Veya - Rozdział VII
Widok był doprawdy zaskakujący. Kernneńczyk przystanął na ostatnim schodku posyłając zdumione spojrzenie wyprzedzającej go o pół kroku czarodziejce. Zaskoczenie było zresztą obopólne, gdyż kobieta, w oczywisty sposób właśnie wyrwana z drzemki gwałtownie przetarła oczy. Na jej twarzy pojawił się wyraz strachu, który przerodził się w pełen niezadowolenia grymas, gdy dojrzała Bargathę. Jednocześnie jednak wyraźnie odetchnęła z ulgą. Uczyniła wysiłek, by powstać szybko z fotela, co niezupełnie się jej udało. Z ciężkim sapnięciem uniosła się wreszcie, przytrzymując oburącz masywnych poręczy, potem niezgrabnie dygnęła.
- Witaj, Kellin – powiedział Bargatha, która najwyraźniej dobrze ją znała. – Idziemy zobaczyć Gessi.
- Ale... – Kobieta zamachała rękoma, jakby się od czegoś opędzając.
- Twój pan się zgodził.
- Aha.
Kellin odpięła od paska masywny klucz i podała go Bargacie. Usunęła się na bok i stanęła z zaplecionymi na piersiach ramionami. Kernneńczyk zdziwił się po raz drugi, gdyż poczuł wyraźnie, że niechęć kobiety jest skierowana wyraźnie do niego. Nie chciała, żeby przeszedł przez drzwi, które miała za plecami. Przez cały czas, gdy Bargatha wsuwała klucz do dziurki, przekręcała go i uchylała drzwi, świdrowała go przepełnionym złością wzrokiem.
Kiedy idąc za czarodziejką przekroczył próg, przyczyna owego zagniewania natychmiast przestała go zajmować, zarazem w pewien sposób sama się wyjaśniając.
W małej, lecz przyjemnie urządzonej komnatce ujrzał najdziwniejszą chyba istotę, jaką zdarzyło mu się do tej pory spotkać. Młodą kobietę o urodzie tak nieprawdopodobnie wybujałej, że mogłaby stanowić żywe ucieleśnienie marzeń trapionego upałami krwi niedorostka. Twarz w kształcie serca okalała kaskada złocistych loków, usta pełne i czerwone wprost zapraszały do pocałunków, cera była jasna i nieskazitelna, jakby rozświetlona od wewnątrz.
Suknia, w którą ją odziano, była na nią o wiele za luźna, ale zaradziła temu opasując się pasem materiału, który wyglądał, jakby był przedtem lnianą serwetą zabraną ze stołu. Talię miała tak cienką, że można by ją było objąć dłońmi bez trudu łącząc palce. Przód szaty ściągnęła mocno do przodu powiększając dekolt, przy czym ścieg na ramieniu puścił odsłaniając białe płótno koszuli. Strzeliste piersi wyraźnie rysowały się pod materiałem.
Stała wyprostowana pośrodku pomieszczenia przyglądając się gościom szeroko otwartymi oczyma. Jeśli rozpoznała Bargathę, nie dała tego po sobie poznać. Przez chwilę wodziła oczyma od jednego do drugiego, po czym skupiła spojrzenie na mężczyźnie.
Uśmiechnęła się, a potem podeszła bliżej stawiając stopy z nieświadomą gracją tancerki. Nie odezwała się, tylko ujęła jego dłonie w swoje i położyła sobie na piersiach. W tym samym momencie poczuł, że wbija w nie długie paznokcie raniąc do krwi. Z jej ust wydobył się cichy, zadowolony pomruk, lecz oczy wielkie i błękitne, pozostawały zamglone, jakby niezupełnie zdawała sobie sprawę z tego, co robi.
Kernneńczyk bał się poruszyć. Z bliska jej skóra wydzielała nieokreślony, słodki zapach, od którego kręciło się w głowie. Zobaczył strużkę potu spływająca po gładkiej szyi.
Przytrzymał ją lekko za nadgarstki i zaczął delikatnie odsuwać od siebie.
Znów ten gardłowy pomruk. Wyginała się w pasie próbując ocierać o niego biodrami.
Mógłby ją odepchnąć, uderzyć z całej siły...
- Gessil! – Bargatha ujęła dziewczynę za ramię, potrząsnęła nią mocno.
Piękna twarz powoli obróciła się w jej stronę, wydawało się, ze w jej oczach pojawia się iskierka zrozumienia, lecz zaraz zgasła ustępując poprzedniemu wyrazowi zupełnej pustki. Mimo to dziewczyna uwolniła ręce mężczyzny i dała się odprowadzić na bok. Posłusznie opadła na wyściełaną ławę pod oknem, gdzie popchnęła ją czarodziejka.
- Przyślę ci Kellin, dobrze? – powiedziała Bargatha łagodnie.
Dziewczyna przechyliła głowę na jedno ramię, potem na drugie, jej brwi uniosły się ze zdziwieniem w górę, jakby nie była pewna, skąd dochodzi dźwięk. Zatrzepotała nieprawdopodobnie długimi, wywiniętymi na końcach rzęsami. Jej uwagę naraz przyciągnęło własne odbicie w matowej szybce. Wyciągnęła ku niemu rękę zaciekawiona niezrozumiałym zjawiskiem, paznokcie zazgrzytały po szkle. Ten odgłos chyba ją lekko przestraszył, bo cofnęła się nagle.
- Chodźmy – powiedziała Bargatha oglądając się na mężczyznę, który wciąż nieco oszołomiony stał pośrodku komnaty.
Wyszedł za nią bez słowa, aż nazbyt chętnie. Czekająca za drzwiami matrona wyminęła ich oboje nie zaszczycając spojrzeniem, już spieszyła do swojej podopiecznej.
Kernneńczyk odetchnął głęboko raz i drugi. Widział, że Bargatha go obserwuje, ale uznał, że nie ma potrzeby urywać przed nią jak bardzo poruszyło go to spotkanie. Nie miał wątpliwości, że i tak musiała to widzieć. Trochę się zdziwił, kiedy skinęła głową, jakby chciała mu wyrazić swoje uznanie.
- Wróćmy na taras – zaproponowała.
Kiedy znaleźli się tam, napełniła dwa kielichy winem, jeden podała mężczyźnie, z drugiego sama napiła się z pewną łapczywością.
- Nie ma nikogo, kto łatwo by znosił jej obecność – powiedziała. – Trzeba jej pilnie strzec, rozumiecie... – Przerwała ponownie sięgając po dzban z winem. – Tavellen widział ją raz, a potem pił przez dwa dni bez przerwy nie odzywając się do nikogo. Od tej pory nie wolno nawet wspominać przy nim o dziewczynie.
- A jednak troszczy się o nią, zapewnia wygodę.
- Tak, dobry człowiek, mówiłam wam.
- A jego syn?
- Zniósł to lepiej, niżby się można spodziewać. Sądzę, że naprawdę kochał Gessil w jej poprzedniej postaci, więc ta przemiana napełniła go tylko smutkiem. Wyjechał do Kadne. Służy teraz w oddziałach tamtejszej pani, ale pisze do domu. Pewnie za jakiś czas wróci. Dlatego trzeba będzie umieścić Gessil gdzie indziej. W jakimś majątku na uboczu.
Kernneńczyk pokiwał głową.
- Co sądzicie? – spytała Bargatha. – Gniewacie się, że was nie uprzedziłam?
- Nie, mieliście rację. Żadne słowa nie zdołają oddać tego…– Machnął ręką, jakby odżegnując się od wszelkich wyjaśnień. – Chcieliście poddać mnie próbie? Jeśli tak, wiedzcie, że bardziej bym się uradował, gdyby ktoś mi wylał kubeł pomyj na głowę. – Za skarby świata nie chciałbym dłużej przebywać z tą kobietą, bo tak samo jak i do czego innego, budzi chęć, żeby jej na miejscu ukręcić głowę. Ale, jak sądzę – dokończył sięgając ponownie po puchar z winem – doskonale to wszystko wiecie.
- Wiem, że nie odważyłabym się zaprowadzić do niej żadnego innego mężczyzny poza, może, Tavellenem – odparła spokojnie. – Powiedzcie, co teraz myślicie o Begrillu?
- Że miał lekką śmierć.
- I tak żałuję, że tego nie widziałam – oświadczyła mściwie.
- Nie dziwię się wam. Wcale – odrzekł powoli. – Ale, pani Bargatho, czy tego co zrobiono czarodziejską sztuką, nie da się tak samo odwrócić? Sprawić, żeby dziewczyna znów była sobą?
- Jednak trochę was oczarowała? – Bargatha uśmiechnęła się krzywo. – Ile było można, zrobiłam. – Jest teraz łagodniejsza, rozumie niektóre słowa. Może jeść, trochę. Przedtem piła tylko mleko z miodem, ponieważ prawie nie ma żołądka. Poza tym – niewiele. Nie jestem Boginią, żeby z tego co pozostało, po tym, jak Begrill się nią zabawiał, na powrót stworzyć człowieka.
- A ci czterej z przełęczy? To samo stało się z nimi?
- Właściwie tak. Psy szkolone do walki, bez własnej myśli, znające tylko głos swojego pana. Sądzę, że w istocie wyświadczyliście im łaskę. – Przymknęła na chwilę oczy. – Tak naprawdę lepiej byłoby uśmiercić również Gessil, ale na to nie zgodzi się Tavellen, a ja nie chcę w tej sprawie postępować wbrew jego życzeniom.
Dalej sączyli wino spoglądając na rozkwitający, wiosenny ogród. W rozbitym narożniku tarasu uwijały się dwa czyżyki znosząc piórka i pokruszone gałązki.
- Co innego mnie martwi – odezwał się po pewnym czasie Kernneńczyk. – Ta wasza veya. Ten mistrz Begrilla, jak się domyślam i wasz także. Ten, którego imienia najwyraźniej nie chcecie mi wyjawić. Czarodziej biegły w tworzeniu potworów.
Bargatha pokręciła głową.
- Nie tym się zajmuje. Veya to narzędzie. Jak młot, którym także można roztrzaskać komuś czaszkę, ale nie takie jest przecież jego przeznaczenie. Mistrz zaś nazywa się Ketrigath z Południowej Wieży.
Patrzył w poważną twarz z nieco zbyt szeroko rozstawionymi oczyma. Szczupłe dłonie o długich palcach złożyła na podołku. Skóra na przegubach rąk była tak cienka, że wyraźnie prześwitywały przez nią błękitne żyły, niczym delta rzeki widzianej w snach. W jej wyglądzie nie dostrzegał wyraźnych skaz ani deformacji, choć wydawała się krucha, ale i to dopiero teraz rzuciło mu się w oczy. Przez poprzednie dni była tak pełna energii, sprawiała wrażenie tryskającej zdrowiem i siłą. Tak miała wyglądać kobieta z rodu o krwi skażonej tak, że już bardziej nie można, z zagubionej wśród gór doliny, którą przeważnie nazywano po prostu Przeklętą? Wszak, wedle powszechnego mniemania, rodziły się tam same monstra ledwie podobne do ludzi.
- Gathowie z Nassuranu – westchnął. – Czemu się nie domyśliłem?
- Bo większość ludzi woli nie pamiętać, że paru z nas wciąż żyje na tym świecie. A naszym życiem jest veya.
Odsunęła się na sam skraj stołu, objęła ramionami, niczym człowiek, który pragnie się ochronić przed chłodem. Poczuł się tak, jakby wyrządzał jej niesprawiedliwość. Kiedy znów się odezwała, jej głos zabrzmiał głucho:
- Ja, panie, sądzę, że wiem, komu się zwierzam. Mam też nadzieję, że wasz władca jeszcze pamięta, jaką obietnicę złożył nam dawno temu Randthorn z Kernnu.
- Owszem. Po Wielkiej Wojnie król obiecał Ketrigathowi i jego rodzinie nietykalność oraz pozostawił Nassuran w ich władaniu w zamian za to, że stanęli wtedy przy jego boku.
- A przeciw swojemu poprzedniemu panu, którego już wtedy nie inaczej zwano, jak Nieprzyjacielem Ludzi.
- Wszyscy to wiedzą, pani – zapewnił ją poważnie Kernneńczyk. – Król Thorendall nie złamie przymierza.
- Tak? – Spojrzała na niego szarymi, błyszczącymi oczyma. – To dobrze. W takim razie ja ze swej strony obiecuję, że teraz, gdy przełęcze są znowu otwarte, będziemy baczniej strzegli naszych sekretów. Nie jest naszym zamiarem krzywdzenie kogokolwiek.
- Rozumiem, pani. Przekażę wasze słowa. – Zawahał się. – Macie prawo je wypowiadać?
Uśmiechnęła się lekko, odgarnęła z twarzy kosmyk jasnych włosów, który jej opadł na czoło.
- Jakże by inaczej? – odpowiedziała niemal szeptem. – Jestem Bargatha z Nassuranu. Dziedziczka Południowej Wieży.
- Królowa – powiedział wstrząśnięty sam nie wiedząc czemu również zniżając głos.
Parsknęła śmiechem znów na chwilę przeistaczając się w młodą, beztroską dziewczynę.
- Dopiero w przyszłości – oświadczyła poważniejąc. – Dalekiej jeszcze, bo mam nadzieję, że mój ojciec będzie władał szczęśliwie jeszcze przez długie lata.
Ketrigath już za czasów Randthorna nie był młodzieńcem – uświadomił sobie Kernneńczyk. – Jeśli on sam nadal w dobrym zdrowiu zasiada na nassurańskim tronie, to ile lat naprawdę może mieć jego córka? Czy jej młodzieńczy wygląd tego poranka również jest skutkiem umiejętnie rzuconego czaru?
Wolał o to nie pytać. Pokiwał jedynie głową w milczeniu. Bargatha uśmiechnęła się sięgając po kielich. On także to zrobił i bez słowa przepili do siebie.
Jeden z czyżyków porzucił na chwilę pracę przy budowie gniazda i zanurkował pod daszkiem, skuszony okruchami chleba, które spadły ze stołu. Zebrał je, rzucono mu więcej.