Ucieczka do piekła
Rzęsisty deszcz padał i moczył wszystko, co tylko był w stanie dosięgnąć. Wiatr wyrywał czarne parasole z rąk ludzi, którzy stali na cmentarnym trawniku, aby „uhonorować tym ukochanego męża i przyjaciela” jak mówił ksiądz. W rzeczywistości przyszli tu, bo nie wypadało inaczej. Nikt nie lubił Geoffreya Alliburtona, bogatego skąpca i głupca, który uważał, że jest najważniejszy na świecie. Wszystkich, bez najmniejszego wyjątku traktował protekcjonalnie. Annie nie umiała sobie wytłumaczyć, jak mogła pokochać kogoś takiego i wyjść za niego za mąż. To prawda, że na początku byli ze sobą szczęśliwi, zaś ich miesiąc miodowy był jednym pasmem rozkoszy, ale wszystko co dobre musi się skończyć. No i skończyło się. Ich wspólne życie szybko zaczęło się psuć. Setki razy rozmawiali o dziecku, ale Geoffrey uważał, że to tylko dodatkowy kłopot i niepotrzebna dziura w kieszeni, które on wolałby mieć całe.
…”i pamiętajmy w modlitwie o zmarłym. Niech Bóg przyjmie go do swego królestwa amen.”
Trumna zaczęła opuszczać się do przygotowanego dołu z cichym szumem pasów ocierających się o mokrą ziemię i trawę. Annie była zła na siebie, że nie jest jej choć trochę przykro. Nie mogła wzbudzić w sobie smutku, nie potrafiła go żałować. Przez 7 lat małżeństwa zdążyła dostatecznie mocno go znienawidzić. Po pogrzebie żałobnicy podchodzili do „zrozpaczonej” wdowy i składali „szczere” kondolencje.
Nareszcie koniec. Annie zaczęła iść do miejsca, w którym zaparkowała samochód. Większość gości zdążyła się już rozjechać do domów i biur. Wsiadła do czarnego BMW i powoli ruszyła w kierunku miasta. Myślała o swoim wielkim, pustym domu. Nareszcie prawdziwie wolna, nienagabywana przez męża, bez kłótni i stresów. Chciałaby móc wrócić do domu i odpocząć, ale miała jeszcze kilka spraw do załatwienia. Na początek musi pojechać do sklepu i zrobić porządne zakupy, bo w lodówce poza światłem nie miała już nic. Następnie czekała ją wizyta u adwokata i pozałatwianie spraw spadkowych.
Lśniące BMW podjechało pod wielki supermarket. Wysiadła z niego dwudziestoośmioletnia kobieta o niebieskich oczach i jasno blond włosach. Nie była ani wysoka, ani niska, za to oko przyciągały jej idealnie kobiece kształty i sposób, w jaki się poruszała. Kiedy patrzyło się na nią jak idzie, przychodziły do głowy filmy z Marilyn Monroe, a właściwie ich ostatnie sceny, kiedy to gwiazda odwraca się tyłem do kamery i powoli odchodzi delikatnie, ale zauważalnie poruszając biodrami. Widz patrzy się na odwróconą tyłem aktorkę, która idzie, idzie i idzie, a on patrzy jak urzeczony w to niesamowite zjawisko kwintesencji kobiecości. Właśnie tak chodziła Annie.
Annie Alliburton zrobiła naprawdę ogromne zakupy. Jak zwykle w sklepie płaciła kartą kredytową, ale dzisiaj nie była to jej karta. Pierwszy raz w życiu użyła karty swojego męża. Wsiadła do samochodu i zaczęła się głośno śmiać wyobrażając sobie jaką jego reakcję wywołałoby to, co zrobiła. W końcu opanowała się wytarła łzy z kącików oczu i ruszyła do domu, w którym mieszkał adwokat.
Może zostałam wydziedziczona ─ pomyślała, ─ cóż wtedy z pewnością musiałabym wrócić do pracy.
Kiedy pracowała uważano, że jest bardzo dobrą dziennikarką. Ludzie spowiadali się jej jak księdzu, ale Annie nigdy nie wykorzystywała wszystkiego, co zostało powiedziane, czym zaskarbiała sobie przyjaźń i szacunek, no i oczywiście zawsze wiedziała trochę więcej niż jej redakcyjni koledzy.
Tony Peters, jej adwokat miał niewielką willę zbudowaną na wzór rezydencji staro-angielskich, usytuowaną w pięknym ogrodzie. Białe i czerwone róże piętrzyły się w stosach pośród soczyście zielonej trawy i karłowatych drzewek. Annie weszła po kilku stopniach na werandę i kilkakrotnie nacisnęła dzwonek. Drzwi otworzyły się po chwili ukazując dobrze jej znaną twarz gosposi.
─ Dzień dobry Ramage. Czy Tonny jest w domu?
─ Dzień dobry pani Alliburton. Pan Peters czeka w bibliotece.
Tony Peters rzeczywiście siedział za biurkiem w bibliotece pogrążony w lekturze, jednym bokiem odwrócony do drzwi, a drugim do wielkiego wykuszowego okna.
─ Cześć Tony.
─ Dzień dobry Annie. Cieszę się, że przyjechałaś ─ powiedział wstając i odwracając się do niej przodem. ─ Przykro mi z powodu śmierci Geoffreya ─ wskazał fotel stojący z drugiej strony biurka. Annie usiadła zmęczona.
─ Tonny dziękuje, że byłeś na pogrzebie.
─ No cóż. Twój mąż był nie tylko moim klientem, ale i przyjacielem. Tak jak ty Annie.
Do biblioteki weszła Ramage niosąc gorącą kawę w dwóch ozdobnych filiżankach. Postawiła tacą na małym stoliku, obdarowała Annie ciepłym uśmiechem i wyszła z pokoju delikatnie zamykając za sobą drzwi.
─ Annie, Geoffrey zostawił testament, w którym wszystko zapisuje tobie. Nie powinno być żadnych trudności z przeniesieniem własności, więc nie musisz się o to martwić. Postaram się sam to wszystko pozałatwiać tak, żeby ciebie jak najmniej niepokoić. Oczywiście kilka twoich podpisów też się przyda ─ uśmiechnął się, ─ ale to wszystko, co będziesz musiała zrobić w tej sprawie.
─ Nie wiem jak ci dziękować. Zaoszczędziłeś mi tylu kłopotów – podniosła filiżankę do usta i napiła się pachnącego, czarnego jak smoła naparu. – Ach! O jeszcze jedno chciałam cię zapytać – powiedziała po chwili namysłu. ─ Jak myślisz, czy będę mogła sprzedać dom?
─ Chcesz sprzedać dom? ─ Adwokat nawet nie próbował ukryć swojego zaskoczenia. ─ Annie! Przecież ten dom jest piękny.
─ To prawda, ale… ale nie wydaje mi się, żebym chciała tam sama mieszkać. Jest pusty, wielki i taki jakiś obcy.
Radziłbym ci jeszcze raz to przemyśleć, ale jeśli chcesz wiedzieć, to tak, oczywiście będziesz mogła go sprzedać. To jest teraz twój dom i możesz z nim zrobić, co ci się tylko spodoba.
Annie pociągnęła kolejny łyk kawy, odstawiła filiżankę i wstała z fotela.
─ Muszę już iść. Jestem straszliwie zmęczona ─ powiedziała podając adwokatowi rękę. ─ Trzymaj się Tony.
─ Do widzenia Annie. Przemyśl jeszcze raz swoją decyzję odnośnie sprzedaży domu. Bardzo proszę.
─ Obiecuję. Cześć! ─ powiedziała i wyszła z pokoju. Na korytarzu już czekała na nią Ramage, by odprowadzić gościa do drzwi. Annie pożegnała się z pokojówką i wyszła z domu w chłodny wieczór. Powietrze przesycone wonią róż dotarło do jej nozdrzy i siła wdarło się do płuc. Jeszcze raz popatrzyła Na ogród i ruszyła do samochodu. Pół godziny później podjechała już pod swój dom. Otworzyła drzwi, weszła do holu, który prowadził do biblioteki, kuchni w której zostawiła zakupy, ogromnego salonu i kilku mniejszych pokoi. Zrzuciła buty i udała się do salonu. Nalała sobie do szklaneczki koniaku, wrzuciła dwie kostki lodu i boso poszła na taras, z którego rozciągał się bajeczny widok na położoną w dole plażę i na błękitne, morze. Usiadła na plastikowym, ogrodowym krześle i zamyśliła się. Zaczęły nachodzić ją wspomnienia z dzieciństwa, z czasów, kiedy studiowała i ze ślubu. Była wtedy młodą kobietą, miała dwadzieścia jeden lat i nie znała życia tak dobrze jak teraz. Zakochała się w Geoffreyu, bo był przystojny, miły inteligentny i na dodatek bogaty. Wydawało jej się, że nic lepszego w życiu nie mogło ją spotkać, kiedy ją wreszcie poprosił o rękę.
Wstała wróciła do salonu zamakając za sobą szklane drzwi i wdrapała się po schodkach na piętro, gdzie mieściła się jej sypialnia. Nie miała siły na prysznic, więc tylko zrzuciła ubranie i wsunęła się w chłodną pościel. Chociaż nie spała z Geoffreyem już od dawna to chciała, żeby teraz był w domu i spał w sypialni obok. Przez siedem lat odzwyczaiła się od samotności. Zgasiła lampkę, naciągnęła kołdrę pod brodę i zapadła w spokojny, regenerujący sen.
Rozdział 1
Obudziła się dość późno, bo o dziewiątej. Wstała, wzięła prysznic i poszła zrobić sobie śniadanie. Uważała, że grzanka z kubkiem gorącego mleka i dwa jajka na miękko powinny zaspokoić jej głód aż do południa. Na lunch została zaproszona przez Marione Gluck, jej naprawdę dobrą znajomą. Poznały się dawno temu, gdy jeszcze były dziećmi i do dziś pozostały najlepszymi przyjaciółkami. Annie cieszyła się na to spotkanie, gdyż czuła się bardzo samotna i opuszczona. Wiedziała, że niepoprawna optymistka Marione, której humor zawsze dopisywał będzie w stanie choć trochę ją rozweselić. Znowu zaczęły ją nachodzić myśli o Geoffreyu. Próbowała je zdusić, ale nie mogła. Może mino wszystko ─ pomyślała, ─ nie był taki zły? O nie! On był Zły! Jak mogła pozwolić, aby więził ją przez te lata. Tyle razy domagała się rozwodu, ale on zawsze miał gotową odpowiedź i zawsze tą samą „o nie moja droga, czy choć przez chwilę pomyślałaś o mnie? Jak ja bym wyglądał? Co powiedzieliby moi znajomi? Nie wiesz co? To ja ci powiem. Powiedzieliby, że nie potrafię utrzymać przy sobie własnej żony. A na taką opinię nie mogę sobie pozwolić. Przez ostatnie cztery lata coraz mniej się do siebie odzywali, coraz rzadziej się widywali. W końcu dowiedzieli się, że Geoffrey ma raka. Jego choroba w pierwszej chwili znów ich do siebie zbliżyła, ale tylko na krótką chwilkę. Nikt nie przypuszczał, że wszystko stanie się tak szybko. Trzy miesiące po diagnozie zmarł w szpitalu. Oczywiście Annie odwiedzała go, ale z tak początkowo częstych wizyt żadne z nich nie było zadowolone, więc zaglądała do niego raz w tygodniu. Nie wiedziała, że śmierć może nastąpić tak szybko. Zupełnie nie była na to przygotowana. Było to dla niej zaskoczenie. Podczas pogrzebu czuła jak wraz z opuszczającą się trumną podnosi się klatka, w której dotychczas była więźniem i uwalnia ją. Nie była tylko pewna czy akurat teraz chciała być uwolniona i czy na tą wolność była przygotowana. Czy potrafiła znów żyć samodzielnie? Dlatego pierwszą osobą, do której się udała prosto z cmentarza był Tonny Peters. Ufała mu i wiedziała, że zawsze może liczyć na jego pomoc. Oczywiście pamiętała również o Marione, w której zawsze miała podporę. Dobrze znała swoją przyjaciółkę i kiedy ostatnio z nią rozmawiała wyczuła zdenerwowanie w jej głosie.
Teraz jechała do restauracji, w której zazwyczaj się spotykały. Była to mała knajpka należąca do Roya McDougela, który pamiętał je jeszcze z czasów studenckich, i traktował jak własną rodzinę. Weszła do wykładanej drewnem salo. Było tylko kilka osób, więc prawie od razu rozpoznała kasztanowe włosy przyjaciółki i skierowała się do stolika przez nią zajmowanego. Marione siedziała tyłem do wejścia, więc nie widziała kiedy Annie weszła do środka. Annie podeszła do stolika, położyła rękę na ramieniu przyjaciółki mówiąc:
─ Cześć! Od razu cię zobaczyłam, jak tylko we… O Boże! Marione! Co ci się stało? ─ Patrzyła z przerażeniem na twarz koleżanki. Marione wyglądała makabrycznie. Ciemne sińce pod oczami, popękane, czy porozcinane usta i otarcia na policzku i czole wyglądały strasznie. Marione uśmiechnęła się lekko ukazując dziurę, w której zawsze tkwiła biała jak perła jedynka. Annie opadła na krzesło blada. Jeszcze nigdy nie widziała nikogo w takim stanie.
─ Wiesz Annie… ─ Marione nie zdołała nic więcej powiedzieć, gdyż szloch wyrwał jej się z gardła i skutecznie nie pozwolił mówić. Ogromne łzy popłynęły po jej policzkach.
─ Marione co ci się stało?
─ Annie ─ zaczęła znów mówić Marione już pewniej, choć głos w dalszym ciągu jej drżał. ─ Czy mogłybyśmy pojechać gdzie indziej? Nie czuję się tu dobrze.
─ Ależ oczywiście. Pojedziemy do mnie.
Wyszły z restauracji i wsiadły do BMW. Annie właśnie miała zapytać co się stało, ale zanim to uczyniła Marione znów zaczęła płakać i nie mogła się uspokoić przez całą drogę do domu. Przed domem Annie pomogła Marione wysiąść i zaprowadziła ją do salonu. Tam nalała jej potężnego drinka i poczekała aż zostanie wypity. Marione zaczęła powoli wracać do siebie.
─ Marione powiesz mi wreszcie co się stało, czy nie?
─ To Paul. To on mi to zrobił.
Annie szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. Chyba jeszcze nigdy nikt jej tak nie zaskoczył.
─ Paul? Twój Paul? ─ Zapytała i podeszła do barku nalać jeszcze jednego drinka, tym razem już dla siebie. ─ Boże, dlaczego? Przecież on zawsze był taki czuły, delikatny, dobry…
─ Wiesz Annie, Paul się zmienił. Od pewnego momentu zaczął pić i pił coraz więcej i więcej. Nie wiem dlaczego. Chyba w pracy nie układało mu się najlepiej z nowym przełożonym. Nie mogłam nic na to poradzić. Przedwczoraj przyszedł do domu kompletnie pijany i już od samych drzwi krzyczał że mnie zabije bo go zdradzam. Nie brałam tego zbyt serio, bo ostatnio często po pijanemu coś bredził, a przez ostatni tydzień wcale nie trzeźwiał. Nagle do mnie podszedł i uderzył mnie w twarz. Upadłam, a on zaczął mnie kopać. Potem… ─ Marione zaczęła płakać. ─ Potem straciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, leżałam na podłodze a Paul spał w salonie. Poszłam do łazienki opatrzyłam rany, wzięłam proszki i też się położyłam spać. Rano, kiedy się obudziłam już go nie było. Potem zadzwonił telefon… Nie wiem, może dzwonił już wcześniej, a ja dopiero wtedy go usłyszałam. Podniosłam słuchawkę i okazało się, że to Paul. Znów był pijany i znów mi wygrażał. Wpadłam w panikę. Zadzwoniłam do ciebie i umówiłyśmy się na spotkanie. Złapałam torebkę i wyszłam z domu. Tak strasznie się bałam, że znów mi zrobi krzywdę i, że tym razem naprawdę mnie zabije. Potrafił mnie uderzyć już wcześniej, ale zawsze potem przepraszał, a ja mu wybaczałam. Wyszłam z domu i poszłam do pierwszego napotkanego hotelu. Zameldowałam się pod innym nazwiskiem, weszłam do pokoju, połknęłam środki nasenne i obudziłam się dopiero dzisiaj. Rano poszłam do sklepu, kupiłam ciuchy i spotkałyśmy się.
Annie siedziała na sofie nie mogąc uwierzyć w to, co słyszała. Marione sprawiała wrażenie zmęczonej, więc Annie pomogła jej pójść do sypialni, którą wcześniej zajmował Geoffrey i pomogła jej się położyć. Poczekała przy przyjaciółce aż ta uśnie, a potem poszła do siebie. Położyła się na łóżku i długo myślała. Doszła do wniosku, że musi porozmawiać z Tonym. W końcu jest adwokatem i powinien wiedzieć co mogą zrobić. Podniosła słuchawkę, wystukała numer i spojrzała na zegarek. Była 11:42 i nie wypadało go niepokoić o tej prze. Odłożyła słuchawkę, zgasiła światło i pozwoliła myślom swobodnie dryfować. W końcu nadszedł sen i Annie zanurzała się w nim odpływając w nieświadomość.
Rozdział 2
─ Rano z hotelu zadzwoniłam do rodziców. Myślałam, że pojadę o nich i wszystko to przeczekam ─ mówiła Marione do Annie zajętej przygotowywaniem śniadania, ─ ale okazało się, że Paul już tam dzwonił. Rodzice byli bardzo zdenerwowani, bo się im odgrażał, a oni nie wiedzieli co się ze mną dzieje. Prosili, żebym do nich przyjechała, ale odmówiłam.
─ Może zadzwonimy na policje?
─ Nie. Na to zawsze jest pora, a w ogóle, to co oni zrobią? Przecież Paul jest jednym z nich i nie będę ścigać swojego kolegi po fachu bo żona coś opowiada.
─ Może masz racje. To chyba jednak nic nie da. ─ Annie piła gorącą kawę i zastanawiała się jak pomóc Marione.
─ Do rodziców chyba nie mam co jechać ─ ciągnęła Marione, ─ bo skoro Paul już do nich dzwonił to jestem pewna, że pojedzie sprawdzić czy mnie tam nie ma.
─ Marione powinnaś wyjechać do innego miasta… Może nawet do innego stanu. Nie wiem gdzie, ale dostatecznie daleko, żeby być bezpieczną i żeby to wszystko przeczekać. Może nakłonić go telefonicznie żeby się zaczął leczyć i dopiero wtedy tu wrócić? Trzeba coś zrobić, ale nie tu. Najpierw oddalić się na bezpieczną odległość, a potem się za niego wziąć. Oczywiście ja pojadę z tobą! ─ Powiedziała Annie kładąc nacisk na ostatnie zdanie.
─ Annie ja nie mogę tego od ciebie wymagać. Ty masz swoje życie i ja nie chcę ci go zakłócać. ─ Marione spojrzała na swą przyjaciółkę, a jej oczy zdawały się zaprzeczać temu, co przed chwilą powiedziała.
─ Nie pleć głupstw. Przecież jesteś moją najlepszą przyjaciółka i nie pozwolę żeby jakiś szaleniec zrobił ci krzywdę.
─ Ale Annie ja…
─ Nie chce już nic słyszeć na ten temat! ─ wpadła jej w słowo nie pozwalając dalej mówić. ─ To już postanowione.
Dwie wielkie łzy potoczyły się po policzkach Marione.
─ Nie wiem, jak mam ci dziękować, że mi pomagasz.
─ Nie musisz mi za nic dziękować. Teraz, kiedy Geoffrey umarł nic już mnie tu nie trzyma. Mogę jechać choćby na koniec świata. A teraz bardzo proszę idź na górę i spakuj trochę moich rzeczy a ja w tym czasie podzwonię i pozałatwiam kilka spraw.
Marione wyszła zaś Annie wystukała numer Tonyego. Telefon odebrała Ramage i poszła poprosić adwokata.
─ Witaj Annie! Co słychać?
─ Cześć Tonny. Dzwonię, bo chciałam cię prosić o załatwienie kilku spraw.
─ Oczywiście. Wiesz przecież że możesz na mnie polegać. Z resztą większość spraw spadkowych udało mi się już załatwić. Ach! Nigdy nie zgadniesz kto przed chwilą był u mnie i co się stało. No?! Wiesz kto sobie o mnie wreszcie przypomniał?
─ A skąd ja mam wiedzieć?
─ Bo to nasz wspólny znajomy. Paul Gluck. Pytał, czy przypadkiem nie wiem, gdzie jest jego żona, bo mu jakoś zaginęła. Poradziłem żeby się zapytał Ciebie, w końcu to twoja przyjaciółka. Myślę że właśnie do Ciebie jedzie. Mam nadzieję że nic się nie stało jego żonie.
─ Nie oczywiście że nie. Jest u mnie. Tony muszę kończyć. Przepraszam, ale się spieszę. Zadzwonię do ciebie później. ─ Annie rzuciła słuchawkę na widełki i przeskakując po dwa stopnie pobiegła do sypialni. Marione właśnie kończyła pakować drugą walizkę, kiedy Annie jak bomba wpadła do pokoju.
─ Marione weź jedną walizkę i idź do samochodu. ─ Marione chciała zapytać co się stało, ale w pokoju była już sama a Annie zbiegała ze schodów z wielką walizką, jakby ta nic nie ważyła. Wrzuciły walizy do bagażnika, wsiadły do samochodu i wyrzucając drobny żwir spod kół ruszyły sprzed domu.
─ Annie powiedz mi, dlaczego wybiegłyśmy jak z pożaru i ruszyłyśmy tak nagle?
─ Paul… ─ dopiero teraz czuła jak ciężka była walizka z którą zbiegła ze schodów, ─ Paul właśnie do nie jedzie.
─ Skąd wiesz?
─ Tonny mi powiedział.
─ O Boże. Gdybyś nie zadzwoniła, to zastałby nas w domu. ─ Marione zapadła się głębiej w fotel i objęła rękami jakby w obronnym geście.
─ Dokąd my właściwie jedziemy? ─ Zapytała po chwili.
─ Znajdziemy jakiś motel za miastem i tam się zastanowimy.
Marione wyglądała na spokojną, choć jej cera miała odcień szarego mydła. Zamknęła oczy i próbowała zapomnieć, próbowała sobie wmówić, że w tej chwili jest bezpieczna.
Annie skręciła w prawo i wyjechała na drogę prowadzącą na peryferie miasta. Zatrzymała się przy małym sklepie i wyszła z samochodu delikatnie zamykając za sobą drzwi, żeby nie obudzić Marione. Wróciła po 20 minutach niosąc pełne torby zakupów. Kupiła wszystko, co mogło im się przydać. Począwszy od szczoteczek, przez ręczniki a na jedzeniu skończywszy. Wyjechała z miasta i minąwszy przydrożny hotel wjechała na drogę międzystanową.
─ Annie gdzie jesteśmy? ─ Marione zadała pytanie przeciągając się w fotelu.
─ Jakieś czterdzieści kilometrów za miastem. Jak się czujesz?
─ O wiele lepiej. Zdenerwowałam się kiedy powiedziałaś, że Paul do ciebie jedzie.
─ Nie martw się. On już cię nie skrzywdzi.
Mam taką nadzieję.
─ Marione byłabym ci wdzięczna, gdybyś zrobiła mi kanapkę. Strasznie jestem głodna. Wszystko co potrzeba masz na tylnym siedzeniu.
─ Jak długo masz zamiar jeszcze jechać?
─ Nie wiem – odparła Annie, a po zastanowieniu dodała ─ myślę, że jeszcze godzinkę, dwie i zaczniemy się rozglądać za jakimś noclegiem.
Marione przechyliła się przez fotel, sięgnęła torbę z jedzeniem i zaczęła przygotowywać kanapki. Kiedy wreszcie się z tym uporała Annie zatrzymała samochód i zjadły posiłek.
─ Byłam tak głodna, że nie mogłam myśleć o niczym innym niż jedzenie ─ powiedziała, gdy przełknęła ostatni kęs.
─ To dlaczego nie obudziłaś mnie wcześniej?
─ Tak smacznie spałaś, że nie miałam sumienia cię niepokoić.
Jechały jeszcze dwie godziny robiąc sobie długi spacer po małym miasteczku napotkanym po drodze, aż zobaczyły różowy neon, który dawniej był napisem z nazwą motelu, zaś teraz był niczym więcej jak plątaniną świecących rurek. Zaparkowały samochód na prawie pustym parkingu, zabrały torbę z przyborami toaletowymi i poszły wynająć pokój. Do niewielkiej sali, która wydawała się tonąć w kurzu dostały się przechodząc przez brudne, obrotowe drzwi, których uchwyty przyklejały się do dłoni. Nawet recepcjonista siedzący za wyświechtaną przegrodą był starym, wysuszonym człowiekiem. Wpisały się do pożółkłej ze starości książki hotelowej i odebrały klucz uważając, by przypadkiem nie dotknąć dłoni mężczyzny. Wspinaczka po schodach zajęła im tylko kilka minut, a już dłonie obu kobiet kleiły się jakby były posmarowane miodem. Oczywiście pierwszą rzeczą, jaką zrobiły zaraz po wejściu do pokoju było udanie się do łazienki, dokładne umycie rąk i wytarcie je w ręcznik, który przywiozły. Coś co wisiało w hotelowej łazience bardziej przypominało ścierkę niż cokolwiek innego. Nie były głodne, więc tylko się wykąpały i położyły do łóżek. Łóżka były dwa i jak cała reszta mebli lata świetności już dawno miały za sobą, co nie przeszkadzało zmęczonym kobietom. Annie zgasiła światło i wsłuchała się w cichy szum wiatru za oknem i w odgłos rzadko przejeżdżających ulicą samochodów.
Rozdział 3
─ Halo! Tony! ─ Krzyczała Annie do telefonu w przydrożnej budce.
─ Anie to ty? Cieszę się, że Cię słyszę. Wczoraj przerwałaś rozmowę tak nagle, a potem nie mogłem już się z tobą skontaktować.
─ Tony, chcę cię prosić, żebyś wszystko pozałatwiał sam. Ja muszę trochę odpocząć i zdecydowałam się wyjechać.
─ A gdzie ty teraz jesteś?
─ Jakieś 250 mil od Ciebie.
─ Już wyjechałaś? Tak nagle?
─ Tak wczoraj zaraz po rozmowie z tobą.
─ To nie możesz wiedzieć, co się stało.
─ Nie. Nic nie wiem.
─ Paul Gluck pojechał wczoraj, tak jak mówiłem, do ciebie. Myślał, że jesteś w domu i nie chcesz mu otworzyć wyłamał drzwi i wszedł do środka. Nie narobił zbyt wielu szkód, bo ale sąsiedzi zadzwonili na policję. Bardzo się o ciebie denerwowałem.
─ To znaczy, że jest aresztowany? – Zapytała Annie z nadzieją w głosie.
─ Nie już go wypuścili.
─ Tonny… gdybyś mógł jakoś zabezpieczyć dom. Przepraszam, że tak cię wykorzystuje.
─ Nie ma o czym mówić. Już się tym zająłem.
─ Jesteś nieoceniony. Naprawdę. Muszę już kończyć zadzwonię do ciebie później. Cześć.
─ Do widzenia Annie.
Annie odłożyła słuchawkę i poszła do samochodu zastanawiając się, czy nie zatrzymać się w tym miasteczku, w którym właśnie były. Doszła jednak do wniosku, że nie powinny ryzykować i dopóki tak dobrze im się jedzie to powinny to wykorzystać i oddalić się jak najdalej mogą. Wsiadła do samochodu, gdzie została obsypana gradem pytań, na które odpowiadała wymijająco.
─ Annie czy wiesz już dokąd jedziemy?
─ Myślę, że byłoby dobrze, gdybyśmy w jakimś miasteczku na północy wynajęły sobie mieszkanie albo dom i tam to wszystko przeczekały.
─ Nie mogę przestać myśleć, że cię w to wciągnęłam.
─ Sama postanowiłam z tobą jechać. Pamiętasz?
─ Tak, ale teraz to Paul na pewno ściga również Ciebie, a nie tylko mnie, a ja nie chcę cię narażać na niebezpieczeństwo.
─ Marione czy masz ze sobą jakieś pieniądze? ─ Zapytała Annie zmieniając temat rozmowy.
─ Nie wtedy ze zdenerwowania złapałam tylko torebkę i wybiegłam z domu, ale mam jakieś 100 dolarów i kartę kredytową.
Ja też nie mam za dużo gotówki, ale mam trzy karty kredytowe, w tym jedną Geoffreya. Jak już znajdziemy jakiś dom, to będziemy musiały za wszystko płacić gotówką. Paul na pewno trafiłby za nami śladem kart.
─ O wszystkim już pomyślałaś. ─ Powiedziała Marione i wygodnie rozsiadła się w fotelu. Obie wsłuchały się w ciche dźwięki rock and rolla płynące z radia. Jechały, a każda upływająca minuta oddalały je od znajomych i przyjaciół. Przejechały już całą Kalifornię i Arizonę. Teraz były w Kolorado, ale postanowiły na dłużej zatrzymać się dopiero w jakimś małym miasteczku w Kanzas.
─ Jak myślisz ─ przerwała ciszę Marione wyrywając Annie z głębokiej zadumy, ─ czy powinnyśmy wynająć mieszkanie czy lepiej zamieszkać w jakimś pensjonacie?
─ Nie wiem. Nie zastanawiałam się nad tym, ale jestem pewna, że znajdziemy coś odpowiedniego. Musimy się gdzieś zatrzymać i zatelefonować do Tonyego.
─ Ja też jestem ciekawa co nam powie, choć z drugiej strony trochę się tego boję. ─ Odparła patrząc przez okno na słońce, które tego wieczora zachodziło nadzwyczaj pięknie i widowiskowo. Niebo mieniło się najróżniejszymi kolorami od ciemnego błękitu da jasnego różu.
─ Annie co ci powiedział Tony?
─ Co? Mówiłaś coś?
─ Tak. Od pół godziny próbuję się dowiedzieć co usłyszałaś od Tonego! ─ Marione była zdenerwowana.
─ Przepraszam. Zamyśliłam się.
─ No więc? Co powiedział Tony?
─ Powiedział, że Paul wyjechał z miasta. On podąża śladem naszych kart kredytowych. To policjant i ma do takich danych dostęp. Opowiedziałam o wszystkim Tonemu, a on poradził, żebyśmy zaopatrzyły się w gotówkę. On tym czasem postara się coś zrobić, podejmie jakieś kroki, żeby nam pomóc.
Zegarek na desce rozdzielczej pokazywał 19:50, kiedy wjechały do małego miasteczka i do zamknięcia jedynego tu banku miały tylko 10 minut. Dziesięć po ósmej wyszły z banku, który mieścił się w białym budynku usytuowanym na rogu dwóch głównych ulic. Teraz miały sporo pieniędzy i trochę lżej im się patrzyło w przyszłość. To dziwne, jak kilka tysięcy dolarów może zmienić punkt widzenia. Nie były ani trochę bezpieczniejsze niż kilka minut temu, a jednak czuły się, jakby znalazły się nagle na zupełnie innym kontynencie, gdzie odszukanie ich byłoby niemożliwe.
Na nocleg zatrzymały się kilkadziesiąt kilometrów dalej, w miasteczku, którego wszyscy mieszkańcy zmieściliby się w jednym budynku dzielnicy Manhattan. Nie było tu żadnego hotelu, ale w małym domku mieścił się prowadzony przez starszą kobietę pensjonat. Weszły na górę do wskazanego pokoju, który był o niebo czyściejszy i przytulniejszy niż w „hotelu bez nazwy”. Właściwie to było tu czyściej nić w jakimkolwiek hotelu. Rano zjadły śniadanie, pożegnały gospodynię i odjechały. Miały nadzieję, że dziś wieczorem, albo jutro rano dojadą już do celu.
─ Wiesz ─ zaczęła mówić Annie, ─ ciekawa jestem, co zrobi Paul, kiedy zorientuje się, że tutaj nasz ślad się urywa. Jestem pewna, że nie zrezygnuje.
─ O na pewnie nie da za wygraną. Jest na to zbyt uparty i zawzięty. On nie zrezygnuje, dopóki ,mnie nie dopadnie. On jest myśliwym, a my zwierzyną i wcale mi się to nie podoba.
Jechały w milczeniu rozmyślając o tym, co je czeka, gdy skończy się ucieczka i czy jeszcze kiedyś będzie im dane zaznać spokoju. Obie kobiety cieszyła myśl, że wreszcie skończy się ich ucieczka. Teraz zaczną się ukrywać, ale to przynajmniej będzie mniej męczące niż ciągłe siedzenie w samochodzie. Przypuszczały, ze jutro około południa dojadą do środkowej części stanu Kanzas i tam znajdą jakieś zapomniane przez ludzi i Boga miejsce. Doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że lepiej mogłyby się ukryć w wielotysięcznym mieście, ale tam ich fundusze szybko by się stopiły. A poza tym nie chciały afiszować swoich nazwisk i o wiele bardziej od wielkomiejskiego gwaru potrzebowały teraz spokoju i odpoczynku.
Annie spojrzała w lusterko i przez chwilę krew przestała prawidłowo płynąć do zamarłego ze strachu serca. Nie mogła oderwać wzroku od tego, co w nim widziała. Zaczęła potrząsać ręką ramię przysypiającej przyjaciółki. Marione w pierwszej chwili nie wiedziała co się dzieje, ale po chwili zauważyła, że Annie cały czas na coś patrzy poruszając bezgłośnie ustami. Fotel aż zaskrzypiał, gdy Marione nagle odwróciła się i spojrzała przez tylną szybę samochodu na drogę za nimi.
─ O Boże ─ wyrwało jej się z ust, kiedy ujrzała niebieską toyotę Paula. Próbowała dojrzeć numer rejestracyjny, ale samochód był jeszcze za daleko. Nic nie mówiły, tylko cały czas patrzyły ze zgrozą na szybko zbliżającą się toyotę. Kiedy ta wreszcie je dogoniła na tyle, by co do wyglądu kierowcy nie było żadnych wątpliwość z ulgą opadła na fotel, Annie też odetchnęła swobodniej. Kobieta w niebieskiej samochodzie włączyła migacz i wyprzedziła je, a po kilku chwilach stała się małym punkcikiem, a po kilku kolejnych zniknęła za linią horyzontu.
Rozdział 4
Mijały tablicę z napisem "SNOWFIELD", kiedy słońce było jeszcze wysoko na niebie. Jechały uliczką, przy której stały śliczne, małe domki z miniaturowymi ogródkami kipiącymi od kwiatów. Od razu wiedziały, że tutaj zostaną. Los Angeles zostawiły ponad 950 mil za sobą, a to powinno w zupełności wystarczyć by czuć się względnie bezpiecznie. Zatrzymały się przy wymalowanym na biało krawężniku i ruszyły w kierunku pensjonatu. Podeszły do dużych, rzeźbionych w drewnie drzwi, które na pewno wzorowo spełniały swoje zadanie chroniąc domowników przed nieproszonymi gośćmi, teraz zaś stały otworem zapraszając klientów. Annie i Marione weszły do holu, w którym panował przyjemny chłód. W jego końcu siedziała kobieta wyglądająca na około 30 lat.
─ Dzień dobry ─ powiedziała Annie podchodząc do kobiety. Marione tylko kiwnęła głową i zaczęła szczegółowo oglądać elementy wyposażenia domu.
─ Dzień dobry ─ odpowiedziała kobieta głosem, który bardziej pasowałby do miłej staruszki niż do niej. ─ W czym mogę paniom pomóc?
─ Szukamy jakiegoś mieszkania. Chciałybyśmy zatrzymać się tu na troszkę.
─ Niestety ja już nie mam wolnych pokoi, jest sezon, a wątpię, czy ktoś wynajmie paniom pokój. Ludzie się boją. Szczególnie teraz po tym wypadku z Emmą Sams. ─ Ton głosu nie należał już do życzliwej staruszki, ale do kobiety uwielbiającej plotkować.
─ Jakim wypadku? ─ Annie wyczuła chęć kobiety do opowiedzenia tej historii komuś, kto jeszcze jej nie znał.
─ Otóż pani Sams była wdową i mieszkała sama w wielkim domu. Aby dorobić sobie do skromnej renty wynajęła pokój pewnej młodej kobiecie. Po miesiącu została zamordowana, tak przynajmniej przypuszczamy, bo jej ciało zniknęło i nie odnaleziono go do dnia dzisiejszego, ale w gazecie pisali, że cała kuchnia zachlapana była krwią, a mówi się, że ślady prowadzą do ściany i nagle się urywają. Zaś jeśli chodzi o mieszka nie to właśnie sobie przypomniałam, że Pan Stendman ma do wynajęcia dom. Panie pierwszy raz w tych stronach. Prawda?
Annie postanowiła wykorzystać skłonność kobiety do plotkowania.
─ Tak. Jestem pisarką i potrzebuję spokoju, żeby zrobić korektę książki.
─ Och to wspaniale. ─ Annie nie bardzo wiedziała co w tym jest wspaniałego, ale kobieta wyglądała na tak szczęśliwą, jakby właśnie wygrała główną nagrodę w totolotka.
Obie przyjaciółki podziękowały i udały się pod wskazany adres. Okazało się, że pan Stendman mieszka we wspaniałej wiktoriańskiej willi pomalowanej na kolor biały. Annie podeszła do furtki i wdusiła przycisk dzwonka. Postanowiły, że Marione zostanie w samochodzie, żeby nikogo nie straszyć swoją poobijaną twarzą. Wystarczy, że kobieta w pensjonacie patrzyła się na nią bardzo podejrzanie. Do furtki podszedł starszy pan z włosami przyprószonymi siwizną podpierając się laską. Annie wyjaśniła mu o co im chodzi.
─ Więc myślę pani…
─ Alliburton.
─ Tak. Pani Alliburton, że powinniśmy się zgodzić na 550 dolarów miesięcznie. To wielki i piękny dom.
─ Tak. Oczywiście zgadzam się. Czy mógłby pan dać mi klucz od razu?
─ Myślę, że tak. Adresu nie potrzebuje paniom podawać, bo jest to wielki, żółty dom na końcu tej ulicy. Nie sposób go nie zauważyć.
Odwrócił się i bez słowa poszedł do swojego domu. Po chwili wyszedł, podał czekającej Annie klucz i bez słowa pożegnania wrócił do domu. Annie wsiadła do auta, w kilku słowach opowiedziała Marione przebieg rozmowy z panem Stendmanem i pojechała w dół ulicy.
Czarne BMW podjechało pod naprawdę wielką, starą willę zbudowaną na wzór barokowych pałacyków, z mnóstwem ornamentów i kolumienek. Annie była zachwycona. Podjechała na podjazd tak, aby łatwo im było przenieść rzeczy z samochodu do nowego domu. Otworzyła drzwi i od progu dopadł ją smród stęchlizny i jakby rozkładającego się zwierzęcia. Otworzyła okna we wszystkich sześciu pokojach na parterze, a także w kuchni i w ogromnym holu. Teraz dopiero postanowiły wejść na piętro. Przypuszczały, że tam będzie kolejne siedem pokoi. Weszły na stopnie i pokonywały drogę na górę z coraz większą trudnością, gdyż smród wzmagał się z każdym krokiem. Na piętrze stał się nie do zniesienia. Marione podbiegła do okna umieszczonego na wprost schodów i otworzyła je na całą szerokość. Czyste, świeże powietrze siłą wdarło się do budynku.
─ Ciekawe, co tu tak śmierdzi? ─ zadała pytanie Annie nie spodziewając się odpowiedzi.
─ Na pewno nie dom, tak nie czuć nawet chlewu. ─ odpowiedziała Marione i z obrzydzeniem skrzywiła nos.
Rozdzieliły się i zaczęły sprawdzać każdy z pokoi. Kiedy Annie zaglądała do drugiemu pokoju usłyszała nagły krzyk Marione. w pierwszej chwili nie wiedziała, co się stało. Przeszło jej przez myśl, że Paul w jakiś sposób je przechytrzył i teraz złapał Marione. pobiegła do pokoju, z którego dochodził krzyk czując, jak jej żołądek zmniejsza się do rozmiarów futbolowej piłki. Stanęła w drzwiach jak wmurowana. Obraz, jaki roztaczał się przed nią był niczym z najgorszego filmu grozy tyle, że efektem specjalnym był tu wszechobecny smród. Na wielkim łożu leżały szczątki czegoś, co dawniej było Emmą Sams, tak przynajmniej przypuszczała.
Policja odjechała o godzinie jedenastej w nocy. Marione zażyła środki uspokajające, Annie nic nie brała, ale ledwie dawała sobie radę. Pościeliły na parterze w salonie, bo tam postanowiły spędzić pierwszą noc. Niestety, zgodnie z tym, co wcześniej powiedziała kobieta nie było żadnych szans na znalezienie jakiegokolwiek innego lokalu w tej chwili, a policja zabroniła im się oddalać dopóki nie złożą wyjaśnień na komisariacie. Spały na wielkich materacach i przy otwartych oknach. Noc była duszna, ale wpadający od czasu do czasu wiatr unosił pozostałości smrodu po ciele pani Sams.
Siedziała w olbrzymim salonie i czytała książę, kiedy ktoś zapukał. Głuche uderzenia w ciężkie, dębowe drzwi rozeszły się cichym echem po starym domu po raz drugi. Marione wstała i ruszyła w ich kierunku. Była sama, Annie; pojechała z rana po zakupy i jeszcze nie wróciła. Marione podeszła do drzwi, zdjęła łańcuch i odsunęła zasuwy. Nie zapytała się kto to, bo była pewna, że to Annie. Po otwarciu drzwi jej zaskoczenie nie dorównywało grozie, która ją ogarnęła. Chyba mniej by się przeraziła, gdyby w drzwiach stała martwa Emma Sams. Paul pchnął drzwi i Marione wpadła na ścianę. Dobiegła do schodów i zaczęła biec na górę, ale za kostkę złapała ją silna dłoń i poczęła nią kręcić, ciągnąc całe ciało w dół. Marione krzyknęła i zaczęła się szamotać. W końcu udało jej się wolną nogą kopnąć Paula trafiając obcasem w brodę i wybijając mu dwa przednie zęby. Wyrwała się i zaczęła wspinać się po schodach w momencie, gdy jej mąż wypluwał resztki zębów i krew. Paul zaczął ją gonić prawie od razu, ale dopadł ją dopiero na piętrze uderzając Marione pięścią w głowę. Uderzenie było dość mocne, aby przerwać delikatną skórę na głowie kobiety, ale nie dość silne, aby straciła ona przytomność. Upadając chwyciła rąbek serwety z małego stoliczka ściągając wazon z czerwonymi gerberami, notatnik, kilka długopisów i nożyczki, którymi zwykle obcinały ogonki kwiatom. Poczuła dotkliwy ból boku z prawej strony. Nie mogła oddychać, gdyż kopniak był wymierzony bardzo celnie. Krew spływająca bokami głowy delikatnie łaskotała ją za uszami. Natrafiła ręką na nożyczki w momencie, kiedy Paul złapał ją za włosy i pociągnął do góry. Marione ostatkami sił odwróciła się i wbiła nożyczki aż po rękojeść w ciało Paula, czując jak metal ociera się o żebra. Krew zaczęła bryzgać po całym korytarzu, zalewając przy okazji twarz kobiety. Paul upadł i znieruchomiał na podłodze. Marione powlokła się do sypialni, położyła się na łóżku, na którym w dalszym ciągu leżały zwłoki pani Sams, ale teraz jej to nie przeszkadzało. Nagle wyrósł przed nią Paul, był cały pokryty krwią, ale nożyczki nie tkwiły już tam, gdzie je zostawiła, lecz były w jego ręku. Trzymał je zamknięte w pięści skierowanej prosto w jej gardło. Zaczął je powoli opuszczać, ruch był coraz szybszy i…
─ O Boże…! Nie!!
Annie obudził przeraźliwy krzyk Marione, zerwała się i podbiegła do materaca przyjaciółki.
─ Nie!! ─ Znowu rozległ się krzyk mącąc ciszę nocy.
─ Marione obudź się! Słyszysz? Obudź się, to ja Annie. To był tylko sen. ─ Annie zaczęła potrząsać przyjaciółką złapawszy ją za spocone ramiona. Kropelki potu i łzy spływały po twarzy Marione. Objęła Annie i przytuliła się do niej.
─ Annie, to był on. To był Paul. Ja go…
─ Cicho, to był tylko sen.
─ Ale on był taki realistyczny. Myślałam, że to już koniec, a jeżeli mu się uda? Co wtedy zrobimy?
─ Nie damy mu się.
─ Pani Alliburton proszę się nie denerwować i opowiedzieć wszystko bez emocji.
─ Łatwo panu mówić, bez emocji. To nie pan znalazł w łóżku rozkładającego się trupa.
─ Wiem, że to jest trudne, ale musimy wiedzieć o tej sprawie jak najwięcej. Od 43 dni próbowaliśmy znaleźć ciało pani Sams i nadal chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś o jej lokatorce ─ mówił policjant do Annie siedzącej na krześle ustawionym przy biurku. Na komisariat przyszła sama, Marione nie czuła się dobrze i wolała przejść się po sklepach. Annie nie mogła zrozumieć, dlaczego Marione nie chciała zostać sama w domu. Ostatnio zachowywała się coraz dziwniej.
─ Pani Alliburton proszę powiedzieć wszystko jeszcze raz od początku i będziemy to mieć już za sobą.
─ No dobrze. Przyjechałyśmy tu wczoraj około południa, poszłyśmy do hoteliku, gdzie powiedziano nam, iż pan Stendman ma do wynajęcia dom. Pojechałyśmy do niego, a potem pod wskazany adres. Kiedy weszłyśmy do domu panował nim okropny smród. Z początku myślałyśmy, że tak śmierdzi dom ponieważ był zamknięty. Obejrzałyśmy cały parter i pootwierałyśmy wszystkie możliwe okna, potem weszłyśmy na górę. Od razu zrozumiałyśmy, że coś jest nie tak. Tak nie mógł śmierdzieć dom, to musiało być coś innego. Zaczęłyśmy otwierać okna tak jak na parterze no i wtedy ją znalazłyśmy. Resztę pan zna.
─ Tak bardzo pani dziękuję. ─ Annie podniosła się z zamiarem wyjścia, ale zatrzymał ją głos policjanta. ─ Nurtuje mnie jeszcze jedno. Proszę mi powiedzieć, dlaczego panie tu przyjechały? Czy może panie tu kogoś znają?
─ Nie. To był czysty przypadek. Wyruszyłyśmy na wakacje i to miasteczko bardzo nam się spodobało. Czy chce pan wiedzieć coś jeszcze?
─ Nie. Bardzo pani dziękuję za pomoc. Do widzenia.
─ Do widzenia ─ odpowiedziała Annie, ale po chwili odwróciła się przodem do policjanta i zadała pytanie. ─ Gdzie mieszkała Emma Sams?
─ W budynku, który graniczy z parcelą wynajmowaną przez panie. Tamten dom przeszukaliśmy, ale nikomu nie przyszło do głowy, żeby sprawdzić po sąsiedzku.
─ Dziękuję bardzo. Do widzenia – powiedziała w wyszła z komisariatu na główną ulicę miasteczka, gdzie czekała już na nią Marione. Przyszły tu pieszo, bo chciały zobaczyć jak się prezentuje ta mieścina. Zdawały sobie sprawę, Że obejście nawet całego miasteczka nie zabierze im zbyt wiele czasu, więc szły bardzo powoli starając się wchłonąć panującą tu atmosferę spokoju i normalności. Było to typowe, małe miasteczko. Znajdowały się tu dwa sklepy spożywcze, jedna księgarnia, mała biblioteka, cukiernia i budka z różnościami prowadzona przez bardzo miłą i rozmowną starszą kobietę, od której dowiedziały się jak dojechać nad oddalone o około osiem kilometrów jezioro, gdzie podobno tętni w tej chwili prawdziwe życie. Oczywiście w miasteczku nie zabrakło niewielkiego, ale dobrze utrzymanego parku. W pogodne, takie jak dzisiaj popołudnie, park tętnił życiem i wypełniony był gwarem rozmów mieszkańców miasta. Mieszkańcy spotykali się tu by porozmawiać, posiedzieć i odpocząć. Dzieci ganiały za zwierzętami, które znajdowały się w parku w bardzo dużej liczbie. Z tego, co zdążyła zauważyć Anie, były tu psy, świnka morska, dwa chomiki, biała mysz i ogromna ropucha skubiąca podsunięty jej liść sałaty. Wszystko to sprawiało wrażenie niesamowitej sielanki i normalności. Minęły dwie głośno rozmawiające kobiety, z których jedna trzymała na rękach kota rozmiarów sporego pieska. Podobnie jak jego pani kot również był pochłonięty, ale bynajmniej nie rozmową. Z ogromnym zaciekawieniem przyglądał się tłustej białej myszy, która uciekała właśnie swojej właścicielce. Oczywiście „pani koci” nigdy nie pozwoliłaby, żeby jej pupil dobrał się do jakiejś myszy, a już na pewno nie do ulubionej myszy sąsiadów. W parku było tak wesoło, że zarówno Annie jak i Marione na chwilę zapomniały o nieprzyjemnościach ostatnich dni. Prosto z parku poszły do sklepu, a potem do domu. Miały ochotę powycierać kurze, zmienić pościel i dokładnie, bez pośpiechu obejrzeć cały dom, potem chciały zająć się ogrodem. Jak już wcześniej zauważyły ogród był duży, ale mało zarośnięty. Poprzedni właściciel musiał o niego dbać. Annie poczuła głód, od śniadania nic jeszcze nie jadła. Po krótkim lunchu poszły na piętro i zaczęły sprzątać. Na piętrze mieściły się dwa salony jeden duży, drugi mniejszy, dwie sypialnie, mała biblioteka i pokój do pracy, w którym stało tylko biurko i kilka zakurzonych szafek. Piętro mieściło też pokój dzienny i ogromną łazienkę z ubikacją. Sypialnie były urządzone skromnie, ale wygodnie. Nocna szafka z ciemnego dębu i dość obszerne łóżko pod oknem. Szafa, mała i większa komoda, nocna lampka i kilka drobiazgów należących do poprzednich właścicieli domu dopełniały umeblowania. Biblioteka była małym pokoikiem z wielką ilością książek, pięknymi, rzeźbionymi w drewnie meblami i z biurkiem z jasnego, orzechowego drzewa. Salony nie były tak wytworne, jak ten na dole, ale były schludne i wygodnie urządzone, mogły służyć jako pokoje gościnne. Postanowiły, że będą zajmowały jedną sypialnię, gdyż łóżko w dalszym ciągu czuć było niedawną obecnością pani Sams. Kiedy posprzątały całą górę, zrobiło się już późno i nie było sensu brać się za parter. Zjadły kolację i poszły spać. Zamknęły nie tylko drzwi wejściowe od frontu i kuchni, ale także od sypialni. Annie zgasiła światło i czekała na sen, który jak na złość nie chciał akurat nadejść. Zazdrościła Marione jej spokojnego i głębokiego snu. W pewnym momencie usłyszała za ścianą szmery, a potem powolne stąpania. Ktoś chodził po pokoju ciągnąc za sobą nogi, ten ktoś musiał być zmęczony, albo stary. Annie przebiegł dreszcz strachu po plecach. Wysunęła rękę spod kołdry i zaczęła po omacku szukać przełącznika nocnej lampki. Chciała zapalić światło i zobaczyć, czy to oś nie czai się w ich sypialni. Po kilku nieudanych próbach w końcu udało jej się trafić na przełącznik, ale światło się nie zapaliło. Annie z powrotem cofnęła rękę i szczelniej okryła się kołdrą przysuwając się do Marione. Teraz nie słyszała już żadnych odgłosów. Leżała nasłuchując, aż w końcu nadszedł długo oczekiwany sen i Annie odpłynęła w nieświadomość dołączając do Marione. Po śniadaniu już z mniejszym entuzjazmem zabrały się do sprzątania parteru. Marione zajęła się wielkim stylowym salonem, a Annie biblioteką. Książki leżące na półkach takich samych, jak na piętrze były grubo pokryte kożuchem kurzu. Biblioteka była duża, co najmniej dwa razy taka jak na pierwszym piętrze. Oprócz książek znajdowała się tu piękna, stara sofa z dwoma fotelami, ława i kominek, w którym paliło się drewnem. Annie od razu poczuła, że ten pokój będzie jej ulubionym, wydawał się bezpieczny mając mocne, wykonane z drewna drzwi i kraty zwalniane przyciskiem od środka na dwóch szerokich oknach. Kiedy Annie posprzątała pokój, poszła do salonu pomóc Marione.
─ Byłaś w bibliotece? ─ zapytała się Annie wchodząc do salonu. Marione podskoczyła nieprzygotowana, że usłyszy czyjś głos.
─ O przepraszam. Nie chciałam cię przestraszyć.
─ Nic się nie stało. Zamyśliłam się i nie słyszałam jak wchodzisz.
─ W bibliotece jest na prawdę przytulnie. Jak na razie to ten pokój najbardziej mi się podoba.
─ Muszę go zobaczyć, jeszcze tam nie byłam ─ powiedziała Marione jednocześnie pochylając się i wybierając popiół z kominka.
─ Musimy dziś zadzwonić do Tonyego – rzekła Annie i zabrała się do polerowania wielkiego stołu.
─ wiem. Właśnie o tym myślałam. Jestem bardzo ciekawa, co nam powie. Przyznam, że trochę się tego boję.
─ No! Cały dom lśni czystością. ─ Annie z aprobatą rozejrzała się po salonie. ─ Teraz pod prysznic i na pocztę.
Marione podniosła się z klęczek i również poszła do kuchni.
─ Bardzo mi się tu podoba ─ mówiła Marione, kiedy jechały na pocztę.
─ Mnie również.
Zjechała z ulicy i zatrzymała samochód przy budynku poczty. Annie poszła zatelefonować, a Marione czekała na nią w samochodzie. Annie wróciła po dziesięciu minutach.
─ Tonego nie było w domu, ale zostawił nam wiadomość. Ramage powiedziała, że Paul dzwonił i pytał, czy Tony przypadkiem nie wie czy wróciłyśmy, albo dokąd pojechałyśmy.
Marione odetchnęła z ulgą. Sama nie wiedziała co chciała usłyszeć, ale wiadomość, że Paul nie wiedział gdzie ich szukać przyniosła jej ulgę. Uśmiechnięte zdecydowały swoje małe zwycięstwo uczcić dużymi lodami.
Annie przez cały dzień coś robiła i teraz, kiedy siedziała w bibliotece i patrzyła na płomienie skaczące po belce drewna umieszczonej w kominku przypomniały jej się odgłosy, które słyszała poprzedniej nocy. Opowiedziała o nich Marione, która nie starała się ukryć niezadowolenia.
─ Coś tu jest nie tak, wszystko się komplikuje ─ mówiła zdenerwowana Marione. ─ Najpierw pijaństwo Paula i śmierć Geoffreya, potem trup pani Sams, a teraz te odgłosy. Ktoś się na nas uwziął. Nie wierzę, aby to wszystko było dziełem przypadku.
─ Nie denerwuj się tak. Nie wyobrażam sobie, co jeszcze może nas spotkać złego. Teraz już czeka nas tylko to, co dobre. Wystarczająco dużo już wycierpiałyśmy.
Annie chciała dodać coś jeszcze, ale na górze coś się przewróciło i zaczęło mrugać światło. Marione wcisnęła się głębiej w sofę, a Annie wstała z fotela i podeszła do przestraszonej przyjaciółki. Usiadła obejmując ją i nasłuchując, czy znowu czegoś nie usłyszy. Tym razem nic już nie mąciło ciszy poza ich przyśpieszonymi oddechami i cichymi odgłosami palącego się leniwie drzewa, światło też przestało już mrugać i teraz zalało bibliotekę strumieniem białej poświaty. Zrobiło się gorąco, więc Annie podeszła do kominka i zasłoniła ogień szklanym ekranem. Wstały i poszły do łazienek, a następnie położyły się spać. Obie prawie od razu usnęły. Kiedy zegar wybił godzinę drugą, za ścianą rozległ się szelest nóg na podłodze i cichy, stłumiony śmiech starszej kobiety.
Rozdział 5
Dopiero rano, przy świetle dziennym odważyły się wejść do pokoju, w którym na początku znalazły Emmę. Po wejściu okazało się, że wszystko znajduje się na swoim miejscu.
─ Annie spójrz tu! ─ krzyknęła Marione─ ─ Tu na nocnym stoliku. Jestem pewna, że przedtem tego nie było.
Na szafce leżała książka Dickensa i okulary w brązowej oprawie, jakich używa się do czytania. Annie podeszła bliżej i zobaczyła, że łóżko nie było posłane tak samo jak przedtem, ale tym razem wolała nic Marione nie mówić. Wyszły z domu i idąc po pięknej zielonej ulicy obserwowały ludzi i rozmawiały o tym, co zauważyły rano, i co miało miejsce wieczorem. Z daleka rozpoznały pochyloną postać idącą z przeciwka pomagając sobie laską.
─ Dzień dobry paniom ─ przywitał się lekko skłoniwszy głowę.
─ Dzień dobry panie Stendman.
─ Jak się paniom podoba dom?
─ Bardzo. Jest naprawdę uroczy. ─ odparła Annie
─ Tak stare domy mają swoją duszę.─ powiedziała Marione. Nie chciała stać na uboczu i tylko biernie się przysłuchiwać.
─ Z moich okien widać okna sypialni waszego domu. Wczoraj któraś z pań nie mogła spać prawda?
─ Tak, nie mogłam zasnąć. ─ odparła szybko Annie, a Marione popatrzyła na nią ze zdziwieniem.
─ Emma zawsze czytała książki, potrafiła czytać całe noce – ciągnął starzec. ─ Dlatego zwróciłem na to uwagę. Byłem przyzwyczajony, że w jej sypialni całą noc pali się światło. Muszę już iść. Do zobaczenia.
─ Do widzenia. ─ odpowiedziała Marione.
─ Panie Stendman ─ zwróciła się Annie do odchodzącego starca. ─ Czy pani Sams czytała Dickensa? ─ Tak a skąd pani wie?
─ Widziałam jej podpis chyba na wszystkich jego książkach w bibliotece. Ja również bardzo go lubię. Do widzenia.
─ Do widzenia.
Marione zbladła i przygryzła dolną wargę.
─ Dlaczego skłamałaś, że nie mogłaś spać w nocy?
─ A co mu miałam powiedzieć? ─ zapytała się Annie. ─ Że przyszła Emma zza grobu, żeby sobie poczytać?
─ Masz rację. To nie brzmi zbyt przekonująco. Ale skąd wiedziałaś, że to ona?
─ Mówiłam ci, że słyszałam kroki starszej osoby.
─ Prawda mówiłaś ─ przyznała Marione niechętnie. Na tym skończyła się ich rozmowa. Poszły do domu, ale nie miały ochoty ze sobą rozmawiać. Chciały wszystko przemyśleć. Wieczorem po wczesnej kolacji wzięły proszki na sen i poszły spać. Tej nocy za ścina panowała zupełna cisza.
Pan Stendman wrócił do domu około szóstej. Cały czas siedział w parku i byłby tam jeszcze, gdyby nie zgłodniał. Otworzył drzwi i wszedł do holu. Odwiesił laskę i poszedł do kuchni. Zrobił sobie kanapkę i przeszedł z nią do salonu. Włączył telewizor i zaczął oglądać jakiś film. Od piętnastu lat mieszkał w tym domu sam, od kiedy został wdowcem. Znał każde miejsce i każdy szmer wydawany przez ten stary dom. Zawsze go lubił. Kupił go dla siebie i Pameli. Wiedli tu szczęśliwe życie przez prawie czterdzieści pięć lat. Mieszkał tu od pięćdziesięciu lat, ale dziś dom wydał mu się jakiś inny, taki nienaturalnie cichy. Zgasił telewizor i poszedł na piętro do łazienki, potem do sypialni i położył się do łóżka. Wstał, podszedł do okna i wyjrzał przez nie, ale w domu który wynajął nie paliło się już żadne światło.
Leżał i czytał. Jak zwykle nie mógł usnąć. W pewnym momencie uszu jego dobiegł dziwny szmer w salonie na parterze. Potem ciche, powłóczące kroki rozległy się na schodach. Nigdy nie zamykał drzwi od sypialni, ale był pewien, że drzwi wejściowe zamknął dokładnie. Kroki powoli zbliżały się do sypialni, kroki kogoś zmęczonego, ale wyraźnie należące do człowieka. Wstał i ruszył w kierunku drzwi, wtedy one otworzyły się na tyle, by ukazać dawno niewidzianą twarz starej przyjaciółki. Emma Sams stała w drzwiach taka, jaka była przed śmiercią. Starzec cofnął się mimowolnie, gdy zobaczył w jej ręku nóż. Emma ruszyła w jego kierunku powoli podnosząc nóż do góry. Stendman stał sparaliżowany lękiem. Nóż ze świstem opadł wbijając mu się w pierś. Z gardła wyrwał mu się słaby krzyk, który przeszedł w bulgot. Krew ochlapała pościel i ściany na kolor czerwony. Emma nachyliła się nad nim zadając kolejne ciosy. Zadawała je jeszcze długo po jego śmierci. Potem wstała, odwróciła się i wyszła. Na schodach słychać było stukot nóg i śmiech morderczyni.
Annie wstała, zjadła śniadanie i wyszła, nie czekając, aż Marione się obudzi. Poszła po coś do jedzenia, przechodząc koło kiosku zobaczyła doży nagłówek "PSYCHOPATA MORDUJE W SNOWFIELD". Podeszła i kupiła gazetę. Stanęła za kioskiem i zaczęła czytać. Im więcej czytała, tym większe ogarniało ją przerażenie.
"Psychopata morduje w Snowfieid"
W nocy 23 na 24 sierpnia został w bestialski sposób zamordowany długoletni obywatel Snowfieid R. Stendman. Zginął od 23 uderzeń nożem w klatkę piersiową. Najdziwniejszy jest jednak fakt, że całe mieszkanie było zabezpieczone od wewnątrz, zabójca zaś nie pozostawił żadnych śladów swej obecności oprócz ofiary. Pozostaje tajemnicą, jak dostał się on i jak opuścił dom denata.
Nie mogła uwierzyć, że coś takiego mogło się przydarzyć tak miłemu człowiekowi jak pan Stendman. Annie pragnęła jak najszybciej znaleźć się w domu i opowiedzieć o wszystkim Marione. Szybko ruszyła z powrotem i już po kilku minutach była w domu. Marione już nie spała i właśnie jadła śniadanie, kiedy Annie wpadła do mieszkania. Nie zamknęła nawet kuchennych drzwi za sobą. Podała Marione gazetę i usiadła roztrzęsiona na krześle. ─ To niewiarygodne ─ powiedziała po przeczytaniu Marione.
─ Przecież pan Stendman był naprawdę miłym człowiekiem, wątpię, czy miał w tym miasteczku jakiś wrogów.
─ Przeczytałaś dwa ostatnie zdania?
─ Tak, ale nic z tego nie rozumiem. ─ odrzekła zdezorientowana Marione. ─ A mnie się wydaje, że rozumiem. Byłaś dzisiaj w sypialni „Emmy”…
─ Annie! ─ krzyknęła Marione. ─ Chyba nie myślisz, że ona, że Emma Sams miała z tym coś wspólnego. To niemożliwe, przecież ona nie żyje.
─ Wiem ! Wiem, że to brzmi głupio i niedorzecznie, ale ja to po prostu wiem i już.
Poszły na górę, kiedy dochodziły do drzwi, Annie modliła się, ale sama nie wiedziała o co ─ Co mogło być dowodem na niewinność trupa? Annie weszła, rozejrzała się po pokoju. Nic się nie zmieniło od ich poprzedniej wizyty. Marinę szła tuż za nią.
─ Annie naprawdę uważam, że to niemożliwe. Annie otworzyła książkę chcąc sprawdzić, czy zakładka tkwi nadal w tym samym miejscu─ Strona była ta sama, ale czerwonym tuszem zakreślono cztery słowa "NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH". Marione zobaczywszy zakreślone słowa wybiegła z sypialni. Annie zamknęła książkę i podążyła za nią. Znalazła ją w ogrodzie.
─ Boże. Ja chyba tracę zmysły, nie wiem co o tym myśleć. To wszystko jest ponad moje siły. ─ Marione zaczęła szlochać.
─ Marione nie martw się, jeżeli chcesz to dziś, albo jutro rano możemy pojechać dalej na północ. Skierowały się z powrotem do domu. Powietrze było parne i zanosiło się na deszcz. Kiedy podeszły do drzwi kuchennych zauważyły, że były one zamknięte─ Annie szarpnęła kilka razy za klamkę, ale drzwi nie ustępowały. Odwróciła się i poszła do drzwi frontowych, które powinny być zamknięte, gdyż nikt ich jeszcze dzisiaj nie używał. Marione szła za nią Wiatr musiał zawiać i zamek w jakiś sposób zaskoczył. próbowała tłumaczyć.
Drzwi od frontu stały otwarte na oścież, więc weszły do budynku. Annie poszła do kuchni i stanęła jak wryta. Ciężki łańcuch był założony tak, że ten kto zamknął drzwi nadal musiał pozostawać w domu, albo wyjść od frontu. Poszła do salonu i zastała tam siedzącą przyjaciółkę. Powiedziała, że to wiatr trzasnął drzwiami i stary zamek zaskoczył. Nie chciała jej bardziej denerwować. Usiadła w fotelu i zapatrzyła się w zieleń rosnącą za oknem, chciała wstać, wziąć torby i wyjść nie oglądając się za siebie, a jednak nie mogło, coś ją tu trzymało, coś ją fascynowało. Nagle z góry dobiegł ich stłumiony chichot, trzaśniecie drzwiami i znów chichot tylko jeszcze cichszy. Annie wstała i zaczęła nasłuchiwać. W domu panowała teraz tylko cisza. Marione również wstała i zaczęła iść na górę, robiąc wrażenie, jakby niczego nie słyszała, a może rzeczywiści to jej się tylko wydawało?. Resztę dnia spędziły w ogrodzie, chodząc i rozmawiając. Wieczorem wcześnie położyły się do łóżka, ale najpierw dokładnie zamknęły drzwi od sypialni i podparły klamkę krzesłem. Czując się bezpiecznie włączyły sobie telewizor i zaczęły oglądać emitowany właśnie film. Usnęły nie gasząc telewizora. Obudziło je dopiero słońce wpadające przez okno następnego dnia. Obudziły się w dużo lepszym nastroju niż wczorajszy. Nie miały ochoty siedzieć cały dzień w domu, ani włóczyć się po małym Snowfield. Zdecydowały, że pojadą do większego miasta oddalonego zaledwie o 60 kilometrów─ Po niecałej godzinie jazdy, zaczęły mijać pierwsze miejskie zabudowania. Były to niewielkie domki jednorodzinne, dostosowane do potrzeb typowych rodzin amerykańskich. Wszystkie pomalowane były w pastelowych kolorach, gęsto obsadzone drzewami, krzakami i trawą, Oczywiście trawa obcięta była z dokładnością co do milimetra. Nienagannie utrzymane chodniki i ulice nadawały tej dzielnicy specyficzny i miły wygląd. Annie nie przyznawała się do tego głośno, ale cieszył ją ten wyjazd z Marione, a w szczególności to, że nie musi biernie siedzieć i rozmyślać. Zatrzymały się na parkingu i weszły do wielkiej hali sklepowej. Wyszły po godzinie niosąc ogromne paczki ─ Zapakowały je do samochodu i poszły do małego baru po dwa ogromne hamburgery. Wsiadły do samochodu i ruszyły w drogę powrotną, ale tym razem pojechały drogą dłuższą. Chciały zwiedzić przy okazji okolice, w których się znalazły.
─ Marione wiesz, cały czas nurtuje mnie pytanie, co się stało z Barbarą.
─ Z kim?
─ No wiesz z Barbarą Brown, lokatorką Emmy.
─ Ja się raczej zastanawiam, co się stało z Panem Stendmanem, a raczej dlaczego to się stało i kto to zrobił.
─ To wszystko brzmi nieprawdopodobnie. Sama pomyśl, morderca nie miał możliwości wejść, ani wyjść nie pozostawiwszy jakiegoś wyraźnego śladu, wiesz, zapomniałam ci wcześniej powiedzieć, ale sprzątając biblioteką znalazłam mnóstwo książek o okultyzmie.
─ Różni ludzie mają różne zainteresowania. No nareszcie dojeżdżamy jestem zmęczona i głodna po tych zakupach. ─ Marione skierowała rozmowę na inne tory.
─ O tak, takich zakupów dawno nie robiłam. ─ Zapadał już zmrok, kiedy podjechały pod dom rozmawiając o zrobionych zakupach. Wysiadły, zabrały sprawunki i poszły do drzwi.
─ Annie spójrz, w sypialni na piętrze pali się światło.
─ Widocznie musiałyśmy zostawić zapalone. ─ Marione poszła do kuchni zanieść zakupy i przygotować kolację, a Annie wspięła się po schodach, aby zgasić światło. Podeszła do drzwi i otworzyła je, lecz nie padł na nią blask zapalonej lampy. W pokoju było niemal idealnie ciemno. Zdziwiona zamknęła drzwi, odwróciła się i poszła na dół.
─ No i co?
─ No i nic, zgasiłam lampę i po sprawie – sama nie bardzo rozumiała dlaczego to powiedziała.
─ To co? Może zjemy kolację?.
─ Masz rację. Co zjemy?
─ Musimy dokończyć wczorajszą pieczeń.
─ Nie mam nic przeciwko temu.
Nie rozmawiały wiele przy kolacji. Ani Annie, ani Marione nie miały ochoty zbyt dużo mówić tym bardziej, że temat "zakupy" wyczerpały już w samochodzie, a co najważniejsze na wyjazd z miasteczka zdecydowały się następnego dnia rano. Po kolacji, gdy już posprzątały naczynia i uporządkowały zakupy poszły na górę do sypialni i zanurzyły się w zimną pościel, która dotychczas nie wyzbyła się wilgoci. Obie usnęły dość szybko. Po kolacji, gdy już posprzątały naczynia i uporządkowały zakupy poszły na górę do sypialni i zanurzyły się w zimną pościel, która dotychczas nie wyzbyła się wilgoci. Obie usnęły dość szybko.
Głuchy trzask wyrwał Annie ze snu. W pierwszej chwili nie wiedziała, co się dzieje i gdzie jest, lecz po kilku sekundach wszystko sobie przypomniała. Dźwięk powtórzył się, dobiegał z dołu tego była pewna. Wyciągnęła rękę, aby obudzić Marione, ale jej dłoń napotkała tylko zimne prześcieradło. Sięgnęła do przełącznika i po chwili światło zalało pokój oślepiając Annie. Kiedy oczy przyzwyczaiły się już do światła wstała i ruszyła w kierunku drzwi, wychodząc na ciemny korytarz znów usłyszała, jak coś ciężkiego upadło na podłogę. Była tak przerażona, że ledwie mogła oddychać. Schodząc po ciemnych schodach zastanawiała się, jak szybko może bić serce zanim wyskoczy z piersi. Wśród niezmąconej, grobowej ciszy jaka nastąpiła po ostatnim uderzeniu, słyszała tylko swój o wiele za szybki oddech i głośne bicie serca. Nareszcie dotarła na dół i mogła włączyć światło, blask lamp przyniósł jej pewną ulgę. Zastanawiała się, kto był na tyle głupi, że wyłącznik światła umieścił na dole.
─ Marione! ─ Głos podsycany strachem zabrzmiał o wiele za głośno, a okropna cisza domu podniosła go do krzyku przerażonej kobiety. Annie ruszyła w kierunku kuchni, przy której znajdowały się schody do piwnicy. Mijając drzwi biblioteki, usłyszała cichy krzyk. Teraz już była pewna, że te dźwięki dochodzą spod podłogi. Drzwi do piwnicy stały otworem. Z dołu dobiegły jej odgłosy szamotaniny. Chciała znowu zawołać Marione, ale bała się odezwać. Zaczęła powoli schodzić po schodach sunąc ręką po ścianie, wreszcie zahaczyła nią o coś lekko wypukłego. Odetchnęła z ulgą i nacisnęła włącznik światła. Niestety w piwnicy była tylko jedna dobra żarówka, a to o wiele za mało, jak na tak ogromną przestrzeń. Annie uważnie stawiając stopy na drewnianych stopniach była przygotowana do natychmiastowego odwrotu, w razie gdyby jakiś zdradziecki stopień skrzypnięciem wydał jej obecność, nawet nie pomyślała, że ktoś, kto był na dole na pewno został ostrzeżony przez światło, które zapaliła.. Jej nerwy pracowały na najwyższych obrotach. Pot spływał po policzkach i skapywał na koszulę nocną. Szła i szła, lecz wydawało się, że schody nigdy nie będą miały końca. Poczuła ostry ból stopy i o mało nie krzyknęła. Podniosła zranioną nogę do góry, ale słabe światło pojedynczej żarówki nie pozwalało dojrzeć zbyt wiele. Odwróciła się z zamiarem opuszczenia piwnicy, kiedy coś tępo uderzyło w ścianę. Odwróciła się z powrotem i zaczęła wchodzić w rzednący od lichej żarówki mrok. Bosą stopą dotknęła klepiska co zasygnalizowało jej, że schody właśnie się skończyły. Ruszyła w kierunku, z którego dochodziły odgłosy skrobania. Na końcu piwnicy zobaczyła znajomą sylwetkę.
─ Marione? ─ niepewnym głosem zapytała Annie. Marione odwróciła się twarzą do niej podnosząc ręce na wysokość oczu. Dłonie miała zwrócone ku Annie, a wygięte palce tworzyły szpony. Po całych dłoniach spływała krew i skapywała z nadgarstków na klepisko podłogi. Twarz Marione wykrzywiał okropny grymas, który miał być uśmiechem. Annie poczuła, jak nogi się pod nią uginają. Upadając usłyszała warknięcie.
Słońce świeciło prosto na twarz śpiącej Annie i pieściło delikatnie jej skórę. Annie była obficie spocona, leżała na łóżku w pozycji płodowej, z podkurczonymi nogami, a pościel zmięta, zgarnięta była w róg łóżka. Powoli zaczęła otwierać oczy.
O Boże, ależ to był koszmar. ─ Powiedziała wyciągając ręce do góry i przeciągając się. ─ Cholera, jeszcze kilka takich snów i się wykończę.
Zsunęła nogi z łóżka i wstała. Kiedy tylko lewa noga dotknęła podłogi Annie poczuła okropny ból. Usiadła na łóżku i podciągnęła lewą stopę na prawe kolano. Pomiędzy palcami tkwił duży kawałek drewna. Annie zaczęła go delikatnie wyciągać. Po paru bolesnych sekundach osiągnęła wreszcie cel. Teraz nie wiedziała, co ma myśleć. Czy to jej się śniło, czy nie, a jeżeli nie, to kto ją tu przyniósł, nie pamiętała, żeby sama wchodziła na górę. Szybko się ubrała i zeszła do kuchni, po drodze sprawdzając drzwi do piwnicy. Były zamknięte. W kuchni nie było nikogo. Nie miała ochoty na śniadanie. Przeszła do salonu po drodze zaglądając do wszystkich pomieszczeń. Marione nigdzie nie było. Znów weszła na górę i zaczęła przeszukiwać całe piętro zaczynając od biblioteki w końcu korytarza. Tu także nie znalazła Marione. Zostały jej już tylko dwa pomieszczenia, gdzie jeszcze nie zajrzała, czyli piwnica i nieużywana sypialnia. Podeszła do drzwi sypialni i nacisnęła klamkę. Drzwi utworzyły cienką szparkę. Annie pchnęła je mocniej i weszła do pokoju. Na łóżku, w miejscu gdzie przedtem leżały zwłoki pani Sama leżała teraz Marione. Była blada i miała sine usta. Ręce miała pozawijane przekrwionymi bandażami.
─ O Boże. Marione! ─ Krzyknęła Annie podbiegając do łóżka. Zaczęła nią potrząsać i szlochając wołać po imieniu. Dopiero po upływie kilku chwil zrozumiała, że przyjaciółka jest nieprzytomna. Wybiegła z pokoju, zadzwoniła po szeryfa i na pogotowie. Policjanci odjechali około południa zostawiając Annie samą w wielkim domu. Annie miała ochotę od razu stąd wyjechać, ale nie mogła zostawić samej Marione w szpitalu. Poszła na górę i spakowała rzeczy swoje i Marione. Potem zaniosła walizki do samochodu i uruchomiła silnik. Podjechała do pensjonatu, w którym zatrzymały się, gdy tylko zajechały do tego felernego miasteczka. Wynajęła pokój, którego okna wychodziły na ulicę i poszła spać. Obudziła się w środku nocy, leżała i nie mogła zasnąć. Miała ogromną ochotę zobaczyć jeszcze raz dom, coś w tym starym budynku okropnie ją przyciągało. Ubrała się i wyszła na ciemną, pustą ulicę. Powietrze było chłodne, ale zarazem czyste i orzeźwiające. Powoli idąc przypominały jej się wszystkie chwile, jakie spędziła z Marione, a było ich naprawdę dużo, teraz ona szła do jakiegoś domu z duchami, gdy jej najlepsza przyjaciółka leżała w szpitalu z pozdzieranymi do kości rękami. Nie zauważyła, kiedy podeszła pod dom i stojąc patrzyła na okna na piętrze. Były ciemne. A zresztą ─ pomyślała ─ czego się idiotko spodziewałaś, przecież tam nikogo nie ma. Sama zamknęłaś ten pieprzony dom i uciekłaś, jak jakiś strachliwy szarak. Zawróciła i szybkim krokiem ruszyła do pensjonatu. Jeszcze tylko raz odw