Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Veya - Rozdział I

riyall ·

Wydawało się, że głos dzwonu z zamkowej wieży zwiastujący północ przebrzmiał ledwie chwilę temu, a już przez szpary w okiennicach zaczynało się sączyć blade światło poranka. Wiosenna noc ma niewiele godzin. Czuwającemu samotnie z początku czas może się dłużyć, ale potem przyspiesza i już jest nowy dzień, o wiele za szybko, jeśli ten ktoś nie spodziewa się, aby przyniósł mu co dobrego.
Kesten, mistrz tkacki z Estelli, siedział na twardej ławie, jednym z niewielu sprzętów, jakie pozostały w izbie niegdyś służącej za sypialnię córek, zanim obie kolejno znalazły sobie mężów i opuściły dom. Myśleli z żoną, żeby zagospodarować jakoś to pomieszczenie, lecz odkładali ów projekt wobec pilniejszych spraw, teraz zaś...
Przynajmniej dziewuchy, jedna i druga dostały jakiś posag – pomyślał z gorzką satysfakcją. – Za to syn, miał odziedziczyć warsztat, nic dla niego nie zostanie, jeśli nie gorzej. Dajcie Bogowie, żeby nie gorzej – modlił się w duchu. – Chłopak jest pracowity, da sobie radę w życiu. Byle tylko miał własne życie, takie zwyczajne, choćby i w biedzie
Na dole słychać już było pierwsze odgłosy krzątaniny, w kuchni szczękały garnki. Jeszcze trochę, a rodzina zejdzie się przy śniadaniu, potem zjawią się czeladnicy, aby rozpocząć codzienną pracę, nieświadomi jeszcze, że być może od jutra będą musieli się rozejrzeć za nowym zajęciem. Powinien ich uprzedzić, lecz jakoś nie miał serca, ani, po prawdzie, odwagi.
Wstał ociężale, próbując wygładzić na sobie pomięte odzienie. Zakłuło go w boku, nie pierwszy raz w ciągu ostatnich kilku dni, czasem ciężko mu było głębiej odetchnąć.
Bogowie, starość, a tu przyjdzie zaczynać wszystko od początku, zatroszczyć się jakoś o małżonkę i o chłopaka. Skąd wziąć na to siły? – pomyślał z przygnębieniem.
W kuchni Vesa już nakładała do miski gorącą owsiankę. Gdy wszedł, postawiła naczynie na stole, gestem zapraszając, by siadał do jedzenia. Popatrzyli sobie w oczy, oboje tak samo strapieni, po dwudziestu z okładem latach niewiele im było trzeba słów, żeby się nawzajem zrozumieć.
Kesten przełknął kilka łyżek, nie czując wcale smaku strawy. Vesa szepnęła coś do kucharki, na co kobieta pokiwała głową, po czym wzięła duży kosz z przypiecka i wyszła. Gospodyni zastąpiła ją przy kuchni, mieszając kopyścią w dużym garnku.
- To dziś? – zapytała cicho.
Kesten zgarbił się nad miską.
- Ano, tak.
- Może pan Begrill zgodzi się...
- Już mi rzekł przez swojego człowieka, że dłużej czekać nie będzie.
Usta Vesy utworzyły wąską kreskę, kłykcie palców zaciśniętych na drewnianym trzonku pobielały.
- Ja dalej umiem prząść – powiedziała ze smutkiem. – I będę, ale... Sześćdziesiąt talarów! – wybuchnęła nagle. – Dom z warsztatem ledwie tyle są warte, albo i nie całkiem. Na miłosierną Panią, jak to możliwe?
- Tak jest zapisane u faktora – rzekł ponuro Kesten. – Sprawdziłem.
- Wszak to jawne oszustwo. Do sędzi by pójść!
- Faktor poświadczy, co mu Begrill każe. Zresztą samo jego słowo starczy, przecież – urodzony!
Kesten omal nie splunął na podłogę, ale powstrzymał go widok wyszorowanych niemal do białości desek. Ten dom razem z kuchnią i podłogą mógł już jutro nie należeć do niego, lecz stare odruchy pozostały. Trzeba uszanować starania małżonki, zawsze takiej czystej, gospodarnej. Czuł, że zbiera mu się na płacz, szybko zamrugał oczyma i jeszcze niżej opuścił głowę, nie chcąc, żeby dojrzała łzy w jego oczach.
- Nie powinienem był brać tej roboty! – sapnął, zły na samego siebie. – Stary głupiec ze mnie, połakomiłem się.
- Kto mógł przypuszczać? – westchnęła Vesa. – Chociaż nie od dziś takie rzeczy o nim mówią...
Prawda, pan Begrill z Ekdy nie cieszył się w mieście i okolicy dobrą opinią.
Jednakowoż zamówienie na pięć dużych dywanów, którego znaczną część zapłacono z góry, to nie było coś, co jakikolwiek rzemieślnik odrzuciłby z lekkim sercem. Piękne miały być, w sam raz do pańskiego domu. W dodatku Begrill wyłożył srebro na zakup specjalnie barwionego jedwabiu, który trzeba było sprowadzić z daleka. Kesten wziął to na siebie, sam płacąc kupcom, a potem ciężko pracował przez całą zimę. Nawet przyjął dodatkowego ucznia, żeby zdążyć w umówionym terminie.
Pan Begrill ani razu nie zajrzał do warsztatu, ani nawet nie przysłał sługi z zapytaniem, jakby go wcale nie ciekawiły postępy zleconej pracy. Po prostu kazał sobie odesłać dywany, wszystkie pięć naraz, gdy już będą gotowe. Wtedy miał też uregulować resztę należności.
Kesten z początku bardzo był rad. Myślał sobie, że Begrill okazuje prawdziwie pańskie maniery, nie jak inny, który raz wyłożywszy pieniądz, gotów byłby dzień w dzień stać człowiekowi nad głową. Pochlebiało mu okazane zaufanie. Dopiero poniewczasie zaczął nabierać podejrzeń.
Bo i jakżeby nie? Pożar w składziku, gdzie prawie nic innego nie było wydał mu się naraz wręcz przeciwny naturze. Jak zaprószono ogień, skoro nikt poza nim tam nie wchodził, a i to tylko za dnia? Zapaliło się w nocy. Płomienie strawiły owoc paromiesięcznej pracy, ale oszczędziły przyległą szopę, gdzie trzymano przędzę i sznurki.
Dość już nieszczęśliwy z powodu wypadku, Kesten prawdziwy wstrząs przeżył, gdy udał się do miejscowego faktora, aby omówić sposób wyrównania zleceniodawcy straty. Przy wsparciu cechowej braci, dałby radę, wiedział o tym. A tu się okazało, że w księgach zapisano ponad trzy razy tyle, ile naprawdę wziął od Begrilla.
Dwa dni później pan z Ekdy przysłał posłańca.
- Syn Kabri u niego służy – odezwała się naraz Vesa przerywając tok myśli męża. Gdy Kesten obrócił na nią nic nie rozumiejące spojrzenie, dodała: – No, tej mojej niby kuzynki, co to z mężem mają gospodarstwo na wzgórzach. Taka tam i rodzina, ale jak się widzimy na targu, pomówić wypada. Stąd wiem.
- Aha. I co? – Z trudem oderwał się od własnych myśli.
- A to, że Kabri co wspomni, to tylko płacze z żałości, jak się chłopak zmienił, odkąd tej służby. Do domu nie zajrzy, a jak go kiedyś w rynku spotkała, nawet nie spojrzał na nią, póki go po imieniu nie zawołała. A i wtedy ledwie coś burknął i poszedł. Kabri powiada, że jakiś taki skrzywiony chodzi, niby przetrącony przez krzyże. Tedy martwi się. Cóż ten Begrill ze swoimi wyprawia, no?
Kesten skulił się jeszcze bardziej przy stole. Nie wyjawił jeszcze żonie wszystkiego, a teraz sam nie wiedział, jak to uczynić. Najchętniej zatkałby sobie uszy, albo uciekł, żeby tylko dalej nie słuchać.
- Nie od dzisiaj różności o nim powiadają – ciągnęła nieubłaganie małżonka. – Jakoby najgorszych ku sobie ściąga, takich, że strach w ulicy spotkać, wywołańców i gorzej nawet. Z takich sobie drużynę zbiera, a to dlatego, że z panem Jenkelem o ziemię wojują. Nie dla poczciwego człowieka towarzystwo to jest na pewno. A jeszcze... – Vesa skrzyżowała palce i odpukała kostkami palców o drewnianą pokrywkę. – Mówią, że on się mocami zabawia, choć przecie żaden z niego mistrz czarodziej. Nieszczęście taki jeszcze na siebie i tych co przy nim sprowadzi!
- E, gadanie – wybąkał Kesten czując jednocześnie, jak mu się żołądek zaciska w lodowatą kulę ze strachu. Do niego też docierały podobne plotki. – Moda taka u państwa, w niezwyczajne piórka się stroić i tyle.
- Ale...
- Cichaj już.
Do kuchni wszedł właśnie ich niespełna szesnastoletni syn Gefid, a za nim jeden z czeladników.
Wysoki i jak na swój wiek postawny, o czystej, rumianej cerze i ujmującym uśmiechu Gefid odziedziczył po matce gęste brązowe włosy, które układały się w fale i jasnoniebieskie oczy. Dziewczęta z sąsiedztwa zaczynały się już za nim oglądać.
Chłopak ukłonił się ojcu, a potem zbliżył do Vessy. Pocałował ją w ramię i zaraz ściągnął pajdę chleba spod łokcia. Roześmiał się głośno, gdy matka zwichrzyła mu czuprynę. Zwrócił się znów do Kestena.
- Jacyś ludzie do was przyszli – powiedział beztrosko pojadając kromkę posmarowaną świeżym masłem. – Przed domem czekają.
- Już? – Tkacz spojrzał na żonę, której opadły ręce. – Pójdę. – Wstał od stołu i niemal powłócząc nogami ruszył do wyjścia.
Rzeczywiście czekali. Rozpoznał pachołków Begrilla. Dwóch z nich widział już wcześniej, od pierwszego razu napędzili mu strachu.
Niższy, ten o wiecznie zaropiałych oczach, stał oparty o jeden ze słupków podtrzymujących ganek, co chwila tarł palcami powieki. Drugi, ostrzyżony prawie do gołej skóry, w kaftanie nabijanym żelaznymi ćwiekami przysiadł na stopniu. Jego policzki były poznaczone siecią drobnych blizn, które wyglądały, jakby mu ktoś dawno temu ponacinał skórę tępą brzytwą. Patrzył przed siebie ze znudzoną miną obserwując człowieka, który wlókł się powoli przygięty pod ciężarem dwóch dużych łagwi na drewnianym nosidle. Mleczarz dostrzegł go także i wyraźnie przyspieszył kroku szybko znikając w zaułku. Znów dookoła nie było żywego ducha.
- Pozdrowieni – mruknął Kesten niepewne.
Żaden nie odpowiedział. Człowiek z bliznami nawet na niego nie spojrzał. Ten drugi gwałtownie szarpnął głową, ruchem podbródka wskazując za siebie.
Teraz dopiero do uszu Kestena dotarł dźwięk podków uderzających o bruk. Dziwne, że nie usłyszał tego wcześniej, wszak jeździec był już całkiem blisko.
Oto zjawił się pan Begrill z Ekdy we własnej osobie, a towarzyszyło mu jeszcze dwóch zbrojnych podążających za nim pieszo. Na ten widok Kestena ogarnęły jak najgorsze przeczucia.
Szlachcic dosiadał pięknego rumaka o lśniącej, czarnej sierści i dzikim spojrzeniu. Odziany w czarne aksamity skrzące się klejnotami, z gładko zaczesanymi, ciemnymi włosami i kolczym kapturem opuszczonym na ramię wyglądał niczym budzący grozę rycerz – czarnoksiężnik, jeden z tych, których dawnymi laty, jeszcze przed Wielką Wojną rozsyłał Nieprzyjaciel, by pustoszyli ziemie ludzi.
Ściągnął wodze zatrzymując wierzchowca pod samymi schodkami. Choć jego ruch wydawał się łagodny, koń stęknął boleśnie i wygiął masywną szyję niemal dotykając chrapami piersi. W nozdrza nieszczęsnego zwierzęcia wpięto żelazne dudki połączone łańcuszkiem z resztą ogłowia.
Begrill uniósł dłoń w skórzanej rękawicy.
- O zaraniu bożego dnia, pokój temu domowi – przemówił cichym, płaskim głosem, od którego Kestenowi przeszły ciarki po grzbiecie.
Niezdolny odpowiedzieć, skłonił się tylko głęboko. Zauważył, że Begrill wcale na niego nie patrzy, lecz błądzi wzrokiem gdzieś za jego plecami. Rzucił okiem za siebie i zobaczył, ze żona, syn, obaj czeladnicy, wszyscy wyszli przed dom. Zdumieni i lekko przestraszeni, również kłaniali się Begrillowi. Szlachcic uśmiechnął się zimno w odpowiedzi.
- Ach – powiedział zatrzymując spojrzenie na Gefidzie, między wąskimi wargami zabłysły drobne, białe zęby. – Widzę, że dobijemy targu.
- Panie – wyjąkał przerażony Kesten. – Możecie wziąć wszystko. Dom, warsztat, krosna. Resztę spłacę. Na pewno spłacę – dodał w desperacji widząc, jak blade oblicze Begrilla wykrzywia się z gniewu.
- Jak już mówiłem – wycedził szlachcic nadal na niego nie patrząc – twój syn u mnie odpracuje cały dług. Tak będzie najlepiej dla mnie i dla was.
- Co? – To był jęk Vesy, która zaraz zasłoniła sobie usta dłońmi.
- Podejdź tu chłopcze. – Ton mówiącego się zmienił. Głos zabrzmiał miękko, przyzywająco. – No, dalej, lepsza przyszłość cię czeka u mnie, niż tutaj. Swój rozum już chyba masz?
Gefid zrobił jeden niepewny krok w jego stronę, potem drugi. Na jego twarzy malowało się oszołomienie. Nie wyglądało na to, żeby zrozumiał choć słowo z tego, co powiedział Begrill, ale i tak coś go do niego ciągnęło.
- Nie! – krzyknął nagle Kesten nie wiadomo skąd czerpiąc odwagę.
Złapał syna za ramię, potrząsnął i mocno odepchnął do tyłu. Stanął w rozkroku zasłaniając go swoimi plecami.
- Nie, panie – powtórzył stanowczo.
Begrill zmrużył oczy. Na jego wysokich kościach policzkowych wykwitły dwie szkarłatne plamy. Obejrzał się na swoich ludzi i syknął coś przez zęby.
Mężczyzna, który do tej pory obojętnie podpierał ganek w jednej chwili zwinął się w miejscu i skoczył. Nie jak człowiek – na nogi, ale z ciałem wyciągniętym poziomo, z zakrzywionymi w szpony palcami sięgając daleko przed siebie, żeby jak najszybciej dosięgnąć ofiary.
Kesten skamieniały ze strachu nie zdążył nawet drgnąć zanim potężnie pchnięty nie runął na plecy. To go trochę otrzeźwiło, spróbował strząsnąć z siebie napastnika. Prawie mu się udało, lecz nagle wrzasnął z bólu, gdy Begrillowy pachołek z całej siły zacisnął mu zęby na przedramieniu, którym tkacz odruchowo osłonił sobie szyję. Po raz drugi Kesten zakrzyczał już z czystego przerażenia widząc z bliska, tuż przed swoją twarzą oczy tego czegoś, co przedtem wziął za człowieka, a co teraz usiłowało mu przegryźć gardło. Napotkał bowiem spojrzenie bestii.
Zawarczało. Nie, to był pełen boleści charkot, który przemienił się w jeszcze bardziej upiorny skowyt. Stworzenie, które było kiedyś pachołkiem Begrilla naraz rozluźniło chwyt i zaczęło się cofać. Odpełzało do tyłu powoli, niezgrabnie, niczym krab, któremu ktoś nadepnął na skorupę.
Kesten szarpnął się, odkopnął wciąż przygniatające go ramię i jakoś zdołał stanąć na nogi. Skoczył w kierunku domu ledwie zauważając krew spływającą mu po zranionej ręce.
Gefid i zapłakana Vesa kurczowo tulili się do siebie. Jeden z czeladników gdzieś zniknął, drugi stał sztywno z nienaturalnie wytrzeszczonymi oczyma. Kesten chciał objąć żonę i syna, ale nowy dźwięk sprawił, że stanął jak wryty.
Koń Begrilla zarżał ostro i zadrobił w miejscu nogami, aż iskry poleciały spod kopyt. Ranny zajęczał, dalej próbował się czołgać, ale najwyraźniej opuszczały go siły. Obok jego prawej łopatki sterczała w górę prosta, kościana rękojeść sztyletu.
Ktoś nadchodził ulicą.
Pierwsze promienie słońca wlewały się do zaułka sprawiając, że poszarzałe tynki pobliskich domów lśniły niczym roztopione srebro. Na ich tle widać było jedynie ciemną sylwetkę zarysowaną nieostrym konturem. Mężczyzna szedł powoli, równym krokiem. Dopiero gdy z blasku słońca wszedł w cień, jaki rzucały po lewej stronie ulicy szerokie okapy dachów, dało się dostrzec szczegóły.
Kesten zapamiętał, że na pierwszy rzut oka przybysz wyglądał całkiem zwyczajnie. Miał zakurzone ubranie, a przy boku długi miecz w wytartej pochwie zawieszony na nieozdobnym pasie, szary płaszcz przewieszony przez ramię. Ot, żołnierz - najemnik szukający zajęcia, albo niebogaty szlachcic w podróży. Gładko ogolona twarz mogłaby się wydawać niemal młodzieńcza, gdyby nie wyraz poważnego skupienia, który przeczył temu pierwszemu wrażeniu.
Begrill pochylił się w siodle, odezwał cicho do jednego z przybocznych. Jego słudzy pospiesznie ustawili się z przodu, tworząc przed swoim panem żywą zaporę. Wykonali rozkaz gorliwie, lecz w ich postawie dało się widzieć strach. Prawie dotykali się nawzajem ramionami, dłonie nerwowo błądziły wokół rękojeści mieczy.
Sam Begrill wpatrywał się w zbliżającą się postać z brzydkim grymasem na pobladłej twarzy. Powoli, jakby niechętnie, uniósł lewą rękę dziwacznie wyginając palce.
Coś niewidzialnego przemknęło w powietrzu.
Kesten poczuł, że musnęło go tylko, ale i tak został powalony na kolana. Usłyszał jęk Vesy, która obok również osunęła się na ziemię. Wyciągnął do niej rękę, lecz ogarnięty dziwną słabością, nie miał siły jej dosięgnąć. Pozostał tak w przyklęku, wsparty o ziemię i wręcz niezdolny do oderwania wzroku od tego, co się działo w uliczce.
Begrill trwał z uniesioną w górę dłonią. Moc, która gromadziła się przed nim stała się niemal widoczna zmieniając strukturę światła, wykrzywiając cienie na swojej drodze. Jej obecność z każdą chwilą stawała się coraz wyraźniejsza, coraz bardziej dojmująca. Nawet towarzyszący Begrillowi zbrojni poczynali chwiać się na nogach.
Przybysz nie zwolnił, ani nie przyspieszył kroku. Potrząsnął głową jakby dziwił się czemuś, a potem uśmiechnął lekko. Na widok tego uśmiechu Kesten zdecydował, że jednak niczego więcej nie chce oglądać i mocno zacisnął powieki. W myślach począł odmawiać litanię do Bogini – Zawsze Miłosiernej Matki - tak żarliwie, jak tego nie robił od czasów dzieciństwa. Czuł w uszach narastający szum i przyszło mu do głowy, że zaraz straci przytomność. Mimo to, gdy obcy wreszcie przemówił, usłyszał go bardzo wyraźnie.
- Begrillu z Ekdy – powiedział mężczyzna ze złowieszczym spokojem. – Mam sprawę do ciebie. Reszta niech lepiej odstąpi.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...