nie obracając się nawet
- Róża... Tak?! – nie drgnął – Na razie widzisz tylko płatki. – drgnął, był jednak daleko, nie zauważyła – Ale zobaczysz kolce, a wtedy wrócisz... –
- Ona jest... inna – pomyślał. Minął już tłum, który odprowadzał go wzrokiem. Wioska kończyła się za pobliską chatą, dalej były już tylko lasy i pola. Nie wiedział gdzie idzie. A jednak szedł dobrą drogą. Gdzieś w oddali zamajaczyła pokrzywiona latarnia.
- Nie ma róży bez kolców. Pamiętaj!
***
Chudzielec zeskoczył z lady. Chłopi leżeli już na stołach, mimo że wieczór dopiero się zaczynał. Karczmarz krążył wśród stolików zbierał puste dzbany i kufle. Chudzielec niecierpliwie czekał na zapłatę w międzyczasie zabawiając jeszcze „królową”.
- Ech! – westchnął karczmarz i włożył w dłoń chudzielca kilka monet – Święto Wiosny
***
Krzyk ustał. Chłód ustał. Wiatr ustał. Strumyk powoli ożywał. Uwolnił skutą lodem stopę. Uwolnił Elenę. To powiew wiosny...
- Nie przejdę... – rzekła Elena – Co mi zatem pozostało?
Odwróciła się. Powoli ruszyła przed siebie. Ku płomieniom. Kroczyła spokojnie, ufnie. Ona wiedziała, że da się... że da się przejść przez płomień... że da się bez niego. I udało się. Znikła.
Dziwne ciepło. Krótkie, miłe. Dreszcz na ramieniu. Odwrócił się...
***
- Jesteś już... – rzekł
- Jestem – powiedziała zdejmując dłoń z jego ramienia
Patrzył na nią jak zaczarowany. Oczy, przepiękne oczy, przenikliwe, życia. Błękit ich wód urzekał, szare pomosty tętniące życiem przyciągały, ciemny ląd, po środku, pełen treści, siły i uczucia zachwycał swą głębią. Wąskie brwi uniosły się nieznacznie, czoło, przykryte do połowy złotą grzywką zmarszczyło się lekko, nos uniósł się ledwo widocznie.
Ubrana była w szarą sukienkę do połowy łydki. Stała przed nim. Dostatecznie blisko, lecz wciąż za daleko.
- Już czas? – spytał
- Tak. Czekają...- usta jej, nie splamione żadnym sztucznym mazidłem, ułożyły się pięknie, naturalnie, uroczo...
- Chodźmy więc...
***
Wioskę zostawili już za sobą. Minęli ostatnią chałupę i ruszyli polną drogą. Gdzieś w oddali majaczyło światło pogiętej latarni.
- To najszczęśliwsze Święto Wiosny w moim życiu – rzekła Róża
- W moim też... – odparł Vaslav
- Wszyscy powinni być w tym dniu szczęśliwi.
- Jednak nie wszyscy są- rzekł smutno – I to z mojego powodu – oczy jego uciekły gdzieś w bok za wspomnieniami
- Może ci się tylko wydaje... – powiedziała Róża
- Nie. To się wie...
Wkroczyli w światło latarni. Na końcu drogi widać było już światła sporej chaty. Byli blisko celu.
- Ja jestem szczęśliwa. – powiedziała, jakby na pocieszenie, Róża
- Ja też... Ale... – zaczął Vasalv jednak stukot kopyt przerwał mu
Z ciemności w krąg światła wyskoczył czarny jak noc wierzchowiec ledwo utrzymujący dwóch jeźdźców.
- Elena... – szepnał Vaslav
- Ja też!– krzyknęła Elena zwalniając konia
- Na wschód – zawył Niziołek kurczowo trzymający się elfki
- Poznać rodziców! – krzyknęła jeszcze Elena i znikła w ciemnościach wraz Nizołkiem.
***
Chałupa okazała się sporym domostwem z dobudowanym do głównego budynku stajnią. W głębi gospodarstwa czerniło się kilka mniejszych budynków. Z wnętrza budynku głównego dobiegały odgłosy zabawy, można było wyczuć zaduch jaki tam panował. Ozdobne, drewniane drzwi otwarte były na oścież, światło padało na kamienną ścieżkę którą z wolna ku domowi podążali Róża i Vaslav. Żaden pies, ni kot nie przywitał ich u progu, żadna kura nie odważyła się zagdakać, żadna krowa zamuczeć, żaden koń zarżeć, strach bowiem i zgroza panowała wśród zwierząt. Podwórko upstrzone było kałużami krwi owczej, nikt nie chciał dołączyć od nieszczęsnych ofiar Święta wiosny, które teraz spoczywały na stole w postaci smacznego dla ludzi posiłku. Zgroza, strach i ból. Ot co przynieść może Święto Wiosny.
***
-Święto wiosny - mruknęła Elena pod nosem siadając na ziemi, wśród korzeni liści i gałązek – To już jutro
- A my wciąż błądzimy po lesie – rzekł Vaslav dołączając do niej, kryjąc jednak twarz w cieniu dębu – Tu nie ma Elfów. – stwierdził kategorycznie
- Może i nie ma... Ale nie zawadzi sprawdzić. Nie chcę być sama. – zawiesiła głos... powiedziała za wiele
- El...- Vaslav obrócił ku niej głowę – Nie jesteś sama. – powiedział z wyrzutem
- Wiesz o co mi chodzi – tłumaczyła się Elena
- Wiem – rzekł Vaslav, wstał i ruszył przed siebie
***
Minęli próg domu. Stanęli na długim korytarzu kończącym się krętymi schodami wiodącymi w górę. Odgłosy zabawy dobiegały jednak z innej strony. Ruszyli wolno, w milczeniu, pozostawiając na wypolerowanym drewnie podłogi ślady błota. Spore dębowe drzwi otwierały drogę do sali balowej, w której stłoczeni goście bawili się wśród hałasu. Vaslav zawahał się. Takie przyjęcia, zabawy, wino i pijacki śpiew... nigdy go nie pociągały. Nie miał jednak wyboru. Róża ruszyła ku wolnym miejscom wiodąc Vaslava za sobą. Wszystkie głowy zwróciły się nagle ku nim. Zapanowała przejmująca cisza. Nikt nie ważył się odezwać, szepnąć, nawet mlasnąć.
- Tutaj – szepnęła Róża wskazując dwa wolne miejsca.
Usiedli. Vaslav rozglądał się nerwowo czując się co najmniej skrępowany. Cisza zaczęła zanikać na rzecz szeptów, cichych rozmów.
- Gadają o nas – szepnęła Róża. Spojrzała na Vaslava, który z otwartymi nieznacznie ustami lustrował
siedzące na przeciwległym końcu stołu dziewczęta. Vaslav z przerażeniem odwrócił głowę ku Róży.
- Co to jest...? – wykrztusił nie wiedząc co powiedzieć
- Moje siostry. Prawda, że podobne? – Róża uśmiechnęła się szeroko. Vaslav spojrzał raz jeszcze na
dziewczęta. Były identyczne. Cztery identyczne, piękne, uśmiechające się szeroko Róże. Siedziały równo, każda w ten sam sposób. Każda w takiej samej szarej sukience. Na takim samym krześle z miękkimi oparciami. Każda przed sobą miała pusty talerz, czysty jak one same.
***
- Zobacz! – zawołała Elena – Róże... Jakie piękne.
Dziki krzak róży piął się po konarze starego drzewa, czerwieniąc się kwiatami, płonąc pięknem i grożąc kolcami. Korony drzew, jak gdyby celowo wyłysiały w tym miejscu, by słońce mogło rozświetlać ten malowniczy zakątek. Elena usiadła na sporym kamieniu leżącym u stóp drzewa. Wciąż nie mogła oderwać oczu od róż.
- Spójrz – wołała – Wszystkie... Takie same. Wszystkie takie same... a jednak każda jest inna.
- To tak jak z ludźmi – powiedział Vaslav przykucając przed drzewem. Delikatnie musnął czerwone płatki palcami, sprawdzając czy są prawdziwe, czy to nie sen.
- Może i tak... – szepnęła Elena - Ależ one piękne. – westchnęła po chwili ciszy
Vaslav zanurzył dłoń w gęstwinie łodyg i szarpnął mocno pochwycony kwiat.
- Co ty robisz? – pisnęła Elena widząc krew na dłoni Valsava
- Zrywam róże. – Vaslav klęknął teraz przed Eleną i wyciągnął różę ku górze – Proszę.
- Musisz to obmyć – powiedziała Elena unosząc kwiatek
***
Sala znów huczała od rozmów. Rozprawiano głośno, krzyczano, śpiewano, jedzono, pito i tańczono, choć brakło muzyki. Vaslav nie mógł się skupić, wciąż czół czyichś wzrok na sobie. Wciąż nie mógł dociec, kto tak usilnie go obserwuje, kto chce przyjrzeć mu się dokładniej. Rozglądał się po sali, udając, iż zdobienia u samego sufitu zaintrygowały go, że obrazy wiszące tu gęsto przyciągają jego wzrok, a płutno, zdobne liśćmi zielonymi i białymi płatkami, którym pokryte były ściany wprowadzają go w zachwyt.
Obrócił głowę ku Róży, spojrzał na nią. Jaka ona piękna... Spoglądał na jej policzki, rumieńcem okryte, na włosy opadające na ramiona. Jej dłonie, ułożone skromnie na kolanach. Jakaż była piękna. Odwróciła głowę. Spojrzał w jej oczy, w głębokie, błękitne otchłanie. Zarumieniła się, lecz nie drgnęła. Wciąż patrzyła prosto w oczy Vaslava. Uśmiechnęła się.
- El... – szepnął Vaslav tak, że tylko on mógł usłyszeć swoje słowa. – Jakaś ty piękna – powiedział głośniej.
El... To imię... Odbiło się echem w jego głowie. Wróciły wspomnienia...ból. Wciąż pamiętał. El... Nie! Róża.
- Rosa – szepnął – Mogę tak do ciebie mówić?
- Możesz – powiedziała Róża tak delikatnie jak tylko potrafiła. Jaka była piękna... Jaka czysta...
Vaslav spojrzał na koniec stołu. To on...
- Kto to? – spytał wskazując dyskretnie na barczystego, mężczyznę z grubym wąsem wlepiającego w niego swój przenikliwy wzrok
- Mój ojciec – odparła Róża
***
- Mój ojciec... – zaczęła Elena – Ledwo go pamiętam.
Valsav zwiesił głowę. Zadał złe pytanie.
- Ja... – łza zakołysała się w oku Eleny – Nie mogę – rzuciła
Valsav objął ją ramieniem. Przytulił mocno. Korzenie kłuły w plecy, gałązki trzaskały przy każdym ruchu. Patrzeli w gwiazdy, przez przerzedzone liście koron drzew. Wsłuchiwali się w głosy leśnej nocy, przytuleni do siebie. Zdawało się, iż nic nie może ich rozdzielić.
- Przepraszam... – szepnął Vaslav – Nie powinienem pytać. Powinienem wiedzieć jak to boli.
- Nic się nie stało – wybełkotała Elena tocząc walkę z łzami
- Będziemy szukać go aż znajdziemy. Zobaczysz... – Vaslav przytulił ją jeszcze mocniej. Chciał by nie płakała.
- Ale ja nie wiem... – mówiła – Nie wiem czy chcę.
- Chcesz. Znajdziesz go... Znajdziesz ich oboje
- Obiecujesz? – spytała Elena tak jak robią to małe dzieci
- Obiecuje... – odparł Vaslav
- A ty... będziesz wtedy ze mną?
Zapadła cisza. Vaslav spojrzał w ciemności lasu. Tego nie mógł obiecać. Czuł, że coś się psuje. Ta jedna chwila wahania miała go tyle kosztować. Ta jedna chwila...
- Jeśli tylko będziesz sobie tego życzyła.
***
Ojciec Róży odchrząknął znacząco. Znów cisza zapadła w całej sali. Rozmowy ucichły, śpiewy ustały a tańce zostały przerwane. Wszystkie twarze zwrócone były ku głowie rodziny. Mężczyzna wstał, wygładził koszulę i wyprostował się. Dumnym wzrokiem potoczył po sali. Po zgromadzonych. .
- A więc – zaczął słabym głosem. Odchrząknął - Nadszedł już czas kiedy muszę oddać mą córkę na próbę Czasu. – mężczyzna mówił pewnie, słychać było wciąż
jednak w jego głosie wzruszenie - Jak szybko minęło tych piętnaście lat. Pamiętam ciebie – spojrzał na Różę – moja mała kiedy bawiłaś się lalkami, ubierałaś je czesałaś i posyłałaś na bale. – Róża uśmiechnęła się – Dziś to nie lalki, lecz siebie ubierasz, czeszesz... – mężczyzna zwiesił na chwilę wzrok, przełknął ślinę – ...i tak dalej. No cóż... Jesteś już dorosła. Musisz ruszyć w świat by poznać Czas. Oto oddaję cię w ręce młodzieńca, którego przyprowadziłeś ze sobą, nie pytając nawet o jego imię. – siedząca obok mężczyzny kobieta zaszlochała cicho – Szczęścia ci życzę – zawył z bólem mężczyzna – Abyś wróciła do tego domu cała i zdrowa... – ojciec przetarł oczy dłonią – Amen – zakończył.
Gromkie brawa wzbiły się aż pod sam sufit sali. Goście z uśmiechem i z łzami spoglądali to na ojca to na córkę. On płakał...
***
- ...Amen – zakończyła Elena. Wstała i obróciła się. Las kończył się stromym zboczem, na którego szczycie stał kamień. Valsav wychylał się za jego krawędź.
- Patrz! – krzyknął – Wioska!
- Dzięki ci, Boże – szepnęła Elena spoglądając na prowizoryczny ołtarz, dzieło jej rąk
- Tam w dole! – krzyknął Vaslav – Jest karczma. Przenocujemy tam. – Vaslav ruszył ku Elenie szybkim krokiem
- Nie mam pieniędzy. – powiedziała Elena
- Ja mam. Co nieco zostało mi z odprawy – Vaslav wziął głęboki oddech mrużąc oczy – Będą łóżka.. Jak ja dawno nie spałem w łóżku.
- Ja też – powiedziała ponuro Elena
- Nie cieszysz się? – spytał Vaslav
- Cieszę...
- No to co się stało? – Vaslav chwycił jej dłoń, jednak Elena wyrwała mu się.
- Nic – powiedziała gniewnie, obróciła się i ruszyła przed siebie depcząc ołtarz ledwo odstający od ziemi.
***
- Rosa – szepnął Vaslav zbliżając się do płaczącej złotowłosej. Leżała na olbrzymim łożu pod baldachimem kryjąc łzy. Cztery ściany pokoju zdawały się napierać na Vaslava. Chciał jak najszybciej stąd wyjść. Chciał obrócić się i wybiec z tego domu. Chciał ruszyć w dalszą drogę... sam. Nie mógł. Nie mógł zostawić jej bez słowa.
- Uciekniemy – syknęła Róża przez łzy
- Ale... Posłuchaj...
- Uciekniemy, choćby teraz – mówiła zasłaniając twarz poduszką.
- Chcę odejść... Zrozumiałem coś – Vaslav przysiadł przy niej dłonią dotknął jej ramienia, dziwnie sztywno, sztucznie
- Słyszałam wszystko! Słyszałam! To on tak chce.
- Ale... Zrozum, to nie jest decyzja twojego ojca. Ja po prostu zrozumiałem... – Vaslav nie patrzył jej w oczy, choć domagała się tego, patrzył przez otwarte okno jak gwiazdy świecą i zapraszają go do siebie
- Nie! – krzyknęła Róża odejmując poduszkę od twarzy. Vaslav pochwycił ją i przyparł do siebie. Usta przyłożył do ucha i rzekł:
- Posłuchaj. – Róża usiadła prosto, obok niego, otarła łzy i spojrzała na niego
- No... – powiedziała – Słucham.
- Nie chcę cię skrzywdzić... – zaczął powoli - Ale muszę odejść. Nie chcę żebyś męczyła się ze mną. Zrozumiałem, że nie widzę w tobie nic innego jak tylko nowość. – Vaslav poczuł zimny powiew, okno zamknęło się z trzaskiem – Nie kocham cię. Kocham inną. Inną, która odeszła, i przez którą i ty musiałabyś cierpieć, gdybyś została ze mną. – okno było zamknięte, drzwi były zamknięte... nie było ucieczki
- To nie prawda – szepnęła Róża, jakby sama do siebie – Kłamiesz! Ojciec kazał ci tak powiedzieć. Słyszałam wszystko. Wszystko wiem!
- Nic nie wiesz – syknął groźnie Vaslav, aż Róża odsunęła się od niego – Twój ojciec... – zaczął zmieniając ton
- To wszystko przez jego wiarę. – znów zawyła Róża – To wszystko przez to. Ty nazywasz Czas Bogiem, a my po prostu Czasem. To wszystko przez to. To żadna różnica. To naprawę nic...
- Nie... Nie spłycałbym tak tej różnicy. Bóg nie jest Czasem... Ale nie ważne.
- Ważne!
- To nie ma nic do rzeczy. Musisz to pojąć!
- Ale nie mogę... – zapłakała Róża chwytając ramię Vaslav. Wstał. Spojrzał na nią z góry. Zacisnął pięści i rzekł:
- Próbowałem. – cofał się do drzwi - Próbowałem ci wytłumaczyć. – za swoimi plecami dłonią wymacał klamkę - Ale ty nic nie rozumiesz. – spojrzał w jej błękitne oczy. Zobaczył Elenę płaczącą w ciemnym lesie. Samą. Ona nie może być sama! Nie może! - Żegnaj. – powiedział, otworzył drzwi pokoiku i zbiegł po schodach. Przeciął korytarz i wybiegł na podwórze nie zwracając uwagi na oglądających się za nim biesiadników.
- Ale gdzie ty pójdziesz?! – zawołała Róża z okna swego pokoiku – Mówiłeś, że nic nie masz.
- Mam wiarę! – krzyknął Vaslav nie obracając się nawet – Mam Boga!
Gwiazdy świeciły jasno. Już zawszę będę patrzył na nie z tęsknotą. Straciłem ten błysk. Pozwoliłem mu odejść.