Veya - Rozdział VI
Na trakcie wiodącym do bramy w to wczesnowiosenne popołudnie trwał spory ruch. Przechodzili piesi dźwigający rozmaite pakunki, jechały wozy. Pasterz w śmiesznym, przypominającym jakiś fantastyczny grzyb, kapeluszu poganiał przed sobą stadko beczących owiec z czarnymi ogonami.
Strażnik przy bramie pozdrowił Bargathę i krzyknął na tłoczących się w wąskim przejściu ludzi, żeby ustąpili z drogi. Kiedy przejeżdżali uliczkami w kierunku właściwej fortecy, kilka dalszych osób ukłoniło się jej, a ona machała im wesoło ręką.
- Znają was tutaj – powiedział Kernneńczyk jadący u jej boku.
- Tak. – Zatoczyła ręką koło. – Wierzycie teraz, że nie prowadzę was do żadnej jaskini zbójów?
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
- To się jeszcze okaże.
Bargatha wydęła usta i rzuciła mu urażone spojrzenie, ale nic nie odrzekła. Dookoła trwała zwyczajna krzątanina. Mieszkańcy podgrodzia zachowywali się spokojnie, większość wyglądała zdrowo, nikt nie chodził w łachmanach, słyszało się śmiech i głośne nawoływania ulicznych przekupniów. Minęli kilka przydomowych ogródków pyszniących się o tej porze roku jaskrawymi kolorami. Grupka rozwrzeszczanych dzieci przebiegła w pogoni za szmacianą piłką. Doprawdy trudno byłoby sobie wyobrazić, że pan tego miejsca jest jakimś krwawym tyranem.
Co innego wzbudziło zaciekawienie przybysza. Oba ciągi murów utrzymywano w zadziwiającym porządku. Patrząc w górę dało się zauważyć kładki dla łuczników. Były też rozstawione w równych odstępach kadzie, gdzie w spokojnych czasach gromadzono deszczówkę. Sam stołb również czynił wrażenie. Przysadzista wieża o grubych murach z dachem krytym miedzianą blachą miała bardzo wąskie okna oraz galeryjkę u szczytu odpowiednią do ustawienia pomniejszych machin miotających.
Ongiś takie kamienne twierdze były gęsto rozsiane na całym terenie Trzech Domen niejednokrotnie stanowiąc ostatnie schronienie dla okolicznej ludności podczas verdyjskich najazdów. Obecnie wielu możnowładców dla wygody przebudowało swoje siedziby, lub zamieszkało w bardziej dogodnie położonych dworach. Zamek Ler także już na pewno nie pełnił swoich dawnych funkcji obronnych, jednak właściciel nie pozwolił popaść mu w zaniedbanie. Z sentymentu dla siedziby przodków, czy z jakiegoś innego powodu?
Nie ulegało natomiast wątpliwości, że miał odpowiednie środki na jego utrzymanie. Po drodze mijali liczne wsie, gdzie na starannie zaoranych polach wschodziło zboże, stada bydła, towarzyszące domostwom pasieki, wszystko to świadczyło o zamożności tutejszego gospodarza.
U wewnętrznej bramy stali uzbrojeni strażnicy, jednakże i oni przepuścili gości nie każąc się im opowiadać. Jeden natychmiast pobiegł przez dziedziniec i zniknął w wysokiej sieni zapewne po to, by powiadomić pana o ich przybyciu.
Bargatha skierowała wierzchowca pod wsparty na czterech rzeźbionych kolumnach ganek, jedyny jak dotąd widoczny dodatek do pierwotnej, surowej w stylu budowli.
Zanim zdążyli zsiąść z koni, wokół nich zapanowało niejakie zamieszanie. Pierwszy pojawił się zażywny, starszy wiekiem służący w barwach domu, który jednocześnie witał wylewnie Bargathę i wołał na stajennych, żeby zajęli się końmi. Dwóch młodzieńców, którzy również wychynęli z sieni, rzuciło się raźno spełnić jego polecenie, lecz w tej samej chwili na schodkach zjawił się pan domu we własnej osobie.
Bogato odziany mężczyzna około lat czterdziestu w pośpiechu zbiegł na dziedziniec. Na widok Bargathy zakrzyknął z radości i z żywością młodzika przyskoczył do niej, chcąc, jak się zdaje, pomóc jej przy zsiadaniu. Stajenny, chcą nie chcąc, umknął mu z drogi, zaś koń spłoszony gwałtownym ruchem, zastrzygł nerwowo uszami i zaczął się cofać.
Bargatha zastygła w dziwnej pozycji z jedną nogą nad łękiem i drugą jeszcze w strzemieniu. Zdążyła już wypuścić z ręki wodze i teraz nie bardzo wiedziała, co robić. Na szczęście mężczyzna zdołał uchwycić wierzchowca za uzdę. W dalszym działaniu przeszkadzała mu jednak mała książeczka, którą przyciskał do boku, cały czas trzymając palcem założone miejsce. Trwali tak przez moment, niczym w żywym obrazie, po czym Bargatha wyciągnęła rękę, wzięła od niego tomik i wreszcie została zsadzona na ziemię.
Nastąpiły powitalne pocałunki, bardzo przyzwoite – w policzki, lecz na tyle żywiołowe, że wzajemny afekt tych dwojga nie pozostawiał żadnych wątpliwości.
Służący grzecznie czekali nie okazując zdziwienia. Kernneńczyk obserwował całą tę scenę z niejakim rozbawieniem. Pan Tavellen, bo on to był, jak się można domyślić, w oczywisty sposób nie należał do tych, którzy przywiązują szczególną wagę do swojego wyglądu. Złocony guz spinający kaftan pod szyją kołysał się na jednej nitce grożąc urwaniem, mankiety były niedbale podwinięte ukazując koszulę, palce zaś miał uwalane atramentem. Świeża plama widniała też na pole pokrytej haftem, aksamitnej kamizeli. Poza tym pan zamku Ler sprawiał dość sympatyczne wrażenie. Włosy miał mocno kręcone, kasztanowe, przetykane już tu i ówdzie srebrnymi nitkami, związane na karku zieloną wstążką. Ciemne, żywe oczy miały wesoły wyraz, spojrzeniu zaś przez cały czas towarzyszył radosny uśmiech.
Bargatha, najwyraźniej również bardzo rada ze spotkania, nie okazywała ani cienia kwaśnego humoru, jakim nieraz popisywała się w drodze.
Pan Tavellen sięgnął po tomik, który nadal trzymała.
- Wiesz – zaczął widocznie niecierpliwy, by podzielić się z nią jakimś interesującym odkryciem – znalazłem tu właśnie...
- Tavellenie. – Czarodziejka delikatnym gestem wskazała za siebie.
Pan zamku odwrócił się na pięcie i można by sądzić, że dopiero w tej chwili dostrzegł, że ma jeszcze jednego gościa. Uśmiechnął się uprzejmie, a jego oblicze przybrało pytający wyraz. Kiedy obrócił głowę, dało się dostrzec, że lewy policzek, aż po linię szczęki przecinała mu cienka, biała blizna.
- Pan Egren z Kernnu – powiedziała Bargatha. – Mam nadzieję, że udzielisz mu schronienia, gdyż dopiero co został w Este skazany na banicję za zabicie niejakiego Begrilla.
- Doprawdy? – Brwi Tavellena powędrowały w górę. Energicznie wyciągnął rękę. – Wyrazy najszczerszego podziwu, panie. Z całego serca witam w moim domu.
***
Zasłony nad łożem wykończono jedwabnymi frędzlami. Poruszał nimi podmuch płynący od strony otwartego okna. W powietrzu dało się wyczuć zapach deszczu, który przeszedł nocą, ale teraz znów świeciło słońce. Po posadzce wędrowały złociste smugi.
Komnatę o zaokrąglonych ścianach urządzono z dyskretnym przepychem. Całe wnętrze zamku zresztą tak wyglądało. Pan Tavellen okazał się człowiekiem o wyrafinowanych gustach, a także wyjątkowo gościnnym.
Kernneńczyk przeciągnął się z zadowoleniem w wygodnym łożu. Prześcieradła z lnu bielonego na słońcu wydzielały delikatny zapach lawendy. Na suficie wymalowano słońce i księżyc, spoza których wyglądały ludzkie oblicza, łagodnie uśmiechnięte. Sprzęty były z wypolerowanego dębu, pięknie kute lichtarze zaopatrzono w drogie woskowe świece. Za drzwiami czekali słudzy, gotowi na każde wezwanie.
Jeśli tutejszy dziedzic tak przyjmował obcego, to zapewne Bargatha, do której przejawiał wyraźny sentyment, spędziła tę noc w złotogłowiu i jedwabiach. W jego własnej komnacie, zapewne.
Ledwie zdążył wstać i zaczął wkładać ubranie, do drzwi zapukał służący z pytaniem, czy śniadanie ma zostać przyniesione tutaj, czy też może pan Egren zechce zejść na zachodni taras. Pani Bargatha lubiła tam jadać z rana. Czekała na niego, jeśli oczywiście...
Powiedział, że zaraz zejdzie. Służący poczekał, aż dokończy ubierania, a potem sprowadził go krętymi schodami na dół po drodze dobrodusznie chwaląc pogodę oraz dopytując o życzenia gościa względem porannego posiłku.
Taras, kolejny nowomodny dodatek do starej budowli, znajdował się po przeciwnej stronie niż główne wejście. W otaczającym go niedużym ogrodzie kwitły już pierwsze różanokrzewy. Stół nakryto pod płóciennym daszkiem.
Czarodziejka siedziała już tam mieszając w kamionkowym kubku jakiś napar, wokół niej unosił się silny aromat mięty. Miała na sobie delikatną jedwabną suknię w kolorze szarawego błękitu, który musiał stanowić jej ulubiony odcień. Z jasnymi rozpuszczonymi na ramiona włosami wyglądała tego poranka na szesnastolatkę.
- Powinniście mi być wdzięczni – powiedziała na powitanie. – Pan Tavellen miał zamiar zaprosić nas dziś na polowanie z sokołami, a on nie wyjeżdża inaczej, jak bladym świtem. Dlatego wymówiłam się za nas oboje.
- Jestem wdzięczny. I wam i jemu, za wyjątkową uprzejmość.
- To siadajcie i jedzcie. – Wskazała na porozstawiane na stole półmiski. – Będziecie mieli okazję spotkać się z nim później, ale po prawdzie nasz gospodarz wyjechał, żeby dać nam okazję do swobodnej rozmowy.
Kernneńczyk usiadł i wziął sobie pachnącą kminkiem, ciepłą bułeczkę.
- Zamierzam dotrzymać przyrzeczenia – powiedziała Bargatha w odpowiedzi na jego pytające spojrzenie. – Tavellen wie o wszystkim, tyle, że dla niego nie są to sprawy przyjemne.
- Chciałbym rzec, że rozumiem, ale niestety, tak nie jest – odparł. – Poza tym, że przy wieczerzy istotnie wolał mówić o wszystkim innym, niż o tym, co zdarzyło się w Este. - Mimo woli uśmiechnął na to wspomnienie.
Pan Tavellen starał się zabawić gości cytując obszerne fragmenty staroasseleńskiej poezji, w której ludzkie zalety i przywary były ukazane pod przykładem prowadzących ze sobą uczone dysputy zwierząt.
Bargatha zachichotała., jakby doskonale zgadując, co ma na myśli.
- Ale jego to naprawdę ciekawi. Sam w tajemnicy pisuje poezje, tylko nie powtarzajcie tego nikomu – ostrzegła – bo wykazuje w tej kwestii pewną drażliwość. Od wielu lat żyje wśród ksiąg mając je za najlepszych przyjaciół, więc cóż dziwnego, że lubi o nich mówić? Czy to coś gorszego, niż gdy mężczyźni bez końca rozprawiają o swoich koniach, psach, polowaniu albo o wojnie – wytknęła.
Mówiąc to uśmiechała się jednak miło, w sposób jakiego u niej jeszcze nie widział. W ogóle sprawiała teraz wrażenie zupełnie innej kobiety, niż ta, którą poznał przed dwoma dniami. Spokojnej, pełnej wdzięku. Możliwe, że dopiero teraz, gdy czuła się wreszcie bezpieczna, ujawniała swoją prawdziwą naturę.
- Z pewnością nie – odparł zgodnie.
- Cieszę się, że tak myślicie. Tavellen to dobry człowiek, mądry, spokojny. Wiecie, ma już dorosłego syna i to przez niego właśnie zaczęła się nasza znajomość. Nie tak, jak myślicie. – Uśmiechnęła się ironicznie. – Przyszło nam odkryć, że posiadamy wspólnego wroga.
- Begrilla – wtrącił Kernneńczyk.
- Oczywiście. – Bargatha pokiwała głową. – Patrząc od strony tutejszej rodziny początek całej historii jest zupełnie zwyczajny. Młody Virien bawiąc któregoś roku z wizytą u krewnych w Este znalazł w okolicy, jak mu się zdawało, miłość swojego życia. Ukrył to przed ojcem, bo dziewczyna pochodziła z pobliskiej wsi, była nikim, pojmujecie, w czym rzecz? Myślę, że tak naprawdę nie miał się czego obawiać, ale – cóż. – Westchnęła – Dość, że za kolejnym wyjazdem nie znalazł jej w domu. Poszła na służbę we dworze, właśnie u Begrilla i od tej pory nikt jej nie widział.
- Była piękna i Begrill zatrzymał ją dla siebie?
- Tak, ale to mu nie wystarczyło. – Uśmiech zniknął z jej twarzy, Bargatha ponuro pokręciła głową. – Virien nie wierzył, żeby dziewczyna go porzuciła z własnej woli, więc zabrał paru ludzi, którzy mu towarzyszyli, chciał ją odebrać, uratować, sami rozumiecie... – Machnęła ręką. – I co najdziwniejsze, udało mu się prawie, choć jego przyboczni przypłacili tę eskapadę życiem, a i on sam omal nie zginął. Był ciężko ranny.
- A wy mu pomogliście?
- Niemal za późno. Domyślacie się, że od pewnego czasu starałam się być blisko Begrilla, śledzić jego poczynania, ale tak, żeby nie odkrył mojej obecności. W każdym razie potem przywiozłam oboje, Viriena i dziewczynę, do Ler.
- I cóż na to wszystko powiedział pan Tavellen? Nie próbował się zemścić?
- Na szczęście chłopak wydobrzał. Och, w pierwszej chwili Tavellen miał zamiar sam policzyć się z Begrillem, oczywiście. Wyobrażacie to sobie? Zebrałby zbrojny oddział i przeprowadził go przez granicę. Jego własny pan nie byłby zbyt szczęśliwy, gdyby po drodze starli się z wojskiem domena Este, a łatwo mogłoby do tego dojść. Co innego go jednak powstrzymało. Spójrzcie.
Róg tarasu i fragment kamiennej barierki były ukruszone. Kilka dużych kamieni leżało porozrzucanych na dole między krzewami. Wobec wyraźnej poza tym dbałości o otoczenie wydawało się dziwne, że jeszcze tego nie naprawiono.
- Nad zamkiem przechodziła burza – powiedziała Bargatha. – Pokazałam Tavellenowi, gdzie uderzy piorun. Szkoda niewielka, a uczyniło to stosowne wrażenie. Zwłaszcza, gdy ostrzegłam go, że Begrill potrafi to samo, lub więcej. Obiecałam też, że nie pozostanie na zawsze bezkarny.
- Teraz rozumiem, czemu od razu mnie polubił.
Roześmiała się, ale bez poprzedniej wesołości.
- Jest cierpliwy, ale wcale nie aż tak łagodnego usposobienia, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Wiadomość o śmierci Begrilla ucieszyła go niepomiernie.
- Zauważyłem.
- Niewątpliwie. Lecz nie to chcielibyście wiedzieć, nieprawdaż?
- Prawda, pani czarodziejko.
- Wiecie, co znaczy veya?
Rozpoznał słowo, a nie pochodziło ono z żadnego z ludzkich języków. Użyte w tych okolicznościach budziło wielki niepokój.
- Przejście?
Bargatha pokiwała głową, z uznaniem.
- Albo przeobrażenie. Umiejętność zbyt niebezpieczna, aby nauczać jej byle kogo, kto wykazuje w tym kierunku jakieś zdolności. Sztuka zmieniania jednej rzeczy w drugą. Powiedziałam wam, że Begrill był zachłanny. Zachłanny człowiek zaś, gdy nie znajduje w świecie tego, co mogłoby go zadowolić, próbuje to stworzyć.
- Na przykład zamienić ołów w złoto?
- To zupełnie możliwe – oświadczyła z powagą. – Tyle, że wymaga zbyt wiele wysiłku. Prędzej można by dojść do majątku najmując się w polu. Ale żywa materia czasem poddaje się łatwiej. Tego właśnie dotyczy sztuka veyi.
- Co macie na myśli?
- Można zrobić wiele dobrego. Leczyć, naprawić błędy, jakie popełnia czasem nawet sama natura. Także, niestety, spełnić własne zachcianki, z których nie wszystkie są nieszkodliwe. Ktoś chce mieć wspaniałego wierzchowca, dobrze, póki przy okazji nie zmieni go w drapieżną bestię, która łaknie ludzkiego mięsa. Albo sługę o wyjątkowych zdolnościach i wiernego jak pies, który uczyni dla niego dosłownie wszystko.
- Smoka na swoje rozkazy?
- Kpicie sobie? – Jej oczy zabłysły. – Kto wie? – zastanowiła się. – A cóż by się nadało na smoka? Bo zawsze musi być coś na początku. Niedźwiedź? Albo jedno z tych wielkich zwierząt, które ponoć żyją daleko na wschodzie? – Zniecierpliwiona machnęła ręką. – Nawet nie chcę sobie wyobrażać. – Wstała od stołu. – Chodźcie, pokaże wam coś, bo już nie kogoś, niestety.