Wielka Sprawa
Jeździec ubrany był w długą, czarną szatę, powiewającą na wietrze, zaś wielki kaptur doskonale skrywał jego głowę i twarz. Kruczoczarny koń co chwila wydobywał z chrapów małe obłoczki. Widać było, że jest już bardzo zmęczony długą podróżą. Wraz ze swym panem stanowił jedną wielką czarną plamę, która doskonale zlewała się z ciemnymi pniami drzew. Jeździec zdawał się pochłaniać wręcz światło księżycowe, a jedyną przesłanką świadczącą o jego bytności w lesie był dźwięk kopyt uderzających o podłoże i niekiedy błyski pięknie wypolerowanych sprzączek uprzęży. Gościniec powoli zdawał się rozszerzać co jednoznacznie świadczyło o tym, że jeździec zbliża się już do kresu swojej podróży.
- A ja wam mówię, że go ubiłem! I to gołymi rękami! - z podnieceniem wykrzykiwał rosły krasnolud. Resztki piany z piwa spływały mu po długiej, rudej brodzie, na której zaobserwować można było dość ciekawy wzór zapleciony z setek warkoczy i warkoczyków pospinanych tu i ówdzie małymi, metalowymi kółeczkami.
- Tak gołymi rękami smoka zadusić?- z niedowierzaniem odezwał się jeden z siedzących przy wielkiej dębowej ławie chłop. Owa ława już dawno straciła swój naturalny, ciemnobrązowy kolor przybierając znacznie jaśniejszy odcień. Być może od jakiejś magicznej sztuczki lub po prostu od litrów wylanego na nią piwa.
- Zresztą, co wy się tam znacie na wojennym fachu – pogardliwie rzucił krasnolud i pociągnął wielki łyk z bogato zdobionego kufla.
- Karczmarz! Piwo mi się kończy! - wydarł się, gdy tylko podczas przechylania zobaczył kawałeczek srebrnego dna w swym ulubionym naczyniu.
- Idę już, idę – lekko zdenerwowanym głosem odparł gnom taszcząc tacę z kolejną beczułką. Ledwo doszedł do stołu kołysząc się to na jedną, to na drugą stronę i zręczne lawirując między krzątającym się gdzieniegdzie chłopstwem, które jeszcze było w stanie poruszać się o własnych nogach. Gdy tylko beczułka z hukiem stanęła na drewnianym blacie krasnolud zamaszystym ruchem odkręcił zawór uprzednio podstawiając swój osobisty kufel pod mały kranik. Przy okazji oczywiście rozlał trunek na stół. Zorientował się o tym dopiero po kolejnym łyku, po czym szybkim, jak na już lekko wstawionego woja strzepnął małą kałużę wprost na twarz gnoma, który właśnie próbował się uporać z przeniesieniem beczki z powrotem na tacę. Zebrana w karczmie gawiedź wybuchnęła gromkim śmiechem, zaś rozjuszony gnom wymamrotał coś pod nosem i otarł twarz mocno zabrudzonym już fartuchem.
- Tak, tak – ciągnął swoją opowieść jegomość z brodą – co wy wiecie o walkach ze smokami, strzygami i tego typu paskudztwami. Siedzicie tu, w tym zatęchłym mieście przez całe życie! A ja, ja włóczę się po świecie szukając przygód! - oczywiście krasnolud nie zwrócił uwagi na to, że już nikt go nie słucha. Zainteresowanie wszystkich w karczmie przykuł nowy gość, który właśnie przestąpił próg. Czarny płaszcz ciągnął się aż do samej ziemi, a kaptur zakrywał jego twarz. Przybysz stał w miejscu i powoli obracał głową bacznie rozglądając się po sali.
- Pamiętam ja, jak kiedyś ubiłem w Kerliders trzygłowego smoka. Wielkie to było bydle, może z dwadzieścia łokci wysokie!
Wszyscy bywalcy karczmy ucichli, gdy czarna postać postąpiła parę kroków w stronę ławy, przy której siedział wymachujący rękami krasnolud. Wojownik w przeciwieństwie do wszystkich chłopów w izbie nie zwracał najmniejszej uwagi na przybysza i dalej ciągnął swą opowieść. Nie zdziwiła go nawet głucha cisza jaka zapanowała wokół niego. Jednak w pewnej chwili nowy gość przerwał mu doniosłym głosem.
- Smok miał dwie głowy i mierzył najwyżej dziesięć łokci.
W tym momencie opowieść krasnoluda się urwała, a on zdał się wreszcie zauważyć przybysza. Podniósł powoli głowę i zaczął wpatrywać się w wysoką sylwetkę. W pewnej chwili jakoby rażony piorunem wskoczył na ławę, po czym niezgrabnie wgramolił się na stół przy okazji strącając kufel swój i paru jeszcze towarzyszy oraz wykrzykując jakieś bliżej nieokreślone dźwięki. Kiedy zeskoczył chrupnęło mu coś w kolanie, co zmusiło go do nie zbyt eleganckiego klapnięcia czerwoną gębą o podłogę.
- Ooo... moje stare kości... - krasnolud rozpoczął powolny proces podnoszenia sie z podłogi. Całe to zajście trwało dobre kilka sekund i mimo znacznej komiczności ruchów brodacza, na twarzy żadnego z zebranych nie ukazał sie nawet cień uśmiechu. Wszystkie oczy zwrócone były w stronę przybysza, który teraz lekko przybliżył się do podnoszącego sie z trudem krasnoluda. Kiedy ten stał już na nogach rzucił się na postać z otwartymi ramionami.
- Ilven, stary zbóju, miałeś przyjechać tydzień temu! - zagrzmiał krasnolud po czym uczepił się wysokiego jegomościa tak mniej więcej na wysokości pasa i jął go ściskać.
- Widzę Kird, że nadal masz trochę wybujałą fantazję – z trudem wykrztusił Ilven desperacko probując uwolnić się od uścisku przyjaciela. Obserwująca całą scenę z zapartym tchem gawiedź znów rozpoczęła gwarne rozmowy na tematy światowe. Atmosfera w karczmie “Pod Niedźwiedzią Łapą” powoli wracała do normy.
- Siadaj! Napij się! I zdejmij wreszcie ten cholerny kaptur, chcesz mi słuchaczy wypłoszyć, czy co?
- z radością krzyczał Kird.
Ilven powolnym ruchem ręki zrzucił kaptur z głowy i oczom zebranych ukazała się łagodna twarz człowieka o gęstych, długich brązowych włosach spiętych z tyłu małą elfią spineczką w kształcie liścia. Chłopi gęsto poupychani na ławie zrobili jeszcze jedno miejsce. Nowy gość grzecznie podziękował i zasiadł naprzeciwko wielce uradowanego przyjaciela.
- Karczmarz! No dawaj tu jakiś trunek, ale migiem!
Tym razem przezorny gnom wysłał z kolejną porcją piwa swego syna. Nie zważając na ciągłe postękiwanie pierworodnego z zadziornym uśmieszkiem obserwował rozwój wypadków. Chłopak gnąc się pod ciężarem kolejnej beczki i dodatkowego kufla mozolnie przebywał drogę od lady do stolika. Kiedy wreszcie cenna przesyłka dotarła do miejsca swego przeznaczenia krasnolud zajął się ponownym napełnianiem swego kufla, zaś Ilven jedną ręką sięgnął po przeznaczone mu naczynie, a drugą wyciągnął z kieszeni srebrną monetę i rzucił ją uradowanemu chłopcu. Karczmarz za ladą lekko poczerwieniał i ostentacyjnym ruchem odebrał nadchodzącemu synowi tacę, po czym warknął, że to nie jest dla niego miejsce i wygonił na zaplecze.
- Czemuś tak późno przyjechał? - bąknął znad kufla Kird. Widać było, że wszelkie czynności inne niż wlewanie w siebie kolejnych litrów piwa przychodzą mu z coraz większą trudnością. Innymi słowy coraz trudniej było zrozumieć jego mało składny bełkot.
- Ważne sprawy mnie zatrzymały. No po prostu nie mogłem przyjechać wcześniej. Wybacz.
- Ta, ta wy magowie macie często jakieś ważne sprawy...- głowa krasnoluda zaczęła powoli opadać.
- No, ale już jestem, więc gadaj, po coś mnie tu ściągnął aż z Dorvalen?
- Później, później Ilven - wymamrotał Kird po czym klapnął na stół nieprzytomny. Na jego towarzyszu nie zrobiło to większego wrażenia. Wręcz przeciwnie, zachowywał się jakby się tego spodziewał. Widać było tylko, że zmartwił się nieco, że nie otrzyma jeszcze odpowiedzi na swoje pytanie.
- Karczmarz! Ile on wypił?
- Pojęcia nie mam panie. Po dziesiątym przestałem liczyć... - odparł gnom, myśląc, że w ten sposób wyłudzi większą zapłatę.
- A zapłacił przynajmniej za siebie? - w głosie maga słychać było nikłą nutkę nadziei...
- Nie panie.
- Czyli jest tak jak zwykle - ... która natychmiast prysła. Ilven wstał zza stołu, podszedł do lady i rzucił sakiewkę przed nos uśmiechniętego gnoma.
- Wystarczy?
- Ależ oczywiście – karczmarz łapczywym ruchem zgarnął sakiewkę i za chwilę zaszył się gdzieś licząc zarobek oraz kompletnie zapominając o pozostałych gościach.
Ilven zaś musiał zmierzyć się z trudnym zadaniem wytaszczenia ciężkiego krasnoluda z karczmy...
cdn...