Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Szukając odpowiedzi - część I

elfica ·

Rozdział I


Jak zwykle wpadłam do domu. Szalik zwisał niefortunnie na mojej szyi, a
kurtkę miałam rozpiętą. Po chwili już byłam pokoju i nie rozbierając się
usiadłam na moim ulubionym fotelu. Chwyciłam obojętnie za stare, choć
dobrze sprawujące się lusterko i spojrzałam na swoje odbicie.
Niespodziewanie moja twarz dziwnie pojaśniała. Po kilku sekundach małe
zwierciadełko "wyrwało" mi się z rąk i stanęło przede mną w powietrzu,
tak abym mogła się dokładnie widzieć. Widziałam chyba siebie normalną
ale jednak rozmazaną - jak za osłoną mgły. Nagle lustro spadło na
ziemię, a ja poczułam ostry ból. Cała twarz piekła mnie nieopisanie.
Słyszałam swój niewyraźny krzyk. Po bardzo krótkiej chwili ból
całkowicie ustał. Z trudem otworzyłam oczy. Podniosłam niezwykłe lustro
z ziemi i znów spojrzałam na siebie. To co zobaczyłam było niesamowite.
Moja zwykle blada twarz przybrała kolor słońca, a uszy miały spiczasty
kształt. Moje brązowe włosy układały się w dziwny sposób - na bok i
jakby stały się dłuższe i ciemniejsze. Odwróciłam lusterko na drugą
stronę, tak jakby dla pewności, że za nim nikogo nie ma. Z tyłu był
wyryty jakby ręką szaleńca napis :

... wtedy Elfia Królowa powróci.

Przerażona domyśliłam się że brakująca część napisu musi znajdować się
na bliźniaczym lustrze. Postanowiłam wyjść na dwór i poszukać nieco
informacji na świeżym powietrzu. Lusterko wcisnęłam do kieszeni płaszcza
i wyszłam z domu. Wiatr delikatnie rozwiewał moje włosy gdy nagle
spostrzegłam podobnego do mnie chłopaczka, który biegł w kierunku
pobliskiego lasu. Pobiegłam za nim... Zauważyłam że przebiega przez
niewyraźnie ukształtowane wrota i znika. Moja ciekawość nie dawała mi
spokoju... Musiałam pójść za nim. Przeszłam przez wrota, jakby przez
cienką ścianę lejącej się wody. Poczułam jak ciepły wiatr wieje mi po
rękach, a pod stopami czułam leśną ściółkę. Pomyślałam że śnię, bo
dopiero co byłam ubrana w długi płaszcz, a na stopach na pewno miałam
buty. Tka przynajmniej było przed chwilą- zanim przeszłam przez wrota.
Nigdzie nie było śladu chłopaczka, którego śledziłam. Spojrzałam na
swoje ubranie i oniemiałam. Byłam ubrana w długą szatę, która nie miała
rękawków, i rzeczywiście nie miałam nic na stopach. Usłyszałam szelest
za moimi plecami. Odwróciłam się i zauważyłam, że nie ma za mną już
wrót, tylko wielki kamień, zza którego po cichutku wyszedł chłopczyna,
którego śledziłam. W ręku niósł małe buciki. Pokłonił się i klęknął
przede mną, wręczając mi je do ręki, poczym rzekł melodyjnym głosem:

-najwyższa kapłanka już na Ciebie czeka Pani, pozwól że zaprowadzę Cię
do niej.

Rozdział II

-D.. ddobrze- wyjąknęłam - ale moje rzeczy...
-o nic się nie martw Pani, wszystko jest tam gdzie powinno być-
poinformował mały chłopczyk
-Więc prowadź- odpowiedziałam. Szliśmy tak razem krótką chwilę nic nie
mówiąc. Chciałam się zapytać co się tu właściwie dzieje, ale nie miałam
odwagi, wszystko było tak urzekająco piękne... Po krótkiej chwili
chłopaczek stanął i zaczął mówić coś w niezrozumiałym języku do
wielkiego, rozłożystego drzewa. Po chwili jego kora zaczęła znikać i
otworzyło się dość obszerne przejście.
-Tędy Pani, Najwyższa Kapłanka niecierpliwie wyczekuje tej niezwykłej
wizyty- rzekł. Ja nic nie mówiąc przestąpiłam próg z korzeni i
różnorodnych, nieznanych mi kwiatów i poczułam coś niezwykłego. Nie da
się opisać tego uczucia, nie ma po prostu takich słów... Weszłam do
wielkiej sali, której sklepienie przypominało wielką łąkę
najróżniejszych kwiatów. Ściany były ze złota, a kolumny podtrzymujące
całą salę były z pozłacanych róż, które owijały się nawzajem. Mały
chłopczyk pociągnął mnie delikatnie za rękę i powiedział:
-Już niedaleko, Najwyższa Kapłanka czeka z tymi drzwiami- wskazał rączką
na olbrzymie dwuskrzydłowe drzwi, sięgające może z cztery metry do góry,
nie zauważyłam ich wcześniej, być może dlatego, że idealnie wtapiały się
w otoczenie- za tymi drzwiami znajduje się główna siedziba władz naszego
miasta, oraz świątynia. Niech Pani podejdzie do nich, a same się
otworzą- tak rzekł i rozpłynął się w powietrzu, po prostu znikł.
Niepewnie przeszłam kilka kroków do przodu, w stronę samo otwierających
się olbrzymich drzwi, i rzeczywiście, wolno, ostrożnie, jakby leniwie,
wrota zaczęły się otwierać... Nieco przestraszona przeszłam przez próg a
powitała mnie kobieta. Była wyjątkowo piękna, jej oczy były ciemno
zielone, i takie... głębokie. Dopiero po chwili zwróciłam uwagę, że jej
usta mówiły do mnie. Wyłapywałam co drugie słowo. Mimo to jednak
dokładnie rozumiałam co mi chce przekazać. Uśmiechnęła się promiennie, i
wyglądała jeszcze piękniej. Z tego co zrozumiałam przez chwilą powitała
mnie w ich mieście. Po kilku sekundach wszyscy zgromadzeni zaczęli bić
brawo i śpiewać, a ja nie poinformowana co się dzieje i z jakiego powodu
ta uroczystość tylko patrzałam w oczy Kapłanki. Po chwili dotarło do
mnie, że Kapłanka wzięła mnie pod rękę i zaprowadziła do dużej komnaty,
gdzie stało łoże z baldachimem oraz komoda i kilka innych poszczególnych
mebli.
- Tutaj na razie będzie Pokój Pani, dopóki nie odnowimy głównego pałacu,
tutaj będziesz Pani mogła przebywać w każdej chwili, i robić co
zechcesz. Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała, zadzwoń tym dzwoneczkiem
- wskazała na dzwoneczek leżący na szafce nocnej- a ktoś ze służby
natychmiast przybędzie. Jesteś na pewno zmęczona, odpocznij, a jak
wstaniesz odpowiem na wszelkie dręczące Cię pytania- tak rzecząc odeszła
w pośpiechu.

Rozdział III

W głowie miałam zamęt. Nie wiedziałam co zrobić: próbować uciekać,
zadzwonić po służkę czy iść spać. Doszłam do wniosku, że uciekać nie
warto, dzwonić po służkę też nie. Usiadłam na łóżku i szybko się
przebrałam. Za oknami było już dość ciemno. Położyłam się pod kołdrę i
szybko zasnęłam. Obudziłam się rano, I pierwsza myśl która przeszła mi
przez głowę: otworzę oczy i znów będę w domu... Niestety tak się nie
stało. Dalej byłam w mojej komnacie. Ubrałam się i zadzwoniłam
dzwoneczkiem. Przez drzwi bezszelestnie wsunęła się służka. Przypominała
skrzyżowanie nimfy z elfem. Była bardzo chuda, a jej skóra miała
niebieskawo-różowy kolor. Spojrzała na mnie tak, jak gdyby mnie już od
dawna znała i powiedziała:
-Witaj Pani. Czego sobie życzysz ?
-Ja... ja nie wiem...
-Zapewne jest Pani głodna, zaraz przyniosę śniadanie. Ja tylko skinęłam
głową , że się zgadzam, a nimfa wyfrunęła bez pośpiechu z mojej komnaty.
Wstałam z łóżka i podeszłam do równoległej ode mnie komody, wysunęłam
jedną szafkę i zajrzałam do niej. Zobaczyłam moje ubrania, w których
byłam przed przejściem przez wrota, były złożone w kostkę a na nich
leżało moje antyczne lusterko. Chciałam spojrzeć jeszcze raz na napis,
lecz już go nie było. Odłożyłam je na miejsce i podeszłam do niedużego
okna, które wpuszczało do komnaty nieco światła dziennego. Wyjrzałam
przez nie i zwróciłam uwagę na budynki, które się za nim znajdowały.
Mieszkania i najróżniejsze sklepy były "zbudowane" czy raczej
"wydrążone" w olbrzymich drzewach. Były piękne, takie zwyczajne dla
mieszkańców, ale dla mnie niezwykłe i magiczne. Znów usiadłam na łóżko,
a po minucie usłyszałam pukanie. Podeszłam i otworzyłam drzwi, za nimi
stała nimfa, chciała się zapytać gdzie zechcę zjeść śniadanie, w pokoju
czy razem ze wszystkimi w jadalni. Wybrałam pierwszą opcję, i poprosiłam
ją aby zaraz po posiłku zaprosiła Najwyższą Kapłankę do mojego pokoju.
Gdy się posiliłam wyczekiwałam przyjścia Kapłanki. Dość długo czekałam,
ale w końcu ktoś zapukał do drzwi, i nie czekając na "proszę" wszedł.
Była to kapłanka, która jak zwykle promiennie się uśmiechała.
-Najwyższy czas, aby Ci wszystko wyjaśnić- rzekła- zapewne bardzo męczy
Cię pytanie co tutaj robisz. Zostałaś wybrana przez radę do pewnej
misji. Ty i jeszcze pięć osób za zadanie będzie miało zdławić plagę
nieumarłych, nękających nasze ziemie. Przez dwa miesiące, codziennie
będziecie trenowani do walki wręcz, jak również Ty i jeszcze jedna
dziewczyna będziecie uczyły się zapanować nad swoimi magicznymi mocami.
Ona na imię ma Katinee i zostanie drużynowym magiem, a Ty, bo może
jeszcze tego nie wiesz, na imię masz Naatherii, a przepowiednia mówi że
jesteś wspaniałym wojownikiem i kapłanem. Ja będę uczyła Cię zaklęć
kapłańskich, a jeden członek Twojej drużyny, który jest tu już od dawna,
spróbuje przekazać Ci jak najwięcej wiedzy o walce różnymi broniami. On
ma na imię Anarion. W drużynie będziesz miała również wspaniałą
łuczniczkę- Naaler oraz łotrzyka Pedeina. Ostatnim członkiem drużyny
jest jeszcze jedna kobieta, również zbrojna - Illiras. To jest cała
drużyna. Od jutra zaczynasz. Być może, że podczas misji znajdziesz
bliźniacze lusterko... To bardzo prawdopodobne. Jeszcze dzisiaj poznam
Cię z Twoją przyszłą ekipą. Przepowiednia mówi, że od Ciebie wszystko
zależy, dlatego to będzie Twoja drużyna. Ja już muszę iść. Poślę później
do ciebie jedną nimfę, aby przygotowała Cię na to spotkanie.- tak
rzecząc, jak zwykle odeszła.


- Kącik dla tych którzy nie połapali się w drużynie:

Naatherii - główna bohaterka, wspaniała kapłanka i wojowniczka,

Katinee - drużynowy mag,

Anarion - wojownik, jak na razie nauczyciel walki wręcz Naatherii,

Naaler - drużynowa łuczniczka,

Pedein - drużynowy łotrzyk,

Illiras - również wojowniczka

Rozdział IV

Mimo wielu, nawet zbyt wielu myśli, dzień minął dość szybko. Nazajutrz
ubrałam się i zjadałam śniadanie. Nie mogłam się doczekać spotkania z
drużyną, ale nie wiem dlaczego, miałam dziwne przeczucie... Najpierw
Kapłanka poznała mnie z Katinee. Polubiłam dziewczę bardzo. Katinee
miała średnio długie loczki, była blondynkom. Nie była wyższa ode mnie,
ani niższa, można powiedzieć, że równa. Była bardzo otwarta. W tajemnicy
powiedziała mi, że reszta drużyny nie może się doczekać, aż mnie spotka.
Kapłanka przerwała nam rozmowę zachęcając do nauki. Najpierw
odprowadziła Katinee do jej nauczyciela, a mnie wzięła ze sobą na łąkę.
Powiedziała że nauce nic nie może przeszkadzać.
-Zaczniemy od łatwych czarów, typu "lekkie uzdrowienia" i "leczenie
chorób". -oznajmiła- tych czarów może nauczyć się każdy, kto ma choć
minimalny talent. Przepowiednia mówi, że będziesz uczyła się szybko, i
bez problemów. Może nawet nauczę Cię skomplikowanego czaru
wskrzeszenia... Ale to czas pokaże. Zaczynamy ! Wyciągnęła zza pazuchy
sztylet i pocięła sobie rękę. Pokazała mało skomplikowane ruchy, i
wyraźnie wypowiedziała dwa słowa: Dande ehte. Rana znikła. Nie było po
niej śladu. Teraz kazała zrobić mi to samo... Po godzinie opanowałam
czar leczenia ran. Kapłanka powiedziała, że jestem bardzo zdolna, i że
od razu po leczeniu chorób przejdziemy do błogosławieństwa. Po dwóch
godzinach umiałam wszystkie trzy czary, więc Kapłanka nauczyła mnie
jeszcze psalmu, boskiej pomocy i duchowieństwa. Wytłumaczyła ich
działanie, a pod wieczór zaprowadziła mnie do sali ćwiczeń- elfich
koszarów. Przedstawiła mnie reszcie grupy i dała trochę czasu na
poznanie się nawzajem. Miło spędziliśmy czas. Reszta kompanów okazała
się bardzo rozmowna. Kapłanka po około dwóch godzinach przerwała naszą
rozmowę i oznajmiła że zostaliśmy przydzieleni do nowych pokojów. Ja i
Katinee razem, Anarion z Pedeinem, a Illiras z Naaler. Zaprowadziła
nasze dwuosobowe grupki do naszych komnat i kazała iść spać, bo
nazajutrz zaczynamy naukę bardzo wcześnie. Nasze pokoje były ustawione
obok siebie, gdy patrzałam na drzwi, to po lewej był pokój chłopaków, a
po prawej dziewczyn. Katinee zagadała mnie.

-Czego dzisiaj się nauczyłaś ?

-Ach, niczego takiego trudnego, raczej pożytecznego, leczenie ran i
takie inne.
-Hehe, ja nauczyłam się magicznego pocisku, i podsłuchu... Z resztą
zademonstruje Ci ... Dziwnie ugięła ręce, i szepnęła kilka słówek, a po
chwili słychać było rozmowę chłopców. Usłyszałyśmy kilka ciekawych
rzeczy, między innymi to, że mama Pedeina była elfem, a tata gnomem.
Teraz dokładnie widzi w ciemności, posiada niezwykły dar infrawizji, to
znaczy że może widzieć w ciemności tak ja za dnia, ale na czerwono...
Dlatego został łotrzykiem. Później jeszcze kilka mniejszych ciekawostek
wycisnęłyśmy od drugiej ściany. Doszłyśmy razem do wniosku, że czas iść
spać. Gdy już tak sobie leżałyśmy, nagle ktoś zapukał do drzwi. Katinee
mruknęła nieprzytomnie: proszę. Zobaczyłyśmy coś dziwnego, drzwi się
otworzyły, i po chwili zamknęły. Po chwili w powietrzu pojawiła się
kartka, która delikatnie opadła na moją poduszkę. Podniosłam ją. Na
jednej z jej stron było napisane moje imię. Wyczuwałam kogoś obecność
obok mnie. Kat (w skrócie) mruknęła: "co to jest?" Odpowiedziałam: "nie
wiem". Kat mruknęła kilka słów pod nosem i pokój pojaśniał. Widziałam
cień kogoś, który szybko uciekł przez drzwi. Podniosłam kartkę i
odwinęłam. Napisane było:

Jutro po naukach w pobliskim parku. Będę czekał przy Rudej Topoli.

Odczytałam na głos. Kat zaczęła się śmiać i znowu rzuciła czar
podsłuchu. Wyłapałyśmy skrawki rozmowy:
-Zaniosłeś?
-No, prawie mnie odkryły, Kat rzuciła ten swój czar. Jak w pomieszczeniu
nie ma cienia to znów staje się widzialny. Nie mogłem zostać. Nie
widziałem czy odczytała...
-Nic nie szkodzi, na pewno odczyta... A jak nie to się zapytamy Kat...
-Dobra, idźmy już spać bo się czegoś domyślą... Tyle usłyszałyśmy... No
ale lepsze to niż nic. Uśmiechnęłam się lekko do Kati, ona odwzajemniła
uśmiech i powiedziała:
-No proszę, czyżby Anarion chciałby się z Tobą spotkać? Hm mm,
ciekawe... Automatycznie rzuciłam w nią liścikiem i poszłam spać.

> > Rozdział V

Około piątej nad ranem przyszła nas obudzić służka. Szybko przebrałam
się, i razem z Katinee wyszłyśmy na nauki. Kapłanka zapowiedziała, że
dzisiaj nauczy mnie czarów ofensywnych. Zaczęłyśmy od "lodowego
pocisku", "mrowienia" a później nauczyła mnie również "zadawania ran".
Oznajmiła mi, że mrowienie to bardzo przydatny czar, szczególne gdy za
przeciwników ma się grupę niezbyt silnych potworów, takich jak gobliny.
Po naukach w drodze powrotnej do naszej komnaty spotkałam Kat.
-I co, idziesz?
-Dzięki, że mi przypomniałaś, całkiem wypadło mi z głowy... Tak, chyba
tak, pójdę. Tylko że... Ja nie wiem gdzie jest ten park...
-Może Cię zaprowadzę?- spytała- on leży niedaleko, trochę za miastem...
-Dobrze, czekaj na mnie później w pokoju.
-Musimy się przemknąć tak, żeby nas straże nie zauważyły. Ostatnio jest
ich coraz więcej... Wiesz dlaczego... Razem z Kat bez najmniejszego
problemu przemknęłyśmy się obok straży i również bez problemu dotarłyśmy
na miejsce. Kat pożegnała się ze mną i odeszła. Przeszłam kilka kroków
do przodu, a nagle przede mną wyrosła wielka topola, o rudych liściach.
"To na pewno tu" pomyślałam. Rzeczywiście, nie czekałam długo, gdy
nadszedł Anarion. Na sobie miał jeszcze zbroje. Założyłam, że miecz też.
W ręku trzymał dziką różę.
-Witaj.
-Hej- odpowiedziałam.
-To dla ciebie- powiedział, i dał mi kwiatka. Spojrzałam mu w oczy. Były
szczere i piękne, błękitne.
-Dziękuje - bąknęłam nieśmiało, i od razu spuściłam wzrok
-Wiesz, że od jutra zaczytamy trening?- zagadał.
-Nie, Kapłanka nic mi jeszcze nie mówiła- odparłam. Ruszyliśmy powoli po
ścieżce, która prowadziła najpierw wokół Rudej Topoli, a później
skręcała w głąb parku.
-Słyszałem, że masz talent.
-Ja też tak słyszałam- bąknęłam bezmyślnie- ale to się jeszcze okaże-
dodałam szybko. Po chwili Anarion zatrzymał się nagle i ręką nakazał mi
nic nie mówić. Staliśmy tak przez chwilę, kiedy nagle usłyszałam. Jakby
w naszym kierunku szła dość duża gromada dwunożnych stworzeń. Anarion
złapał mnie za rękę i szepnął "gdy dam znak, uciekniesz z powrotem do
miasta, dobrze ?". Kiwnęłam potwierdzająco głową. Usłyszałam za sobą
szelest. Odwróciłam się. W naszym kierunku szła grupa zombie. Żywe trupy
otoczyły nas ze wszystkich stron. Anarion rozpoczął walkę, a ja chcąc mu
pomóc po kolei rozkładałam wrogów czarami.
-Uciekaj do miasta !- krzyknął.
-Nie, nie dam rady, otoczyli nas, jest ich za dużo!- odrzuciłam, nie
przerywając czaru. Po chwili uprzytomniłam sobie, że mrowienie
unieruchomi ich na dziesięć minut, o ile dobrze się skupie...
Skoncentrowałam się i zadziałało. W promieniu stu metrów wszystkie
wrogie istoty znieruchomiały.
-Uciekamy, mamy niecałe dziesięć minut by dotrzeć z powrotem do miasta-
krzyknęłam do Anariona. On nic nie mówiąc gnał za mną ile sił w nogach.
Dobiegliśmy do bram. Powitał nas strażnik.
-A Państwo dokąd się tak śpieszy- zapytał drwiąco. Nieco zaskoczona
takim powitaniem, odepchnęłam strażnika ręką na bok i warknęłam:
-Jeżeli ci życie miłe to wpuść nas
-Dobrze, dobrze, ale winniście mi wytłumaczenia!- krzyknął oburzony. Nie
czekając na reakcje Anariona wepchnęłam się przez uchyloną bramę do
miasta. Zaczęłam tłumaczyć źle wychowanemu strażnikowi, że ma
przygotować miasto do obrony. Chyba załapał, że to coś poważnego, więc
szybko zrobił to co do niego należało, a ja razem z Anarionem pobiegłam
do świątyni, by ostrzec Kapłankę. Ona zaś kazała nam rozejść się do
swoich pokojów i oznajmiła, że do niczego już się nie przydamy. Pokornie
oddaliśmy się jej woli. Gdy weszłam do pokoju zastałam Kat przy oknie.
Odwróciła się energicznie i na powitanie beztrosko rzuciła:

-I jak było?
-Że to tak nazwę... niebezpiecznie...-w tym samym momencie włożyłam
pomiętą różę do maleńkiego wazonika napełnionego wodą.
-Jak to?- znów spytała, po czym usiadła
-No bo... jakby ci to wytłumaczyć... Zombie nam przerwały, i tyle.
-To wy zaalarmowaliście straż?
-No, jak widać tak... Zza okna dało się słyszeć odgłosy walki. Około
północy zagrzmiał potężny dzwonek. Katinee krzyknęła:
-To alarm! Cała nasza drużyna była po sekundach ubrana i uzbrojona.
Natychmiast w komplecie stawiliśmy się u Kapłanki. Nakazała, abyśmy
pomogli straży. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Natychmiast
wybiegliśmy z pałacu, a po chwili dotarliśmy już do murów miasta. Tam
dostaliśmy instrukcje. Kat pobiegła na główną wieżę obserwacyjną, by
pomóc reszcie magów. Illiras i Anarion, jako zbrojni bronili bram.
Pedein miał zadanie specjalne, ukrywać się jak najdłużej w cieniu, i
atakować również przy branie, tyle że zadając ciosy w plecy swoim
magicznym sztyletem. Naaler miała pomóc miastu, broniąc go razem z
innymi łucznikami na tylnich fortyfikacjach. Ja zaś, ponieważ nie miałam
nigdy w życiu miecza w ręce, miałam uzdrawiać rannych i ich błogosławić.
Wielu strażników już nie żyło. Stałam tak obok bitwy i przyglądałam się
nieprzytomnie, jak jeden strażnik za drugim upada na ziemię, by już nie
powstać... Dało się dostrzec jak co chwilę obok mnie przelatuje jakaś
zatruta strzała. Po chwili dotarło do mnie, że mam zadanie. Od razu
zabrałam się do roboty. Kilka razy leczyłam Pedeina, Anariona i Illiras,
a jeszcze więcej poszczególnych strażników. Krwawa bitwa zakończyła się
dopiero rano, około godziny jedenastej. Kapłanka zwołała nas do siebie.
Wszyscy byli bardzo zmęczeni.
-Witajcie, nie będę długo przemawiała, gdyż jesteście zapewne zmęczeni.
Chciałam powiedzieć wam tylko, że spisaliście się świetnie. Jutro
jesteście zwolnieni z nauk. To wszystko. Po tych słowach rozeszliśmy się
do naszych komnat. Bez słów poszliśmy spać. Obudziliśmy się pod wieczór,
około godziny dziewiętnastej. Kapłanka poprosiła mnie abym wyjątkowo
poszła na nauki. Zgodziłam się. Dzisiaj uczyła mnie wskrzeszenia.
Ćwiczyliśmy na owadach. Ostrzegła mnie, że nie wszystkich i nie zawsze
da się wskrzesić. Udało mi się raz ożywić muchę... Kapłanka obiecała, że
codziennie przed treningami cztery godziny poświęcę na ćwiczenie tego
czaru. Po dwóch tygodniach wspaniale władałam mieczem, ale nie mogłam
wskrzesić nic większego od psa. Kapłanka pocieszyła mnie, że to i tak
dużo. Niektórzy wskrzeszenia uczą się ponad dwa lata. Następne dwa
tygodnie ćwiczyłyśmy koncentrację. Wreszcie nadszedł dzień, na który
wszyscy czekaliśmy. Służki spakowały nasze tobołki i dały prowiant.
Kapłanka udzieliła kilku ważnych wskazówek, którędy się udać. Gdy
wychodziliśmy szepnęła mi do ucha "szukaj drugiego lusterka". Po
dłuższej podróży zaczęło się ściemniać. Postanowiliśmy odpocząć.
Wartownicy zmieniali się co sześć godzin. Najpierw na warcie stanął
Pedein, a później Illiras. Tak minął pierwszy dzień podróży.

Rozdział VI

Rano wstaliśmy bardzo wcześnie gdyż nie byliśmy jeszcze przyzwyczajeni
do spania w elfich posłaniach. Bez pośpiechu zjedliśmy śniadanie i
ruszyliśmy w dalszą drogę. Według mapy musimy iść do Itihltay- miasta,
które słynie z największej ilości siedzib najróżniejszych gildii. Bardzo
chciałam znaleźć się choć raz w prawdziwej gildii magów. Razem zgodnie
ustaliliśmy że zatrzymamy się tam na trochę dłużej. Illiras
poinformowała nas, że jej kuzyn Dantan ma tam niewielką tawernę i
przenocuje ich tam kilka dni za darmo. Z żartem dopowiedział po chwili:
ma dość dużą stodołę... . Powoli ruszyliśmy w kierunku północnym z
nadzieją, że nikt po drodze nas nie zaatakuje, i że dotrzemy na miejsce
jeszcze zanim się ściemni. Bardzo dużo rozmawiałam z Katinee.
Opowiedziała mi wiele legend elfickich, wyrecytowała nawet kilka
wierszy. Zapadał już zmierzch, a my ciągle byliśmy daleko od Itihltay. W
pewnym momencie usłyszałam krzyk. Szybko pobiegłam w stronę usłyszanego
przed momentem głosu. W ciemności zauważyłam dość obszerną dziurę-
pewnie jakiś druid albo ktoś inny ją wykopał- po wielkości domyśliłam
się że na pewno na kogoś większego. Usłyszałam cichutki chichot Naaler.
Podeszłam i pochyliłam się nad dziurą. Łuczniczka wystawiła rękę w moją
stronę pytając :
-Pomożesz?
-Pewnie! Zawołam tylko kogoś do pomocy, bo w zbroi to ciężko będzie...-
powiedziałam z wielkim uśmiechem na twarzy. Po chwili sapania
wyciągnęliśmy Naaler z dołka. Illiras szepnęła do mnie cicho:
-Nie jesteśmy tutaj sami...
-Nie możemy zaatakować, byłoby to nierozważne...
-Nie możemy się również narażać...
-Dobra, trzeba się rozdzielić i nieco rozjaśnić sprawę terenu- teraz
podniosłam głos, tak aby słyszeli mnie wszyscy członkowie drużyny-
podzielimy się po dwóch, tak jak byliśmy podzieleni do pokojów. Ja i Kat
pójdziemy tam- wskazałam na las- Pedein i Anarion w tamtą stronę- tym
razem moja ręka wskazywała nieco zamglone wzgórze leżące naprzeciwko
lasku- a Naaler i Illiras udadzą się nieco no przód- wskazałam na drogę,
która miała nas zaprowadzić do Itihltay, a po chwili dodałam- spotkamy
się tu- narysowałam patykiem punkt przypominający wielki krzyżyk na
ziemi- za półtora godziny. Jeżeli ktoś wpadnie w kłopoty niech ucieka
lub krzyczy. Postaramy się dotrzeć do niego w jak najkrótszym czasie. Po
moich słowach każdy udał się w swoją stronę. Razem z Katinee
dostrzegłyśmy mniej więcej po środku lasu mały domek- domek łowcy. W
ciszy przyczaiłyśmy się pod jedno z jego uchylonych okien i ostrożnie
zajrzałyśmy do środka. To co tam ujrzałyśmy sprawiło, że zachciało nam
się zwrócić ostatni posiłek. Nie było nikogo akurat w tym pokoju do
którego zaglądałyśmy, ale wyczuwałyśmy obecność jakiejś innej, obcej
mocy w sąsiednim pomieszczeniu. Cały czas przed oczami stawał mi obraz
tego, co znajdowało się w tamtym pomieszczeniu. To było okropne. Na
ścianach zwisały organy najróżniejszych zwierząt zawieszone na sznurku.
W wielkich słojach pływały oczy dzikich ptaków. Odór był wstrętny. Na
czarnych ścianach tej małej izdebki dokładnie widać było jeszcze
zaschniętą, starą krew, a pod nimi stały opierające się wielkie regały,
ale nie na zwykłe książki. Regały były bardzo stare- zrobione specjalne
na wielkie opasłe tomiska najróżniejszych ksiąg z zaklęciami.
Postanowiłyśmy zgodnie, iż trzeba się jak najszybciej oddalić od tego
miejsca i przyjść tutaj razem z resztą. Poszłyśmy jeszcze zwiedzić
trochę lasu i wróciłyśmy na miejsce wyznaczonego spotkania. Na miejscu
były już dziewczyny a Pedein i Anarion właśnie dochodzili. Zdałyśmy im
raport o tym co ujrzałyśmy, a Naaler chrząknęła:
-My znalazłyśmy mały stawek... Najdziwniejsze było to, że nie było w nim
nic. Pusta, głęboka woda. Zupełnie nic tam nie pływało.
-Gdy doszliśmy na wzgórze zaatakowało nas nieliczne stadko worgów. Nie
było ich wiele, chyba dziesięciu. Przy zwłokach największego znaleźliśmy
to- opowiadając wyciągnął identyczne lustro jak moje, a ja tylko
rozszerzyłam oczy ze zdziwienia i wyszarpnęłam je z silnej ręki Anariona
-co... - przerwał a ja zerwałam się gwałtownie i spojrzałam na swoje
odbicie... Nagle poczułam palący ból plecach, który równie szybko jak
się pojawił, tak szybko zamienił się w obcą siłę, która ciągnęła moje
ciało, a najmocniej plecy, rozrywając je bezlitośnie na kawałki- tak mi
się przynajmniej wydawało. Drużyna okrążyła mnie a Katinee krzyczała w
kółko: Naatherii! Naatherii! Nic nie mogłam zrobić. Moje ciało stało się
nieposłuszne. Nie mogłam się ruszyć. Miotałam się tak po trawie z ostrym
krzykiem na ustach. Nie wiem jak długo trwał we mnie ten demoniczny ból
ale w pewnej chwili zrobiło się cicho... Zemdlałam. Obudziłam się nad
ranem- jakby z transu. Było mi bardzo niewygodnie więc wykorzystując
ostatki sił podniosłam się i poczułam się nieswojo. Katinee popatrzała
na mnie z wielkim zdziwieniem i powiedziała:
-Wczoraj stało się coś dziwnego...- Wzięła antyczne lustro do ręki
i ścisnęła je tak mocno, jak gdyby chciała się upewnić że ono do mnie
nie wróci- i... i...- zaczęła płakać - strasznie wczoraj krzyczałaś -
mówiła dalej szlochając, a ja patrzyłam z niedowierzaniem na spływające
po jej policzkach łzy- co się stało?- pytała. Nie miałam najmniejszej
ochoty opowiadać jej o tym, że nie jestem prawdziwym elfem... ale...
-myślałam gorączkowo, zaczęły nachodzić mnie dziwne wspomnienia,
wspomnienia z dzieciństwa... również zaczęłam płakać. Przytuliłam
Katinee bardzo mocno, i poczułam się dziwnie- tak jakbyśmy zrosnęły się
ciałami, tak jakbyśmy były siostrami... Byłam bardzo zmęczona. Reszta
kompanów doszła do wniosku, że lepiej będzie odpocząć przed dalszą
podróżą. Bardzo chciałam wytłumaczyć sobie i reszcie, że musze mieć to
lusterko. Nie chcieli mi go oddać, bali się, że sytuacja się powtórzy.
Zagroziłam, że zacznę histeryzować. Z wielkim oporem podali mi małe
zawiniątko. Czułam, czułam jego moc, czułam jak jego moc rośnie...
Odwinęłam je szybko i zajrzałam na jego odwrotną stronę. Napisane tym
razem było nieco więcej, i całkiem normalnie:


Kiedy najpotężniejszy zostanie zniszczony,

Kiedy zdrajca uzbiera owocne plony,

Kiedy przeznaczenie zostanie wypełnione,

Kiedy sądy zostaną wydane,

Sądy nad winnymi...


Nic nie rozumiałam...


Rozdział VII


-Co się stało?- Katinee co chwile skamlała mi do ucha- powiedz- prosiła.
Nie musiałam nic jej mówić, ale czułam, że mimo wszystko jestem winna
wyjaśnienia reszcie... Katinee nie przestawała, zaczęło mnie to
irytować, ale szybko mi przeszło. Spojrzałam na nią niepewnie, ze
współczuciem i szepnęłam
-Jeszcze nadejdzie czas na wyjaśnienia... jeszcze nie teraz- i położyłam
rękę na jej ramieniu i uśmiechnęłam się lekko, po czym spuściłam głowę.
Wstałam niepewnie i podeszłam do Anariona, żeby przeprosić. On złapał
mnie za rękę i powiedział
-Mi nie musisz się tłumaczyć- po czym wstał i niepewnie objął mnie,
tak jak robią to przyjaciele i zaproponował- przejdziemy się- kiwnęłam
głową na zgodę, i tak przytuleni poszliśmy w stronę lasu. Nie uszliśmy
daleko i usłyszeliśmy dziwny warkot. Zatrzymaliśmy się i rozejrzeliśmy
dokładnie. W pobliżu nie było niczego podejrzanego- tak mi się wydawało,
lecz Anarion w razie czego nakazał czujność. Poszliśmy dalej, przed
naszymi oczami ukazał się ów dziwny domek, do którego zaglądałyśmy razem
z Katinee. Anarion gwałtownie zatrzymał się i pobladł. Rozluźnił nieco
uścisk, natomiast mocniej ścisnął moją rękę. Spojrzałam w tą stronę co
on i również pobladłam. Ku nam sunęła nieco uniesiona nad ziemią dziwna
postać (tu mi proszę przypadkiem nie pomylić z dementorem, on tylko
ciuszki pożyczył :P) w długim, czarnym, poszarpanym i zniszczonym
płaszczu. Zdecydowanie, i coraz szybciej stwór sunął w naszą stronę.
Anarion nie zareagował. Na jego twarzy pojawił się strach. Postać była
coraz bliżej a Anarion stał z takim samym wyrazem twarzy jak uprzednio,
ale się nie poruszył. Jego oczy były szalone- stały w miejscu, patrzyły
w nieokreślonym kierunku, mimo iż bardzo chciały się ruszyć. Postać
zbliżała się, nagle znikła, tylko po to by pojawić się przed moją
twarzą, w odległości około 2 cm tak abym dokładnie widziała jej twarz. W
ataku agresji i nienawiści jej twarz przybrała niebezpieczny wyraz.
Wyszczerzyła swoje białe kły, marszcząc nos agresywnie, chciał mnie
ugryźć. Usłyszałam jak Anarion mdleje koło mnie, lecz ona nawet nie
przejęła się nim. Zrozumiałam, że ona krzyczy. Krzyczy ale nie słyszę
co. Nie rozumiem. Znowu... nic nie rozumiem... Postać wydawała się coraz
bardziej zirytowana, powoli doszło do niej to, iż nic nie zdziała. Gdy
odwracała się zrezygnowana i zdenerwowana dostrzegłam że to kobieta. Ona
zaś na pożegnanie zamachnęła się i mocno w obrocie uderzyła mnie swoją
zimną i chudą dłonią, zostawiając na moim lewym policzku ślad
udrapnięcia. Powoli sunęła w tą stronę, skąd przyszła. Jej kaptur spadł
od podmuchu wiatru. Zauważyłam, że ma bardzo długie czarne, nastroszone
włosy, które ciasno były zaczesane do tyłu. Wcale nie reagowały na
wiatr, były martwe, przeklęte, potępione, tak jak ona sama. Znikła.
Rozpłynęła się. Dopiero po chwili uprzytomniłam sobie, że obok mnie leży
Anarion. Powoli wstał
-co... się... stało...?- zapytał zdezorientowanie - pamiętam tylko to,
że nie mogłem się ruszyć i ten straszny głos... ten ból- spojrzałam na
niego i pomogłam mu wstać.
-Już wszystko w porządku, jesteśmy bezpieczni- zapewniłam go, spojrzała
na moją krwawiącą ranę na policzku - Na pewno wszystko w porządku?-
zapytał.
- Tak ...- opowiedziałam. Poszliśmy z powrotem do grupy. Naaler
opatrzyła moją ranę, a ja opowiedziałam to co mogłam, czyli to, że
zaatakowało nas dziwne stworzenie, nie dodałam natomiast, że nic nie
mogło mi zrobić...

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...