Veya - Rodział II
Zanim uzdrowicielka zdążyła się odezwać, ciągnął dalej z rosnącą pasją:
- Mistrz Keroven powiada, że jeśli nie posłucham, krew mnie rychło zaleje, albo też inne jakieś nieszczęście się przytrafi – Pokaźny brzuch opięty aksamitnym kubrakiem gęsto wyszywanym złotą nicią aż zatrząsł się z oburzenia. – Poradził, żebym pieszo chodził, jak sługa z najbiedniejszego domu, pojmujecie, pani Bargatho? I obrzydliwe jakieś mikstury pijać. Zadręczyć mnie chyba chce na śmierć, a ponoć jestem chory!
Kobieta, do której kierował te słowa, uzdrowicielka, która cieszyła się w Estelli rosnącą sławą, westchnęła w duchu.
Na Bogów – pomyślała obserwując, jak twarz jej pacjenta przybiera kolor surowej wątroby, która trochę przydługo leżała na rzeźniczym straganie – jeszcze mi tutaj padnie tknięty nagłą apopleksją i zaraz wyzionie ducha.
- Lekarstwo nie jest po to, żeby dogodzić podniebieniu – odezwała się łagodnie. – Na uparty chwast czasem jedynie ogień pomoże, a na chorobę – gorzka mikstura. – Nie dając swojemu rozmówcy dojść do słowa, mówiła szybko dalej. – A czy wiecie, panie, czym jest w ogóle choroba? Otóż zjawia się wtedy, gdy w ciele człowieka czegoś jest zbyt dużo, albo za mało. W istocie jest to brak równowagi. Dla przykładu, jak myślicie, czemu, gdy ktoś zraniony, przede wszystkim trzeba mu krew zatamować?
- Bo jak jej za dużo wypłynie, to umiera. Czyli, że w środku za mało zostaje – mruknął Hemrid. – Pojmuję.
- Od razu widać, że umysł macie bystry – pochwaliła uzdrowicielka bezwstydnie przypochlebiając się wielmoży. – A gdyby było na odwrót?
- To by się człek chyba rozpękł. – Hemrid roześmiał się głośno z własnego konceptu, ale zaraz zerknął na nią z niepokojem. – Jak mówicie? Za dużo? To chcecie mi krew puszczać?
- Czasem trzeba, ale to tylko na krótko pomaga. Po prawdzie nie idzie o to, że za dużo w was krwi, ale że zbyt gęsta, ciężka. Dlatego i wam ciężko się ruszać – dodała wyrozumiale. Tak naprawdę człowiek ten zawdzięczał swoje dolegliwości jedynie własnemu lenistwu oraz rozkoszom stołu, w których najwyraźniej znajdował wielkie upodobanie. – Żyła od tego może pęknąć, dlatego krew trzeba jak najszybciej rozcieńczyć.
- Ale jak?
- Dam wam proszek, który się na to stosuje. Oprócz tego, naprawdę musicie zważać na jadło.
Szlachcic sapnął gniewnie, już gotów protestować, ale Bargatha nadal nie pozwalała sobie przerwać.
- Dobre to muszą być rzeczy – ciągnęła niezrażona Bargatha. – Stać was, jak myślę? Otóż mięso najlepsze: z cieląt jedynie, albo białe ptactwo. Świeży owoc, a w zimie suszony, nic co tłuste i gęste jest, to się samo przez się rozumie. Ani stare, a przyprawami smak oszukany. Trzeba wam dobrze przypilnować kucharza. Na dodatek podobne, jak wiadomo ściąga podobne, a więc jedynie co młode i niezepsute dobre jest dla was.
- Młode wino?
- A choćby. Czy to naprawdę te stare, przeszłe zapachem zbutwiałej beczki najlepsze? Nie lepsze piwo świeżym chmielem pachnące?
- Hm. – Pan Hemrid z zakłopotaniem podrapał się po nosie. Bargatha czując, że jest gotów dać się przekonać, szybko mówiła dalej:
- A na koniec, musicie wstrząsów wszelakich unikać, od których krew się burzy. Znaczy to, że powozem po wyboistych drogach trząść się nie można. Konia zażywajcie przy każdej okazji i niech on ma krok lekki, miękki i żwawy, niech was wiatr swobodny owiewa i rześkie powietrze. Od razu lepiej wam będzie.
Miała nadzieję, pan Hemrid nie doszuka się w tych poradach sprzeczności. Jej zdaniem powinien przede wszystkim pozbyć się nadmiaru ciała.
Szlachcic w zamyśleniu pocierał podbródek.
- Zgrabnie to wywodzicie, trzeba wam przyznać – rzekł po chwili. – Ano, dobrze. Bardzo mi was polecano i nie bez racji widzę, chociaż młoda taka jesteście, że strach.
Bargatha dygnęła z wdziękiem, udając, że bierze jego słowa za komplement.
- Do nauk ojca się stosuję, których mnie udzielać od dziecka zechcieli, nie mając syna na dziedzica swej wiedzy – powiedziała, świadoma, że takie wyznanie od razu wzbudzi większą ufność w jej umiejętności. – A wam też jeszcze młodość wróci, zobaczycie. Proszek jeszcze dziś zrobię, do wieczora służący wam odniesie.
Hemrid ociężale powstał z siedziska, strzepnął jakiś pyłek z poły i skierował się ku drzwiom.
- Co do zapłaty... – przypomniał sobie macając po kieszeniach za sakiewką.
- Nie należę do cechu, szlachetny panie. Tyle mogę jedynie wziąć, ile sami zechcecie ofiarować. Dajcie mojemu człowiekowi, co wola, kiedy wam dostarczy lekarstwo.
- Aha, dobrze. – Skinął jej głową i opuścił pokój.
Bargatha przez chwilę w zamyśleniu spoglądała na drzwi, które się za nim zamknęły. Miała nadzieję, że szlachcic rzeczywiście będzie postępował, jak mu radziła i przeżyje jeszcze ładnych parę lat we względnym zdrowiu. W przeciwnym razie nie dawała mu nawet roku, a choć nie wzbudzał w niej szczególnej sympatii, wpadała w złość, ilekroć jej wysiłki poszły na marne.
Wyjrzała do przedsionka, żeby zobaczyć, czy nikt więcej nie oczekuje na poradę, a stwierdziwszy, że nie, przeszła do sąsiedniej izby, w której zazwyczaj przygotowywała swoje proszki i wyciągi. Zajęta ucieraniem i odmierzaniem składników, nie dosłyszała pukania, dlatego ze zdziwieniem popatrzyła na służącego, który naraz pojawił się w drzwiach.
- Kupiec Ogrell ma do was słowo, jakbyście znaleźli chwilę – powiedział sługa przepraszającym tonem, wiedząc już z doświadczenia, że jego pani nieraz przy pracy zapomina o bożym świecie, a gdy jej przeszkodzić, potrafi być bardzo opryskliwa.
- O, nie wiedziałam, że jest w mieście – odparła żywo, tym razem wcale nie okazując niezadowolenia. – Poproś go, poproś, do świetlicy. I niechaj Heda coś nam poda.
- Jasna rzecz, pani. – Ogrell cieszył się u pani Bargathy szczególnymi łaskami, o tym także wiedziano w domu. Ujrzawszy go przed gankiem gospodyni już zaczęła przygotowywać poczęstunek.
Bargatha odłożyła moździerz, wytarła starannie ręce w szmatkę i wstała, żeby udać się do wewnętrznych pokoi.
Duża izba stanowiąca centralne pomieszczenie domu była urządzone trochę wygodniej niż pomieszczenie, w którym uzdrowicielka przyjmowała pacjentów, lecz również bez zbędnego luksusu. Gdy weszła, jej gospodyni i kucharka w jednej osobie zdążyła już poustawiać na stole kielichy i koszyk z ciastami. Wkrótce pojawiła się znowu niosąc oburącz kamionkowy dzbanek przykryty czystą szmatką.
Ogrell, mężczyzna około lat pięćdziesięciu, zażywny, o pełnej, rumianej twarzy stał przy drzwiach. Mimo lat i pewnego nadmiaru ciała, ruchliwy i żwawy, energicznie poganiał dwóch swoich pachołków, którzy właśnie wnosili do środka sporych rozmiarów drewnianą skrzynię. Na widok wchodzącej Bargathy ukłonił się zamaszyście.
- Z pozdrowieniami od mojego pana – powiedział dając jednocześnie znak tragarzom, żeby wyszli, co też uczynili w pośpiechu uprzednio szurnąwszy niezgrabnie nogami. – Przesyła wam suszone śliwki i inne łakocie i co tam jeszcze.
- Dziękuję – odrzekła Bargatha zapraszając go gestem do stołu. – Jakże się miewa pan Tavellen?
- Dobrze, jak zwykle. – Ogrell pokazał duże, nieco tylko przyżółkłe zęby w szerokim uśmiechu. – Zajęty bardzo, ledwie z komnaty wychodzi, bo jakieś nowe księgi przyszły, co je zamawiał aż z Trifu. A, i jedwabie. Jest tu dla was w skrzyni piękna sztuka na suknię.
- No, no. – Bargatha się roześmiała. – Jakie księgi?
Kupiec wzruszył ramionami okazując zupełny brak zainteresowania dla tej materii.
- Ale... – Podniósł na nią bystre spojrzenie. – Pani, to wy nic nie wiecie? Myślałem, że już was zastanę gotową do drogi. No, mój pan to będzie rad, że ho, ho!
- O czym mam wiedzieć? – zdumiała się Bargatha.
- No, przecież.... Nie wiecie! – Wykrzyknął. Na jego twarzy pojawił się prawie komiczny wyraz zdziwienia, a potem triumfu. – Naprawdę!
- Co takiego, Ogrellu? – zapytała zniecierpliwiona.
- Przez chwilę żem myślał, że wy... Ale przecież nie siedziałybyście sobie jakby nigdy nic?
Bargatha z ciężkim westchnieniem wzniosła oczy ku powale.
- Już wszystko wam mówię – zapewnił kupiec pośpiesznie. Mimo to widać było, że nadal delektuje się chwilą. Bargatha znając go nie od dziś, dobrze wiedziała, że żadne ponaglanie nie da pożądanego efektu. - Otóż, myśmy, pani przyjechali do Estelli wczoraj, o zmroku prawie. – Za późno, żeby was nachodzić po nocy. W gospodzie żeśmy stanęli i tam się ciekawe rzeczy mówiło. O tkaczu niejakim i – zawiesił głos – o Begrillu.
- Ach, o Begrillu. – Bargatha zmarszczyła brwi, zapominając, że miała nie przerywać. – I co się o nim mówiło?
- Że tego tkacza pan z Ekdy podłym sposobem przywiódł do ruiny, z rana mieli go wywłaszczać. To posłałem siostrzeńca, żeby popatrzył, co się będzie działo. I mój chłopak wszystko widział, jako przed wami stoję! – Ogrell roześmiał się głośno, niezdolny dłużej cedzić słowa. – Begrilla już nie ma, pani. Nie żyje!
- Co? – krzyknęła Bargatha. – Co mówisz? Żarty jakieś?
Kupiec potrząsnął energicznie głową. Napił się z kielicha, który postawiła przed nim służąca i z ukontentowaniem otarł usta.
- Ale tam, żarty! Teraz już Pan i Pani z nim mają kłopot w Zaświatach.
- Jak? – Bargatha na poły nie wierząc w to co słyszy, miała ochotę mocno potrząsnąć zadowolonym z siebie kupcem. – Jak to się stało? Tkacz go uśmiercił, czy co?
- Nie tkacz. – Ogrell nagle spoważniał. – Obcy jakiś, ponoć z Kernnu przybyły. W twierdzy teraz siedzi, bo tam się patrol straży napatoczył. Z obu stron go zaszli i po dobrej woli się poddał. Dziw, bo przedtem... Powiadam wam, pani, pachołek w latach przecie, nie dziecko, a przez cały ranek trząsł się w sobie, niczym z przerębli wyjęty, przez to, co tam pod domem tkacza oglądał.
Bargatha pokiwała głową na znak, że rozumie i przynajmniej na razie nie pragnie wysłuchiwać wszystkich szczegółów.
- Czary? – spytała krótko.
Ogrell z zakłopotaniem podrapał się po głowie.
- Ano, podobnież tak. Chłopak mówi, że Begrill urok rzucił, aż tam ludzi pokładło na ziemię, ale temu nic. A potem, to już żelazo poszło w ruch. Trzech ludzi miał ze sobą Begrill i wszyscy… – Ogrell znacząco przejechał palcem po gardle.
- Trzech – powtórzyła Bargatha krzywiąc lekko usta, po czym westchnęła. – No, dobre i to. A tamten, to mówicie, Kernneńczyk?
- Takem słyszał. Imię – Egren chyba.
- Ciekawe.
Bargatha zamyśliła się. Siedziała opierając brodę na dłoni i niewidzącym spojrzeniem błądziła po komnatce. Ogrell, który znał ją tak jak i ona jego, widział, że teraz lepiej zamilknąć. Milczał więc i popijał wino, całkiem niezłe, które sam zresztą dostarczył do tego domu za poprzednią bytnością. Pani Bargatha zamruczała coś do siebie, przygryzła wargi. W końcu podniosła na niego wzrok.
- Dalej masz tego znajomka? – spytała – Mówiłeś mi kiedyś – kancelista, czy pisarz w Wieży… Ten, któremuś srebra na długi kościane pożyczał, pamiętasz?
- Jakże by nie? Ojców jego znałem w młodości. Ale źle żem zrobił, dobry pieniądz pchając w nicponia, bo mi jeszcze ani miedziaka nie oddał.
- Ja ci oddam za niego – powiedziała Bargatha niecierpliwie. – Idź zaraz i sprowadź go tutaj. Powiedz, że jest okazja zapracować na sztukę srebra czy dwie.
***
Bargatha uniosła głowę znad pożółkłej stronnicy. Dawny kopista używał przesadnie ozdobnego stylu, powyginane, ginące wśród licznych zawijasów litery łatwo męczyły wzrok. Przetarła oczy i rozejrzała się dookoła. Dzień miał się ku końcowi, po kątach układały się cienie. Nic dziwnego, że linijki tekstu rozpływały się jej przed oczyma. Powinna by zawołać o światło. Chociaż, właściwie – skończyła.
Ogarnęła spojrzeniem stół, który przypominał małe pole bitwy. Na blacie oprócz kodeksów w powycieranej oprawie walały się karty i karteluszki. Niektóre zapisane w połowie, inne zmięte w kulkę. Część bezceremonialnie i nierówno pocięta na mniejsze skrawki, które poprzylepiała na brzegu, używając w tym celu chlebowych kulek umaczanych w winie. Dzban i częściowo opróżniony półmisek też tu były, zatem pewnie jadła południowy posiłek. Sądząc z wyglądu resztek, jakiś pasztet, jabłka. Nie bardzo sobie mogła przypomnieć. Na karcie zawierającej starannie przepisane z kodeksów fragmenty leżał ogryzek służąc za przycisk do papieru. Zdjęła go ostrożnie dwoma palcami i wrzuciła do pucharka po winie. Jeszcze raz przeczytała, co zapisała.
Nadal była zdziwiona, bo rozwiązanie znalazło się samo, zdumiewająco dobrze pasując do jej zamierzeń. Tkwiło, proste i jasne, pośród pożółkłych ze starości stronic.
Jakie szczęście, że w tej dziedzinie kochają tradycję – pomyślała. – Albo też nikomu nie chciało się od nowa przepisywać opasłych tomów. Dość, że obecny domen Este, wzorem poprzedników, przyłożył swoją pieczęć, zapewne wcale nie czytając i wobec tego prawo nadal obowiązuje.
Wstała od stołu, przeciągnęła się, popatrzyła w ciemniejące okno.
Pora jak najbardziej właściwa, zdecydowała nie mogąc jednocześnie powstrzymać ziewania. Dzień był męczący od samego rana, lecz jeszcze się nie skończył. Wciąż miała jedną rzecz do zrobienia.
Służący nie zdziwił się zbytnio słysząc, że jeszcze wychodzi. Nie raz bywało, że szła do chorego nie bacząc na porę. Bez słowa wziął w rękę grubą laskę i stanął u drzwi, gotów jej towarzyszyć.
Dopiero gdy dotarli na miejsce, nie wytrzymał i burknął nie kryjąc niesmaku:
- Tu was wezwali? To już do jutra poczekać nie było można? Dla jakiegoś obwiesia...
Znajdowali się przed furtką w murze, która prowadziła na dziedziniec należący do starej twierdzy – obecnie więzienia.
Bargatha uspokajająco poklepała go po ramieniu.
- Zaczekaj na mnie – powiedziała. – Długo nie zabawię.
Została wpuszczona bez kłopotu. Wprawdzie, gdy wyłuszczyła dozorcy swoją sprawę, ten ze zdumienia wytrzeszczył oczy, ale złota półkorona, którą wsunęła mu w rękę uczyniła stosowne wrażenie. Ukłonił się nisko i powiódł ją za sobą.
Musieli minąć wartownię, gdzie jeszcze jeden strażnik więzienny i, co dosyć niezwykłe, dwaj uzbrojeni gwardziści ze stacjonującego w mieście garnizonu umilali sobie czas grą w kości. Mężczyźni obejrzeli się za nią ciekawie, ale żaden nie próbował jej zatrzymywać, ani nawet nie spytał, do kogo idzie. Tak jak przypuszczała, to, że krewni przychodzili tu czasem, żeby odwiedzić któregoś z osadzonych było rzeczą najzupełniej normalną. Pełniący służbę w twierdzy zapewne przywykli uzupełniać swój żołd o pochodzące od nich datki.
Bargatha szczerze wątpiła, żeby dozorca przyznał się towarzyszom, jaką tym razem otrzymał zapłatę, ale było to jej obojętne. Złoto, czego można się było spodziewać, uczyniło go nader usłużnym.
Prowadził ją przez kręte korytarze na dół, oświetlając drogę latarnią. Kiedy dotarli na najniższy poziom, Bargatha zatrzymała się mimo woli. Ściany pokryte tu były wilgocią, a strop tak niski, że w przejściach nawet ona musiała pochylać głowę. Powietrze miało zapach stęchlizny i jeszcze czegoś nieuchwytnego, co sprawiło, że zimny dreszcz przebiegł jej po plecach.
- Tędy, pani – Dozorca także przystanął. W półmroku nie widziała wyraźnie jego twarzy, ale odniosła wrażenie, że uśmiecha się złośliwie pod nosem. – Uważajcie na stopnie, bo nie bardzo widać.
A więc można zejść jeszcze niżej.
Skinęła głową, zebrała w dłoń fałdy obfitej spódnicy i ostrożnie wkroczyła na wąskie schodki.
Widziała, jak dozorca zerka na nią spod oka próbując odgadnąć kim jest. Z rozmysłem ubrała się lepiej, niżby należało idąc w takie miejsce. Chciała, żeby ją uznał za damę bogatą i szlachetnie urodzoną, która pragnie jedynie zaspokoić przelotną zachciankę.
Pewnie – uśmiechnęła się do siebie w ciemnościach. – Taka pani mogłaby zapłacić złotem, żeby zerknąć na więźnia, napatrzeć się z bliska mordercy, zanim zetną mu głowę, a potem mieć się czym chwalić w towarzystwie.
- Tutaj.
Korytarz zakręcił ukazując kilka par drzwi okutych blachą przynajmniej ćwierćcalowej grubości. Dozorca zaczął manipulować przy pierwszych, próbując odemknąć klapkę umieszczoną mniej więcej w połowie ich wysokości. Szarpnął mocno, sapnął ze złości, najwyraźniej skobel się zacinał.
- Nie potrzeba klucza? – zapytała Bargatha, bacznie obserwując jego poczynania.
- Nie, pani. Tylko do głównego zamka. Przecie mówiłem, że nie mogę pozwolić wam wejść – dodał tonem usprawiedliwienia. – Zakazane jest.
- Tak, oczywiście.
Westchnęła niedosłyszalnie przypominając sobie, że widziała kółko z kluczami wiszące na ścianie wartowni. Szkoda.
Kiedy znaleźli się sami w wąskim przejściu, naszła ją pokusa sięgnięcia po sztylet sprytnie ukryty pod suknią.
Z dozorcą poradziłaby sobie sama, była tego niemal pewna. Jednak żołnierze na górze, to już całkiem co innego. I ich mogłaby wprawdzie spokojnie pozostawić zamkniętemu w celi mężczyźnie nie troszcząc się zbytnio o wynik starcia, ale najpierw musiałby się on znaleźć po przeciwnej stronie tych drzwi.
Z trudem powstrzymała cisnące się na usta przekleństwo. Brak szczęścia i tyle. Szczerze wątpiła, aby ten, kto umieścił tu taką ilość żelaza zdawał sobie sprawę, że stanowi ono również potężną magiczną przeszkodę. Wprawdzie niektórzy z dawniejszych budowniczych brali te sprawy pod uwagę, lecz drzwi wyglądały na dosyć nowe. Wyważenie ich zwykłym sposobem wymagałoby kilku wprawnych ludzi zaopatrzonych w odpowiednie narzędzia i nie dałoby się zrobić tego po cichu.
Zatem znów złoto. – pomyślała z niechęcią. – Cóż, po to w końcu jest. Czyż przysłowie nie mówi, że otwiera ono wszelkie bramy?
Dozorca uporał się wreszcie z zardzewiałym ryglem, odsunął klapkę i zaprosił ją gestem, żeby zajrzała do środka. Bargatha skwapliwie przysunęła się do drzwi.
Ze śmierdzącej łojem świecy pozostał na podłodze zaledwie ogarek, ale wciąż dawał dość światła, by można było ogarnąć wzrokiem całe niewielkie pomieszczenie. Więzień siedział na rzuconym wprost na kamienną podłogę sienniku. Długie nogi w zakurzonych butach wyciągnął przed siebie, głowę miał opuszczoną na piersi, twarz ukrytą w cieniu. Można by sądzić, że drzemie. Jeśli słyszał głosy za drzwiami oraz szczęk odsuwanej zasuwki, nie dał tego po sobie poznać. Mimo to Bargatha doznała nieprzyjemnego uczucia, że jest w pełni świadom jej obecności i obserwuje ją nawzajem z ową niepokojącą mieszaniną skupienia i obojętności, z jaką spoglądają na człowieka niektóre zwierzęta. Niewzruszone. Czujne.
Drapieżnik – pomyślała znowu czując ciarki na plecach. – Czy na pewno mądrze czynię chcąc wypuścić go z klatki?