Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Veya - Rozdział IV

riyall ·

Najbardziej wytrwali z gapiów odprowadzili ich kawałek za bramę. Kiedy i oni zawrócili, już tylko mały orszak złożony z czterech konnych i dwojga idących piechotą ludzi podążał krętą drogą pod górę. Po obu stronach ciągnęły się pola, później łąki, na których pasło się bydło i owce. Stopniowo ziemie użytkowane przez człowieka zaczęły ustępować porośniętym lasem pagórkom. Trakt kluczył wymijając co wyższe wzniesienia.
Za jednym z zakrętów, na poboczu drogi zatrzymał się wóz przykryty płócienną budą. Czwórka wyprzęgniętych koni z werwą szczypała młodą trawę. Kupiec i jego pomocnik dłubali coś przy przednim kole. Wyglądało na to, że żeliwna obręcz obluzowała się i spadła z osi uniemożliwiając dalszą jazdę.
Dowodzący eskortą żołnierz zaklął pod nosem.
- Tu was mieliśmy zostawić – rzucił z niechęcią oglądając się na więźniów.
Westchnął ciężko i pogonił konia. Obaj podróżni przerwali tymczasem swoje zajęcie i przyglądali się całej grupie z ciekawością.
- To są wygnańcy, banici – powiedział żołnierz surowo wskazując na mężczyznę i kobietę stojących nieopodal w otoczeniu reszty patrolu. – Mówić z nimi, ani pomagać nie wolno, rozumiecie?
- Co mam nie rozumieć, panie żołnierzu – odparł kupiec ocierając sobie pot z czoła. – A co oni, tego... – urwał wskazując oboje ruchem głowy.
- Nie wasza rzecz.
- Nie nasza, to nie nasza. – Urażony handlarz wzruszył ramionami i odwrócił się ostentacyjnie pokazując jezdnemu plecy. – A ty, co? – krzyknął na pachołka, który tuż obok wytrzeszczał oczy. – Miej baczenie, za co płacę?
- Kiedy mam. – Chłopak, mimo że młody, to pokaźnej postury, na wszelki wypadek przysunął do siebie solidną, okutą żelazem lagę. – Czego się gniewacie?
Żołnierz zawrócił konia i dołączył do pozostałych.
- Naprzód, z życiem – rozkazał poirytowany.
Idąc dalej słyszeli, jak za ich plecami kupiec z pachołkiem wdali się w regularną kłótnię.
Po następnych kilkuset krokach, kiedy droga znów zakręciła, dowodzący ponownie dał znak, żeby się zatrzymali.
- Idźcie – rozkazał więźniom szorstkim tonem. – Tym traktem na pewno zdążycie do granicy, zanim trzy dni miną. Dalej po drodze są wsie, to może użebrzecie jakiejś strawy. Zresztą... – Zawahał się, po czym sięgnął do sakiewki, wydobył z niej garść miedziaków i rzucił na ziemię. – Jazda! – krzyknął na swoich ludzi. – Wracamy.
Bargatha natychmiast uklękła i zaczęła zbierać monety.
- Dziękuję, panie! –zawołała za oddalającym się jeźdźcem.
Mężczyzna przysiadł obok niej na piętach.
- Pani, to nie jest potrzebne – powiedział cicho.
Biorąc wszystko pod uwagę, Esteńczycy obeszli się z nim nader przyzwoicie. Odebrali mu broń. Lecz pozostawili ubranie, w którym został ujęty, łącznie z pasem nabijanym srebrnymi ogniwami, samym w sobie znacznie przekraczającym wartość tego, co tu leżało w kurzu. Nie wspominając już o paru sztukach złota, które nadal tkwiły bezpiecznie zaszyte w podszewce kaftana.
Kobieta dmuchnęła w dłoń, żeby się z niej pozbyć piasku i paprochów.
- Dar życzliwości – uśmiechnęła się. – Nieczęsto się trafia.
- To prawda. – Ujął ją pod łokieć pomagając wstać.
Bargatha otrzepała spódnicę i zaczęła powoli iść naprzód.
- Zachowam je – powiedziała oglądając drobne, miedziane krążki. – Chcecie połowę? – Wyciągnęła w jego stronę zabrudzoną rękę. – Na szczęście.
- Mnie już spotkało szczęście, jakiego nie miałem prawa oczekiwać. Pani Bargatho...
- Poczekajcie chwilę. – Obejrzała się przez ramię.
Żołnierze musieli oddalić się już na znaczną odległość, za to zza zakrętu wytoczył się właśnie z turkotem wóz zaprzężony w cztery konie. Kupiec prawie w biegu zeskoczył z kozła.
- Wreszcie! – zakrzyknął podbiegając żwawo, cały czerwony ze wzruszenia. – Od samiutkiego rana czekamy. Dzięki niech będą Młodej Bogini, jużem się bał...
- Wszystko dobrze, Ogrellu – uśmiechnęła się Bargatha. – Jak widzisz.
- Ano widzę. – Mężczyzna obrzucił jej towarzysza bacznym spojrzeniem i zaraz odwrócił wzrok. – To duchem teraz. Kerri, wyprzęgaj konie! – Skinął na pachołka, który wciąż siedział na wozie radośnie szczerząc zęby. – Wszystko mam, jakeście, pani, kazała – zapewnił zwracając się znów do Bargathy.
- Dobrze. Przebiorę się zaraz.
Zręcznie wspięła się na wóz i zniknęła pod budą.
Ogrell i jego pomocnik zaczęli wyciągać z tyłu jakieś sakwy, a także uprzęże i siodła. Para przednich kasztanków, jeśli się im bliżej przyjrzeć w istocie wyglądała raczej na konie wierzchowe niż nadające się do zaprzęgu. Aż dziw, że w ogóle dały sobie założyć chomąta. Chłopak zajął się ich siodłaniem, kupiec natomiast, wyraźnie onieśmielony zbliżył się do Kernneńczyka.
- Wielmożny panie – powiedział z ukłonem. – Jakbyście się chcieli obmyć, to tu się zaraz wody do cebra naleje, a i proszę. – Podał mu kawałek mydła owiniętego w czyste płótno. Wziąłem z sobą i męski przyodziewek, pani kazała, tyle, że nic lepszego, niż na sobie macie. Chyba byście świeżą koszulę chcieli? A kaftan dajcie, to wam Kerri obczyści.
- Bardzo wam dziękuję, Ogrellu – odparł Kernneńczyk tłumiąc rozbawienie.
Tylko kobieta mogła w podobnych okolicznościach pomyśleć o wodzie, mydle i czystej bieliźnie. Swoją drogą, ciekawe, ile czasu zajmie jej własna toaleta?
Okazało się, że wcale niedługo. Wkrótce wyłoniła się z wozu przebrana w sięgający kolan sukienny kaftanik, krótką, rozciętą po bokach spódnicę do jazdy i wysokie buty. U pasa zawiesiła niedużą sakwę i nóż w skórzanej pochwie.
Widząc, że mężczyzna patrzy na nią, nawzajem obrzuciła go uważnym spojrzeniem i uśmiechnęła się lekko.
- O wiele lepiej wyglądacie – powiedziała z aprobatą kiwając głową. – Ogrellu – zwróciła się go kupca – Jak się umawialiśmy, druga część zapłaty czeka u faktora w Hegrecie. Wóz i konie też są twoje, ale lepiej prędko sprzedaj.
Ogrell ukłonił się nisko.
- Jakby pytano – przypomniała mu Bargatha – tośmy was obrabowali. Poprzecinaj puśliska, tak dla pewności.
- Dobrze, pani.
- Jak myślicie? – W doskonałym teraz humorze, zerknęła na Kernneńczyka – Dalibyśmy im radę we dwoje?
- Gdyby było trzeba. – Również się uśmiechnął. – Podziwiam waszą zaradność.
- A co? – Zaśmiała się. – Myśleliście, że naprawdę dałabym się wypędzić z miasta na piechotę i w jednej sukience? Ale, byłabym zapomniała. Ogrellu, mówiłeś, że masz wszystko, o co prosiłam?
- Tak, pani. – Kupiec sięgnął pod kozioł i wydobył owinięty w koc podłużny pakunek. Z ukłonem podał go Kernneńczykowi.
W środku znajdował się wojskowy miecz wraz z pochwą i pasem.
- Nada się? – zapytała Bargatha.
Kernneńczyk starannie obejrzał ostrze, osadzenie, zważył broń w dłoni szukając punktu równowagi między rękojeścią, a końcem głowni. Wreszcie skinął głową z aprobatą.
Bargatha przyglądała mu się, jak chowa miecz z powrotem do pochwy, a następnie zapina sobie pas na biodrach. Palce same odnajdywały sprzączki, nie musiał patrzeć na to co robi, każdy ruch idealnie wyćwiczony. Cała jego postawa w jednej chwili uległa nieznacznej przemianie. Nawet stał teraz swobodniej, jakby przedtem, pozbawiony broni, nie całkiem był sobą.
Ich spojrzenia znów się spotkały i Bargatha z trudem zmusiła się, żeby natychmiast nie odwrócić wzroku. Oczy miał błękitne jak niebo, lecz takie chłodne.
- Bardzo dobry miecz – powiedział powoli, nie spuszczając z niej wzroku. – Nie najlepszy, lecz dobry. Do czego ma mi być potrzebny?
Kobieta zmarszczyła brwi, zawahała się, potrząsnęła głową.
- Nie zamierzacie mi powiedzieć, czemu zawdzięczam to wszystko? – zapytał łagodnym tonem, bo wyglądała na lekko przestraszoną.
- Przekonacie się zaraz, do czego wam miecz, jeśli będziemy zwlekać – odparła z nagłą złością. – Jak myślicie, co teraz porabia ten piekielny kuzynek Begrilla.? Bo moim zdaniem właśnie zwołuje resztę drużyny. Ruszą za nami, ledwie eskorta wróci do miasta!
- To jest możliwe – powiedział spokojnie.
- A więc jedźmy już, dobrze? Pomówić możemy w drodze.
- Jak sobie życzycie.
Nieznacznie odetchnęła z ulgą. Znów pojawił się znamionujący pewność siebie uśmieszek.
- Żegnaj Ogrellu – powiedziała do zaniepokojonego tą wymianą zdań kupca. – Jestem ci bardzo wdzięczna.
- Niech Bogowie prowadzą – odpowiedział ten z powagą.
- Nawzajem. Ciebie też, Kerri – kiwnęła ręką chłopakowi na koźle…
Bez wysiłku skoczyła na siodło od razu ruszając kłusem. Kernneńczyk również dosiadł konia, który ochoczo podążył za towarzyszem.
- Pojedziemy do Ler w sąsiedniej domenie – zawołała Brgatha w biegu. – Na przełaj, przez wzgórza. Wypatrujcie białych skałek przy drodze. Gdy skręcić za nimi wprost ku zachodowi, znajdzie się ścieżkę, która prowadzi do granicy.
- Jechaliście już tędy?
- Nie, ale wiem, że jest. Pędzają tamtędy owce. No wiecie, tak, żeby poborcy domena nie mogli się ich doliczyć.
- Rozumiem.
- Zamek Ler należy do pana Tevellena, z którym jestem w przyjaźni. Wam też chętnie zaoferuje gościnę.
- Doprawdy? A czemuż miałby to uczynić?
Bargatha gwałtownie szarpnęła wodzami zataczając ciasne koło i niemal w miejscu osadziła wierzchowca. Kernneńczyk odchylił się mocno do tyłu, gdy jego koń również niespodziewanie zarył kopytami w ziemię. Oba zwierzęta niemal zetknęły się chrapami. Mniej wprawnego jeźdźca z pewnością wysadziłaby tą sztuczką z siodła, ale chyba o to nie dbała.
- Obawiacie się zdrady? Pułapki? – zapytała z gniewem. – Jeślibym wam źle życzyła, wystarczyło nic nie robić, tylko przyjść popatrzeć na egzekucję oszczędzając sobie w ten sposób wiele kłopotu.
- Jestem tego świadom.
- Zatem, zanim mi zaczniecie znowu zadawać pytania, odpowiedzcie, proszę na moje jedno. Odprowadzicie mnie do Ler, czy jestem odtąd zdana na siebie? Jeśli to drugie, wybaczcie, lecz powinnam się spieszyć, bo wątpię, czy zbiry Begrilla zatrzymają się na granicy.
- Odprowadzę was, oczywiście.
- Dobrze. A ja wszystko wam wytłumaczę. W swoim czasie.

***

Owczą ścieżkę odnaleźli bez żadnego kłopotu. Prawie niewidoczna od strony traktu, wiła się i kręciła między pagórkami, cały czas jednak prowadząc na zachód, gdzie za pasmem wyższych wzniesień leżała już domena Comn.
Szlak okazał się całkowicie przejezdny, choć zbyt wąski dla dwóch idących obok siebie wierzchowców. Jechali więc jedno za drugim, pilnie bacząc na drogę, co nie sprzyjało rozmowie. Bargatha wydawała się z tego zadowolona, Kernneńczyk zaś także chwilowo wolał pogrążyć się we własnych myślach. Tak więc podróżowali w zgodnym milczeniu.
Wkrótce pozostawili za sobą las, na skalistym podłożu rozpościerały się płaty zielonej darni. Coraz częściej trzeba było omijać wyrosłe od poprzedniej wiosny kępy kolczastych krzaków, które wciąż szukały sobie wolnej przestrzeni. Raz po raz mijali samotnie sterczące, jasne skałki, niektóre o dziwacznych, fantastycznych kształtach przypominające swoim wyglądem jakieś niesamowite na wpół zwierzęce, na wpół ludzkie postaci.
Teren stale się wnosił i po jakichś dwóch godzinach okazało się, że to, co z daleka wyglądało na łatwe do pokonania, niewysokie pagórki, przed ich oczyma zaczęło powoli przeobrażać się w miniaturę prawdziwych gór, których ostre granie cięły czerwieniejące już na zachodzie niebo.
- Co to jest? – zapytał mężczyzna ze zdumieniem. – Nigdy nie widziałem podobnej formacji.
- Mysie Góry. – Bargatha odwróciła się w siodle. – Rzeczywiście, tutejsza niezwykłość. Wedle miejscowych, to właśnie są owe bajkowe góry, te, które wyrosły przez jedną noc...
- Ach tak. Czarnoksiężnik rzucił za siebie pas chcąc odgrodzić się od pogoni, ale ścigający go demon zmienił się w stado spiżowych myszy, które zaczęły gryźć skalną ścianę, aby uczynić sobie przejście…
- Znacie tę opowieść. – Bargatha uśmiechnęła się lekko. – Cóż, naprawdę wygląda, jakby coś poobgryzało tutaj kamienie.
- Albo wręcz przeżuło.
Wszędzie dookoła widać było osypiska i zwały kamiennego gruzu, na których nikt mający odrobinę rozsądku nie postawiłby stopy.
- Ścieżka jest bezpieczna – zapewniła kobieta. – Tyle, że strasznie kręta. Istna serpentyna. Nie wiem, czy do wieczora zdążymy przedostać się na drugą stronę, a po zmroku już chyba lepiej nie próbować. Zaraz powinno być takie siodło, przełęcz. Mówiono mi, że owczarze tam stają na nocleg, więc możemy i my.
Kernneńczyk rozejrzał się z powątpiewaniem po okolicy, która nie sprawiała wrażenia szczególnie gościnnej.
- Trochę dnia jeszcze zostało – rzucił z namysłem. – Zabłądzić na szczęście trudno, bo szlak wyraźnie wydeptany.
Istotnie, sądząc z pozostawionych śladów, stada, które tędy przepędzano były całkiem liczne.
- Zobaczymy. – Bargatha popędziła konia, potem znowu się obejrzała. – Martwię się o Ogrella – powiedziała z wahaniem. – My wkrótce będziemy bezpieczni, lecz on... – Niezadowolona potrząsnęła głową.
- Czemuż by ktoś miał zaczepiać spokojnego kupca? – powiedział Kernneńczyk. – Wedle mnie nie musicie się martwić. Nawet i ta historia o obrabowaniu nie będzie potrzebna. Skąd ludzie Begrilla mieliby wiedzieć, w ile koni wyjechał z miasta? O ile ich w ogóle spotka. Jeśli tak, zapytają najwyżej, czy nas widział, a on odpowie, co zechce, ot i wszystko.
- Macie rację. – Odetchnęła głęboko. – W takim razie...
W tym momencie koń, na którym jechał Kernneńczyk potknął się, następnie zaczął wyraźnie kuleć. Zatrzymali się, mężczyzna zsiadł i od razu odkrył przyczynę. Na jednej z tylnych nóg brakowało podkowy, czego nie dało się od razu zauważyć, ale teraz jakiś ostry okruch skały musiał właśnie nadwerężyć wrażliwe wnętrze kopyta.
Bargatha również stanęła na ziemi i pochyliła się nad nogą zwierzęcia.
- Niedobrze – powiedziała z troską. – Jeszcze godzina takiej jazdy i okuleje na stałe.
- Na razie go poprowadzę. Potem – mokry kompres powinien pomóc.
- Tak. A ja mam w jukach proszek przeciwko opuchliźnie. Dobrze. Zatem, rozstrzygnęło się, czeka nas postój. W przełęczy powinniśmy znaleźć drewno na opał i wodę.
- Jesteście pewna? Cała ta okolica wygląda na bardzo suchą, patrzcie, nawet trawy zaczynają żółknąć, chociaż lato się jeszcze nie zaczęło.
- Podobno bije tam źródło. Ech – westchnęła zniechęcona. – Nie idzie, jak powinno. Myślałam, że na noc staniemy sobie wygodnie we wsi po drugiej stronie tych górek. Znam trochę tamtejszych ludzi, bo to już ziemie pana Tavellena.
- Może w takim razie pojedziecie naprzód?
Bargatha uniosła głowę, zdziwiona.
- Trzeba się zająć koniem. A ja nie aż tak bardzo tęsknię do wygód – odparła cierpko.
- Nie o wygodę chodzi. Sama mówiliście, że pewnie będą nas ścigać.
- I co, myślicie, że w razie czego chłopi mnie obronią?
- Może i nie – zgodził się ze spokojem. – Jednak okrężną drogą nie zdążyliby za wami wcześniej jak do południa. A tędy tak łatwo nie przejdą.
- Aha. – Bargatha posłała mu pełne namysłu spojrzenie, a potem wskazała przed siebie ruchem głowy. – Oto i nasza przełęcz. Widzicie?
- Widzę.
Skalne ściany rozsunęły się przed nimi ukazując rozszerzające się dno niewielkiej dolinki. Jej zbocza porastał młody las, głównie sosny i brzozy. Wąski strumyczek, właściwie ledwie ciek wodny sączył się spomiędzy kamieni rozmiękczając wydeptany trakt. Trochę dalej dało się dostrzec krąg wypalonej trawy, kilka osmalonych kamieni i resztki pniaków, które nie spłonęły do końca – ślady obozowiska.
- Zostanę – powiedziała Bargatha. – Noc pod gwiazdami. – Roześmiała się spoglądając w niebo, które przybrało już barwę ciemnego granatu poznaczonego tuż nad linią szczytów świetlistymi, miedzianymi smugami. – Chcieliście porozmawiać – dodała poważniejąc. – Wreszcie będzie okazja.
- Pani, to nie zabawa. Ani saga o bohaterach.
- Wiem dobrze, panie.
Poprowadziła swojego konia w kierunku małego zagłębienia, gdzie zbierała się woda. Kiedy pochylił łeb żeby się napić, zaczęła rozpinać rzemienie uprzęży.
- Jesteście uparta – westchnął Kernneńczyk idąc w jej ślady.
- Tak, niestety.
Kernneńczyk wzruszył ramionami. Rozkulbaczył konia. Znalazł kawałek płótna, aby z namoczonego w zimnej wodzie zrobić kompres na nogę, która na szczęście nie zaczęła na razie puchnąć. Kasztanek zniósł jego zabiegi bez protestu, przyglądając mu się tylko łagodnymi, wielkimi oczyma. Mężczyzna poklepał go przyjaźnie po szyi i już miał pozostawić, żeby popasał się w spokoju, kiedy tknęła go pewna myśl. Jeszcze raz pochylił się nad nogami zwierzęcia, tym razem oglądając pozostałe kopyta. Wszystkie podkowy wyglądały na nowe, solidnie umocowane hufnalami, których łebki nie zdążyły się jeszcze zetrzeć.
- Pani?
Siedziała na siodle ułożonym na ziemi przetrząsając jedną z sakw. Jej koń, starannie wytarty, z luźno spętanymi nogami, zaczął już skubać trawę nad strumieniem. Porządnie ułożone ogłowie i uprząż leżały obok na derce.
A więc pani Bargatha umiała się zająć koniem i zapewne równie dobrze samą sobą. Można się domyślić, że nie pierwszy raz podróżuje bez asysty licznej czeladzi. Pasowało to do wędrownej uzdrowicielki, lecz nie do szlachetnie urodzonej damy. Nawet nie do kobiety z gminu, jeśli pochodziła z zamożnej rzemieślniczej albo kupieckiej rodziny. Całe jej zachowanie wyraźnie mówiło, że nawykła czuć się niezależną. Mogło tak być dzięki statusowi biegłej, co już samo w sobie stanowiło nie lada osiągnięcie dla damy ze szlacheckiego rodu. Z drugiej strony, jeśli była zmuszona zarabiać na życie pracą własnych rąk...
Mężczyzna z irytacją potrząsnął głową. Nie pasowało to do obrazu kogoś, kto lekką ręką pozbywa się całego swojego dorobku. Może po prostu była szalona?
Bargatha podniosła wzrok znad jakichś drobiazgów, które zaczęła rozkładać na trawie.
- Słucham?
Nie odpowiedział. Zerwał się na równe nogi spoglądając w kierunku, z którego przyjechali.
- Siodłajcie z powrotem konia, ale już!
Też ich zobaczyła. Czterech jeźdźców podążających gęsiego pod górę. Rzuciła się do uprzęży. Pochwyciła siodło i uzdę w objęcia, a potem nagle cisnęła wszystko o ziemię.
- Popręg! – wrzasnęła. – Sprzączka, zaraza!
- Bierz moje!
Pobiegła i zatrzymała się w pół kroku.
- Za późno.
Pierwszy z nadjeżdżających znajdował się w odległości najwyżej dwudziestu kroków. Gdyby nie spore w tym miejscu nachylenie gruntu sprawiające trudność wyraźnie zgonionym wierzchowcom, już by ich dopadli.
Kernneńczyk machnął ręką za siebie, ku porośniętym lasem zboczom.
- Tam! Schowaj się między drzewami.
Bargatha bez słowa zaczęła się wspinać. Przystanęła. Schyliła się i podniosła kamyk. Rzuciła.
Stała w miejscu, dla równowagi przytrzymując się pnia młodej brzozy. Jej oczy były nienaturalnie szeroko rozwarte.
Niespełna rozumu, jednak – zdążył pomyśleć, ale nie miał już czasu, żeby się nią zajmować. W drugim z kolei wśród zbliżających się ludzi rozpoznał Iniella o lisiej twarzy. Pora była najwyższa, by dobyć broni.
A kamyk odbił się dwa razy, zagrzechotał na ścieżce i upadł, niewidoczny wśród innych, takich samych.
Ale to nie była ścieżka, a ruchome piarżysko. Końskie kopyta ślizgały się na niepewnym podłożu. Któryś z jeźdźców krzyknął ostrzegawczo, ze strachem w głosie. Wtedy piarg ruszył.
Kernneńczyk cofnął się odruchowo, a potem patrzył na to, co się dzieje, niemal nie wierząc własnym oczom. Konie przewracały się z przeraźliwym kwikiem, ludzie wrzeszczeli. Dwóch zdążyło zeskoczyć z siodeł, ale żaden nie ustał na nogach. Koń razem z jeźdźcem przekoziołkował w plątaninie nóg młócących powietrze, zatrzymał się u wylotu ścieżki i nie zdołał już wstać. Człowiek przygnieciony jego ciężarem musiał zamienić się w krwawą miazgę.
Iniell pojechał w dół na brzuchu. Mimo zgrzytu i stukotu, z jakimi piarg przesuwał się na dół dało się usłyszeć jego jęk, gdy próbował chwytać się luźnych odłamków skały, które raniły mu ręce. Obaj jego pozostali przy życiu kompani znajdowali się w równie rozpaczliwym położeniu, już wydawało się, ze wszystkich ich czeka nieuchronna zagłada, gdy nagle ruch kamieni ustał. Sponiewierani ludzie też przez parę chwil trwali w bezruchu, niepewni, czy niebezpieczeństwo rzeczywiście minęło. Kiedy poruszyli się wreszcie, można by sądzić, że niezwłocznie rzucą się do ucieczki, jak uczyniłby każdy w obliczu podobnie nienaturalnego, a zarazem groźnego zjawiska. Jednak nie oni.
Kernneńczyk pojął to natychmiast, gdy tylko pierwszy stanął na nogi. Nawet się nie obejrzał na swoich towarzyszy, od razu ruszył naprzód cały wysiłek wkładając w to, by jak najszybciej dostać się z powrotem na górę. Pozostali poszli w jego ślady, trochę wolniej, lecz również bez wahania.
Mężczyzna, który pierwszy dotarł do krawędzi był wielki i zwalisty, o byczym karku, lecz ruszał się zdumiewająco szybko jak na swoją posturę. Sapiąc z wysiłku runął do ataku z uniesionym nad głowę toporem o szerokim ostrzu.
Kernneńczyk czekał już na niego z gwardyjskim mieczem w pogotowiu. Przedtem spodziewał się, że padną jakieś słowa, że któryś z napastników spróbuje dowieść swej racji, lub choćby rzuci obelgę, lecz teraz zrozumiał, że na nic podobnego nie ma tu miejsca. Twarz napastnika była zupełnie pusta, chwytał powietrze szeroko rozwartymi ustami, a spojrzenie miał szkliste, niczym od nadmiaru trunku.
Zamachnął się szeroko toporem, Kernneńczyk bez trudu zrobił unik. Niezbyt wymagający przeciwnik, ocenił, choć ze względu na jego siłę każde uderzenie, gdyby dotarło do celu, mogłoby okazać się mordercze. Cofnął się o dwa kroki nie mając ochoty podejmować niepotrzebnego ryzyka. Tak jak sądził, tamtemu dodało to animuszu. Zaatakował iście na byczą modłę, z pochyloną głową, wyprowadzając kolejny cios niżej, tak, by trafić w sam środek ciała, co jednak świadczyło o pewnej wprawie. Był pewien swego, nie bez racji sądząc, że zdoła się przebić przez każdą zastawę.
Kernneńczyk obrócił się na piętach pozwalając, żeby ostrze przeszło ze świstem o kilka cali od jego boku. Prawie od niechcenia sięgnął samym końcem miecza do miejsca, w którym kończyło się obramowanie kolczugi, krew trysnęła z rozpłatanej u nasady szyi przeciwnika. Wielki mężczyzna stanął. Przez moment jeszcze to kulił, to prężył ramiona, jakby miał nadzieję zebrać się w sobie. Zdawał się w ogóle nie zauważać, że po piersiach spływa mu struga czerwieni. Upadł do przodu cały czas oburącz ściskając drzewce topora. Gruzłowate, powykręcane palce zaciśnięte na grubym stylisku kilkakrotnie zadrżały, zanim zupełnie znieruchomiał.
Podobny do lisa kuzyn Begrilla skrabał się po piarżysku na czworakach głośno zachęcając do wysiłku ostatniego ze swoich kamratów, który postępował tuż za nim. Razem wydostali się na równy teren i razem sięgnęli po miecze.
Kernneńczyk cofnął się jeszcze trochę na wszelki wypadek woląc odwieść ich jak najdalej od krawędzi osypiska. Oczywiście, szli za nim. Bez wysiłku sparował jeden cios, drugi, żaden z tych dwóch nie miał tyle sił i energii co jego poprzedni przeciwnik. Zwłaszcza Iniell wydawał się mocno osłabiony. W przeciwieństwie do pozostałych, nie wyglądał również na zabójcę. Gdyby znaleźć odpowiednie słowa, może dałoby się mu przemówić do rozumu. Ten drugi, podwładny, powinien usłuchać rozkazu...
Popatrzył im kolejno w oczy i dał spokój przemowom, gdyż jedyne co ujrzał, to była bezmyślna, pozbawiona udziału woli żądza krwi.
Towarzysz Iniella, mógłby być nawet groźny, trzymał broń pewnie, przybierał właściwe pozycje, lecz zarazem nacierał w jakimś przedziwnym zaślepieniu nie próbując się nawet osłaniać. Kernneńczyk zabił go szybko, czystym, klasycznym ciosem w pierś, jednocześnie z łatwością unikając o wiele bardziej niezdarnych ataków Iniella. Kuzyn Begrilla wydawał się bardziej skupiony na trafieniu w klingę dzierżoną przez przeciwnika, niż na dosięgnięciu jego samego. Pewnie do tej pory nigdy nie brał udziału w prawdziwej walce, a jedynie w na poły pozorowanych pojedynkach, którymi nieraz zabawiali się znudzeni panowie. Gdy padł jego kompan, z przejmującym krzykiem rzucił się po prostu przed siebie i prawie sam nadział na nadstawione ostrze. W chwili śmierci jego twarz wydawała się jeszcze węższa i mniej ludzka, niż przedtem. Ludzki był tylko wyraz zdziwienia, który już na niej pozostał.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...