Veya - Rozdział V
Kernneńczyk jeszcze raz z namysłem rzucił okiem na powalonych przeciwników przelotnie zastanawiając się, co też popychało ich tak mocno do czynu, że całkowicie wyzbyli strachu, który jest naturalnym odruchem każdego człowieka. Czyżby wpływ Begrilla rozciągał się nad nimi nawet po jego śmierci? A Bargatha wiedziała, że tak będzie? Poszukał jej wzrokiem.
Stała w tym samym miejscu, co poprzednio przytrzymując się brzózki. Pobladła, ale poza tym wyglądała na całkowicie spokojną.
- Możecie już zejść – powiedział i dodał głośniej wcale nie starając się ukryć złości, która naraz go ogarnęła. – Jeśliście się napatrzyła do woli.
Skinęła głową i posłusznie zaczęła schodzić w dół stoku.
Zastawiła pułapkę. Zarówno na tych nieszczęśników, których przed chwilą był zmuszony pozabijać, jak i na niego samego. Pułapkę misterną i doskonale wyliczoną w czasie. I, nie miał już żadnych wątpliwości, osiągnęła skutek, jakiego oczekiwała. Pozostawało jedynie pytanie, dlaczego.
Kernneńczyk oderwał strzęp tkaniny od odzienia jednego z zabitych i starannie wytarł ostrze zanim schował je do pochwy. Kiedy ponownie uniósł wzrok, nie bez drobnej satysfakcji zauważył, że na ten widok twarz czarodziejki, która tymczasem stanęła obok niego, przybrała lekko zielonkawy kolor.
- Proszę was – odezwała się łamiącym głosem – dobijcie tego konia.
Ciężko okaleczone zwierzę wciąż tłukło się u podstawy piarżyska próbując powstać na połamanych nogach. Od czasu do czasu wydawało z siebie bolesne rżenie.
Kernneńczyk nawet nie spojrzał w tamtą stronę.
- Zamierzacie mi spuścić na plecy lawinę, gdy zejdę?
- Nie – odparła Barghata niezbyt przytomnie. – Lawinę? Skąd?
- A skąd się wzięło to wszystko? – zatoczył łuk dłonią. – Tych kamieni też tu przedtem nie było.
- Och! – Zaskoczona na chwilę otwarła szeroko usta. – Ależ piarg był. Dawno temu. Ziemia go tylko przysypała i darń zapuściła korzenie. Proszę...
- Dobrze już.
Ostrożnie, wciąż nie ufając podłożu zszedł na dół. Po drodze zauważył, że między kamieniami istotnie leżą kępy powyrywanej trawy. Gdzieniegdzie było widać ciemną, świeżo poruszoną ziemię.
Kiedy wrócił na górę, Bargatha właśnie wiodła za sobą oba ich wierzchowce, które spłoszone potyczką, mimo spętanych nóg zdołały gdzieś umknąć. Niewiele brakowało, a pozostaliby w ogóle bez koni, gdyż te, należące do napastników, dawno uciekły, tą samą drogą, którą tu przyjechali, a szukanie ich w zapadającym zmroku nie miałoby żadnego sensu. Szczęśliwie ich własne nie oddaliły się zbytnio, albo może czarodziejka posłużyła się swoją mocą, żeby sprowadzić je z powrotem?
Unikała jego wzroku. Odwróciła się bokiem i zaczęła zbierać suche gałęzie na ognisko.
Kernneńczyk również się nie odzywając pozostawił ją przy tym zajęciu, a sam zajął się ciałami zabitych. Jeżeli mieli przenocować w tym miejscu, lepiej, by trupy, które mogą wkrótce ściągnąć zwierzęta, jakiekolwiek by nie żyły w tych górach, nie znajdowały się zbyt blisko. Nie mając lepszego pomysłu wrzucił kolejno zwłoki w zagłębienie zarośnięte gęstymi krzakami i nałamał gałęzi do przykrycia ich z wierzchu. Skończył w niemal już całkowitych ciemnościach. Bargatha tymczasem usiłowała rozpalić ogień. Bezskutecznie.
Siedziała na derce ze skrzyżowanymi nogami obok porządnie ułożonej kupki chrustu, kamień uderzał o metal raz za razem, dookoła sypały się iskry, lecz żadna jakoś nie chciała trafić w przygotowaną hubkę i rozniecić płomienia. Podchodząc bliżej Kernneńczyk usłyszał, jak czarodziejka monotonnie przeklina pod nosem. Nieoczekiwanie zachciało mu się śmiać, bo ze słowami liczyła się mniej więcej tak samo, jak pijany parobek. Kiedy przyklęknął obok, umilkła. Bez protestu pozwoliła wyjąc sobie krzesiwo z ręki i usunęła się na bok, żeby mu zrobić miejsce.
Drewno okazało się suche, dobrze ułożone, toteż bez trudu rozpalił ogień. Czemu Bargatha nie umiała tego zrobić? Czyżby tak bardzo trzęsły się jej ręce?
Popatrzył na nią przez unoszące się w górę płomienie, ale niewiele dało się wyczytać z twarzy na wpół ukrytej w cieniu.
- Jak rozumiem, nie spodziewamy się więcej… gości – odezwał się po jakimś czasie.
Bargatha potrząsnęła głową.
- Reszta wiernej drużyny pewnie właśnie wynosi z dworu wszystko, co się da sprzedać. Potem ruszą sobie na cztery strony świata. Dwór zaś spłonie.
- Pani Bargatho...
Na moment przymknęła oczy.
- Nie ma po co udawać – powiedziała głucho. – Wszak zgadliście już czego chciałam, czyż nie?
- Rzecz w tym, że nie bardzo. A wolałbym wiedzieć.
- Macie prawo – westchnęła. – Ale to trudno wyjaśnić.
- Zacznijcie od prostych rzeczy – poradził z ironią.
Nie zwróciła na to uwagi. Przyciągnęła do siebie jedną z sakw. Wydobyła z niej nieduży bukłak, który odezwał się zachęcającym chlupotem, znalazła metalowy kubek.
- Przyda się nam obojgu – mruknęła nie patrząc na niego. – Chciałam, żeby zginęli – dodała. – Najpierw sam Begrill, oczywiście, ale to już...
- To życzenie niechcący spełniłem wcześniej.
- Niechcący?
- Z osobistych powodów.
- Prawdę mówiąc, wątpię – westchnęła znowu. – Ale nieważne.
- A ci czterej? – nalegał woląc pominąć milczeniem jej poprzednie stwierdzenie. – Co mieliście do nich? Domyślam się, że nie przypadkiem dogonili nas w tym właśnie miejscu i czasie.
- Racja. Służąc Begrillowi stali się... czymś innym. To wszystko, co umiem teraz powiedzieć.
Mocowała się z korkiem, w końcu trochę wina pociekło jej po palcach, opryskało rękaw kaftana. Zaklęła i potrąciła łokciem kubek, który potoczył się w trawę.
- Dajcie to. Ja naleję. – Kernneńczyk wyciągnął rękę po bukłak.
Wypiła z wdzięcznością, prawie duszkiem, po czym zwróciła mu kubek. Wino okazało się bardzo dobre, mocne i słodkie, z ledwie uchwytnym korzennym dodatkiem.
- Widzę już kim jesteście – stwierdził. – A z waszych słów wnoszę, że Begrill również był czarodziejem?
- Jakbyście tego nie wiedzieli! Był, owszem.
- Zatem?
- Czarodzieje nie walczą żelazem. Begrill nosił miecz, bo tak przystoi mężczyźnie jego stanu, ale tylko na pokaz, tak sądzę. Niestety, Este to spokojna dziedzina. Wiele się musiałam natrudzić, zanim znalazłam paru takich, którzy są gotowi wynająć swój oręż za złoto. I jeszcze, by nie zadawali zbyt wielu pytań.
- Miła z was kobieta.
- Nieprawdaż? Żaden jednak nie wrócił.
Ponownie napełnił kubek.
- Wybaczcie natręctwo...
- Tak, tak. Nie to was ciekawi. Jeśli idzie o Begrilla, to spędził on młodość w podróżach. Nie wiem, cóż takiego popełnił w Kernnie, żeście tu przyjechali za nim...
- Już mówiłem.
Uśmiechnęła się wyrozumiale.
- Tak, szło o waszą nieszczęsna siostrę, słyszałam. Sędzia wam uwierzył, wystarczy, ja już nie muszę. Ale, nie bójcie się, nie zamierzam dociekać waszych tajemnic.
- To dobrze – powiedział powoli. – Bezpieczniej dla was.
- Nie wątpię.
Wciąż miała palce lepkie od rozlanego wina, wyraźnie tym zirytowana próbowała je wytrzeć w trawę.
- Może tego nie pojmujecie, ale byłam zmuszona poszukiwać pomocy – odezwała się znów po chwili. – No i w końcu ją znalazłam, czyż nie?
- Tak, skazańca, zabójcę – odparł cierpko. – Aż się dziwię, że nie boicie się tak siedzieć tu ze mną. Z drugiej strony, skoro władacie mocą...
- Mocą nikt nie włada. Są tylko sztuczki. I ograniczenia. Cóż to, myślicie, że czarodziej wszystko może?
- Mam najszczerszą nadzieję, że nie.
- Słusznie. I każdy się tego powinien nauczyć zawczasu. A pierwsza lekcja jest taka: nie można zrobić czegoś z niczego. – Zaśmiała się. – Wielka mi mądrość, nawet dziecko to wie. Ale – spoważniała – niektórzy wiedzieć nie chcą. Na przykład Begrill. Oczywiście, każdy ma jakieś pragnienia, istotne tylko, co jest gotów uczynić, żeby się spełniły. Jego były dosyć zwyczajne.
- Co to znaczy?
- Chyba wiecie, czego ludzie na ogół pożądają.
- Bogactwa, władzy, posiadania pięknej kobiety.
- Albo mężczyzny.
- Zapewne.
Bargatha w zamyśleniu potarła czoło.
- Tak, chyba o to właśnie chodziło. Begrill jednak okazał się wyjątkowo zachłanny. – Przerwała, zmarszczyła brwi najwyraźniej próbując pozbierać myśli.
- Mówcie dalej – poprosił Kernneńczyk.
- Nie znam całej jego historii. Nie wiem co czynił wcześniej, gdy rodzice go wysłali za granicę, na nauki, lub pewnie raczej, żeby się pozbyć utrapienia z domu. Dość, że wreszcie istotnie znalazł sobie nauczyciela, który zdołał zadowolić jego ambicje. Uwierzycie, że jako młodzieniec miał ponoć bardzo miłe usposobienie? – Skrzywiła się z niesmakiem. – Był zdolny, potrafił także doskonale kłamać. Na koniec okazał się złodziejem, który okradł swojego mistrza.
- I wy tę skradzioną rzecz mieliście odebrać?
- Nie rzecz. Formułę. Innymi słowy, Begrill zdołał poznać zaklęcia, o których istnieniu nie powinien był nawet wiedzieć. A wiedzy, jak wiadomo, nie da się nikomu odebrać inaczej jak razem z życiem.
Mężczyzna milczał. Bargatha również, przez parę chwil. Wreszcie spytała:
- Wam się to wydaje błahe?
- Nie potrafię ocenić, co jest ważne dla czarodzieja – powiedział obojętnie. – Nadal jednak nie wiem, czemu z moim udziałem zastawiliście pułapkę na ludzi Begrilla. Sądzicie, że się z nimi swoją wiedzą podzielił?
- W pewien sposób. Teraz, kiedy nie żyją, niczego nie da się już dowieść. Nie uwierzylibyście.
- Spróbujcie.
- Nie. I tak nie zaufacie moim słowom, czemu się zresztą nie dziwię. Jeśli jednak nadal chcecie wiedzieć, co się tu wydarzyło, jedźcie ze mną jutro do Ler. Wówczas na własne oczy zobaczycie, czego naprawdę nauczył się Begrill i co z tym uczynił.