Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Wędrowiec i kłamca

nathan ·

Był późny, letni wieczór. Sołtys Zemiel pchnął ciężkie, okute metalem, dębowe drzwi. Te ustąpiły skrzypiąc przeraźliwie. Sołtys wszedł do ciepłego, dusznego wnętrza karczmy. Kilka głów obróciło się i spojrzało na niego. Gdy poznali, że swój, wrócili do rozmów. I picia. Właściwie to głównie do picia. Tymczasem Zemiel rozejrzał się w poszukiwaniu pewnego człowieka. Wieść niosła, że w owej karczmie przebywał wędrowiec.
Zemiel natychmiast odnalazł go wzrokiem. Siedział sam, w kącie sali, popijając miejscowe piwo z glinianego, poszczerbionego niczym piła, kufla. Przed nim na dębowym stole stał drewniany talerz z resztkami. Mężczyzna miał na oko dwadzieścia pięć lat, był dobrze umięśniony, z długimi brązowymi włosami podtrzymywanymi przez opaskę, miał też kilkudniowy zarost. Skóra na twarzy była ogorzała, nad lewą brwią miał małą płytką bliznę. Czarne niczym noc, głębokie oczy wpatrywały się w zamyśleniu w kufel. Miał na sobie czarny kaftan i zwiewną, białą koszulę. Luźne spodnie włożył w wysokie, skórzane buty. Te, już wyglądu można by poznać, były noszone nie pierwszy rok.
Sołtys podszedł i zatrzymał się przy stole nieznajomego. Mężczyzna podniósł wzrok i patrzył bacznie na przybysza. Ten, z jakiegoś powodu, zastanowił się czy wie co robi. Podróżnik budził nim dziwny niepokój, lęk.
- Można? – spytał Zemiel i wskazał na ławę naprzeciw wędrowca. Ten tylko skinął głową. Zemiel usiadł i zmierzył wzrokiem mężczyznę. Po chwili rzekł:
- Jestem Zemiel. Jestem tu sołtysem.
- I co mi do tego – rzekł chłodno nieznajomy. Głos miał głęboki, miły dla ucha.
- Wyglądacie panie na wprawionego w wojaczce. Jak was zwać?
Nieznajomy uśmiechnął się. Nie był to uśmiech przyjemny, raczej groźny i niepokojący. Tak szczerzyły się wilki do swych ofiar.
- Mordim.
- Z Północy, jak wnoszę z wymowy? – rozpoznał akcent.
- Z Północy. – potwierdził wędrowiec
- Nie wyglądacie panie jak jeden z dzikich.
- O tym chcieliście gadać? – upomniał wojownik.
- Ano, panie, nie o tym. – rzekł ciężko sołtys. – Widzicie, praca by się znalazła.
- Nie szukam roboty. – odparł cierpko rozmówca.
- Może byście wysłuchali?
Mordim tylko skinął głową na znak, że się zgadza.
- No więc widzicie – zaczął Zemiel – U nas, jak widzicie, tylko góry i lasy. No, po ostatniej wojnie, jak to się wojsko przetoczyło, pod broń powołało, kto chałup bronić nie miał. I się różnego tałatajstwa namnożyło. Wiecie, co mówię, zbóje, gobliny, sami bogowie wiedzą co jeszcze. No, ale do rzeczy, bom się rozgadam i noc przesiedzimy. Ostatniej wiosny zbójów, co nam co miesiąc część zbiorów zabierali, coś przepędziło. I bodaj temu na zdrowie, tylko dziękować. No, tak by można pomyśleć.
Sołtys westchnął i podjął opowieść.
- Tyle, że potem żeśmy zobaczyli co. Przylazło to poprzedniej wiosny, wielkie na osiem łokci czy nawet więcej, drzewo wyrwał i na broń przerobił. Kamieniami i innymi śmiećmi ponabijał. Jak już mówiłem, wielki pancerz zmontował ze starych płyt, w hełmie rodem z trola zdjętym, cholera wie skąd bydle ma. Przychodzi, i żreć chce. No to my że nie damy. Poszło trzech strażników księcia, co przez wieś akurat przejeżdżali, ale bydle ciosem zmiotło. No, to żeśmy dali. Ale wraca, co miesiąc czy dwa i przeżera nam pół zapasów. My już teraz na zapasach zimowych, panie, a do pierwszych śniegów jeszcze miesiąc.
- I na co liczycie?
- Może moglibyście ubić go, panie.
Mordim uśmiechnął się znowu. Sołtysowi serce w gardle stanęło. Mężczyzna rzekł powoli, prawie że szeptem:
- A ile jesteście skłonni zapłacić?
- Ano, to kolejna rzecz panie. Widzicie, stwór prócz nas i karawany rabuje, nawet komornika hrabiego obrabował. I siedzi na złocie, znaczy się.
- A skąd wiecie? Byliście tam? – zapytał rzeczowo wędrowiec
- No, nie…-zawahał się Zamiel.
- No to co? Na ślepo mam iść? Nie ze mną takie rzeczy. Wymyślcie jakąś sumę albo sami sobie zabijajcie potwory. Ja głowy za nic narażał nie będę.
Sołtys otarł łyse czoło wymiętą chusteczką. Umysł miał wypełniony strachem, coś w tym mężczyźnie przerażało go.
- Pięć…pięćdziesiąt marek srebrem? – spytał ostrożnie.
Mężczyzna zaśmiał się głośno. Kilku bywalców spojrzało na niego.
- Sześćdziesiąt albo sami sobie polujcie.
Zamiel głośno przełknął ślinę.
- Zgoda – rzekł suchym głosem.

Mordim szedł lasem. Otaczała go ciemność, drogę oświetlało mu światło gwiazd prześwitujące przez konary. U jego pasa kołysał się miecz, w dłoni zaś trzymał łuk. Gryfy łuku były pokryte dziwnymi znakami, które uczony badacz rozpoznałby jako dzieło wikingów z północnych krain. Na cięciwie była osadzona strzała. Lotki miała czarne, z piór kruka. Grot ciężki, masywny, zadający straszne rany. Miecz schowany był w jaszczurze, z ciężkim, lekko wygiętym w stronę ostrza jelcem i masywną, okręconą skórą rękojeścią. Ta zakończona była niewielkim krwistoczerwonym rubinem.
Na szyi wojownika z północy, zawieszony na rzemieniu, kołysał się pęk tojadu. Mordim dużo słyszał o tych lasach i wolał być przygotowany.
Szedł coraz dalej w las. Chłopi twierdzili, że olbrzym ma kryjówkę głęboko w kniei, prawie że u podnóża gór. Jednak Mordim cały czas rozglądał się bacznie. Wiedział, że w starych borach żyją różne istoty. Straszliwe istoty.
Na wschodzie usłyszał wycie wilka. Uśmiechnął się. Uznał to za dobry znak od jego boga. W milczeniu pokonywał kolejne kilometry. Nagle do jego nosa doleciał zapach gotowanego mięsa. Powęszył chwilę i skręcił w lewo, ku źródłu owego zapachu. Po kilkunastu krokach usłyszał odgłosy bójki. Przyspieszył lekko, licząc że owa szamotanina zagłuszy jego kroki. Dobiegł do starej kłody i uklęknął. Widział zza niej wyraźnie dwie sylwetki przy ognisku. Przyjrzał się i rozpoznał, iż należą one do orków. Blisko dwa metry wzrostu, odziane w skóry. Każdy z nich w dłoni trzymał stary, poszczerbiony nóż. Ostrza tych broni śmiało mogły jednak konkurować z małymi mieczami. Do tego, jak zauważył Mordim, były poplamione starą krwią. Znał ich język na tyle, by zrozumieć że kłócą się o jedzenie. Powoli napiął cięciwę i wycelował. Nie lubił orków. Takie jak te zazwyczaj rabowały i paliły wioski, odbierając mu robotę. To on tu był od rabowania.
Pierwsza strzała trafiła orka w szyję. Jego towarzysz patrzył w zdziwieniu jak ciało przyjaciela osuwa się powoli do ogniska. Następnie usłyszał kroki i odwrócił się. Mordim szedł z obnażonym mieczem. Jego ostrze wyglądało na ciężkie, miało prawie metr długości. Uchwyt był na tyle długi, by broń można trzymać w dwóch rękach. Z krzykiem ork ruszył na wojownika.
Mordim uniknął szerokiego cięcia nurkując pod ostrzem przeciwnika. Gdy znalazł się za nim szybko podniósł miecz i przejechał nim orkowi po plecach. Masywne ostrze z łatwością przecięło kręgosłup i żebra. Ork padł na ziemię a Mordim uderzył znowu. Tym razem w głowę. Odłamki czaszki i mózgu poleciały na kilka stron.
Wojownik wytarł ostrze w pancerz orka i schował je do jaszczura. Poszedł po swój łuk i ruszył w dalszą drogę. Nie wszczął tej walki tylko dla rozrywki. Chciał rozgrzać się przed trudniejszym przeciwnikiem.
O tym, że jest blisko celu powiedział mu mdły zapach rozkładającego się mięsa. Zwolnił kroku. Zbliżała się północ a miesiąc i gwiazdy oświetlały mu drogę. Stanął za drzewem, wychylił się ostrożnie i spojrzał na wejście jaskini.
Grotę poprzedzał dziesięciometrowy pas równego terenu. Przed wejściem leżały stare ciała w różnym stopniu rozkładu – kości, świeże kawałki, części w różnym stopniu rozkładu. Wejście było wysokie na cztery metry, w samej zaś jaskini Mordim dostrzegł swój cel. Bestia spała zwinięta w kłębek, mimo dość sporej odległości słyszał jej chrapanie.
Mordim podszedł powoli do wejścia jaskini. Powoli, tak by nie obudzić olbrzyma wdrapał się na wejście do groty. Ściana góry była lekko pochylona, dzięki czemu wojownik mógł oprzeć się plecami o nią plecami. Wyciągnął dwie strzały i krzyknął najgłośniej jak umiał jednocześnie naciągając łuk.
Usłyszał pomruk z głębi jaskini. Coś wielkiego podniosło się i ciężko ruszyło w stronę wyjścia.
Gdy tylko ukazał się łeb bestii Mordim wystrzelił. Strzały odbiły się jednak od hełmu, jaki potwór nosił na głowie. Obrócił się szybko i w stronę wojownika wystrzeliła długa na dwa metry, nabijana ćwiekami maczuga. Chłopi nie kłamali. Było to po prostu drzewo obdarte z liści i nabije głazami wielkości głowy rosłego człowieka. Mordim wyobraził sobie co by zostało z niego po takim ciosie. Puścił łuk i susem skoczył nad głową olbrzyma. Gdy wylądował wykonał przewrót przez bark by zamortyzować upadek, ale siła z jaką uderzył w ziemię sprawiła, że przed oczami pojawiły mu się plamy. Wstał jednak szybko i wyciągnął miecz. Gdy tylko się odwrócił zobaczył biegnącego w swoją stronę potwora. Bestia na piersi miała metalową pokrywę, na plecach drugą. Obie były spięte łańcuchami tworząc coś w rodzaju zbroi.
Cios spadł z góry. Mordim odskoczył lekko w lewo i natychmiast doskoczył do potwora tnąc w nieosłonięty bok. Ostrze weszło w twardą skórę. Pojawił się problem – broń nie chciała wyjść. Raniona bestia zawyła. Krzyk wstrząsnął lasem. Wojownik puścił miecz i pobiegł w stronę trupów. Te wciąż miały broń, którą trzymały w chwili śmierci. Chwycił starą włócznię i ruszył biegiem w stronę potwora. Ten tylko znowu zaryczał, uniósł powoli oręż. Gdy Mordim podbiegł wystarczająco blisko, opuścił ją.
W ostatniej chwili wojownik odskoczył i wyprowadził pchnięcie. Celował w odsłonięte gardło. Trafił. Zardzewiałe ostrze przebiło twardą skórę i przecięło kręgosłup. Mordim złamał łokciem dwumetrowe drzewce mniej więcej w połowie długości. Kawałek kija z wystającym drzazgami wbił w poszerzającą się ranę po mieczu. Odskoczył, gdy stwór rozpaczliwie machnął maczugą. Zrobił to jednak zbyt wolno, maczuga drasnęła go lekko. Poczuł pękające żebro. Jego dłoń natrafiła na łuk. Wyciągnął strzałę z kołczana i napiął łuk. Strzelił. Pocisk trafił w łańcuch podtrzymujący płytę. Ta zsunęła się z trzaskiem i rozcięła stopę potwora. Olbrzym padł z hukiem, ptaki zerwały się z okolicznych drzew.
Mordim, kuśtykając, wyszarpnął z ciała bestii swój miecz. Schował go do jaszczura i wszedł do jaskini. Znalazł tam trochę skór, kilka srebrników i zardzewiały kirys. Tego ostatniego nawet nie tknął. Wziął tylko monety.

Nad rankiem wrócił do wioski. Szedł powoli. Przed wioską stał sołtys, kilku chłopów. Zemiel miał na sobie kolczugę, przy pasie miał miecz. Jeden z chłopów miał starą kuszę, większość miała cepy. Mordim zatrzymał się. Sołtys uśmiechnął się i rzekł:
- Słyszelim jakieście walczyli. Spać się nie dało. Pół hrabiostwa musiało słyszeć.
- Moja zapłata – odparł wojownik. Sołtys rzucił mu sakwę którą wędrowiec złapał w locie.
- Dwadzieścia srebrnych, jakeśmy się umawiali.
- Miało być sześćdziesiąt – warknął ze złością Mordim
Chłop znacząco przyłożył kuszę do barku. Mordim warknął i ruszył w stronę lasu. Sakiewkę schował do kieszeni.
- Dwadzieścia? – mruczał do siebie – To jeszcze zobaczymy.

Mordim siedział na kamieniu, Spędził w tym lesie już dobry tydzień zdążył poznać okolicę. Wyleczył już całkowicie rany po walce z olbrzymem, teraz zaś szykował się do zemsty. Znał rozkład budynków wioski i wiedział, gdzie ów Zemiel mieszka. Pozostawał problem.
W kołczanie miał tylko trzy strzały a samotny szturm na wioskę nie miałby sensu. Zabiłby kilku chłopów zanim by go utłukli na tym by stanęło. Nawet nie zbliżyłby się do sołtysa.
Pogrzebał kijem w ognisku. Zostały mu tylko trzy strzały. O jedzenie nie musiał się martwić, mógł polować – w lesie było pełno zwierzyny. Dla kogoś, kto jak Mordim, przetrwał pięć lat wśród wikingów, taki sposób życia nie był nowością.
Wojownik westchnął w wdrapał się na drzewo. Sypiał tak cały czas. W lesie czaiło się wiele niebezpieczeństw a nie chciał, by ukąsił go jakiś leszy albo dziwożona. Prócz tego w tej kniei żyło stado orków, a on nie miał ochoty obudzić się otoczony przez te bestie. Mordim podrapał się w policzek w zadumie.
W całej wiosce jedynym murowanym budynkiem była karczma. Reszta była zrobiona z drewna. Budynek sołtysa stał przy samym rynku, w centrum wsi. Wioska zaś była otoczona przez pola i podkraść się było tylko od strony stawów, gdzie rosła jeszcze jakaś trawa.
A wiec wiem już, jak wejdę, pomyślał Mordim. Od strony stawów. Tylko co dalej? Wędrowiec chciał się zemścić. Nie był wprawdzie z wikingów, ale lata spędzone z tym ludem odcisnęły piętno na jego psychice. Spojrzał w gwiazdy. Młot Thora, tak widoczny na niebie północy był tylko malutkim zbiorowiskiem gwiazd na horyzoncie.
Mordim zsunął się z drzewa. Postanowił. Wziął łuk w dłoń, strzały, przypiął miecz do pasa. Poprawił klamry butów. Nie chciał, by coś przeszkadzało mu w trakcie zemsty.
Biegł szybko ku stawom, wiedział, że tak późnym wieczorem chłopi nie pojawiają się w lesie. Gdy dotarł do bajorek padł na kolano i rozejrzał się. Dookoła grały pasikoniki czyniąc przeraźliwy hałas. W stawie pływały grube karpie, tłoczyły się tuż przy powierzchni. Wojownik jeszcze raz rozejrzał się uważnie. Podejrzewał, że sołtys kazał chłopom uważać na niego, ale nie chciał tego sprawdzać w praktyce.
Słońce zaszło, było dość ciemno. Widział coraz więcej ludzi idących w stronę karczmy. To dobrze, pomyślał, ulice będą puste.
Nagle za jego plecami rozległ się krzyk. Jakiś chłop zauważył go i podniósł raban. Mordim natychmiast wpakował mu strzałę w gardło i wskoczył w szuwary. Zaklnął. Biegnący w stronę ciała ludzie nie zauważyli go. Wymknął się bokiem, gdy chłopi oglądali nieszczęśnika i natychmiast zniknął w cieniu między dwoma domami. Czekał przez chwilę, ale nic się nie działo. Ruszył w stronę domu sołtysa.
Gdy tylko tam dotarł, zauważył że dom jest otoczony przez wartowników. Zaklął, obrażając poważnie matki mieszkańców wioski, wartowników i sołtysów jako takich. Wypatrzył tego ze strażników, który trzymał kuszę. Napiął łuk i wymierzył.
Strażnik nie zauważył go. Rozmawiał właśnie z jakąś młodą dziewczyną, uśmiechał się do niej. Mordim puścił cięciwę. Grot strzały wbił się w brzuch mężczyzny. Ten zgiął się i wypuścił broń. Upadł na twarz a wokół niego zaczęła rosnąć kałuża krwi. Strażnicy spostrzegli agresora i ruszyli w jego kierunku. Uzbrojeni byli w włócznie, jeden miał topór. Było ich już tylko pięciu. Mordim napiął ostatnią ze strzał i wypuścił w stronę jednego z wartowników. Strzałą chybiła i wbiła się w ścianę chaty.
Mordim odrzucił łuk i wyszarpnął miecz. Ciężkie ostrze zadźwięczało w świetle gwiazd. Wojownik ruszył powoli. Zrobił trzy kroki i pierwszy przeciwnik pchnął go włócznią. Zrobił unik w lewo i złapał za drzewce włóczni. Pociągnął i wyrwał broń wartownikowi. Oddał mu ją. Grotem do przodu. Broń utkwiła przeciwnikowi w brzuchu.
Drugi rzucił się dziko pchając włócznią. Mordim był szybszy. Kucnął i pozwolił, by grot przeleciał mu centymetr nad głową, następnie ciął mieczem od dołu. Ostrze weszło w mostek i zatrzymało się dopiero na brodzie. Trysnęła krew. Ten z toporem próbował ściąć wędrowcowi głowę, jednak przeżył on niejedną walkę. Wyszarpnął miecz z ciała poprzedniego przeciwnika i ciął na odlew, szerokim łukiem. Cios wytrącił broń strażnikowi i rozorał rękę. Zanim jednak ten zdążył to zauważyć wojownik z północy obrócił się na pięcie i ściął mu głowę. Reszta ze strażników uciekła. Mordim schował miecz i poszedł po swój łuk. Gdy z bronią w ręku obrócił się zobaczył sołtysa stojącego we framudze drzwi. Trzymał napiętą kuszę.
Wystrzelił. W tej samej chwili Mordim rzucił się na niego z dzikim krzykiem. Bełt utkwił mu w nodze, wojownik upadł. Obrócił się przez bark w wstał. Czuł, jak po udzie rozlewa mu się ciepła, lepka krew. Poczuł jej charakterystyczny zapach. Zacisnął zęby w bólu i zastygł w bezruchu.
- Po co tu wróciłeś, włóczęgo – rzekł hardo Zemiel
- W moim kraju – odparł wojownik – kłamców się zabija.
Sołtys wybuchł śmiechem. Rzucił kusze na bok i sięgnął do wnętrza chaty. Wyciągnął włócznię.
- Myślisz że co? – spytał – Że jakiś włóczęgo może się tu panoszyć? Dyktować ceny?
- Umawialiśmy się…
- I widzisz jak skończyłeś – to wyrzekłszy cisnął włócznią. Ta poszybowała ciężko w stronę Mordima. Grot zbliżał się ku piersi wojownika, ku jego sercu.
Mordim chwycił za miecz. Nie wyciągnął go jednak. Oderwał go wraz z jaszczurem i zasłonił się nim. Włócznia odbiła się i upadła obok stóp wojownika. Ten uśmiechnął się. Podniósł włócznię i cisnął nią z całej siły. Miał w tym znacznie więcej wprawy niż sołtys. Znacznie więcej.
Broń uderzyła w sołtysa z głuchym mlaśnięciem. Zemiel poleciał w tył i włócznia wbiła się w ścianę, przyszpilając go. Powoli, kuśtykając, Mordim zbliżył się do sołtysa. Ten żył jeszcze, grot trafił w brzuch. Jak ocenił wojownik, człowiek znajdujący się przed nim mógłby pożyć jeszcze z godzinę. Krew płynęła powoli, Mordim nie przeciął żadnej tętnicy ani żyły.
- I co? – mruknął – Nie oszukuje się wędrowców.
Sołtys chciał coś powiedzieć, ale z ust pociekła mu tylko stróżka krwi zmieszanej ze śliną. Mordim uderzył go mocno w szyję. Usłyszał pękający kręgosłup, głowa Zemiela przechyliła się na bok jak rękaw wypełniony piaskiem. Następnie wojownik przeszukał pokój i znalazł w nim trochę grosza. Wyszedł na plac.
Zebrała się tam całą wioska. Chłopi patrzyli ze zgrozą na ciała strażników i na Mordima, który dopiero co ukazał się w drzwiach. Rozstąpili się i pozwolili mu przejść. Dookoła panowała cisza. Nikt nie śmiał przeszkodzić wojownikowi. Mogli zaatakować, ale na pewno kilki z nich by zginęło. Wiedzieli to.
Mordim ruszył na południe. Drogę wskazywały mu gwiazdy.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...