Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Veya - Rozdział III

riyall ·

W wyznaczone dni rozległy plac pośrodku miasta służył za targowisko. Dziś, choć nie był to dzień targowy, zebrał się tu gęsty tłum. Nikt, rzecz jasna, nie myślał nawet o sprzedawaniu, czy kupowaniu.
Niektórzy poprzebierali się w świąteczne stroje. Wielu zaś, spodziewając się długiego czekania przyniosło ze sobą prowiant w koszykach, zaczynały krążyć podawane sobie z rąk do rąk gąsiorki z winem i piwem. Wkrótce nie tylko sąsiedzi, którzy przybyli razem, często ściągając całymi rodzinami, ale i nieznajomi rozprawiali ze sobą żywo, niczym starzy przyjaciele. Oto spokojnym mieszkańcom Estelli trafiła się okazja uczestniczenia w widowisku, jakie rzadko mieli okazję oglądać.
Wszystko już przygotowano. W centralnej części placu sznur rozciągnięty między drewnianymi pachołkami wyznaczał kwadrat o boku mniej więcej tuzina kroków. W rogach czuwali uzbrojeni w halabardy strażnicy miejscy, którym towarzyszyło czterech budzących jeszcze większy respekt gwardzistów noszących barwy domena Este. Nic dziwnego, że mimo narastającego ścisku nikt nie próbował napierać na ową, raczej umowną przeszkodę. Pracowały za to języki. Jednocześnie każdy bacznie obserwował postaci mającego się wkrótce rozegrać przedstawienia.
Oto czcigodny pan sędzia ubrany w długą ciemną szatę, z ciężkim łańcuchem, znakiem jego godności, na szyi. Zasiadał za dębowym stołem, który aż czterech krzepkich służących musiało przydźwigać z kancelarii na rynek. Przycupnięty obok, pochylony nad stertą papierów sekretarz nie budził większego zainteresowania. Co innego mistrz małodobry w tradycyjnym, sięgającym piersi kapturze zasłaniającym twarz i głowę, wsparty na długim stylisku topora. Kat, stojąc nieruchomo w rogu drewnianego podwyższenia, sprawiał imponujące wrażenie, niczym posąg i wcielenie surowej sprawiedliwości.
Co parę chwil wszystkie oczy zwracały się ku wylotowi ulicy, skąd miano przywieść skazańca. Na razie mieszczanie skracali sobie czas oczekiwania próbując dociec tożsamości dwóch pozostałych osób, którym zezwolono na przekroczenie wyznaczonej sznurem bariery.
Mężczyzna, około lat trzydziestu, o wąskiej, lisiej twarzy, ubrany w jaskrawe atłasy był bardziej znany. Ci, którzy jeszcze tego nie wiedzieli, usłyszeli wkrótce, że to niejaki Iniell, kuzyn zabitego.
Dzielący się swą wiedzą ze stojącymi najbliżej pomocnik murarski, splunął energicznie, dając wyraźnie do zrozumienia, co sądzi o człowieku noszącym to imię. Trafił w czubek trzewika sąsiada, lecz ten się wcale nie pogniewał, bo wszyscy w okolicy mieli podobną opinię o Begrillu i całej przeklętej bandzie, która stale się za nim snuła.
Rzeczony kuzyn jeszcze przed chwilą z wielkim zapałem próbował coś klarować sędziemu, ale został stanowczo uciszony. Teraz kołysał się nerwowo w tył i w przód na wysokich lakierowanych obcasach.
No, a kim była kobieta? Młoda jeszcze, w gołębio szarej sukience, skromniutkiej, lecz ładnie podkreślającej miłe dla oka kształty. Także jakaś krewniaczka?
Ktoś powiedział, że nie. To pani Bargatha, uzdrowicielka, albo zielarka. Wuj do niej chodził po proszki na kaszel. Aha, a cóż tutaj robi? Pilnuje, żeby szlachetny pan Iniell nie zemdlał oglądając egzekucję? A pewnie, na takiego całkiem wygląda, kogucik wystrojony!
Śmiechy i przekomarzanki urwały się nagle. Nareszcie! Tłum zaszemrał jednym głosem i zafalował rozstępując się przed niewielkim, lecz najeżonym ostrą bronią oddziałem.
Więzień szedł między eskortującymi go żołnierzami wyprostowany, z podniesioną głową, bez trudu dotrzymując im kroku. Wyniosła postawa, wyraźny brak strachu oraz gęstwa splątanych, opadających mu na ramiona włosów sprawiała, że wyglądał dość groźnie. Wśród zebranych rozległy się achy i ochy, widzowie nie byli rozczarowani.
Zaraz też zaczęto sobie nawzajem powtarzać, to co i tak chyba już przedtem słyszeli. Że ten człowiek, Kernneńczyk, Egren miał zdaje się na imię, ledwie dwa dni po tym, jak przyjechał do miasta, usiekł Begrilla z Ekdy. Jawne morderstwo, bo nawet się nie potrudził, żeby rzucić wyzwanie, choć i tak w obrębie murów miejskich pojedynki były zakazane. Z drugiej strony, Begrill, jaki był – wiadomo. Za każdym razem, gdy zjawiał się w mieście wraz ze swoją świtą obwiesiów, co roztropniejsi mieszkańcy zakazywali żonom i córkom wychodzić na ulicę, a przekupnie zaczynali składać stragany w rynku.
Z kancelarii sędziego, od pisarczyków, przeciekła pogłoska, jakoby ówże Egren, szlachcic w Kernnie, przyjechał za Bergrillem do Este, aby się pomścić za siostrę. Ponoć zhańbiona, nieszczęśliwa, a w dodatku brzemienna, targnęła się w końcu na swoje życie.
Zacni mieszczanie kiwali głowami i cmokali z udawanym współczuciem. Biedne dziewczątko! A w Kernnie – jakież surowe muszą panować obyczaje, nie raz się o tym słyszało.
Zatem pan Egren miał rację, czy jej nie miał? Ba, gdybyż sprawa skończyła się na Begrillu! Ale nie. Z ust do ust przekazywano sobie mrożące krew w żyłach szczegóły. Otóż Kernneńczyk najpierw sprawił krwawą łaźnię drużynnikom Begrilla. Zabił czterech, nie, pięciu. W pojedynkę! A samemu Begrillowi prawie odciął głowę. Mówią, że całkiem odciął!
Ale jak go straż miejska obstąpiła, niejeden się pewnie w duchu z życiem żegnając na widok tego, co wcześniej uczynił, on miecz zwyczajnie opuścił i po dobrej woli się poddał. Aż dziw bierze!
Ludzie wyciągali szyje, żeby lepiej widzieć. Co śmielsi deptali innym po nogach przepychając się naprzód.
Ku zdumieniu wszystkich, sędzia, ledwie podziękował dowódcy zbrojnych, którzy przywiedli więźnia, zwrócił się do kobiety stojącej skromnie na boku. Dwa razy odchrząknął z zakłopotaniem, zanim zapytał:
- Podtrzymujecie swoje żądanie?
- Tak, panie – odparła cicho. – Powołuję się na „Prawo o poczciwym wstawiennictwie” i „O wygnańcach.”
Nikt ze słuchających w pobliżu nie wiedział, co to znaczy, ale sędzia najwyraźniej tak. Z irytacją postukał palcem w ciężki, oprawny w skórę kodeks, który miał przed sobą.
- Ano, tak – mruknął. – Sprawdziłem, zapis jest, choć nawet za mojego poprzednika z niego nie korzystano. Ale... – Zawahał się.
Kobieta nic nie powiedziała. Czekała spokojnie z zaplecionymi przed sobą rękoma i lekko uniesionym podbródkiem.
- Pisarzu! – Sędzia najwyraźniej podjął decyzję.
- Tak, panie?
- Piszcie zatem. Za wstawiennictwem pani Bargathy z Mivin, w naszym mieście biegłej i zapisanej w cechowym rejestrze, przepisowa danina za rok zeszły i tenże uiszczona w wysokości.... Wiadomo wam ile?
- Tak, jest tutaj. – Sekretarz zaczął gorliwie przewracać papiery.
- To przepiszcie. Dalej. Za rezydentkę wobec powyższego uważanej...
- Tu o przelaną krew szlachetną chodzi – nie wytrzymał Iniell. – Nie o jakieś kupieckie wyliczenia!
- Jest i potwierdzenie szlachectwa. Lenno Mivin leży w sąsiedniej domenie i tak się uznaje, jak nasze. Tak więc sprawa się toczy między równymi stanem, wszystko wedle prawa. Nie przeszkadzajcie więcej, bo każę odprowadzić – napomniał go sędzia surowo.
Kuzyn Begrilla cofnął się z urażoną miną.
- Piszcie – ciągnął sędzia ze zmarszczonymi brwiami. – Za wstawiennictwem rzeczonej, zmienia się osądzonemu Egrenowi Kernneńczykowi wyrok, jak wyżej powiedziano, na banicję. Wymieniony oraz wstawienniczka do trzech dni opuszczą Domenę Este bez prawa powrotu za życia. W zamian na rzecz Szkatuły przechodzi.... – Zwrócił pytający wzrok na sekretarza.
- Dom przy ulicy Bramnej ze sprzętami i zawartością – odczytał ten szybko. – Powóz...
- Tak, tak. – Sędzia niecierpliwie machnął ręką. – Co, jak wymaga Kodeks stanowi cały majątek wstawiennika w Domenie, wyjąwszy odzienie, które w dniu dzisiejszym na sobie posiada, a toż z wyłączeniem klejnotów i kosztowności. – Spojrzał na Bargathę.
Kobieta uśmiechnęła się nieznacznie. Nie nosiła żadnych klejnotów, prosta sukienka, która miała na sobie pozbawiona była jakichkolwiek kosztownych ozdób.
- Tak więc, po dopełnieniu warunków oboje wymienieni odejść mogą, a zarazem muszą. W razie powrotu któregokolwiek, razem, albo osobno, po upływie dni trzech, straceni być mają bez wysłuchania racji. Zapisano?
Sekretarz przytaknął gorliwie.
- To dajcie, podpiszę. Potem przez herolda trzeba ogłosić.
- Panie sędzio – wysyczał przez zęby Iniell. – Jak możecie dopuścić... – Zbrakło mu słów, więc zamachał rękoma w powietrzu niczym wiatrak. – Powiem tylko...
- Lepiej milczcie. – Sędzia oburącz uniósł w górę ciężki tom kodeksu. – Widzicie herb? A w środku podpis i pieczęć naszego pana, najszlachetniejszego domena Este, chcecie na własne oczy zobaczyć? Znaczy to, że co zapisano w tej księdze, to są jego prawa i nasze, przeciw którym ani mnie, ani wam buntować się nie wolno. Pojęliście wreszcie?
Mężczyzna nie odezwał się więcej, ale jego wąska twarz skurczyła się jeszcze, na policzki wypłynął krwisty rumieniec. Rzucił sędziemu złe spojrzenie, po czym obrócił się gwałtownie na piętach i odszedł brutalnie roztrącając gapiów.

***

Tłum, podniecony i rozkrzyczany, groźny w swej masie, kłębił się wokół nich. Ludzie szli z tyłu, wybiegali naprzód, napierali. Strażnicy już raz musieli posłużyć się drzewcami pik, żeby odpędzić z drogi co bardziej natarczywych. Poskutkowało, lecz jeśli dalej tak pójdzie, wkrótce mogła polać się krew.
Bargatha musiała przyznać przed sobą, że planując kolejne posunięcia, wcale nie wzięła pod uwagę reakcji mieszkańców Estelli. Po tym, jak ogłoszono wyrok, na placu na moment zapadła cisza, później zaś zaczął narastać groźny pomruk. Decyzja sędziego nie spotkała się z życzliwym zrozumieniem, o nie.
Czując nagłą suchość w ustach z wysiłkiem przełknęła ślinę. Zmuszała się by trzymać głowę prosto i nie patrzeć na wykrzywione gniewem twarze po obu stronach ulicy.
- Pani Bargatho – szepnął idący obok niej mężczyzna – żołnierze nie pozwolą im podejść.
- Tak. – Była zła, że zobaczył jej strach i dzięki temu zaczęła widzieć otoczenie przytomniej.
Dostrzegła rozczarowanie, ale także ciekawość. Większość tych ludzi raczej nie chciała wyrządzić im krzywdy. Słyszała wielokrotnie powtarzane pytanie „dlaczego?”. Prześcigano się w snuciu domysłów. Niektórzy wykrzykiwali je głośno.
Tłusta kobieta w kolorowym fartuchu, którego górna krawędź ginęła pod obfitymi piersiami wylewającymi się spod zbyt ciasnego stanika przystanęła na skraju rynsztoka biorąc się pod boki.
- Hej, dziewczyno! – wrzasnęła. – Miły on jest, ten ładny pan? Przyjemny w łożu?
Myszy i szczury w spichlerzu – pomyślała Bargatha. – Tak, i jeszcze bolesny czyrak na podbródku.
Palce lewej ręki drgnęły jej odruchowo, ale powstrzymała się przed złożeniem znaku mocy. Minęła kobietę nie zaszczycając jej nawet jednym spojrzeniem. Potem szybko zerknęła na swojego towarzysza. Wydawało się, że nie usłyszał. Sądząc z wyrazu twarzy, tłum wokół mógł dla niego równie dobrze nie istnieć. Szedł sobie spokojnie, jak człowiek, który wybrał się na przechadzkę po mieście nie mając żadnego określonego celu.
Przedtem trochę się obawiała, że jakimś niezręcznym odruchem zepsuje jej grę, zada w obecności sędziego niewłaściwe pytanie, lecz szczęśliwie nie zrobił nic takiego. Powiedział tylko „Dziękuję, pani.” Tak obojętnie, jakby najwyżej zapytał kogoś o drogę i uprzejmie udzielono mu odpowiedzi.
Świadczyło to o wielkim opanowaniu i odwadze Kernneńczyka i poniekąd potwierdzało jej domysły. Owa powściągliwość w żaden sposób nie pasowała do sentymentalnej historii, jaką opowiedział sędziemu. Mimo to, wszyscy mu uwierzyli.
I dobrze – pomyślała. – Gdyby sędzia choć podejrzewał, kim jest ten przybysz naprawdę, na nic zdałoby się wstawiennictwo niejakiej pani Bargathy z Mivin.
Już prędzej sama mogłaby wylądować w lochu jako wspólniczka człowieka, którego w każdej z wolnych domen z pewnością uznano by za kernneńskiego szpiega.
Poczuła na sobie wzrok idącego obok mężczyzny, lecz gdy odpowiedziała spojrzeniem, z obojętną miną odwrócił głowę. Nadal zdawał się nie zwracać uwagi na otaczającą ich podnieconą tłuszczę.
Zastanawiała się, jakie wrażenie sam musi czynić na postronnych. Kogoś, kogo należy się bać? Tak, przede wszystkim. Nawet teraz, kiedy był bez broni i otoczony przez straże. Gdyby nie one zresztą, nikt z mieszkańców miasteczka na pewno nie odważyłby się do niego zbliżyć.
Naraz to, co powiedziała gruba przekupka wydało się jej bardzo śmieszne. Gdyby tylko wiedziała! Doprawdy, trzeba by nie lada odwagi, żeby się ubiegać o takiego kochanka.
Mając za sobą kilkudniowy pobyt w więziennej celi, przybysz nie wyglądał zbyt zachęcająco, jednak w innych okolicznościach z pewnością mógł to być mężczyzna godny uwagi. Wysoki, o szerokich ramionach, choć poza tym raczej smukłej budowy, rysy miał regularne, duże oczy, podłużne w kształcie oraz to coś w twarzy, co nie pozwalało wyraźnie określić jego wieku. Na pewno nie młodzieniec, ale ile mógł mieć właściwie lat, nie potrafiła zgadnąć.
Domieszka alfarskiej krwi – uznała. – Być może.
Od dawna chodziły słuchy, że król Kernnu ma takich ludzi w swej służbie. Mieszana krew mogła być przyczyną, dla której nie sposób było na kogoś takiego rzucić uroku. Sami Alfarowie byli na ludzkie czary całkowicie odporni.
Bargatha mimo woli przygryzła usta. W razie potrzeby nie zdoła się więc przed nim obronić czarami.
Tyle, że ona nie zamierzała powtarzać błędu Begrilla polegając wyłącznie na swojej sztuce.

***

Kernneńczyk raz i drugi nieznacznie rzucił okiem na maszerującą u jego boku kobietę. Rzecz jasna już w chwili, gdy go sprowadzono na plac, rozpoznał twarz, którą poprzedniego dnia widział w okienku celi, nie rozumiał wprawdzie powodu, dla którego zjawiła się w obu tych miejscach, lecz wówczas niewiele go to obchodziło. Teraz, przeciwnie, poświęcał jej prawie całą swoją uwagę.
Wdrożony do obserwacji umysł rejestrował najdrobniejsze szczegóły wyglądu. Dość regularne rysy, oczy o nieokreślonym kolorze, trochę nazbyt szeroko rozstawione. Miała jasne, szarawe w odcieniu włosy skromnie splecione w pojedynczy warkocz i delikatną mleczną cerę. Niewysoka, zgrabna. Mogła liczyć sobie lat dwadzieścia albo i trzydzieści kilka, należąc do kobiet o urodzie niezbyt co prawda wybujałej, lecz takiej, która długo pozostaje niezmieniona.
Jednego był pewien – nigdy się wcześniej nie spotkali. Ani imię, ani nazwa lenna w sąsiedniej domenie również nic mu nie mówiły. Uzdrowicielka z tytułem biegłej, który jak wiedział, często było trudniej uzyskać niźli mistrzostwo w cechu. Uczona? Może zatem jedna z tych bardziej poślednich czarodziejek, często nieświadomych posiadanych przez siebie zdolności? Zauważył, że wywiera pewien wpływ na otaczających ją mężczyzn nie mający zresztą nic wspólnego z całkiem skądinąd przyjemną powierzchownością. Nawet sędzia, który wobec postronnych łatwo przybierał pozę wcielonej w człowieka surowej praworządności, sprawiał wrażenie nieco zagubionego w jej obecności.
Z tego, co usłyszał na rynku wynikało, że do tej pory całkiem wygodnie i dostatnio żyła sobie w mieście. Poświęciła to i całkiem spory majątek, żeby go uwolnić. Dlaczego? I dlaczego w ogóle mieszkała tu, a nie na własnej ziemi, skoro ją miała? A może miano i potwierdzające je dokumenty były fałszywe? Dokonała fałszerstwa sama? Raczej wątpliwe. Musiała posiadać biegłych w tej materii wspólników.
Naprawdę zdumiewające było jednak to, iż zdołała uniknąć pytań o powody swego postępowania. Chyba, że wcześniej jednak udzieliła sędziemu jakichś wyjaśnień w cztery oczy. Po prawdzie mocno w to powątpiewał. Zapewne wszyscy uważali, że po prostu ratuje życie ukochanemu.
Wytłumaczenie dobre jak każde inne. W istocie najlepsze, gdyż daje ludziom temat do rozmyślań i plotek, jednocześnie oddalając chęć dociekania prawdziwej przyczyny. Mając to na uwadze, gdy zdjęto mu kajdany, przez moment nawet rozważał, czy nie powinien niezwłocznie chwycić pani Bargathy w objęcia, lub może raczej paść jej do nóg wyrażając tym bezgraniczną wdzięczność. Nie uczynił tego, słusznie, bo trudno byłoby przewidzieć reakcję. Widział wyraźnie, jak złoszczą ją padające ze wszystkich stron docinki. Mimo to, znosiła upokorzenie z podziwu godnym spokojem.
Tak, podziwiać tę kobietę było nietrudno. Ale, być może, również niebezpiecznie. Kłopot w tym, że nadal nie miał najlżejszego pojęcia, czemu się za nim wstawiła. Z własnej woli, pod przymusem, albo ponieważ jej za to zapłacono? Zatem istniała nadzieja, że w okolicy, zupełnie przypadkiem znalazł się któryś z jego towarzyszy? Jeśli zaś była narzędziem w rękach kogo innego...
Zaiste kłopot, pomyślał naraz ponuro. Wielki, jako że rozważam pożytki płynące z publicznego okazywania wdzięczności, a poczuć jej nie umiem. Prawdą jest, że pani Bargatha z Mivin, czy skąd ona tam naprawdę pochodzi, ocaliła mi życie. Tak więc, obojętnie, jaki miała powód, powinna być teraz mym oczkiem w głowie, a tymczasem wolę podejrzewać ją o najgorsze, niźli zaufać choćby na chwilę.
Ale podejrzliwość, tak wrośnięta w jego naturę, że stała się jej nieodłączną częścią, była niczym uparty wiejski kundel goniący za wozem, który za nic nie chce porzucić celu swojego pościgu.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...